Pages

2010-08-30

"Opowieść emigracyjna" Justyna Nowak

Powieść Justyny Nowak sytuować można w obrębie literatury prezentowanej przez np. Joannę Fabicką czy Małgorzatę Kalicińską. Byłaby to jednak pewna nobilitacja dla autorki, w związku z tym nie zamierzam „Opowieści emigracyjnej” umieszczać w jakimkolwiek współczesnym nurcie literackim, tylko napisać o tym, dlaczego lekturę w sumie można sobie darować. Wspaniałe jest to, iż niszowe oficyny stawiają często na promocję nieznanych autorów, najczęściej twórców jednego tytułu. Mniej wspaniałe już jest, iż światło dzienne oglądają wówczas powieści ledwie przeciętne i tak jest w przypadku Nowak. Chociaż fabularne rozwiązania wskazują na to, iż można się spodziewać kontynuacji losów głównej bohaterki, odnoszę wrażenie, iż „Opowieść emigracyjna” jest czymś najlepszym, co mogło wyjść spod pióra Justyny Nowak. Dlaczego w ogóle poświęcam czas tej książce? Myślę, iż stanowcza krytyka nie jest tutaj wskazana, albowiem to historia mająca krzepić serca współczesnej wielkiej emigracji, pokazując, iż emigracyjno-zarobkowe życie nie jest czymś złym. Jest również w tej książce sporo ciepła i humor, może nie zaraźliwy, lecz nietuzinkowy. Nowak napisała książkę niczym właściwie się nie wyróżniającą, ale chyba szczerą. Dlatego z mojej strony także kilka szczerych słów jej się należy.

32-letnia Klara Miodowska wiedzie życie singielki (brzmi bardziej błyskotliwie niż określenie „samotna kobieta wchodząca w wiek średni”). Za sobą ma kilka nieudanych związków, przed sobą niewiele perspektyw. Boi się zmian w swoim życiu, ale uważa, że są konieczne. Przekonuje ją do tego energiczna siostra Kinga, dzięki której Klara podejmuje odważną decyzję – wyjeżdża z Polski do Londynu na poszukiwanie szczęścia i spełnienia. Scenariusz, jakich wiele napisało życie w ostatnich latach, prawda? I dalej także może być przewidywalnie, chociaż Justyna Nowak bardzo się stara, żeby tak nie było. Klara znajduje schronienie w domu ciotki, u której jednak długo nie zagrzeje miejsca, bo jej młody i prymitywny kochanek urządzi końskie zaloty, w których efekcie Klara zostanie uznana za całkowicie straconą w oczach ciotki. Bohaterka staje przed nie lada wyzwaniami – gdzie zamieszkać, jak znaleźć pracę, w jaki sposób przełamać barierę językową i przede wszystkim, jak odnaleźć sens życia gdzieś daleko od domu, do którego wracać przecież nie warto, bo czeka tam raptem kilka kaktusów i przerażająca pustka codziennej egzystencji.


Zdarzenia opisane przez Nowak toczą się w tempie zawrotnym. Znajdziemy w książce złych i dobrych Polaków, którzy będą szkodzić i pomagać naszej emigrantce. Klara nie jest postacią papierową, zatem pojawi się wątek miłosny, dramatyczne opisy przetrwania w Londynie, fabrycznej harówki i wielu rozczarowań w życiu kobiety. „Opowieść emigracyjna” próbuje także portretować środowisko naszych rodaków, którzy za wszelką cenę chcą wytrwać na Wyspach, dorobić się i godnie żyć. W otoczeniu Klary pojawią się ludzie (głównie mężczyźni, co przecież nie może dziwić), którzy ogniskować w sobie będą wszystko to, co dla polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii najbardziej charakterystyczne – złożoność i nieprzewidywalność.


Niestety, ani jedna, ani druga cecha nie dotyczy formalnej strony książki. Trudno powiedzieć, czy autorce chodziło o nakreślenie opresyjnego charakteru rzeczywistości, z jaką zmaga się Klara, czy też o stworzenie czegoś na kształt portretu psychologicznego kobiety, która na obczyźnie wchodzi w wiek chrystusowy i której zmiany w życiu następujące właśnie na emigracji wydają się zmianami koniecznymi i nieodwracalnymi.


Najmniej przekonujące są wykreowane przez Nowak postacie. Tak naprawdę nie kryją w sobie żadnej tajemnicy, choć zwracający uwagę Klary Tomek wydaje się nieść w sercu mroczne brzemię przeszłości, z którym nie jest w stanie sam sobie poradzić. Brakuje w tej książce nakreślenia kolorytu Londynu, bo przecież to miasto barwne, dynamiczne i pełne ciekawych paradoksów. Nowak prezentuje świat, w jakim przyszło żyć Klarze w dość stereotypowy sposób i można odnieść wrażenie, iż „Opowieść emigracyjna” powstała z zasłyszanych, banalnych i przewidywalnych historii emigrantów zarobkowych. Nie pieniądze wydają się w tej książce najważniejsze, lecz uczucia. Te jednak przedstawione są za pomocą kilku językowych kalek, przez co poruszają odbiorcę w stopniu równie silnym jak topnienie lodowców na Grenlandii, o którym wspomina się na przedostatniej stronie codziennej gazety.


To lektura lekka, ale być może zbyt lekka, bo przecież Justyna Nowak podejmuje tematy w gruncie rzeczy bardzo złożone i poważne. Przez to nie mogę dodać drugiego trywialnego przymiotnika i napisać, iż to książka przyjemna. Nie chcę pójść na łatwiznę i w prosty sposób określać „Opowieści emigracyjnej”, bo być może warto po nią sięgnąć, by podjąć polemikę z moim punktem widzenia.


Wydawnictwo Novae Res, 2010

2010-08-27

"Wieloryb czyli przypadek obiektywny" Agnieszka Taborska

Tu. Tam. Jeszcze gdzie indziej. Agnieszka Taborska w swych urokliwych narracjach jest wszędzie i nigdzie jednocześnie. Opisuje i odzwierciedla świat, jakiego doświadcza, a jednocześnie ukrywa go w rzeczywistości surrealistycznego konceptu i braku pointy. Teksty „Wieloryba” nie stawiają kropek na końcu zdania. One w magiczny sposób otwierają przed nami rzeczywistość, o jakiej nikt nie myśli. Świat niedookreślony, a przecież bardzo wyrazisty. Niepokojący, ale i ujmujący swym uporządkowaniem chaosu. Historie Agnieszki Taborskiej to dowód na to, iż dobra literatura może odnajdywać inspirację w chwilach, z chwil budować wieczność, a w tej wieczności kreować jednocześnie symboliczną drogę, na której wszystko, co nietrwałe tworzy trwałe fundamenty. W nich zaś ukryta jest i doskonała zdolność obserwacyjna autorki, i jej niepowtarzalne poczucie humoru, i ostrze satyry wraz z humanistyczną troską o drugiego człowieka. Złożona z subiektywnych przypadków opisanych przez osobę inteligentną, książka Taborskiej to lektura dająca nam czas darowany, a nie utracony. I wybornie jest czytać takie opowieści, z których spogląda co rusz ekstrawaganckie oko Rolanda Topora, ale w tej prozie nie ma grozy i szaleństwa. Chociaż przecież niepokojące i szaleńcze wydaje się to, co Taborska opisuje.

Z krakowskiej galerii sztuki naiwnej ktoś kradnie wieloryba. Nie żąda za niego okupu, lecz informuje, że wieloryb ma się dobrze. Autorka kradnie życiowe historyjki i powoduje, że mają się one tak samo dobrze. Niby zdystansowana wobec tego, o czym opowiada, jest przecież w samym centrum zdarzeń. A zdarzenia to wielkie i małe jednocześnie. W niesamowitych sceneriach rozegrane. Schulzowski Drohobycz, urokliwe paryskie uliczki, niepowtarzalny czar amerykańskiego Providence, tunezyjski salon masażu, krakowskie zaułki, Litwa, Chorwacja… Taborska to niezwykła przewodniczka po niezwykłych miejscach. Znawczyni niezwykłości, jaką rodzi codzienność. Wnikliwa obserwatorka, podróżniczka i słuchaczka, a jednocześnie bawiąca się swymi narracjami literatka, dla której opisać i opowiedzieć znaczy zupełnie coś innego niż dla przeciętnego odbiorcy opisu i opowieści. Znamienny bowiem w dykteryjkach Taborskiej jest wspomniany już brak pointy oraz fakt, że przedstawiane zdarzenia, postacie, zwierzęta i często absurdalne sytuacje zanurzone są w surrealistycznej atmosferze niedopowiedzenia i żartu.


Tak, „Wieloryb” żartuje z nas, ale i z tego, co jest przedmiotem opisu. Nie czytałem jednocześnie już dawno tak poważnej książki. O co tutaj chodzi? Gdzie znajduje się u Taborskiej granica między tym, co ważne, a tym, co ulotne i niewarte uwagi? Czy taką granicę można w ogóle znaleźć? Urok tej książeczki to przede wszystkim wchodzenie w rzeczywistość i jej niedotykanie. Uwieść mogą w narracjach „Wieloryba” nie tylko liczne semantyczne i symboliczne tropy, każące spoglądać na opisywane sytuacje z nieco szerszej perspektywy. Niepowtarzalne jest to, że Taborska tak silnie tkwi we wszystkim, co przedstawia, a jednocześnie w tak magiczny sposób potrafi się od tego uwolnić i nie obciążać czytającego balastem. Zbiór przypadków „Wieloryba” to książka, wobec której nie pozostaje się obojętnym, bo od pierwszej do ostatniej strony wydaje się zaskakująco wieloznaczna. Zaimki przysłowne dekorujące kompozycyjnie zbiorek są tak samo umowne jak przeżycia, o jakich pisze autorka. I naprawdę ciepła to książka. Przepełniona surrealizmem i jakąś symboliczną magią, a przecież tak solidnie lojalna wobec życia, wobec rzeczywistości „tu i teraz”. Dotyka i przejmuje, ale wykorzystuje do tego całą masę zabiegów formalnych. Dlatego można się przy niej śmiać, ale należy przede wszystkim dumać.


Czego wstydzą się Amerykanie po ataku na Irak? Czy kot może być osobowością? W jaki sposób Forman wdziera się w dyplomatyczne progi? Jakie przestrzenie przemierza zasłużony yugo? Czy można się uzależnić od bajgli? Czy karaluchy mogą stać się obsesją? Na czym polega kłopot z krukiem? I jak długo mogą żyć opowieści, które dają odpowiedź na te pytania?


Lektura opowiastek Agnieszki Taborskiej powinna być obowiązkowa. Po to, aby czytać i pytać. I by przeżyć niezapomniany wieczór z tą książką.


Wydawnictwo Czarne, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-08-23

"Witajcie w Murderlandzie" Frédérique Molay

Wydana niedawno powieść francuskiej pisarki to rzecz godna uwagi nie tylko dlatego, że jest naprawdę nieźle skrojonym kryminałem. Frédérique Molay porusza w niej problemy niezwykle przecież współczesne, bo opierające się na wzajemnych wpływach świata rzeczywistego i wirtualnego, ale tak naprawdę uniwersalne i wiecznie żywe, gdyż to książka o przejmującym poczuciu samotności, o konstytuowaniu swojej tożsamości, o próbach odnajdywania za wszelką cenę akceptacji i zrozumienia wśród innych ludzi. I choć opowieść Molay rozgrywa się między ludźmi a wykreowanymi przez nich w grze internetowej awatarami, jest dość mocno poruszającą opowieścią o tym, w jaki sposób uciekając od samego siebie, można stanąć twarzą w twarz z demonem, także samym sobą…

Nathan Barnett Junior jest harvardzkim wykładowcą prawa karnego. Życie nie było dla niego łaskawe. Boryka się z piętnem bolesnej przeszłości, rozstania z żoną; z faktem, iż ukochana córka jest mu sądownie „zapisana” raz na jakiś czas i że własnej przejmującej samotności nie jest w stanie nikomu opisać. Nathan oddaje się namiętnie rozgrywkom w Island. To gra, w której można sobie dowolnie wybrać tożsamość i żyć w wirtualnej rzeczywistości, jaka imituje tę prawdziwą, ale jest przede wszystkim kontrolowana przez gracza. Wydaje się, że wszyscy grający w Island tworzą fikcyjne życiorysy, za którymi ukrywają swoje prawdziwe problemy, pragnienia, pasje i marzenia. Island jest wirtualną Arkadią i światem, w którym można czuć się bezpiecznie dlatego, że praktycznie samemu ustala się warunki funkcjonowania w nim. Nathan okazuje się oryginalny… i nad wyraz nierozsądny, albowiem grając w Island jako Nat, prowadzi dokładnie takie życie jak na co dzień. Pewnego dnia okazuje się, że wirtualna fikcja Island w jakiś makabryczny sposób zaczyna łączyć się ze światem rzeczywistym. Mordowane są awatary w grze, ale także ich realne odpowiedniki, ludzie z krwi i kości. Do oazy spokoju złaknionych specyficznych wrażeń internetowych graczy wdziera się śmierć i wiele tajemnic… A Nathan uświadamia sobie, że z jednej strony anonimowość w Internecie to fikcja, z drugiej zaś należy się tam kamuflować i ukrywać na wszelkie możliwe sposoby.


Pod koła wirtualnego samochodu Nata wpada kobieta, Jerry. Graczem, który kryje się pod tym awatarem jest Bonnie, kobieta ginąca z rąk okrutnego mordercy. Drugą ofiarą jest Student, który pojawia się w Island obwarowany pewnymi warunkami pobytu (grać mogą tylko osoby pełnoletnie, a Eliot – rzeczywisty odpowiednik Studenta – uczestniczy w życiu Island za zgodą rodziców). Najpierw w grze ginie młody awatar, potem Eliot… Wydaje się, iż te dwa morderstwa to dopiero początek makabrycznej serii i aby rozwiązać zagadki śmierci, w grę zaangażować muszą się także śledczy prowadzący w Bostonie sprawę zabitych Bonnie i Eliota.


Frédérique Molay świetnie buduje napięcie – świat przedstawiony tej powieści jest porwany, fragmentaryczny, pulsujący energią i bardzo niepewny. Kiedy w końcu orientujemy się, co tak naprawdę rozgrywa się w Island, a co w rzeczywistym czasie i przestrzeni, przekonujemy się, iż nic nie jest pewne, a dwa światy przenikają się, tworząc pełną okrucieństwa i przemocy rzeczywistość. Z jednej strony mamy sielski świat internetowej gry, w której pojawia się wszystko to, od czego tak naprawdę uciekają na co dzień gracze. Z drugiej strony - pozbawiony pięknych barw świat realny, w którym mamy do czynienia z ludźmi na różny sposób zagubionymi. Nathan żyje pod coraz większą presją – musi bowiem jak najszybciej wyjaśnić zagadkę morderstw oraz zrozumieć, dlaczego zabójca próbuje powiązać z jego życiem wszystkie wirtualne, a potem realne śmierci. Zajmujący się dochodzeniem bostońscy kryminalni stają przed problemem, który należy rozwiązać nowoczesnymi środkami. Tak jak Nathan muszą wkroczyć do wirtualnej gry, by zagrać w realności z mordercą wydającym się mieć nad policjantami dużą przewagę. Gra Molay nie jest jedynie walką z czasem i rozwiązywaniem trudnych zagadek. To jednocześnie pełna grozy opowieść o poszukiwaniu odpowiedzi nie tylko na pytania o to, kto zabił, ale przede wszystkim o to, co tak naprawdę kieruje internetowymi graczami zamieniającymi idylliczny świat Island w przerażający początek drogi ku dramatom życia w „realu”.


Molay hipnotyzuje czytającego za pomocą dość prostych rozwiązań formalnych. Niczego jednak nie można przewidzieć podczas lektury. „Witajcie w Murderlandzie” stawia pytania, na które nie można znaleźć odpowiedzi bez penetracji trudnej do opisania granicy, jaka w XXI wieku wytwarza się między tym, jak ludzie żyją a tym, co czują, uciekając od życia w wirtualne światy i społeczności.


Wydawnictwo MUZA, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-08-21

"Sto dni" Lukas Bärfuss

Kiedy w ubiegłym roku Wydawnictwo Czarne opublikowało „Strategię antylop”, wstrząsający reportaż o życiu mieszkańców Rwandy po dramatycznych wydarzeniach 1994 roku, wydawało się, iż otrzymujemy niemal kompletny zapis traumy, jakiej doświadczył ten mały afrykański kraj. Francuski korespondent Jean Hatzfeld oddał głos Rwandyjczykom; od nich dowiedzieliśmy się o tym, jak żyć po masakrze ludobójstwa i budować relacje z ludźmi, którzy tak niedawno atakowali maczetami, a teraz są po prostu sąsiadami. Nieopisywalne słowami dramaty ludzi w książce Hatzfelda nabrały znamion wyjątkowego dokumentu, który potrafi znaleźć słowa na to, by przybliżyć koszmar ludobójstwa i niewyobrażalną dla Europejczyka sztukę budowania normalnego życia w świecie spływającym niegdyś krwią. Opowieść Lukasa Bärfussa jest specyficznym uzupełnieniem opowieści bohaterów Hatzfelda, albowiem opisuje makabryczne sto dni rzezi z punktu widzenia szwajcarskiego dyplomaty, uwikłanego w szereg egzystencjalnych rozterek.

Książka Bärfussa zadaje pytania o to, w jaki sposób europejskie społeczeństwa odpowiedzialne są za dramat Rwandy. „Sto dni” stawia wiele niewygodnych tez, jest książką pełną niepokoju i mroku. Dodatkowo to pasjonujące studium człowieka cierpiącego i takiego, który odczuwa cierpienie innych. Zdecydowanie za mało o tej książce napisano (wieloaspektowy tekst Jerzego Franczaka opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” to pojedynczy zaangażowany w przekaz tej powieści głos) i chociaż lekturę odwlekałem w czasie, bo doskonale wiedziałem, o czym przeczytam, czuję się w obowiązku nakreślić kilka zasadniczych myśli „Stu dni” i zwrócić uwagę na świat, na który nigdy naprawdę nie zwracano tej uwagi.


David odbywa w Rwandzie specyficzną misję. Jego zadaniem jest pomoc w odbudowie tego kraju, a z czasem bohater ma wrażenie, iż dokłada się w jakiś sposób do jego ruiny. Kiedy pierwsze brutalne ataki Hutu na Tutsi rozpoczynają krwawą rzeź Rwandy, David pozostaje tam i ukrywa się w willi Amsar w Kigali. Ratuje go to, że jest Szwajcarem, a przecież Szwajcar traktowany jest w Rwandzie zupełnie inaczej niż np. Belg. Szwajcara nie zabija się maczetą, jemu jest się wdzięcznym. Za co? Czy David i jego współpracownicy mają powody sądzić, iż afrykańskie państwo biedy, głodu, zacofania i niesprawiedliwości społecznej jest winne jakąkolwiek wdzięczność krajowi tak stabilnemu i cywilizowanemu jak Szwajcaria? Dramat pozostającego w centrum krwawej rzezi Davida nie będzie tylko jednostkowym dramatem dyplomaty, który wątpi w sens swoich dotychczasowych działań i który zdaje się na pomoc szabrownika i ludobójcy. Jego historia będzie symbolicznym przedstawieniem dramatu cywilizowanego świata, jakiemu przez lata nie udało się ucywilizować kraju, w którym dyplomaci i wolontariusze wykonywali mrówczą codzienną pracę.


Bohater Bärfussa pozostaje sam ze sobą, z przerażającą teraźniejszością i dręczącymi go wspomnieniami. Pozostaje w towarzystwie myszołowa, któremu próbuje uratować życie. Jak? To bardzo znaczące, jak David postrzega swe działania wobec opierzonego przyjaciela: „Rąbałem na kawałki psy, które ktoś dla mnie zabijał. Zdrowe, silne psy. Rąbałem je, aby karmić nimi kalekiego ptaka. Najbardziej obłędne było to, że cała moja praca, całe moje życie tutaj funkcjonowało na podobnej zasadzie, a ja nie potrafiłem dostrzec w tym nic niewłaściwego.” Czy misja ludzi pokrewnych Davidowi była misją pokoju, misją niosącą dobro, misją sprawiedliwą? Czy dokonania Europejczyków zmieniających Rwandę mają jakieś znaczenie w momencie, kiedy wszyscy uciekają jedynie od krwi i przemocy? Czy w świecie tak przerażającym jak rzeczywistość stu dni, w której wymordowano ponad 800 tysięcy ludzkich istnień jest miejsce na to, by jasno określić, czym jest dobro, sprawiedliwość i potrzeba pomocy?


W tyglu tragicznych zdarzeń znajdują się także dramatyczne wspomnienia związku Davida z Agathe. Ich bliskość wywołuje w bohaterze niepokój i staje się źródłem tłumionych kompleksów. To bliskość toksyczna, ale tak samo toksyczna wydaje się rzeczywistość pogrążającej się w chaosie Rwandy, a intensywność przeżywanych przez kochanków uczuć jest ogromna, chociaż tak wiele ich dzieli.

Pasjonującą historię o poczuciu winy i prawdziwej winie, o bezradności i przerażającej pustce wobec zbrodni ludobójstwa, o miłości w czasach pogromu i o upadku w nicość opowiada powieść barwna, niepokojąca, bezkompromisowa i odważna. Bärfuss i Hatzfeld to autorzy, których przekłady znać należy po to, by nie odwracać oczu od Rwandy, od której odwrócono się w 1994 i do dziś nikt nie śmie naprawdę spojrzeć na problemy tego kraju.


Korporacja Ha!art, 2010

2010-08-13

"Wyspa" Dmitrij Strelnikoff

„Wyspa” to opowieść o czasie, który płynie wstecz. Historia, w której wszystko zostanie zakwestionowane i potwierdzone na nowo. W gruncie rzeczy to liryczna opowieść o miłości, niespełnieniu, o upokorzeniu, strachu i niepewności. Myśli rozpoczętych przez Strelnikoffa jest wiele, nie wszystkie rozwinięte są jednak w stopniu wystarczającym. Nie jest to książka wolna od kilku banalnych przemyśleń i wniosków, ale tym razem Strelnikoff potrafi naprawdę zaskoczyć.

Po groteskowym i dowcipnym „Ruskim miesiącu”, przygnębiającej i symbolicznej historii Nikołaja i Bibigul wśród kazachskich stepów, otrzymujemy coś na kształt psychologicznego thrillera, w którym istotna będzie rola obrazu. „Wyspa” bowiem operuje obrazami i na obrazach się opiera. Nieprzypadkowo to specyficzny traktat o istocie fotografowania. Trzecią książkę Strelnikoff buduje na kadrach. W jaką całość się złożą? Warto sprawdzić podczas lektury.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2010-08-08

"Kawa u Doroty" Wojciech Chmielewski

Wojciech Chmielewski prezentuje specyficzną jakość we współczesnej literaturze polskiej. To realista, który lubuje się w niedopowiedzeniach i przez to czyni swoją prozę tak bardzo niejednoznaczną, choć osadzoną w szarej rzeczywistości. „Kawa u Doroty” to jego pierwsza powieść, ale jej zawartość jest wtórna wobec choćby wydanego przed dwoma laty zbioru opowiadań „Brzytwa”. Zagubienie, samotność, próby szukania siebie w przeszłości, do tego obowiązkowy motyw wędrówki, ucieczek i powrotów oraz duszna atmosfera zawieszenia gdzieś między życiem a śmiercią, której doświadczanie będzie najważniejszym przeżyciem głównego bohatera książki, będącego świadkiem odejścia szkolnego kolegi, sąsiadki, rodziców…

Trudno powiedzieć, czy „Kawa u Doroty” porwie czytelnika, bo i nie jest to chyba powieść, która ma porywać. Ci, którzy znają dokonania twórcze Chmielewskiego mogą być rozczarowani, bo pojawia się w trakcie lektury taka myśl, że ten smutny pisarz wciąż obsesyjnie wraca do banalnych problemów egzystencjalnych. Ci, którym nazwisko nic nie mówi, szybko dostrzegą, iż książka ta wpisuje się w nurt zawiedzionych życiem monologów wewnętrznych bohaterów wieku średniego, jakich wiele już poznać mogliśmy na przestrzeni ostatnich lat. Czy warto zatem przeczytać „Kawę u Doroty”? Warto na pewno wiedzieć, iż mamy do czynienia z prozą bardzo poważną. Tak poważną, że nie pozwalającą na to, by uśmiechnąć się choćby na chwilę przy czytaniu o kilku ocierających się o groteskę sytuacjach w niej opisanych. Trzeba o tej opowieści napisać ze śmiertelną (sic!) powagą i jeżeli to zniechęci do czytania, trudno. Bohater Chmielewskiego nie może żyć bez kawy w „Błękitnej” podawanej przez kelnerkę Dorotę. My możemy przeżyć bez wnikania w jego egzystencjalne rozterki.

Autor buduje obraz mężczyzny niespełnionego i zagubionego. Pozornie ma wszystko, co zapewnia spokój – kochającą rodzinę, pracę, ustabilizowane życie. Tylko czy artysta – a jest nim były malarz zmuszony przez los, by studiować techniczny kierunek – jest w stanie odnaleźć się w ustabilizowanym świecie powinności męża i ojca? Zasadniczym problemem jest brak poczucia przynależności do jakiejkolwiek grupy społecznej i wiekowej. Mężczyzna Chmielewskiego ma już za sobą młodość, a jeszcze nie otarł się o starość. „Czuję się zawieszony pomiędzy, bez określonego statusu. Byłem już w grupie pierwszej, jeszcze nie dotarłem do drugiej”. To zawieszenie powoduje, iż nie jest w stanie cieszyć się tym, co ma. To, co zdobył, to wynik nieustannego zmagania się z życiem, które zawsze rzucało mu kłody pod nogi albo przez które sam je sobie rzucał. I pierwszym źródłem wiadomości o tym życiu są wspomnienia, bolesne i smutne, naznaczone piętnem wyobcowania od dzieciństwa aż po dorosłość.

Wychowany w małym miasteczku u boku bogobojnej babci któregoś dnia wyrusza do wielkiego miasta, w którym musi rozpocząć nowe życie. Na jego drodze pojawiają się różni ludzie, ale bohater czuje, że istnieje gdzieś obok nich. Doświadcza nie tylko trudów dorastania w samotności, lecz przede wszystkim uczuć lokowanych niewłaściwie i w niezbyt sprzyjających momentach. Pasja malowania, odzwierciedlania rzeczywistości za pomocą rysowanych kresek, jest jednocześnie sposobem ucieczki od tej rzeczywistości, jaka niesie ze sobą wiele zagrożeń. Jest zatem bohater Chmielewskiego swoistym eskapistą i unika życia. A przecież tak naprawdę żyje bardzo intensywnie, o czym możemy się przekonać, czytając już wspomnienia z wczesnej młodości.

Najbardziej interesujące wydają się jego relacje z kobietami. Tym bardziej, że wizerunek tejże postaci uzupełniany jest z perspektyw kobiet, jakie pojawiły się w jego życiu i komentują (w listach) jego poczynania i doświadczenia. Najważniejsze kobiety to oczywiście babka i matka. Potem pojawia się bliskość z siostrą zakonną Lidią. Są i młode kobiety – jedna określana mianem Blond Loczki, druga imieniem Sylwia. To niepełnosprawna sąsiadka, która wydaje się być najbardziej wnikliwą obserwatorką życia bohatera. Jest w końcu żona, także Dorota (choć nie tytułowa), u boku której mężczyzna znajduje obecnie wsparcie i pokrzepienie. Każda z kobiet w jego życiu oddziałuje na tego życia postrzeganie i każda z tych relacji mogłaby być rozwinięta w osobnych historiach, które nadawałyby się na powieści. Chmielewski kreuje bohatera zależnego od kobiet, od ich wpływów, od bliskości, której się w tych relacjach boi. Strach to także jedno z ważniejszych doświadczeń w „Kawie u Doroty” i to ze strachu wypływać może wiele decyzji, jakie w życiu podejmuje bohater powieści.

Ta książka to interesująca próba manewrowania między tym, co realne i dosadne a tym, co symboliczne i tajemnicze. Tyle tylko, że momentami staje się albo przewidywalna, albo statyczna, albo po prostu męcząca, niestety. Powieść o tym, jak pozory mogą mylić i dynamiczne życie można zatrzymać w miejscu. Obawiam się jednak, iż w miejscu stanie także jej czytelnik i może być odrobinę rozczarowany.

Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", 2010

2010-08-05

"Gracze" Karina Obara

Chociaż fabułę tej książki poznać można już z krótkiej noty na okładce, chociaż zdarzenia układają się przewidywalnie i w sposób oczywisty, mamy do czynienia jednak w „Graczach” z powieścią stawiającą mimo wszystko więcej pytań niż odpowiedzi, a może nawet tylko ze znaków zapytania się składającą. Karina Obara napisała historię wstrząsającą, brutalną, prowokacyjną i bardzo wyrazistą. To książka, wobec której nie można pozostać obojętnym i dokumentalne wręcz świadectwo rozpadu ludzkich relacji w świecie, w którym wirtualna rzeczywistość infekuje umysły młodych ludzi na tyle, że przez chwilę przestają być ludźmi. Czy aby na pewno?

Cezary i Michał żyją w świecie własnych imaginacji i rojeń podsycanych krwawymi scenami, w których aktywnie uczestniczą jako gracze komputerowi. Introdukcja powieści przedstawia ich rodziny tak, jakby sytuacje rodzinne chłopaków – tak przecież różne od siebie – miały dać jakąkolwiek wskazówkę przy rozwiązywaniu zagadki brutalnych mordów, jakich dopuszczą się bohaterowie. Cezary dorasta w rodzinie, która pozornie zapewnia mu wszystko, co potrzebne do szczęścia. Michał tyle szczęścia nie ma, bo wychowuje go matka-prostytutka. Tak naprawdę jednak ani Cezary w swym pełnym dostatku domu wzorowej rodziny ani Michał w kalekich relacjach z samotną matką nie odnajdują tego, co daje im gra „Misja” – poczucia niezależności, siły i panowania nad wszystkim, co ich otacza.


Młode osobowości „Graczy” skontrastowane są z ludźmi, jacy starają się żyć wedle praw porządkujących świat realny, czyli ten, od którego w wirtualną rzeczywistość morderstw i przemocy uciekają Cezary i Michał. To przede wszystkim ich rodzice, którzy starają się robić wszystko, by synom żyło się jak najlepiej. To jednak także rówieśnicy chłopców, którzy nie poddają się władzy wirtualnego świata i starają się układać swe stosunki z innymi przede wszystkim w oparciu o niepisane prawa tak zwanego „realu”. Będą to także ludzie, którzy później zajmą się młodocianymi mordercami, ale tak naprawdę wśród nich wszystkich najważniejsza jest pewna dziennikarka śledcza, która do końca nie jest przekonana, czy pewniej czuje się, tropiąc afery i pisząc o dramatycznych zdarzeniach z życia typowego, dwustutysięcznego miasta, czy też zasiadając co wieczór przed komputerem i oddając się rozmowom z wirtualnymi znajomymi. Sabina przypadkowo zetknie się z Cezarym, a ich naznaczone gniewem, lękiem i frustracją relacje staną się początkiem próby zrozumienia umysłów młodych graczy przez dużo od nich starszą dziennikarkę.


„Gracze” to przejmujące studium rozwoju nienawiści jako uczucia ukrywającego strach, samotność i niedowartościowanie. To opowieść, w której wędrujemy tam, gdzie nikt nie chciałby się znaleźć. W rejony, gdzie ludzka złość przeradza się w nienawiść, a z niej rodzi się pragnienie zakwestionowania powszechnych norm i rozbicia ich. Obara stworzyła postacie tragiczne i smutne. Cezary i Michał są kimś na kształt współczesnego Raskolnikowa. Chcą zabić, by pokazać swoją siłę. Chcą zadać śmierć, by udowodnić, iż mogą sprzeciwić się prawom już ustanowionym. Pragną dokonać mordu, by przenieść nań całą swoją nastoletnią gorycz, ból i cierpienie. Siłą „Graczy” jest fakt, iż książka najpierw ukazuje motywacje do działania, a potem szuka odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się stało.


Bo nie stało się tylko bestialskie podwójne morderstwo. Runęło wszystko to, co do tej pory stwarzało pozory normalnego życia. Obara w swej książce ustawicznie kwestionuje także pojęcie „normy” i stara się ukazać złożoność czynników postępowania zarówno kata, jak i ofiary. Nie znajdziemy jednak w „Graczach” odpowiedzi na pytanie o to, skąd wzięło się zło i dlaczego istnieje. Nie odpowiemy sobie na żadne pytanie dotyczące bohaterów – ani zdesperowanych nastolatków ani ich cierpiących rodziców. Trudno jednoznacznie także określić motywy postępowania Sabiny, która zmaga się z traumą wspomnień z dzieciństwa i której życie jest równie toksyczne co relacje, jakie opisuje, próbując zrozumieć Cezarego i Michała.


Karina Obara napisała książkę o niebezpieczeństwach, jakie niesie ucieczka w wirtualną rzeczywistość, ale także o braku jakiejkolwiek pewności w relacjach międzyludzkich, które świat wirtualny dodatkowo niszczy. Ta mroczna opowieść to strumień wielu świadomości i konglomerat myśli, jakie nie chcą się wzajemnie zazębiać, bo nie można tak naprawdę zrozumieć motywacji do działania drugiego człowieka. To nie tylko powieść o mordercach i zagrożeniach, jakie niesie ze sobą komputer. To przede wszystkim dotykająca najczulszych strun historia o tym, że żyjemy ze sobą na co dzień, ale tak naprawdę każdy z nas jest obok drugiej osoby, a nie przy niej.


Wydawnictwo W.A.B., 2010