Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2009-07-30

"Uciekinierka" Alice Munro

Alice Munro to niezwykle płodna pisarka kanadyjska. Wydała już kilkanaście zbiorów opowiadań, a dopiero teraz polski czytelnik może poznać fragment jej twórczości. Czy „Uciekinierka” – dziesiąty z kolei zbiór tekstów Munro – jest fragmentem dla tej twórczości reprezentatywnym, nie wiem. Wiem natomiast, że Margaret Atwood ma w Kanadzie konkurentkę, albowiem Alice Munro potrafi pisać równie finezyjnie jak utytułowana autorka „Moralnego nieładu”. Nieprzypadkowo zestawiam „Uciekinierkę” z wydanym przed rokiem zbiorem opowiadań Atwood. Obie pisarki sięgają głęboko, penetrując kobiecą psychikę, ale czynią to nieco inaczej. Atwood odnosi się do własnych przeżyć i doświadczeń, Munro stwarza biografie kobiet, które w jej opowiadaniach mierzą się z samymi sobą i doświadczają trudności, które będą zmieniać ich życie i nastawienie do życia innych.

„Nigdy nie wiesz, czego się dowiesz, dopóki nie spróbujesz”. Słowa bohaterki opowiadania „Winy” odzwierciedlają drogę poszukiwań kobiet z „Uciekinierki”. Carla, Juliet, Grace, Lauren, Robin i Nancy odkrywają prawdę o tym, co w nich ukryte, próbując doświadczyć czegoś nowego, innego. Carla usiłuje uciec od męża, namawiana do tego przez owdowiałą sąsiadkę. Juliet konfrontuje się z małomiasteczkową mentalnością rodziców, kiedy przyjeżdża do nich z nieślubnym dzieckiem. Dzieckiem, które nie zaznawszy duchowego aspektu życia od matki-ateistki, potem dla tej duchowości ją porzuca. Grace poddaje się wpływowi brata swego męża, która to znajomość zakończy się tragedią. Lauren, młodziutka bohaterka „Win”, musi zmierzyć się z bolesnymi tajemnicami jej rodziców i odnaleźć w relacji z Delphine, która rozpaczliwie poszukuje zaginionej przed laty córki. Robin natomiast uwiedziona przez emigranta z Czarnogóry, po latach doświadcza ironii losu, która z jej próby odmiany w życiu uczyniła gorzkie doświadczenie. W końcu Nancy próbuje zrozumieć, czy jej przyjaciółka Tessa była jasnowidzką, czy oszustką, a jednocześnie stara się za wszelką cenę odnaleźć więź z Tessą, jaką zerwał upływ czasu.

Próby charakteru, próby nowych życiowych ról, próby zmian i próby zrozumienia samych siebie. „Uciekinierka” to rozpisana na osiem przejmujących narracji opowieść o odkrywaniu własnych uczuć. Uczuć, które są dla kobiet Munro bardzo ważne i uczuć, którymi kierują się w swych poczynaniach z nadzieją, że postępują słusznie i właściwie.

Akcja opowiadań Munro rozwija się niespiesznie, bo i sporo czasu potrzebują jej bohaterki, by zrozumieć, dlaczego doświadczają tego, co je zmieni. Jest w tej prozie pozorna lekkość, wynikająca z faktu, że opisywane kobiety bardzo często są dość naiwne i lekkomyślne. Każda z nich ulega jednak metamorfozie i każda z czasem zrozumie, jak wielkie znaczenie mają zdarzenia z przeszłości na to, kim się jest obecnie. Czasami, aby spróbować czegoś nowego, nie trzeba się porywać na wielkie czyny. W tym znaczeniu tytułowe opowiadanie otwierające zbiór może być kluczem do zrozumienia kolejnych. Carla najpierw ucieka z mężem od swojej rodziny, by po pewnym czasie zapragnąć ucieczki od niego samego. Uciekinierka Munro dość szybko jednak zda sobie sprawę, że nie ma możliwości ucieczki przed samą sobą. Carla powraca do męża pogodzona z tym, iż będą nadal żyć razem. Inne bohaterki tego zbioru kwestionują to, co dla nich w życiu ważne, by po pewnym czasie zrozumieć, iż uciekają od czegoś, od czego tak naprawdę nie ma ucieczki.

Mimo trudnej i niepokojącej egzystencjalnej problematyki, jaką zawierają te teksty, Munro pisze w sposób prosty i klarowny, w związku z tym jej opowiadania są bardzo przejrzyste oraz czytelne. Kanadyjska pisarka swoje bohaterki obdarza przezornością i instynktem samozachowawczym, który każdą życiową porażkę pozwala zamienić w naukę. Myślę, że to proza o kobietach i zdecydowanie dla kobiet. Osiem opowiadań z „Uciekinierki” udowadnia, iż kobiecość to niekończąca się droga do samopoznania. Na tej drodze towarzyszymy kobietom ambitnym, roztropnym i chociaż niejednokrotnie zagubionym, zawsze świadomym swojej wartości i tego, że życie to nieustanna podróż w głąb samych siebie.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2009

2009-07-28

"Miłość morderców" Dariusz Żukowski

Zaskakująca książka. Dziwna. Wywołująca ambiwalentne uczucia i każąca wciąż od nowa być raz daleko, raz blisko opisywanych zdarzeń. Debiutancki zbiór opowiadań Dariusza Żukowskiego przypomina mi prozę Szymona Bogacza. Dlaczego? Mam nieodparte uczucie (obym się mylił), iż autorzy „Miłości morderców” i niedawno wydanego „Koła kwintowego” to nazwiska jednego tytułu. Nie można chyba powtórzyć tego, czego dokonał Żukowski w swoich tekstach. Są unikalne i niepowtarzalne. Przygnębiające, ale jednocześnie finezyjne, subtelne, niezwykle plastyczne. Chociaż opowiadania są od siebie bardzo różne i choć przenoszą co chwila w inny czas, miejsce, w inną sferę doznań i przeżyć, widać w nich dbałość o czytelnika, bo czytelnik – co słusznie zauważył Paweł Huelle na okładce książki - lubi tonąć w tekście, w którym nie ogarnia wszystkiego. Literatura prezentowana przez Żukowskiego to sztuka, w której można się zatopić. Sztuka, w której czuje się jednocześnie, iż jest się świadkiem i uczestnikiem zdarzeń. Chwilami mglista, nasycona symboliką, kusząca niedopowiedzeniami i przede wszystkim napisana świetnym stylem proza. Ale do rzeczy.

„Spośród miliona decyzji, które podjąłeś, i miliona, które mogłeś podjąć, opisujesz w końcu pięć albo sześć”. Te słowa wypowiada dziadek jednego z bohaterów Żukowskiego i one właśnie doskonale obrazują to, co dzieje się na kartach „Miłości morderców”. To dokładnie sześć dojrzałych decyzji o tym, że należy pisać i że w tym pisarstwie można być wyjątkowym. W sześciu tekstach poznamy bardzo różnych od siebie ludzi – umierającego aktora, twórcę gier komputerowych, turystę na motocyklu czy też żydowskiego rzeźbiarza-outsidera. Każdy z tych sześciu mężczyzn kryje w sobie tajemnice, do których tylko częściowo się zbliżamy i każdy z nich cierpi, pozwalając nam poznać tylko fragment tego cierpienia. W moim odczuciu najbardziej przejmującym tekstem jest „Gasnąc”. To dramatyczny, a jednocześnie poetycki opis starości i zniedołężnienia, które zmuszają do wspomnień i ich konfrontacji z bolesną rzeczywistością. Benjamin z „Gasnąc” musi odegrać ostatnią rolę swego życia, musi godnie umrzeć. Wydaje się, że inni bohaterowie także mają do wykonania pewne ważne, znaczące dla nich zadanie. Hilt Deumeland z opowiadania tytułowego podejmuje się morderczej misji na pustyni. Isza z „Koczowników” mści się za przyjaciela, by na zawsze zmienić tym swoje życie. Robert z „Duplikatów” chce za wszelką cenę wyjechać z miasta, zaś Devair z „Blasku” przed śmiercią próbuje wyjaśnić fenomen pewnego radioaktywnego urządzenia, które zabija, ale przynosi także swego rodzaju zbawienie. Zadaniem zaś Alego ze „Ślepców” jest pomoc europejskiemu podróżnikowi; Obcemu, który w orientalnym świecie, jakiego nie rozumie, może doprowadzić do tragedii. Bohaterowie postawieni są przed próbami i skonfrontowani z sytuacjami, jakie na zawsze odmienią ich życie. Poznajemy ich wtedy, kiedy tak naprawdę nie chcą dać się poznać. Poznajemy i… pozostajemy z zagadkami związanymi z tym, jak wcześniej żyli. Proza Żukowskiego to bowiem proza enigmatyczna i wszystko, co najistotniejsze jest w niej sprytnie ukryte. Pewne natomiast jest to, iż jego bohaterowie cierpią, zmagają się z samotnością, alienacją, duchową pustką, z zagubieniem.

Myślę, że ważna jest symbolika pustyni, która pojawia się w pierwszym opowiadaniu i pozostała ze mną w następnych, tak przecież różnych od siebie. Mężczyźni Żukowskiego żyją w pustynnej przestrzeni. Pozbawieni tego, co kiedyś dawało im siłę i sens życia, nieporadnie próbują oszukiwać samych siebie. Świat wokół nich to nicość. Jedyne, z czym muszą się mierzyć to własne jestestwo i o tym także jest ta książka. Przygnębiające jest to, że dla bohaterów Żukowskiego właściwie nie ma ratunku, bo podążają w otchłań, z której trudno się wydobyć. Bez względu na to, w jakim są wieku, jakie mają wykształcenie, w jakich czasach przyszło im żyć i czego doświadczać.

Widać wyraźnie, że to sześć opowiadań o różnego rodzaju męskości, ale frapujące wydają się w opowiadaniach Żukowskiego także postacie kobiet. Są źródłem cierpienia (śmierć ukochanej Hilta), poniżają (kobiety w „Duplikatach”), ośmieszają („Koczownicy”), ukrywają odrazę i lęk (córka Benjamina z „Gasnąc”). Kobieta, która okazuje troskliwość i czułość to jedynie stara Dżamal, tuląca okaleczonego chłopca w „Ślepcach”. Intrygujące? Myślę, że to jedna z wielu osobliwości tych opowiadań. Każde z nich jest zamknięte i jednocześnie otwarte. Początek i koniec opowiadanych historii zaciera się tak, jak zacierają się szczegóły, którymi autor początkowo obudowuje swoje teksty.

I w tej znaczeniowej mgle czułem się bardzo dobrze, bo byłem jednocześnie blisko i daleko tego wszystkiego, co opisuje Żukowski. Obym jeszcze kiedyś miał okazję go czytać.

Wydawnictwo Znak, 2009

2009-07-26

"Krzesło Eliasza" Igor Štiks

Powieść Igora Štiksa to niezwykła historia o umieraniu i rodzeniu się na nowo, opowieść o rozpaczliwych próbach zrozumienia tego, kim się jest i o dwóch wojnach – światowej i bałkańskiej, które w świadomości głównego bohatera będą kojarzyć się z początkiem i końcem. Chociaż książka wyrasta z wielu osobistych doświadczeń autora i choć portretowane rodzinne Sarajewo w stanie wojny wydaje się być odzwierciedleniem prywatnej i narodowej traumy, Štiks dokonuje tutaj rozliczeń z dramatyczną historią bałkańską przez pryzmat europejskich doświadczeń kulturowych. Autor próbuje zachować dystans wobec opisywanego Miasta (specyficznej klatki, w jakiej zamknięto mieszkańców stolicy Bośni i Hercegowiny w 1992 roku), rekonstruując losy Obcego, który przyjeżdża do Sarajewa i odkrywa to miasto. Z czasem okaże się, że stanie się ono dla niego miejscem szczególnym, a w portretowaniu Sarajewa okiem przybysza Štiks przypomina Nenada Veličkovicia, który w swej wydanej przed dwoma laty powieści „Sahib” ukazuje to miasto widziane oczyma zesłanego tam na misję pokojową Anglika. Bohater „Krzesła Eliasza” także przybywa do Sarajewa z misją. Jej wypełnienie będzie jednocześnie odpowiedzią na szereg egzystencjalnych rozterek, które przeżywa Richard Richter.

Nazwisko tego pięćdziesięcioletniego pisarza jest bardzo mówiące. Richter bowiem przyjedzie do Sarajewa, aby sądzić przede wszystkim samego siebie. Mężczyzna wyjeżdża z Paryża, gdzie pozostawia żonę i przybywa najpierw do Wiednia: miasta – pułapki, skąd uda się w najważniejszą podróż swojego życia do Bośni. Richard Richter to intelektualista, myśliciel, twórca i dziennikarz. Przypadek sprawia, że jego uporządkowane życie stanie się ruiną. Richter odkryje w Wiedniu niebieski zeszyt, w którym jego matka zapisała list, który odmieni życie bohatera. Zgłębianie mrocznej historii rodzinnej, której początek datuje się na 1942 rok, pięćdziesiąt lat później przyniesie zaskakujące rozwiązanie, a Richter pozna prawdę nie tylko o matce i jej siostrze, ale także o swoim prawdziwym ojcu.

W Sarajewie na drodze poszukiwań Richtera, ukrytych pod pozorem pracy dziennikarskiej w oblężonym mieście, staną trzy bardzo ważne osoby. Ivor będzie jego przewodnikiem po Sarajewie i z czasem stanie się serdecznym przyjacielem. Aktorka Alma, budząca na początku niechęć Richarda, okaże się z czasem kobietą, która w życiu bohatera odegra niezwykłą rolę. Tajemniczy sefardyjski Żyd Szymon będzie natomiast pełnił funkcję duchowego mentora Richtera i ułatwi mu odkrycie tajemnicy, która tak naprawdę zniszczy bohatera. Z czasem czytelnik dostrzeże coraz to nowe znaczenia, jakie niosą w sobie te trzy postacie. Odkryje także, że Richterowi trudno będzie przed nimi ukryć prawdziwy powód przyjazdu do Sarajewa, a później okaże się, iż każde z nich odgrywa specyficzną rolę w „podróży ku prawdzie”, jaką odbywa Richter.

Odniesień do tekstów kultury jest w tej książce bardzo wiele, albowiem opowiadana historia nie jest tylko sentymentalną opowieścią o odkrywaniu rodzinnych tajemnic. Sam tytuł ambitnie zapowiada wykorzystanie imienia biblijnego. Poza tym ożyją w tej książce teksty Frischa, Kawafisa, Homera, Durrela, a także – i to ważna informacja dla polskiego czytelnika – Zbigniewa Herberta, którego „Raport z oblężonego miasta” stanie się poetyckim komentarzem do losów Sarajewa roku 1992. Štiks ukazuje problem konfliktu bałkańskiego w szerszej perspektywie i za pomocą symboli stara się ukazać, iż wojna w Sarajewie to nie tylko problem tego miasta; problemem jest dla całej Europy fakt, że blisko 50 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej ma miejsce kolejny dramatyczny konflikt zbrojny na Starym Kontynencie. Warto również zwrócić uwagę na sposób, w jaki autor opisuje sarajewskie środowisko artystyczne. Teatry funkcjonują na przekór rzeczywistości, która z artyzmem nie ma niczego wspólnego. I chociaż książki przestają mieć wartość i są rozdawane za bezcen na targowiskach, one jednak są w tej opowieści przejmującym świadectwem tego, co przeżywa główny bohater. Richter, opowiadając swoje dzieje, tworzy literaturę; do literatury nawiązuje i przez symbole literackie nawiązuje kontakt z czytelnikiem. Stwarza to wrażenie sentencjonalności, ale jest jednocześnie dowodem na to, iż „Krzesło Eliasza” to proza dostojna i pasjonująca.

Jedyne, do czego można żywić ambiwalentny stosunek to antycypacja narracyjna w tej powieści. Z jednej strony ustawiczne zapowiadanie zdarzeń w mrocznej tonacji dodatkowo skupia uwagę na lekturze, z drugiej – po pewnym czasie może irytować, bo zdradza wiele istotnych spraw.

Co znaczy umieranie i rodzenie się na nowo? Jakie obyczajowe szczegóły łączą życie bohatera „Homo Faber” i Richarda Richtera? Czym jest tak naprawdę oblężone miasto i dlaczego wojny 1942 i 1992 roku tak silnie się ze sobą łączą? Czy da się żyć nadal, kiedy przez pięćdziesiąt lat żyło się złudzeniami? Na te i wiele innych pytań odpowiedź daje książka Igora Štiksa.

Wydawnictwo W.A.B., 2009

2009-07-18

"Opowiadania kryminalne"

Antologia opowiadań kryminalnych, jaką proponuje Wydawnictwo Czarna Owca, to bardzo dobra lektura wakacyjna. Książka doskonała do tramwaju, do poczytania na plaży, nad jeziorem czy w pociągu. Dziewięć zgrabnych historyjek, w których trup może nie ściele się tak gęsto, jak można byłoby przypuszczać, ale gdzie poznajemy różne rodzaje zbrodni i różne motywacje do tego, by pozbywać się bohaterów tych tekstów. Jak to w przypadku zbioru opowiadań różnych autorów, całość jest dość nierówna i bynajmniej nie przekonuje do końca. W moim odczuciu cztery teksty są nieszczególnie ciekawe, cztery teksty dobre i jeden bardzo dobry, wyróżniający się i pozwalający stwierdzić, że „Opowiadania kryminalne” to ogólnie rzecz biorąc całkiem niezła publikacja.

Zacznę od tego, co mi się nie podobało. „W małym dworku” Bohdana Sławińskiego umieszczam w tej grupie nie dlatego, że jego tekst jest zły, ale przede wszystkim dlatego, iż nijak nie wpisuje się w kryminalną konwencję zbiorku. Intryga rozmywa się bowiem w morzu egzystencjalnych rozmyślań znanych z „Królowej Tiramisu” i ubarwionych licznymi aluzjami i nawiązaniami literackimi. Mający problem z własną tożsamością i płciowością bohater bynajmniej nie wpisuje się w kryminalny leitmotiv tej książki. To zatem tekst ciekawy, ale… nie do tego zbioru. Kolejnym opowiadaniem, które do mnie nie przemówiło, jest „Kilka dni z życia gospodyni domowej” Hanny Samson. Tytułowa gospodyni to osamotniona kobieta, która spędza na obczyźnie czas u boku zapracowanego męża. Okaże się, że nie przypadnie jej do gustu kot sąsiadów, a także ich synek, a potem… Mogłoby być interesująco, a nie jest. Pani Samson zatem podziękuję, podobnie jak Zycie Rudzkiej, która w „Doskonałej przynęcie” oprowadza nas po Żoliborzu z pewną tajemniczą panią Rejko i Pięknym Elvisem. Finał tych wędrówek jest nie tyle dwuznaczny, co mało dynamiczny. Dynamiki u Rudzkiej nie ma, a kryminalna antologia aż się o nią prosi. Prosić można także Bogdana Loebla o nieco mniej przewidywalne i stereotypowe zakończenia, bo jego „Połowa jabłka” zapowiada się smakowicie, ale końcówka sprawia, iż ten literacki owoc nie jest zbyt apetyczny.

Zostawmy na boku potknięcia i marudzenia niewprawnego czytelnika prozy kryminalnej, jakim zapewne jestem. Zwróćmy uwagę na jaśniejsze strony tego zbiorku. A jest się czym zachwycać już od pierwszych stron. Rozpoczynająca książkę „Zbrodnia doskonała” Jarosława Klejnockiego to pełen ironii obrazek z życia, którego przewrotność zaskoczyć może każdego. Klejnocki wyjaśni, w jaki sposób bezproblemowo pozbyć się gburowatego kioskarza, który burzy idyllę życia w drogim, zamkniętym przed światem osiedlu podmiejskim. Autor drwi z głównego bohatera, ale i bezlitośnie obnaża absurdy myślenia o bezpiecznym i spokojnym życiu. Ta miniaturka wzbudza emocje, chociaż operuje minimalnymi środkami wyrazu. Takich tekstów chciałoby się przeczytać więcej. Dobrze czyta się Krzysztofa Beśkę i jego „Chorobę legionistów”. W tym sprawnie toczącym się opowiadaniu odkryjemy zagadkę morderstw kolejnych uczestników powstania warszawskiego i dowiemy się, jaki związek z zabójstwami starszych panów ma choroba wywołana przez działającą klimatyzację. Dowcipnie i ujmująco motyw przewodni antologii wykorzystał Dawid Kornaga. Jego „Mleczaki” opowiadają historię zabójstw, których dokonuje… dziecko za pomocą swych mlecznych zębów. Kornaga pozostał zapewne w kręgu tematycznym swej ostatniej powieści „Znieczulenie miejscowe”, bo poczynania tajemniczego brzdąca przypominają jako żywo (sic!) działania jakiegoś upiornego wampira. Tyle tylko, że w zagadkę śmiertelnych ukąszeń mlecznych zębów wplątany zostanie także nazbyt wysoki policjant, dziennikarka z ambicjami i pewien krytyk literacki. Dosłowność Kornagi jest takim samym atutem jak symbolika opowiadania „Wiedeń” Izabeli Szolc, w którym poznamy mordercę i motywy jego postępowania, sięgając do przeszłości bohatera. Krótko, zwięźle, frapująco. Tekst Szolc to kolejny atut tej antologii.

Najlepiej broni jej jednak Antonina Turnau ze swoim tekstem „Wszyscy mamy tajemnice, moje dziecko…”. To tekst najlepszy, doskonale trzymający w napięciu, zaskakujący pointą, „soczysty” i frapujący. Turnau zabierze nas do sennego górskiego uzdrowiska niczym z powieści Tomasza Manna, gdzie zagadkę morderstwa rozwiąże pewien autor poczytnych kryminałów. Mamy w tym tekście wszystko to, czego można by oczekiwać od dobrej kryminalnej historii. Klaustrofobiczną atmosferę zagrożenia, podejrzanych bohaterów i szereg motywów, które prowadzą donikąd, by w finale zaskoczyć czytelnika.

Myślę, że lektura opowiadań kryminalnych będzie naprawdę pasjonująca i choć pewnie autorzy wykonali pracę na zamówienie, dobrze można się przyjrzeć temu, jak odnajdują się w kryminalnych intrygach. Smakowity czytelniczy kąsek z dreszczykiem. Mimo rozczarowań, o jakich wspomniałem, polecam z czystym sumieniem – nie tylko fanom kryminałów.

Wydawnictwo Czarna Owca, 2009

2009-07-17

"Czekając na Turka" Andrzej Stasiuk

"Napisana w ramach europejskiego projektu teatralnego „After the Fall – Europe after 1989” tragikomedia Andrzeja Stasiuka wyraża niepokoje związane z wejściem Polski do Unii Europejskiej oraz ukazuje zmiany, jakim podlega Polska. To opowieść o zagrożeniach i o rozczarowaniach. Opowieść o lęku przed Obcym i o skutkach otwierania się na to, co inne, nieznane i niepokojące. Opowieść, w której Stasiuk stara się pokazać dwuznaczność wolności, jaką Polsce oferuje kapitalizm, i tę wolność w pewien sposób wykpić. „Czekając na Turka” stanowi artystyczny wyraz ambiwalentnych uczuć związanych z nowymi dziejami naszego kraju. Sztuka prawdziwa i bolesna. Bo śmiać się przy niej można tylko przez łzy."

Wydawnictwo Czarne, 2009

Całość tekstu na stronie artPapieru

2009-07-16

"Powiatowa rewolucja moralna" Paweł Smoleński

Wątpliwości mnie ogarnęły po lekturze „Powiatowej rewolucji moralnej”. Bo tak sobie myślę, co mi ta książka dała? Otworzyła na coś szerzej oczy? Zaskoczyła czymkolwiek? Zaintrygowała? Dała do myślenia? Że Paweł Smoleński jest dobrym reportażystą, wiem od dawna. Teksty zebrane w tej książce wydały mi się znajome, zapewne kilka czytałem na łamach „Gazety Wyborczej”. Znak zebrał teksty Smoleńskiego i kazał się zastanowić nad sensownością tego zbioru. Jaka nasza Polska jest, każdy widzi. Prowincjonalne miasteczka bynajmniej nie umykają kamerom ani wnikliwym dziennikarzom. O Polsce szarej, pospolitej, o Polsce zwyczajnie nudnej ze swym ciągłym marudzeniem, ze swą zawiścią, z absurdami, które już nie śmieszą, z krzywdą, jakiej nigdy nie można naprawić, napisano naprawdę wiele i pisze się wciąż. Czym zatem „Powiatowa rewolucja moralna” ma się wyróżnić? Doprawdy nie wiem, ale postaram się napisać, dlaczego reportaże Smoleńskiego warto poznać, bo to naprawdę kawał dobrej dziennikarskiej roboty. Mimo tematyki, która chwilami po prostu nudzi.

Autor zabiera nas na kilka wycieczek krajoznawczych i kulturoznawczych. Ich celem będą miejscowości, do jakich zaglądamy rzadko, bo i nie są wdzięcznym tematem medialnym. Smoleński był tam w momentach ważnych dla lokalnej społeczności i pokazał mechanizmy działania ludzi, którzy za cenę utrzymania się przy władzy są zdolni do prawie wszystkiego. Odwiedzamy zatem Człuchów, w którym działacze lokalni szkalują się na potęgę na fali szaleństwa lustracyjnego. Wędrujemy do Chełma, gdzie likwidacja zbiorów miejskiej biblioteki stanie się punktem wyjścia do rozważań na temat lokalnej władzy. W Grudziądzu przyjrzymy się partyjnym walkom prawicy z lewicą, doprowadzającym miasto do zapaści. W Kościerzynie będziemy świadkami poczynań pewnego bardzo moralnego posła, który wytacza działa przeciw organizatorom męskiego striptizu w dyskotece i przekonany, iż w jego miejscowości nie ma żadnego geja, głośno protestuje przeciw wizycie posłanki Senyszyn, która miała czelność obnosić się ze swoimi racjami na paradzie zboczeńców w Warszawie.

Nudno? No nudno, niestety, bo opisywana przez Smoleńskiego rzeczywistość jest wszystkim znana od dawna i zwyczajnie nie ma się już ochoty dalej o niej czytać bądź słuchać. Broni się jednak warsztat reportaży. Czasami przykuwają uwagę i zmuszają do myślenia. Nie wykorzystują znanych kalek słownych, nie operują ogólnikami. Wyraźnie zarysowują szczegóły, nie odbiegając jednocześnie od ogólnego oglądu przedstawianej sytuacji. Najlepiej pisanie Smoleńskiego sprawdza się w relacjach z miejsc, gdzie czas wydaje się stać w miejscu, a ludzie ulegają prymitywnym żądzom i uciechom, które czynią ich życie podobne do wegetacji, dodatkowo na granicy prawa. Tak się dzieje w opowieści o młodych jumaczach z Krosna Odrzańskiego i procederze kradzieży od niemieckich sąsiadów coraz to nowych dóbr, dla których rynek zbytu za Odrą jest bardzo duży. Tak też opisana jest senna rzeczywistość górskiej wioski Wyszowatki, gdzie wciąż pijani mieszkańcy wiodą życie przepełnione marazmem i niespełnionymi oczekiwaniami względem państwa i życia w ogóle.

Śmiesznie i intrygująco pisze Smoleński o postaciach z życia politycznego, które bynajmniej śmieszne nie są. Poznajemy posłów, którzy wypowiadają wojnę Żydom, pedałom, aborcji i tym wszystkim, którzy wcześniej ukradli i którym teraz trzeba ukraść dla równowagi. Przypomnimy sobie pomysł intronizacji Jezusa, jaki całkiem poważnie padał na mównicy sejmowej. Dowiemy się, dlaczego pewien poseł z Bielska-Białej uważa, że dzieciaki trzeba lać - z zastrzeżeniem, żeby nie bić po kościach i nie zostawiać śladów. Poznamy posłankę, która jadąc na kosiarce, nadaje nową drogę politycznej reklamie partii. Na zakończenie przeczytamy kilka rozmów z polskich domów, będących komentarzem do całego politycznego cyrku w Polsce.

To także mało chwytliwe? Nie bawi? „Przejadło” się? Niestety, niczego poza tym w „Powiatowej rewolucji moralnej” nie będzie. Może jedynie kilka gorzkich słów pod adresem polskości w ogóle i parę smutnych obrazków, które na pewno nie poprawiają nastroju. Ale taka to Polska właśnie. Chyba nie chcę czytać o jej szarości, skoro tyle tej szarości widzę na co dzień. Dlatego lekturę tej książki polecić mogę przede wszystkim tym, którzy szlifują swe umiejętności w pisaniu reportaży. Smoleński udowadnia, że z najbardziej nawet wyeksploatowanego tematu można zrobić dobry reportaż. Ale to mimo wszystko za mało, żeby czas spędzony z „Powiatową rewolucją moralną” uznać za udany.

Wydawnictwo Znak, 2009

2009-07-15

"Smak miodu" Salwa al-Nu'ajmi

Zapewne świat islamu może uznać Salwę an-Nu’ajmi za jawnogrzesznicę, która czerpie radość z opowieści o intymnych zbliżeniach. Ta pozycja swą popularność na pewno zawdzięcza temu, iż jest kontrowersyjna, albowiem książek nawiązujących do „ars amandi” napisano i wydano już bardzo wiele. Wydano, ale nie w świecie arabskim, w którym autorka umieszcza swe rozważania na temat seksualności i doznań cielesnych, kształtujących jej sposób postrzegania rzeczywistości. To bowiem książka o kobiecym ciele i tylko o ciele, wszak istnienia duszy an-Nu’ajmi nie tyle nie dostrzega, co nie wiąże z nim jakiegokolwiek znaczenia. Autorka „Smaku miodu” wyraża wprost swe myśli o duszy: „Miłość jest dla ducha, a pożądanie dla ciała. Ja nie mam ducha”. Unikając zatem tematu miłości, an-Nu’ajmi opowie o umiłowaniu ciała; o możliwościach, jakie daje, o rozkoszy, którą się czuje i przeżywa i o której tak trudno jest mówić nawet kobietom z liberalnych kręgów kulturowych. Wszystko okrasi dodatkowo cytatami z klasycznych dzieł literatury arabskiej, a swe rozważania o pożądaniu i seksie wplecie we współczesny dyskurs o roli płciowości i sztuce uwodzenia.

„Istnieją ludzie, którzy wywołują duchy – ja wywołuję ciała”. Ciało stanie się dla an-Nu’ajmi intymną mapą, po której podążać będzie w podróży do wnętrza samej siebie. Ciało jest źródłem rozkoszy; ciało wymaga szacunku, ale jednocześnie pielęgnacji i cierpliwości. Ciało jest dla syryjskiej pisarki istotą kobiecości, więcej – istotą człowieczeństwa jako takiego, które realizuje się w miłosnych aktach, dających spełnienie. To, co współczesne ruchy feministyczne nazwałyby uprzedmiotowieniem kobiet, dla an-Nu’ajmi jest świadectwem ich podmiotowości. Żadna bowiem kobieta nie może wyrzec się własnego ciała, żadna nie powinna ukrywać jego pragnień i każda odnaleźć może spełnienie tylko wówczas, gdy da swemu ciału i jego potrzebom dojść do głosu.

Pisarka w swych rozważaniach ustanawia własny punkt widzenia na moralność i etykę. „Moje wartości etyczne nie mają nic wspólnego z moralnością świata zewnętrznego”. To, co w ojczyźnie autorki może być uznane za skandalizujące, na kartach jej opowieści jest jedynie próbą odpowiedzi na to, kim jest współcześnie arabska (i nie tylko) kobieta, co warunkuje jej rozwój, jak realizuje własne marzenia i jakie znaczenie w tej realizacji ma swoboda seksualna, którą odbiera kobietom islam. An-Nu’ajmi bawi się w interpretatorkę mądrości literackich, a nawet prawd Koranu i faktycznie trzeba przyznać, że operuje cytatami inteligentnie i z rozmysłem. Ważne jest jednak to, że jej proza jest prozą sugestii, próbą uchwycenia doznań trudnych do opisania, albowiem opierających się przede wszystkim na odczuwaniu. W takim rozumieniu „Smak miodu” nabiera znamion traktatu o doświadczaniu własnej cielesności przez pryzmat kulturowych ograniczeń, z którymi an-Nu’ajmi próbuje zerwać.

Ogromne znaczenie ma także postać tajemniczego Myśliciela. Trudno jednoznacznie określić, kim jest ten mężczyzna i czy faktycznie istnieje, ale to dzięki Myślicielowi autorka odradza się seksualnie, dzięki niemu zaznaje nieopisanych rozkoszy i w końcu przy jego pomocy poznaje prawdę o własnym ciele, jego potrzebach, o sobie samej. Warto tutaj zwrócić uwagę na sposób portretowania mężczyzn w tej książce. Są dominujący, są zdeterminowani przez żądze, a jednocześnie bardzo słabi i podporządkowani kobietom, które działają na nich za pomocą swoich ciał. Seks z mężczyzną jest dla an-Nu’ajmi sposobem na odkrycie pełni swojej kobiecości. Mężczyzna to przewodnik na drodze poznawania siebie, ale także zwodniczy kusiciel, dzięki któremu intymne miejsca wilgotnieją, a kobieta wydaje się zdana na łaskę własnych potrzeb seksualnych, z których nie zdaje sobie czasem sprawy.

„Smak miodu” zawiera także sporo interesujących spostrzeżeń dotyczących życia seksualnego w ogóle. An-Nu’ajmi wysuwa tezy dość kontrowersyjne. Pisze o tym, że monogamia to krzywda dla prawdziwego małżeństwa, a najlepszym rozwiązaniem jest tak zwany „związek czasowy”. Opowiada o viagrze i hipokryzji tych, którzy korzystają z jej dobrodziejstw. Dyskretnie sugeruje, iż homoseksualizm może być próbą ucieczki przed prawdziwymi pragnieniami. W końcu rozprawia na temat zdrady, pisze o niesprawiedliwych konsekwencjach dla obu zdradzających płci w świecie islamskim (mężczyzna trafia do więzienia na siedem lat, kobieta na trzy) i o tym, że akt zdrady nie jest do końca tym, co uważane jest w kulturze za złe i naganne.

I jeszcze teza, która może się wydać zaskoczeniem, ale która jak żadna inna zachęca do przeczytania tej książki, tak silnie osadzonej przecież w świecie kultury na co dzień obcej Europejczykom. Okazuje się, że o seksualności an-Nu’ajmi może pisać tylko w języku arabskim. „Bo dla mnie arabski jest językiem seksu. Żaden inny nie zastąpi go w chwili szczytowania, nawet z mężczyznami, którzy go nie znają. I niepotrzebny jest tu żaden tłumacz”. Cieszę się jednak, że Marek M. Dziekan podjął się trudu przetłumaczenia tej pasjonującej książki i że w tłumaczeniu owym „Smak miodu” nie stracił chyba delikatności i… smaku.

Wydawnictwo W.A.B., 2009

2009-07-14

"Koniec Kalifornii" Steve Yarbrough

Rok 2003. Z Fresno do prowincjonalnej miejscowości w stanie Missisipi przybywa Pete Barrington wraz żoną Angelą i córką Toni. Dlaczego kalifornijski lekarz nagle postanawia wrócić do swego rodzinnego miasteczka? Jakie fakty stoją za nagłą przeprowadzką? Jakie tajemnice kryje w sobie Loring i co zdarzyło się w przeszłości Pete’a? Czy można uzyskać zbawienie od grzechów rodziców? Dlaczego w Loring dojdzie do morderstwa i czym stanie się ta tragedia? Na te pytania odpowiada barwna i dynamiczna opowieść amerykańskiego pisarza, który przenosi nas mimo wszystko do miasteczka mało barwnego i do świata, w którym pozornie niewiele się dzieje. Steve Yarbrough opowiada o końcu złudzeń i końcu świata, w jakim nie żyło się naprawdę. Kończąc z Kalifornią, bohaterowie tej książki kończą przede wszystkim z rozpamiętywaniem przeszłości i żegnają się z mrocznymi zdarzeniami, które wpływają na nich obecnie. To opowieść o pożegnaniu z pewnymi mitami, stereotypami i przyzwyczajeniami, a jednocześnie historia o dorastaniu do prawdy o sobie samym.

Powrót Barringtona do Loring to także powrót do mrocznych zdarzeń z przeszłości. Między innymi do romansu, w jaki wdał się młody Pete z matką swego kolegi Alana. Alan DePoyster jest obecnie właścicielem sklepu spożywczego, konserwatystą, przykładnym mężem i ojcem, człowiekiem niechętnym jakimkolwiek zmianom i przerażonym faktem, że rodzina Pete’a ponownie pojawia się w Loring. Alan to żarliwy baptysta, który stale szuka odpowiedzi na dręczące go pytania w Biblii. Jego matka, Edie zawsze była kobietą wyzwoloną, lekkomyślną i liberalną. Im bardziej Alan stawał się religijny, tym dalej od prawd wiary chrześcijańskiej była jego matka. Schorowana, zgorzkniała i pełna skrywanej niechęci do syna Edie obecnie stara się za wszelką cenę udowodnić, iż Alan w swym oddaniu religii jest groteskowy i śmieszny. Umiejętnie przez Yarbrough zbudowana opozycja między matką a synem będzie także symboliczną wykładnią różnic pokoleniowych, o jakich traktuje „Koniec Kalifornii”. Ważny będzie bowiem także wątek relacji Alana ze swym synem Masonem, Pete’a z Toni oraz Tima, przyjaciela Barringtona, który próbuje znaleźć nić porozumienia ze swą buntowniczą córką Susan.

Młode pokolenie w tej powieści zdaje się zaprzeczać wszystkiemu temu, co w przeszłości poróżniło ich rodziców. Ku przerażeniu Alana jego syn nawiązuje bliższą znajomość z córką Pete’a. Dzięki Toni dojdzie do finałowego pojednania między rodzinami, o jakim nie byłoby mowy bez interwencji dziewczyny. To, co skrywali rodzice, jest obecnie poznawane, nazywane na nowo przez ich dzieci i… wybaczane. Szkoda tylko, że droga ku wybaczeniu wiedzie w powieści amerykańskiego pisarza przez pełne wzajemnych animozji rozliczanie się z przeszłością, w której wciąż zanurzeni są dorośli bohaterowie książki.

Obyczajowe tło powieści pełni funkcję bardzo istotną, o ile nie najważniejszą. Przyglądamy się bowiem agonii małżeństwa Pete’a i Angeli oraz pustce, jaką skrywa pozornie wzorcowe pożycie Nancy i Alana DePoysterów. Romans Angeli z Timem jest wyrazem rozpaczliwego poszukiwania bliskości tam, gdzie trudno tę bliskość odnaleźć. Między Nancy a Alanem zaś na zawsze pozostanie widmo wykorzystywania seksualnego Nancy przez jej brata. Alan podejmie się próby zniszczenia tego, do czego sam nie miałby śmiałości. Wytykając Angeli rozwiązłość, krytykuje jednocześnie swą emocjonalną pustkę, która każe mu w małżeństwie pozostać na zawsze oschłym i smutnym. To, co rozsadza od wewnątrz związki Pete’a i Angeli oraz Alana i Nancy, z pozoru wygląda zupełnie inaczej, ale tak naprawdę jest tym samym. Yarbrough przejmująco pokazuje, w jaki sposób uczucia przestają się liczyć, kiedy tak naprawdę wciąż są żywe. To, co dzieje się w sypialniach małżonków jest odzwierciedleniem niemocy, z którą próbują się oni mierzyć. Niemocy wynikającej z faktu, iż coraz trudniej jest mówić o prawdziwych uczuciach i słuchać siebie wzajemnie.

Dramatyczna opowieść Steve’a Yarbrough nabiera coraz to nowych znaczeń i jest wnikliwym studium zagubienia jednostki i niemożności pożegnania się z traumatyczną przeszłością. Bohaterowie „Końca Kalifornii” są ludźmi, dla których teraźniejszość nieodłącznie wiąże się ze złem, jakie niesie w sobie przeszłość. Pisarz pokazuje, w jaki sposób zerwać można z dręczącymi nas wspomnieniami i udowadnia jednocześnie, że trzeba przede wszystkim umieć wybaczyć samemu sobie. A wybaczać potrafią – jak to już zostało wspomniane - tylko młodzi bohaterowie tej książki.

Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, 2009

2009-07-13

"Romans licealny" Piotr Zaremba

Kiedy świeżo upieczona polonistka Anna Skowroniec pojawia się w murach pewnego peryferyjnego warszawskiego liceum w 1987 roku, nie sądzi, że będzie tam pracować długo. Okazuje się jednak, że z czasem nie tylko zwiąże się ze szkołą, ale także z pewnym uczniem, a wszystko rozgrywać się będzie na tle przełomowych dla Polski wydarzeń. Tak rozpoczyna się powieść Piotra Zaremby i w taki oto sposób zostajemy wprowadzeni w świat uczniów i nauczycieli pewnego liceum, którzy staną się komentatorami zdarzeń, jakie na zawsze zmieniły polskie realia.

Książka obejmuje lata ważne, bo okres od 1987 do 1991 roku. Nazwanie jej powieścią pokoleniową jest może lekką przesadą, ale mamy tu faktycznie ludzi, którzy polski komunizm żegnają wraz z powitaniem własnej starości oraz młodych licealistów, przed którymi otwiera się świat zupełnie nowych możliwości. Najwyraźniej nakreślona opozycja to ta szkolna, wszak akcja rozgrywa się przede wszystkim w licealnych murach. Mamy więc nauczycieli – w różnym wieku, ale głównie takich, którzy sporo lat pracy z młodzieżą mają już za sobą – oraz uczniów, tych niepokornych i tych całkiem niedostrzegalnych w tłumie.

Wspomniana już Anna to postać najmniej barwna, chociaż tytuł sugeruje, iż to właśnie nauczycielka flirtująca z uczniem będzie znacząco wpływać na tok narracji. Od pierwszych dni w nauczycielskiej roli jawi się jako kobieta niepewna, uległa i zakompleksiona. Potem przejmuje opiekę wychowawczą nad klasą, jej lekcje zaczynają być coraz bardziej żywe, ale jednocześnie Anna wikła się w szereg tajemniczych spraw, z których tylko część zostanie ujawniona. Jej romans z Adamem Ferensem, indywidualistą i buntownikiem (któż bowiem wpada na pomysł, aby spalić w szkole obwieszczenia wyborcze w 1987 roku i narazić się na surową karę za ten postępek?) z czasem zamieni się w skomplikowaną sytuację, w jakiej Anna nie będzie potrafiła się odnaleźć i z której wyjście odnajdzie w kroku dla osób z jej otoczenia zupełnie niezrozumiałym.

Myślę, że o wiele bardziej ciekawa jest postać innego belfra, historyka Pawła Zakrzewskiego. Znając biografię autora, łatwo można się domyślić, iż Zakrzewski musi mieć cechy Zaremby, który pracował w szkole dokładnie tyle lat, co opisany przez niego bohater i w tym samym czasie. Paweł tak naprawdę nie zna do końca swojej roli w szkole i w życiu. Na co dzień wymagający nauczyciel, po godzinach utrzymujący znajomości z kolegami ze studiów, którzy ironicznie komentują fakt, że uczy w szkole. Zdominowany przez ojca, zamknięty w małym pokoiku w mieszkaniu rodziców wraz ze swoimi marzeniami, fantazjami i kompleksami. Próbuje odgadnąć tajemnice Anny, ale przede wszystkim stara się znaleźć własną drogę w zmieniającej się rzeczywistości i w Polsce, która na jego oczach przeobraża się tak niewiarygodnie szybko. Paweł wydaje się nauczycielem bardzo zaangażowanym w to co robi, ale jednocześnie stojącym jakby obok szkolnych zdarzeń. Trudno jest mu zdecydować, czy spoufalić się bardziej z uczniami, czy też koleżankami i kolegami po fachu. Czy zostać w szkole i robić dalej swoje, czy wyjść naprzeciw oczekiwaniom Polski, która potrzebuje młodych zwolenników nowej demokracji?

Poza wspomnianym Adamem Ferensem warto zwrócić uwagę także na dwóch uczniów warszawskiego liceum. Tomek Rawicz uchodzi za szkolnego zabijakę słynącego z ciętych ripost i zachowań, które w żadnej mierze nie czynią z niego ucznia godnego szkoły. Remek Brzycki, skonfliktowany z Rawiczem, to młody chłopak, który musi się zmagać z piętnem bycia synem milicjanta. Remek poszukuje samego siebie i na tej drodze jest mu równie trudno jak Rawiczowi. Nieudane związki z rówieśniczkami, harcerstwo, rozpaczliwe próby odnalezienia swego miejsca w różnych grupach rówieśniczych… To wszystko czyni z Remka postać interesującą, także z punktu widzenia przemian zachodzących wówczas w Polsce, które odcisną swe piętno nie tylko na tym chłopcu. Ferens, Brzycki i Rawicz to trzy indywidualności, którym Zaremba nadaje nowe znaczenia. Ci młodzi są bowiem wyrazicielami obaw, jakie pojawiają się wraz ze zmianą ustroju. Oni także są bystrymi komentatorami poczynań dorosłych, swych nie zawsze godnych naśladowania nauczycieli oraz zagubionych w nowej rzeczywistości rodziców.

Wyszło Zarembie barwne portretowanie nastrojów społecznych czasu przemian ustrojowych. Ta książka ciekawie opowie o szybkim dorastaniu do życia i o braniu odpowiedzialności za własne słowa i czyny. To także groteskowy portret środowiska nauczycielskiego, w którym nadal spotkać można wiekowe „konserwy” typu pani Lesień czy Kiszkowskiej i gdzie tak trudno być wolnym od zwyczajów i nawyków, jakie czynią życie śmiesznym. Największym mankamentem tej książki jest natomiast nadmierna dygresyjność i fakt, że bohaterowie barwnych przecież czasów chwilami stają się papierowi i nieciekawi.

Myślę, że dla autora „Plamy na suficie” napisanie tej opowieści było sentymentalną podróżą do czasów minionych. I tak też chyba trzeba traktować „Romans licealny”. Jest chwilami może zbyt sentymentalnie, ale mimo wszystko interesująco.

Wydawnictwo Świat Książki, 2009

2009-07-10

"Królowa Tiramisu" Bohdan Sławiński

"Baśniowa Królowa Tiramisu okryta zostaje hańbą za cenę ocalenia syna. Baśniowy Królewicz próbuje przez całe życie zrozumieć istotę ofiary matki i znaleźć z nią bliskość. Baśniowa Królowa Tiramisu poświęca się, przestaje być słodka, z czasem jest już obojętna i nie ma w niej niczego tego, co było wcześniej. Myślę, że dramatem Królewicza–Piotrusia jest podążanie za pragnieniami, które wiążą się z przeszłością i nigdy nie będą zrealizowane. To, co dla niego ma słodki smak tiramisu, jest gorzkie i niejadalne. To, o czym roi sobie w głowie bohater to naiwne fantazmaty skrzywdzonego chłopca. Takiego chłopca, który jako mężczyzna nie jest w stanie poradzić sobie z brzemieniem, jakim jest dla niego kobiecość. W tym miejscu warto także dodać, że Piotr świadomie ucieka od narzucanych przez społeczeństwo męskich ról. Małżeństwo z Emilką zmusza go spełnienia określonych wymagań, a Piotruś przecież nie może stać się odpowiedzialnym ojcem i mężem, skoro tak mało odpowiedzialnie żyje i przeżywa świat. Świat słodkiego tiramisu to dla Piotrusia świat, w którym czas się zatrzymuje i gdzie zatrzymuje się matka bohatera. Taką, jaką chciałby ją widzieć i posiadać."

Wydawnictwo Czarna Owca, 2009 (II wydanie)

Całość tekstu na stronie G-Punkt.pl

2009-07-08

"Wybuchowe mango" Mohammed Hanif

Kiedy 17 sierpnia 1988 roku prezydent Pakistanu Muhammad Zia-ul-Haq zginie w niewyjaśnionych okolicznościach w katastrofie lotniczej, nikt nie będzie się spodziewał, że dwadzieścia lat później pewien pakistański pilot spróbuje na kartach swojej debiutanckiej książki wyjaśnić, co wydarzyło się tego dnia i jaki wpływ na to zdarzenie miały fakty z życia generała Zii. Nikt nie spodziewał się, że wydana zostanie książka tak błyskotliwa i intrygująca. Tak wybuchowa! I tak orientalnie słodka jak owoc mango, który odegra w książce Mohammeda Hanifa kluczową rolę.

Autor oddaje głos pominiętemu świadkowi, Alemu Szigri. Ali nie wsiadł feralnego dnia do prezydenckiego samolotu i próbuje zrekonstruować ostatnie miesiące życia generała Zii oraz odpowiedzieć na pytanie, co mogło poprzedzić tragiczną śmierć głowy Pakistanu. Tyle tylko, że więcej w tej opowieści komizmu niż tragizmu, więcej groteski i przejaskrawień niż rzetelnych informacji na temat ul-Haqa. Nie to było bowiem autorskim zamierzeniem, by napisać kronikę dramatycznych zdarzeń. Wydaje się, iż Hanif wykorzystał zarówno pakistańską katastrofę, jak i postać generała Zii, by obnażyć absurdy dnia codziennego kraju, o którym tak naprawdę świat wie niewiele.

Jaki jest Pakistan w „Wybuchowym mango”? Myślę, że warto zacząć od wypowiedzi wujka Starchy’ego, podstarzałego narkomana i znajomego Alego: „W tym kraju nie ma nic czystego. Ani haszyszu, ani heroiny, ani nawet sproszkowanego chilli”. Pakistan to kraj irracjonalnych posunięć rządzących, kraj biedy obywateli i bogactwa rządzących, kraj społecznych nierówności i państwo, w którym definicja porządku społecznego nabiera nowych znaczeń. Pakistan to w końcu kraj specyficznie rozumianej demokracji, wszak dla generała Zii „Demokracja to czerpanie siły z własnego ludu”. Chociaż Hanif zamyka nas głównie w wojskowych koszarach, więzieniach i w siedzibie generała, mamy jednak niepowtarzalną okazję, by przyjrzeć się Pakistanowi prawdziwemu. Takiemu, który dobija się do zamkniętych przed nim bram i który domaga się zwrócenia na siebie uwagi. „Wybuchowe mango” to powieść kpiąca z codzienności Pakistanu, ale jednocześnie taka, która jest w Pakistanie „zanurzona”. To jednak głównie książka o tym, jak bardzo życie codzienne może odbiegać od wizji tego życia rojonych w umyśle zadufanego w sobie władcy.

Głównym bohaterem opowieści jest bowiem Muhammad Zia-ul-Haq. Dumny, wyniosły wojskowy, który jest przekonany o tym, iż panuje nad krajem, jakiego zupełnie nie zna. Generał Zia żyje w ciągłym zagrożeniu. Otoczony ekipą wojskowych i ochroniarzy tkwi w swym własnym świecie i własnych fantazjach na temat Pakistanu. Boi się przyszłości, wszechobecnego wroga, ale przede wszystkim Allaha… i własnej żony. Zia namiętnie czytuje Koran i całkowicie podporządkowany jest nastrojom swojej małżonki. Mądrość Allaha kontrastuje w jego umyśle z bezkompromisowością żony. W chwilach zwątpienia ani Allah go nie wysłuchuje, ani żona nie potrafi zrozumieć. Co więcej, słowa z Koranu stają się coraz bardziej niezrozumiałe, a Pierwsza Dama któregoś dnia zwyczajnie wyrzuca go z sypialni i swojego życia. To nie jedyny sposób, w jaki Hanif demitologizuje postać Zii. Okaże się bowiem, że prezydent Pakistanu ma wielką słabość do obdarzonej dużym biustem amerykańskiej reporterki, cierpi na intymną dolegliwość odbytu, nie ma pojęcia o tym, jak skutecznie rządzić i nie rozumie motywów postępowania swoich najbliższych współpracowników. Zia śmieszy, ale i przeraża. Przeraża ignorancją, religijnym fanatyzmem, niekompetencją i okrucieństwem. Gdzieś pomiędzy tym, co mroczne a tym, co śmieszne Mohammad Hanif próbuje odnaleźć odpowiedź na pytanie o to, dlaczego generał zginie i kto tak naprawdę do tej śmierci doprowadził.

W postaci narratora ukrywa się kilka tropów interpretacyjnych. Ali Szigri, podoficer Akademii Pakistańskich Sił Powietrznych, próbuje dorównać swemu ojcu, który stał się żywą legendą i wzorem do naśladowania dla wojskowych, z którymi Ali ma do czynienia. Stopniowo jednak mężczyzna odkryje coraz więcej wstydliwych spraw z przeszłości ojca i zda sobie sprawę, że oddanie porucznika Kulego Szigri nie było pełnym oddaniem dla państwa, jego interesów. Ojciec Alego uosabia honor, dumę, męstwo… i słabość jednocześnie. Ali dostrzeże, że pakistańscy wojskowi nie są tak „kryształowi”, jak się wydają, a cały system państwowości oparty na twardej ręce generała-prezydenta jest systemem absurdów, śmieszności i dwuznaczności. Że rację w spojrzeniu na to środowisko ma przyjaciel Alego, kadet Obaid, którego zniknięcie zapoczątkuje serię zdarzeń, udowadniających tezy o zakłamaniu i głupocie pakistańskich wojskowych. Hanif bezpardonowo drwi z rodzimej „mitologii wojskowej”, ale przede wszystkim ukazuje, do czego doprowadza bezwzględne posłuszeństwo i budowanie na nim autorytetu.

„Wybuchowe mango” to powieść sensacyjna, społeczna, obyczajowa i polityczna. Niezwykłe połączenie wartkiej akcji, wyrazistych bohaterów, nietuzinkowego poczucia humoru autora i przede wszystkim inteligencji. Bo wszystko, co ukazuje ta książka, to rzeczywistość przefiltrowana przez umysł bystry, spostrzegawczy i analityczny. Tak wybuchowej książki już dawno nie czytałem. Warto skosztować tego literackiego mango. Obawiam się tylko, że wydany w ubiegłym roku debiut pakistańskiego twórcy to dobra, ale jednorazowa przygoda czytelnicza i Hanif niczego tak błyskotliwego już nie napisze.

Wydawnictwo Znak, 2009

2009-07-03

"Joe Speedboat" Tommy Wieringa

"Rzadko mamy do czynienia z prozą, która pozornie wydaje się dość lekka, ale skrywa w sobie wiele mrocznych prawd o istocie natury ludzkiej i o dążeniu do szczęścia, które nie zawsze jest łatwą drogą. Rzadko też odkrywamy literaturę tak prostolinijną i szczerą, jak powieść holenderskiego pisarza Tommy’ego Wieringi. „Joe Speedboat” w 2005 roku podbił serca rodaków twórcy, a dziś tę interesującą książkę ma okazję poznać polski czytelnik. To kolejna po wydanym przez W.A.B. cztery lata temu „Ojcu i ojcu” Karela van Loona powieść holenderska ciekawie ukazująca koloryt kraju, którego współczesne dokonania literackie nie są zbyt często tłumaczone. Kraju, o którym wciąż wiemy niewiele. Wieloaspektowo sportretowane Lomark jest w książce Wieringi taką Holandią w pigułce. Jest także miejscem, w którym rozegra się dramat przekraczania granicy między niewinnym dzieciństwem a pełną odpowiedzialności za siebie i innych dorosłością."

Wydawnictwo W.A.B., 2009

Całość tekstu na stronie artPAPIERU