Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2008-10-16

"Gesty" Ignacy Karpowicz

"Konfrontując się z bliskimi mu ludźmi, bohater „Gestów” próbuje zrozumieć samego siebie i drogę, jaką wybrał w życiu. Jego wyznania będą opierać się na coraz to nowych pytaniach i coraz trudniejszych odpowiedziach, których Grzegorz sobie udziela. Powrót do minionych zdarzeń i ponowne ich rozważanie wydaje się jedynym sposobem na zrozumienie sensu własnego istnienia. Wszak „Są pytania, do których wracam. Im więcej kroków mam za sobą, a mniej lat przed sobą, tym częściej wracam do pytań, na które nie znajduję zadowalającej odpowiedzi”. Karpowicz buduje swą egzystencjalną opowieść na wątpliwościach i niepewności, ukazuje bohatera w permanentnym stanie poszukiwania i nazywania wszystkiego na nowo."

Wydawnictwo Literackie, 2008

Całość tekstu na stronie artPAPIERU

2008-10-13

"Idę w tango" Joanna Fabicka

Pewnie, że w dość prosty sposób można by skrytykować taki typ powieści, jakim jest najnowsza książka Joanny Fabickiej. Można kpić z naiwności, z banalnych rozwiązań fabularnych, z mniej lub bardziej bezpośrednich inspiracji płynących ze współczesnego świata kreowanego przez tabloidy. Można drwić z pretensjonalności fabuły, ogłosić wszem wobec, iż „Idę w tango” jest kolejną lekką i przyjemną opowieścią dla niezbyt wymagających czytelników oraz odradzać lekturę kolejnej historii o przemianie brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia toczącej się w dzikim i okrutnym świecie sztucznego piękna, inteligencji i zdobywania fortuny kosztem ruiny wewnętrznej. Można, a jakże! Byłoby to tak samo nieskomplikowane, jak nieskomplikowana jest opowieść o porzuconej kobiecie z dzieckiem, która pewnego dnia na skutek sprzyjających okoliczności odmienia swoje życie dzięki telewizyjnemu show. Nie napiszę jednak złego słowa o tej książce, bo w całej swej naiwności i z fabularnym lukrem jest to powieść, przy której po prostu dobrze się bawiłem. Ludyczny charakter „romansu histerycznego” Fabickiej dostrzega się już od pierwszych stron. I to jest zasadnicza zaleta tej książki – dostarcza prawdziwej rozrywki, bazując na prostocie i doskonale odkrywając zarówno słowny, jak i sytuacyjny komizm w zgoła tragicznych okolicznościach.

Jadzia Gładyszewska „przekroczyła trzydziestkę, a wiadomo, że w tym wieku trudniej się chudnie, seks wydaje się przereklamowany i każdy ranek może być właśnie tym, kiedy obudzisz się z podwójnym podbródkiem”. Zrozpaczoną kobietę poznajemy na angielskim lotnisku, kiedy wraca do kraju wraz ze swym rezolutnym synkiem Gustawem po tym, jak kolejna domniemana miłość jej życia oświadcza, że miejsce u jej boku zajmie ktoś inny. Jadzia już w samolocie w dość specyficznych okolicznościach pozna się bliżej z człowiekiem, który potem zmieni jej życie. Zanim to jednak nastąpi, bohaterka przeżyje załamanie psychiczne. Nad wyraz rozwinięty Gucio będzie musiał nie tylko zadbać o samego siebie, ale również o mamę w depresji, której nie będzie chciało się wstawać z łóżka, nie mówiąc o jakiejkolwiek formie opieki nad dzieckiem.

Jadzia ma w osobie syna ogromne wsparcie, ale może także liczyć na niezawodne przyjaciółki. Ula to matka etatowa i wzorowa żona adorowanego przez inne kobiety Romana. Sara zaś jest niezależną kobietą samotną programowo, praktykującą buddystką i świetną masażystką, zajmującą się dodatkowo ezoteryką. Trzy kobiety podczas alkoholowego spotkania, mającego na celu zapicie smutków Jadwigi, wysyłają zdjęcia do programu telewizyjnego, w którym szarzy, zwykli uczestnicy zatańczyć mają kilka razy u boku profesjonalnych tancerzy ku uciesze gawiedzi oglądającej popularny kanał emitujący te zmagania. Okazuje się, że będzie to początek wielkiej kariery medialnej Jadzi, która z zaniedbanej i zakompleksionej kobiety na życiowym zakręcie przemieni się w czarującą i wielbioną przez tłumy telewidzów gwiazdę parkietu.

Jej partner na owym parkiecie to Cyprian – gasnąca gwiazda show-bussinesu, o której zapomniano tak szybko, jak szybko wcześniej pokochano. Mężczyzna próbuje za wszelką cenę ponownie zaistnieć w migoczącym od fleszy światku, z którego tak brutalnie został usunięty. Taniec z Jadzią na początku jest dla niego koszmarną drogą ku niesłusznie utraconej sławie „celebryta”. Szybko okaże się, że oboje tańczą zupełnie inny taniec niż ten telewizyjny. To taniec życia, w którym wzajemnie będą się odkrywać. I choć na ich drodze staną liczne przeszkody, a przede wszystkim obowiązkowy w takiej opowieści „czarny charakter”, czyli zazdrosna i złośliwa była kobieta Cypriana, cała opowieść – co zauważyć można naprawdę bardzo szybko – zmierza do ckliwego i oczywistego zakończenia, w którym znaczącą rolę odegra ostatni taniec… na dachu.

Fabicka portretuje poszczególne fazy przemiany kobiety, w której wieku rzekomo przemienić się nie sposób. Nieprzypadkowo dziecko Jadzi, jej przyjaciółki, nieszczęśliwie w niej zakochany sąsiad oraz tak jak ona walczący z kompleksami Cyprian sportretowani są szczegółowo i tworzą galerię bardzo wyrazistych postaci. Pośród nich bowiem i dzięki nim przede wszystkim tożsamość oszukanej przez życie kobiety zacznie kształtować się na nowo, gdy bohaterka odrzuci gruzowisko emocjonalnych zaszłości, kompleksów i marazmu, w jakie sama się wpędziła. Tytułowe „pójście w tango” stanie się dla Jadzi początkiem nowego życia. Życia, w którym zrozumie, jak wiele znaczy dla innych i jak dużo sama sobie ma do zaoferowania.

U Fabickiej przebudzenie głównej bohaterki będzie wieloaspektowe, a jego wiarygodność podkreśli taka konstrukcja fabularna, w której za zmianami w życiu Jadzi pójdą zmiany innych postaci. Co więcej, będą one od siebie w pewien sposób zależne i dość ciekawie będą się uzupełniać.

Na początku zaznaczyłem, że książka ubawiła mnie tak bardzo, iż nie śmiem jej krytykować, choć na co dzień nie gustuję w tego typu literaturze. Rodzaj humoru, jakim raczy czytelnika Fabicka, jest niepowtarzalny i pełen osobliwej prostoty. To, co dzieje się na kartach „Idę w tango”, jest nieustanną kpiną z pozornie patowych i nierozwiązywalnych sytuacji. Autorka poprzez śmieszność steruje zdarzeniami i w ośmieszaniu znajduje broń do walki z okrucieństwem świata. Przecież realia, w jakich żyje Jadzia i jej przyjaciele, to realia przeciętnego Polaka, któremu na co dzień daleko do śmiechu. Fabicka pozwala roześmiać się naprawdę. To ironiczna opowieść o tym, w jaki sposób bardzo prosto i przewidywalnie zaczarować zwyczajną i przewidywalną rzeczywistość wokół. Warto zatańczyć to specyficzne tango z Joanną Fabicką! Warto z uśmiechem na ustach obserwować, jak zmiany nadchodzą wtedy, kiedy wydają się niemożliwe.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-10-08

"Kryształowy świat" Wiktor Pielewin

Recenzenci komentujący zbiór opowiadań Pielewina wychodzą od pierwszego z nich, które stanowi wspaniałą introdukcję do całości „Kryształowego świata” i ogólną zapowiedź poruszanej w dziewiętnastu tekstach problematyki. Ja natomiast chciałbym na początku zacytować myśl Marałowa, bohatera opowiadania „Wychrub”. Myśl ta bowiem wydaje mi się kluczem do interpretacji opowiadań bardzo różnych od siebie, ale w swej różnorodności tworzących jednocześnie niepowtarzalną całość. „Przecież zgłębić, zrozumieć otaczający konkretny świat albo innego konkretnego człowieka można tylko w jeden sposób – dostrzegając w nim coś, co sam masz już w środku”. Pielewin sytuuje się zawsze wewnątrz opisanej sytuacji, tkwi w samym środku zdarzenia, o którym pisze i w wyszukany sposób stara się nakreślić całe specyficzne tło owej sytuacji po to, by pośród migotliwych odcieni półprawd poszukiwać jednej prawdy.

Nie jest ważne, czy znajdujemy się w prężnie działającym zakładzie produkcyjnym, w którym urzeka nas opowieść o nepalskim eldorado, czy też w leśnej głuszy obserwujemy zwyczaje wilkołaków; nie jest istotne, czy przyglądamy się światu z perspektywy miejskiego szaletu o efemerycznych kształtach, czy jesteśmy w pokoju młodych pionierów opowiadających sobie makabryczne historie. Nie ma też znaczenia przenoszenie się na pokład statku, gdzie Darwin toczy walki z małpami człekokształtnymi oraz wskrzeszanie duchów zmarłych przez tajemniczą szamankę. Możemy znaleźć się pomiędzy słowami recenzji książki, w myślach wracającego do dzieciństwa więźnia zesłanego na katorgę. Nie gra roli fakt, iż wkraczamy w oniryczny świat półprawd pewnego sennego studenta albo że odnajdujemy się pośród słuchaczek specyficznego wykładu na temat wibracjonalizmu. Wszędzie, w każdej najbardziej nawet surrealistycznej rzeczywistości i przy każdym zaskakującym nas swymi poczynaniami bohaterze, jesteśmy wewnątrz gorączkowo artykułowanej idei, w jądrze związków przyczynowo–skutkowych i pośród kontrowersyjnych idei. Wraz z autorem czujemy, że współuczestniczymy w tym wszystkim naprawdę, że jesteśmy tego częścią, że zrozumienie poruszanych problemów jest nam bliskie, gdyż niejako jesteśmy przez te problemy wchłonięci. I naprawdę nie wiem, jak Pielewin to robi, ale z rozbrajającą szczerością przekonuje nas do swoich tez. Przybliża do kryształowego świata, którego nie sposób w pełni ujrzeć, ale do którego różnymi ścieżkami można się zbliżać. Dokładnie dziewiętnastoma ścieżkami.

Autor w swoich tekstach próbuje zgłębić tajemnice bytów, o jakich nie śni się zwykłym śmiertelnikom. Bezlitośnie obnażając absurdy w życiu swoich rodaków, dokonuje spektakularnych objawień mających na celu zakwestionowanie praw i ładu umownej rzeczywistości, która stanowi swoisty cień idei świata usytuowanego tuż obok, ale niedostrzegalnego na co dzień. W opowiadaniu „Problem wilkołaka w pasie środkowym” bohater zupełnie przypadkiem wkracza do innego świata i odkrywa sens życia w skórze wilka. Opowiadanie tytułowe stanowi groteskową i surrealistyczną wizję przekraczania granic rzeczywistości przez junkrów–kokainistów. Wiera Pawłowa opiekuje się szaletem, który okazuje się przestrzenią umowną, zaś inżynier do spraw racjonalizacji, Luboczka ucieka od zracjonalizowanej do bólu codzienności dzięki mistycznemu wręcz kontaktowi z himalajskim eldorado. Odkrywanie prawdy o współistnieniu dwóch niezależnych od siebie przestrzeni połączone jest z kreowaniem nowych kategorii poznawczych, a za tym idzie skłonność Pielewina do tworzenia neologizmów, znanych polskim czytelnikom choćby z powieści „Empire V”. Bramą do czegoś nienazwanego i nieokreślonego dla wspomnianego już na wstępie intelektualisty będzie brzmienie i znaczenie słowa „wychrub”. „Mardongi” zaś staną się kluczem do zrozumienia specyficznej teorii o tym, czy „trupienie” ludzkiego ciała nie jest przypadkiem początkiem jego ponownego życia.

„Kryształowy świat” to zbiór niejednorodny i zbiór będący kolażem stylów, różnych form autoironicznego ujęcia świata przedstawionego. To teksty, których odczytanie odbywa się zawsze w wyraźnym kontekście. Teksty, w których Pielewin poprowadzi nas krętą drogą ku zrozumieniu konkretu poprzez abstrakcję. I wcale się nie dziwię, że nazwisko autora otwiera w jego ojczyźnie listę pisarzy „niesłusznych”. Tak kwestionować rzeczywistość i tak doskonale się przy tym bawić potrafi tylko on.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-10-03

"Ruta Tannenbaum" Miljenko Jergović

Niezwykła opowieść o pewnej księżniczce z ulicy Gundulicia w Zagrzebiu jest mistrzowską mistyfikacją prawdy. Tytułowa Rita, objawienie przedwojennej chorwackiej sceny teatralnej ma swój rzeczywisty pierwowzór. Historia dziecka, które zdobywa serca zagrzebian, a potem wędruje w swą ostatnią podróż do obozu koncentracyjnego w Polsce, staje się pretekstem do ukazania najgorszych stron chorwackiego społeczeństwa w przededniu wybuchu drugiej wojny światowej. Jergović dokonuje na kartach „Ruty Tannenbaum” bezkompromisowych rozliczeń z obłudą i głupotą. Buduje jednocześnie sugestywną społeczną wieżę Babel, jaka runie równie szybko, jak szybko genialna młoda aktorka stanie się zwyczajną Żydówką, dla której nie będzie już miejsca w świecie.

Autor posiada niezwykły dar opowiadania, łączenia na pozór niezwiązanych ze sobą wątków, kluczenia po meandrach biografii bohaterów. Jergović portretuje szereg różnych postaci, tworząc jednocześnie powieść spójną i zamkniętą. Chociaż w „Rucie Tannenbaum” nikogo nie można obdarzyć sympatią, choć każdy pokazuje mroczną, odpychającą stronę swej osobowości, chociaż jest to książka zanurzona w fałszu, złośliwości i małostkowości rujnującej stosunki międzyludzkie, czyta się ją z głębokim zainteresowaniem i empatią.

Ruta wydaje się być postacią centralną, ale w moim odczuciu jest jedynie autorskim punktem odniesienia do zdarzeń, jakie rozgrywają się obok dziewczynki. A obok widzimy świat pełen obłudy. Brzydki świat, w którym żyją brzydcy ludzie. Ludzie będący dla siebie źródłem frustracji i cierpienia. Bohaterowie z krwi i kości, ale jednocześnie upiory, jakie wzajemnie się wyniszczają i żyją, zatruwając życie innych. Ruta dorasta w świecie, w którym wszystko jest albo nad wyraz proste i głupie albo niejednoznaczne i groźne. Zagrzeb Jergovicia staje się najbardziej wymowną sceną teatralną, a oglądać możemy spektakl narodowej destabilizacji, okrucieństwa i pożogi, w tle której coraz wyraźniej niesie się echo wojennej apokalipsy.

Bardzo dokładnie poznajemy rodzinę Ruty. Dziadek Abraham całe życie prowadził własny sklep, w którym symbolicznie sprzedał całego siebie, a jedyne, co mu pozostało to upokarzająca śmierć i szansa na to, że zdąży odejść z tego świata, zanim rozpocznie się w nim prawdziwe piekło. Córka Abrahama Ivka wyszła za mąż z rozsądku i rozsądnie wiodła życie u boku zakompleksionego i nieszczęśliwego Salomona, który ożywał, kreując sobie nową tożsamość przy butelce rakiji oraz pielęgnował swoich dwadzieścia siedem strachów, po których przychodzi ten strach największy – oczekiwanie na moment, w jakim wyprowadzą go z domu i kiedy po raz ostatni spojrzy na kamienicę przy Gundulicia. Ruta nie jest owocem ich miłości, Ruta pojawia się przypadkiem i wszystko w życiu tego dziecka wydaje się być przypadkowe. Gdyby jej opiekunka Amalija – nieszczęsna matka zmarłego syna i żona mężczyzny, który przez lata kieruje pociągi na właściwe tory, by pewnego dnia skierować lufę pistoletu w głowę niewinnej dziewczyny, a potem ostrze noża ku szyi młodzieńca – nie zaprowadziła Ruty do teatru, nie byłoby wielkiego objawienia, nie byłoby oczarowania jej wzrokiem, jej bezpretensjonalnością i odwagą. Nie byłoby też wielkiej przemiany i jej destrukcyjnej siły, o jakiej tak wyraźnie napisze Jergović.

Wiedząc od początku lektury o losie Ruty Tannenbaum, wraz ze wszystkimi tymi smutnymi ludźmi oczekujemy na zdarzenia, jakie pogrążą Zagrzeb w chaosie. Kiedy gaśnie gwiazda Ruty, rodzi się Niezależne Państwo Chorwackie, dzika agresja ustaszów i niepewność tego, kim się jest, a kim się dotąd było. Jergović pokazuje, jak szybko z Żyda zmienić się można w prawdziwego Chorwata i zginąć z poderżniętym gardłem, a także to, jak iluzoryczne wydaje się własne mniemanie o sobie, rozumienie kulturowej i religijnej inności, budowanie ładu na fundamencie uprzedzeń i skrywanej nienawiści. Autor podjął się próby konstruowania studium upadku człowieka i społeczeństwa. Napisał książkę, która jego rodakom nie da do dnia dzisiejszego spokojnie spać, ale i opowieść ważną dla Europy, nieznaną jej i przerażającą.

Myślę, że żydowska księżniczka z ulicy Gundulicia usiłuje grać swą życiową rolę zapomnienia tak, jak ludzie ją otaczający codziennie starają się zapomnieć, kim byli poprzedniego dnia. Jergović w tej dygresyjnej opowieści stworzył jeden bardzo wyraźny obraz – obraz społecznego cierpienia, od którego nie da się uciec i które pcha ludzi do coraz bardziej podłych czynów. A Ruta Tannenbaum grać będzie do końca, bo w świecie, w jakim przyszło jej żyć pozostaje jedynie wcielanie się w inną tożsamość, kiedy swoją na co dzień się rujnuje.

Zapraszam do przeżycia niepowtarzalnego przedstawienia Miljenko Jergovicia. Przedstawienia, w którym główną rolę odegra zło i szukanie nieskutecznych dróg ucieczki przed tym złem. A kiedy opadnie kurtyna i czytelnik przeczyta ostatnie zdania „Ruty Tannenbaum” myśląc o fantazyjnie opisanych nieszczęśliwych ludzkich istnieniach, warto pamiętać o tym, co autor napisał w posłowiu – „miejsce i czasy nie są zmyślone”. Ma się wrażenie, że nic w tej książce nie jest zmyślone. Niestety…

Wydawnictwo Czarne, 2008

2008-10-01

"Śmierć podatnika" Paweł Demirski

Po gorzkim rozczarowaniu „Wałęsą” przekornie sięgnąłem po kolejny dramat Pawła Demirskiego. Tym razem temat wydawał mi się o wiele bardziej chwytliwy i znacznie bliższy życiu młodego dramaturga niż koleje losu Lecha Wałęsy i budowanie struktur samorządowych legendarnej „Solidarności”. Oto bowiem twórca postanowił rozprawić się z krwiożerczym kapitalizmem, zaatakować system oparty na wyzysku szarych obywateli kosztem pławiących się w bogactwie i pełnych egoizmu rządzących. Stworzył dramat polityczny (a przynajmniej o jego istocie i zadaniach, jakie sobie stawia, pisze w niezrozumiałym dla przeciętnego odbiorcy posłowiu Bartosz Frąckowiak) oraz awangardowy teatr groteski i ludycznej zabawy.

Otrzymujemy teatr, który konstytuuje specyficzny demontaż czasu, miejsca akcji oraz przestrzeni. Ta z kolei nabiera umowności poprzez to, że najpierw jest przestrzenią nieokreśloną, a potem w swej umowności nieustannie się zmienia. Autor próbuje pokazać moment dziejowego przełomu, rodzącej się świadomości krzywdzonego przez system obywatela, jego drogę do samowiedzy i katastrofę świata, w którym bogacą się żerujący na krzywdzie biednych. Próbuje, ale nieudolne podrygiwania karykaturalnych postaci, rubaszność ich wypowiedzi, cała seria gagów i lingwistycznych zagadek ukrytych w quasi-dialogach bohaterów niosą w sobie jedynie wszechogarniające podczas lektury odczucie chaosu, z którego niewiele wynika.

Demirski zdemontował w swej wizji twórczej system społeczno–polityczny, ale po demontażu z trudem radzi sobie z przypadkowo rozrzuconymi elementami tego systemu. Rozumiem doskonale potrzebę ucieczki w surrealistyczną wizję, w nieokiełznany świat subiektywnych wrażeń i przeżyć autora, egzemplifikowanych przez wypowiedzi jego bohaterów. Nie rozumiem jedynie hermetyczności tej ucieczki. Szaleńczy świat absurdu z trzech aktów „Śmierci podatnika” jest zamknięty w autorskiej fantazji tworzenia przez dekonstrukcję. Rozbita na atomy i pozwalająca piszącemu na swobodną manipulację rzeczywistość stoi w opozycji do świata, w jakim czytelnik lub widz muszą odczytać kody. Demirski bowiem zakodował swą oryginalną krytykę i sprawia wrażenie, że funkcję użytego kodowania zna tylko on sam.

Fabuły jako takiej w „Śmierci podatnika” nie ma, dlatego trudno jest opisać zdarzenia rozgrywające się w tym tekście. Znajdujemy się w państwie Dyktatora, który jest postacią dość marionetkową, a w swych działaniach wspiera się na Superbohaterze. Ten jegomość jest wykreowanym medialnie lepszym alter ego Dyktatora i to on na dobrą sprawę kontroluje wszelkie poczynania rządzącego bananową republiką. Za większość poczynań odpowiedzialny jest jednak zachowawczy Finansista. Do kraju tego przybywa O Muerte, bawiący swoją groteskową transcendencją przeżyć, oraz Hitman, postać mówiąca o sobie w sposób następujący: „Jestem ekonomistą kształconym w umiejętności podporządkowania ekonomicznego małego kraju w trzy miesiące i stworzenia z niego podległej republiki”. Spotkaniu tych specyficznych person towarzyszy pojawienie się tytułowego Podatnika, który wyraża sprzeciw wobec katorżniczej pracy dla państwa odbierającego mu lwią część dochodów i który poprzez szereg symbolicznych działań (chodzi m.in. o zakup garnituru) manifestuje niezgodę na bycie współczesnym niewolnikiem systemu. Wraz ze wzrostem tłumionej agresji i frustracji Podatnika rośnie także świadomość społeczna pewnego Ochroniarza, który decyduje o wyjściu z roli tępego osiłka i upodobnieniu się do rządzących krajem: „Od teraz chcę rzucać słowa na wiatr, bo to wydaje mi się najlepszą drogą do awansu społecznego”. Pośród tych barwnych postaci odnaleźć można także Wędkarza, osobnika stojącego niejako z boku opisywanych zdarzeń.

Cała dziwaczna siódemka (poza Wędkarzem) jest głośna, wulgarna, złośliwa wobec innych i ukrywa prawdziwe zamiary pod pozorami chwytliwych haseł. Trudno tu dokonać podziału na dobrych i złych, choć niby od samego początku dostrzegamy, kto ciemięży, a kto jest ciemiężony. Postacie stale wychodzą ze swoich ról (Podatnik dodatkowo przechodzi swoistą metamorfozę płciową), kwestionują wzajemnie swoje działania i słowa, zwiększają obecne od początku poczucie absurdu i odrealnienia wszystkich opisywanych sytuacji. Dostaje się w dramacie wszystkim razem i każdemu z osobna. Kiedy przypadkowa detonacja nagle pozbawia kraj podatników, a w rolę jednego z nich nieudolnie wchodzi Hitman, wyraźnie dostrzegamy pierwotną intencję autora i cel jego krytyki. Potem jednak kwestionowane jest dosłownie wszystko, o czym czytelnik czyta, a co widz zapewne ma zobaczyć na scenie. Dramatyczna końcówka wzmaga uczucie pustki i zawieszenia. Okazuje się, że wszystko, co zostało przedstawione, nosi znamiona gorzkiej tragifarsy, ale nie jestem w stanie pojąć, w którym momencie widz oglądający „Śmierć podatnika” na scenie ma przeżyć katharsis, dostrzec punkt kulminacyjny owego dramatu politycznego.

Demontaż rzeczywistości wywołuje jedynie chaos. A trudno jest w chaosie odnaleźć prawdziwe przesłanie tekstu, mającego przecież w założeniu jakieś przesłanie nieść. Po lekturze dwóch dramatów Demirskiego dostrzegam ich wspólny mianownik – ogromny pokład emocji, wielką chęć opowiedzenia o czymś i dodania do tego błyskotliwego komentarza oraz brak pomysłów na to, by wszystko jakoś zrealizować w scenicznej przestrzeni.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2007