Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2010-07-29

"Prędkość światła" Javier Cercas

Javier Cercas opowiada historię, której do końca nie można pojąć. Jak bowiem mówi jego bohater: „Możliwe jednak, że nie trzeba całkowicie rozumieć jakiejś historii, żeby móc ją opowiedzieć”. „Prędkość światła” to przejmująca opowieść o dorastającym do tworzenia pisarzu i o jego przyjacielu, weteranie wojny w Wietnamie, która na zawsze zmieni jego życie, zamieniając je w pasmo udręk i wyrzutów sumienia. Historia Cercasa rozpięta jest nie tylko między duszną Hiszpanią a sprawiającym wrażenie pustego miasta Urbana w stanie Illinois. Rozgrywa się pomiędzy zdarzeniami lat sześćdziesiątych minionego stulecia w Wietnamie a latami, kiedy amerykańscy żołnierze po raz kolejny walczą w konflikcie zbrojnym, łudząc się, iż w Iraku wypełniają taką samą misję dziejową jak przed laty w Azji Południowo-Wschodniej.

Jeśli spojrzeć na tę powieść tylko pod kątem wątku wojennego, mamy u Cercasa do czynienia z kolejną antyamerykańską powieścią rozliczeniową, taką jak, między innymi, wydana niedawno książka Dona DeLillo „Mao II”. To nie jest jednak tylko opowieść o wojennej traumie i jej wpływie na życie Amerykanina, który nie jest w stanie funkcjonować w społeczeństwie po powrocie z Wietnamu. To przede wszystkim powieść o roli niedopowiedzeń, o akcie twórczej kreacji, o nazywaniu rzeczywistości, o stwarzaniu jej na nowo i o mówieniu o tym, czego nie można tak naprawdę wyrazić słowami. Piękna historia o męskiej przyjaźni, o istocie pisarstwa, o sukcesach i życiowych porażkach, ale przede wszystkim o niespotykanej więzi i empatii, dzięki którym powstaje tak czytelna fabuła złożona z tylu pozornie nieczytelnych przesłanek.


Właściwym bohaterem „Prędkości światła” jest wyobcowany Rodney Falk, którego pewien hiszpański stypendysta poznaje na uniwersytecie w Urbanie i z którym połączy go miłość do książek, fascynacja językiem katalońskim i poczucie bycia sobie na przekór, nieznośności życia i tego, jak trudno jest się w nim odnaleźć. Od początku można się zorientować, że cała dramatyczna spowiedź narratora będzie próbą oddania sensu życia Rodneya i jednoczesnym odkrywaniem sensu życia własnego, również przepełnionego dramatycznymi zdarzeniami i koniecznościami nieustannych wyborów. To historia apokryficzna, niepełna i niejasna, ale, z drugiej strony, uwodząca niezwykłym zmysłem obserwacji i dążeniem autora do tego, by opowiedzieć losy własne i cudze, umiejętnie znajdując w nich pewien wspólny mianownik. Rodney staje się dla narratora źródłem fascynacji, lęku i swoistej siły, dzięki której może on rozwijać się w życiu, a następnie wciąż to życie porównywać z losem przyjaciela.


Co łączy obu mężczyzn poza tym? Obaj w pewien sposób uciekają od samych siebie. Obaj cierpią z powodu samotności, chociaż jest to zupełnie inna samotność. Falk przeżył wojnę w Wietnamie. Doświadczył tam śmierci brata, okrucieństw i absurdów, sam stał się okrutny. Jego hiszpański przyjaciel szuka w Stanach Zjednoczonych zapomnienia i ucieka od samego siebie. Wracając do Hiszpanii, rozpoczyna życie, którego nie planował i nie chciał realizować tak, jak zaczyna się ono układać. Obaj na swej drodze życiowej spotkają bliskich im ludzi, ale najbardziej przejmująca bliskość powstaje między nimi. Mimo tego, iż jest w niej jednocześnie sporo szorstkości. Cercas próbuje te relacje opisać w taki sposób, że skupia się głównie na tym, czego w nich brakuje. Tak też powstaje opowieść o Rodneyu – nazywając wszystko to, czego nie można odnaleźć, zrozumieć, nazwać i określić.


Siłą „Prędkości światła” jest doskonałe stopniowanie napięcia przez autora i fakt, że z pozoru prostą historię można opowiedzieć w tak niezwykły sposób. Proza Cercasa jest pełna napięcia i zmusza do zastanowienia się nad tym, czym naprawdę jest pisarstwo i jak wielką siłę może mieć literacka fikcja oparta na przejmującej prawdzie.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

2010-07-26

"Poradnik domowy kilera" Hallgrímur Helgason

Czy zabijanie to rzemiosło jak każde inne? Czy można przejść przez życie z bronią w ręku, cynizmem na twarzy, sumieniem ukrytym gdzieś głęboko pod pokładami ironii i sarkazmu? Co się wydarzy, kiedy w pewnej chwili zawodowy kiler stanie się trzęsącym się ze strachu przed wymiarem sprawiedliwości osobnikiem, który zdany zostanie na łaskę pewnych nawiedzonych islandzkich katolików, a jedynym schronieniem będzie dla niego strych w mieszkaniu śmiałej i bezpruderyjnej młodej kobiety? Czy na oddaloną od świata mroźną wyspę wulkanów i lodowców można uciec od traumatycznej przeszłości naznaczonej bałkańskim konfliktem zbrojnym i krwią na rękach, która przypomina nie o zabójstwach dla pieniędzy, lecz o zbrodniach w imię źle pojętej konieczności? Na te i wiele innych pytań daje odpowiedź znakomita książka Hallgrimura Helgasona, która nie pozwala się od siebie oderwać i serwuje porcję rozrywki w stylu Quentina Tarantino, wspominanego zresztą na kartach „Poradnika domowego kilera”.

Tomislav Bokšić wyznaje specyficzną filozofię życia. „Myślę o sobie jak o myśliwym. Zarabiam na życie, strzelając do świń”. Wojna w rodzinnej Chorwacji nauczyła go zabijać. Uczynił z zabijania filozofię życiową i dzięki zabijaniu, paradoksalnie, utrzymuje się przy życiu. Tomislav lubi żyć intensywnie, jest bogaty, ma wspaniałą dziewczynę, dużo zleceń i prestiż w kryminalnym półświatku. Usuwając kolejne ofiary, usiłuje usunąć własne wspomnienia, ciążące mu coraz bardziej i niepozwalające zapomnieć także o mrocznej tragedii rodzinnej, która na zawsze odciśnie się piętnem na jego życiu. Bokšić jest życiowo ustawiony – świetne nowojorskie mieszkanie, zasobne konto, dostęp do wszelkiego rodzaju rozrywek i używek, przyjemna i dająca satysfakcję praca. I co? I pewnego dnia popełnia kardynalny błąd, który spowoduje, iż zupełnie nieoczekiwanie ze ścigającego stanie się ściganym, zmuszony będzie jako ojciec Friendly (sic!) zaprzyjaźnić się z pewną islandzką rodziną, bo to do Islandii skieruje swe kroki po tym, jak spartoli robotę i federalni tym razem będą bardzo zainteresowani tym, by wreszcie go ująć. Tak oto rozpoczyna się barwna i pasjonująca opowieść o mordercy, który przechodzi duchową przemianę i który zaznaje ciepła w chłodnym skandynawskim kraju. Intryga sensacyjna w powieści Helgasona to jednak tylko tło dla zarysowania codzienności Islandii, o jakiej zarówno Bokšić, jak i większość ludzi wie tak niewiele.


Przybywając z Tomislavem do Islandii, poznajemy kraj krok po kroku. Tak wielki szowinista, twardy gość z gunem, uosobienie męskości przedłużonej o metalową lufę niosącą śmierć, nie jest w stanie pojąć, iż w tym zimnym kraju kobieta równa jest mężczyźnie. Bokšić traci punkt zaczepienia i swą siłę nie tylko dlatego, że stanie się zależny od charyzmatycznej Gunholder, ale również dlatego, że w kraju, który w przeciwieństwie do jego ojczyzny nie zaznał żadnych wojen i rozlewu krwi, nie można nabyć broni, nie znaczy nic siła i przemoc, nie jest się w stanie poczucia wszechmocy budować na… przemocy. Dodatkowo Bokšić zmuszony jest przez pewien czas udawać księdza, a potem poddać się pewnej duchowej terapii, która każe mu spojrzeć na swoje dotychczasowe życie z zupełnie innej perspektywy.


Trup ściele się gęsto w „Poradniku domowym kilera” głównie w retrospekcjach, bo w Islandii, gdzie nie ma przemocy i morderstw, nikt przecież nikogo nie może zabić. Bokšić zmuszony jest do konfrontacji nie tylko ze specyficznym krajem, w którym ludzie nie potrafią stać w kolejkach i masowo oglądają finały konkursów piosenki Eurowizji, ale przede wszystkim z samym sobą. Wspomnienia z młodości w ogarniętej wojną Chorwacji, dorastania w samotności i mierzenia się z nią przez całe dotychczasowe życie każą Tomiemu spojrzeć na otaczający go świat z nieco innej perspektywy. Zamknięty w lodowej islandzkiej klatce, Bokšić musi rozprawić się raz na zawsze ze swoją przeszłością i zrozumieć sens przyszłości, której wydaje się zupełnie nie dostrzegać.


Powieść Helgasona to naprawdę błyskotliwie skonstruowana opowieść o zabójcy z wielkim sercem, o poszukiwaniu szczęścia, o izolacji i próbach jej przełamania, a przede wszystkim celna i autoironiczna opowieść o Islandii pióra samego Islandczyka.


Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2010

2010-07-24

"Nienawidzę was!" Piotr Stróżyński

Książka Piotra Stróżyńskiego to prawdopodobnie kilka osobistych paraliterackich rozliczeń, awangardowy manifest buntu i nihilizmu jednocześnie, przepełniony złością i nienawiścią potok słów próbujących udawać dobrą narrację i sporo krzykliwego pustosłowia. Po buntowniczych opowieściach z punk rockiem w tle Beaty Kozłowskiej i Łukasza Gołębiewskiego Jirafa Roya prezentuje kolejną historię, którą z wypiekami na twarzy czytać będą zapewne tylko weterani festiwali w Jarocinie. Wtórną, mało atrakcyjną, nieznośnie dydaktyczną i po prostu nudną. Mimo tego, iż początek zapowiada wartką akcję i ciekawe rozwiązania fabularne. Przykro jest, kiedy kolejna książka musi udowadniać, że polska literatura współczesna wciąż opowiada o tym samym. O społecznych rozczarowaniach, o frustracjach, o niemocy, o programowej krytyce nowego porządku i niesprawiedliwości, która czyni życie w Polsce tak trudnym do zniesienia. Trudno także znieść pisanie Stróżyńskiego, w którym może zbyt wiele zacietrzewienia, a zbyt mało dowodów na to, iż autor po prostu wie, jak napisać dobrą książkę.

Rozliczenie ze złą Polską, w której nie można wytrzymać, nie będąc albo wciąż pijanym albo w jakikolwiek inny sposób oderwanym od rzeczywistości odbywa się u Stróżyńskiego dwutorowo. Najpierw bowiem poznajemy losy starszego z braci, Piotra. Wraz z nim wbijamy się w okrutną codzienność stanu wojennego, a następnie obserwujemy, jak polskie realia lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia destrukcyjnie wpływają na grupę outsiderów, jacy próbują udowodnić swą wyższość nad światem. Światem, w którym wyższość tę naznaczają uderzenia zomowskiej pały i odgórne dyrektywy rządu. Brutalnego rządu, który nie liczy się z obywatelami. Piotr z przyjaciółmi angażuje się w muzyczny projekt. Odrzucenie na festiwalu w Jarocinie i poczucie coraz większego bezsensu egzystencji w komunistycznej Polsce zmuszają go do tego, by uciec z kraju. Skoro wyemigrować dobrowolnie nie można, skoro rodzina to jedynie wciąż pijany ojciec i usługująca mu matka, skoro jedyną formą pokazania swej wyjątkowości jest głośny punkrockowy beat i wypijany hektolitrami alkohol, pozostaje jedynie potajemna ucieczka. Porzucamy tego bohatera w momencie, kiedy decyzja o opuszczeniu kraju jest w nim ugruntowana. Jego historię „przejmujemy” od młodszego o dwanaście lat Pawła, który próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia brata i ustalić, co się z nim tak naprawdę stało.


Paweł żyje w zgoła innym kraju. Innym, a przecież tak samo przygnębiającym. Tym razem nie trzeba myśleć o ucieczce, bo granice są otwarte. Milicyjny reżim zastąpiły twarde prawa krwiożerczego kapitalizmu. Paweł okazuje się być takim samym outsiderem jak jego brat przed laty. I właściwie tylko to ich łączy, bo szybko można odnieść wrażenie, że w wiecznie skupiającym się na sobie Pawle odkrywanie tajemnicy zniknięcia brata ma być jedynie kolejną zasłoną dymną dla abnegacji i tego, by za swe ponad trzydziestoletnie życie wziąć wreszcie odpowiedzialność. Paweł za nic nie chce brać tej odpowiedzialności i odnosi się wrażenie, że kreując jego losy autor tak naprawdę nie bierze odpowiedzialności również za to, co mu się pisze w kolejnych rozdziałach. A są one wciąż tym samym, bo Paweł nie ulega w trakcie wielu chwilami dramatycznych zdarzeń jakiejkolwiek przemianie. Właściwie zmierza po równi pochyłej ku upadkowi. I to przewidzieć jest już naprawdę łatwo.


Bohater Stróżyńskiego neguje właściwie wszystko, co go otacza. Jest nieodpowiedzialnym ojcem, niedoszłym literatem, bibliotekarzem po jakiejś policealnej szkółce czującym się zerem na rynku pracy. Paweł jest obok życia i obok Polski. To dla niego kraj absurdów, straconych szans, kraj wyzysku, oszustwa, kombinatorstwa, kalekich relacji międzyludzkich. Paweł nie odnajduje się ani w toksycznym domu, w którym może odczuwać jedynie nienawiść do obcych mu rodziców, ani w relacjach z kobietami, które są dla niego tylko źródłem różnego rodzaju kompleksów. Nie pomaga mu nawet konfrontacja z Markiem, dawnym przyjacielem brata z kryminalną przeszłością, głoszącym w zasadzie równie skrajne poglądy co sam Paweł.


Stróżyński próbuje sprzedać na kartach tej opowieści programowy bunt wynikający z niemocy i pozorną siłę, jaka staje się autodestrukcyjna. Próbuje, ale mu nie wychodzi, bo „Nienawidzę was!” to jedynie krzykliwa opowieść o cierpieniu, jakiego dostarcza życie wśród kompleksów i urojeń. Paweł nie jest przekonujący. Historia nie jest przekonująca. Wszystko, co napisane w tej książce może jedynie wzbudzać złość. Czytelniczą irytację o to, że dało się ukraść czas przez lekturę napisaną przez autora chyba sobie samemu na złość.


Wydawnictwo Jirafa Roya, 2010

2010-07-20

"Widzialny świat" Mark Slouka

"To niezwykła powieść wspomnieniowa. Składa się na nią to, co widzialne i to, czego dostrzec nie można, a co warto próbować opisać. Slouka rozpoczyna w konwencji swoistego reportażu, opisuje spotkania i rozmowy z ludźmi, którzy zainspirowali go do tego, by samodzielnie opisał historię własnej matki. Matki, której przecież tak naprawdę nie zdążył poznać. Kobiety, dzięki której przebywając w Stanach Zjednoczonych może zrozumieć, jak wojenna zawierucha zmieniła czeskie realia i opisać Czechosłowację, która istnieje już tylko w pamięci. Ale nie w pamięci Slouki, lecz w wyobrażeniach, jakie tworzy. To bowiem książka całkowicie fikcyjna, a jednocześnie niezwykle prawdziwa i dokumentująca to, do czego można wrócić jedynie pragnieniu poznania historii – dużej i małej."

Wydawnictwo Czarne, 2010

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2010-07-19

"Wagon Rosja" Natalia Kluczariowa

Chociaż Natalii Kluczariowej nie można nazwać pisarką oryginalną, kiedy znamy polskie przekłady między innymi powieści Zachara Prilepina czy opowiadań Iriny Dienieżkinej, bo tupanie młodej Rosji usłyszeć można było w „Sańkji” czy „Daj mi”, jest jednak „Wagon Rosja” książką ważną i przejmującą. Kluczariowa tworzy kogoś, kto jednocześnie jest i antybohaterem, i rosyjskim romantycznym Konradem, który chce wziąć na swe barki cierpienia całego narodu. Wyalienowany Nikita to nie jest jedyna ważna postać w tej krótkiej powieści. Na jej kartach odbędziemy specyficzną podróż po codzienności Rosji, w której ważny będzie epicki krajobraz za kolejowym oknem, umiejętnie kreowany przez Kluczariową. To smutna opowieść o zagubieniu wewnętrznym, ale także o istocie państwowości współczesnej Rosji. Historia, która ma być w założeniu buntownicza i głośna. Tupanie bohaterów Kluczariowej - choć powtarza to, co czynili jej młodzi rosyjscy koledzy po piórze - jest wyraziste i daje do myślenia. Warto zatem wsiąść do tego rosyjskiego wagonu? Owszem.

Nikita jest młodym Rosjaninem, który w innych próbuje szukać swojej ojczyzny. Dokładnie zaś - samego siebie definiowanego przez tę ojczyznę. Jest nieznośnie ckliwy i sentymentalny. W dodatku na zabój zakochany w charyzmatycznej Jasi, która swemu buntowniczemu usposobieniu daje wyraz na jednym ze spotkań poetyckich, na którym tak oto kwestionuje rolę słowa: „Trzeba rozmawiać ze światem w jego własnym języku! A nasz dziwny, nowy świat rozumie tylko język okrucieństwa i gwałtu! Język bezpośredniego, destrukcyjnego działania! (…) Nie potrzebujemy już słów! Najgenialniejsze dzieło Nowej Sztuki objawiło się światu 11 września 2001 roku!”. Tego typu spektakularnych wyznań znajdziemy w „Wagonie Rosja” więcej, ale myślę, że to właśnie wątek nieszczęśliwie zakochanego w Jasi Nikity wart jest podkreślenia, bo daje wstępne rozeznanie, jakim człowiekiem jest bohater Kluczariowej i w jaki sposób autorka próbuje w swej książce oddać ducha współczesności.


A rosyjską współczesność budują interesujące biografie. Intelektualisty-cynika Roszczyna, który duchowo „morduje” swego studenta, a potem pomaga jego umysłowi „zmartwychwstać”. Homoseksualisty Griszy, porzucającego mroczny świat miejski przesycony erotyką i hedonizmem, by odnaleźć szczęście i przeżyć duchową metamorfozę u boku popa, kołchoźnika i geja w jednym gdzieś w „Dupie Świata”, gdzie swe miejsce odnajduje także Taisia, czeczeńska wiekowa uciekinierka, dla której życie w Rosji to pasmo udręk i rozczarowań. Wspomnianej Jasi, szukającej szczęścia wszędzie tam, gdzie go nie ma. Dziesięcioletniego Wani, który nie może przestać myśleć o tym, jak wiele niesprawiedliwości tkwi w otaczającym go świecie. Wielu innych ludzi, których łączy jedno – gorzkie rozczarowanie rzeczywistością. I w tym nie byłoby niczego szczególnego, gdyby nie sam Nikita, który tak silnie utożsamia się z losami ludzi, jakich poznaje, że nie potrafi żyć własnym życiem, bo wydaje się go nie mieć. To jego szukanie sensu siebie w innych jest najciekawsze.


Kluczariowa kreuje bohatera, który nie potrafi być nim naprawdę. Jest w Nikicie dużo nieznośnej naiwności, ale jest także specyficzna siła, która ujawnia się podczas manifestacji rozgoryczonych staruszków. To młody neurotyk, który pochłania opowieści i przeżycia innych, by nie definiować własnych uczuć. Tych przecież jest w Nikicie dużo, bo to wyjątkowy przykład bohatera współczującego. „Wagon Rosja” jest zapisem obserwacji życia i opisem niemożności odnalezienia się w tym życiu, które doskwiera nie tylko w Nikicie. I naprawdę interesuje taka opowieść z antybohaterem. Tyle tylko, że jej fabuła chwilami zanika na rzecz dość natrętnej moralistyki i truizmów, powodujących, iż ta proza jest dość przewidywalna.


Natalia Kluczariowa napisała książkę jednocześnie o buncie i niemocy. Opowieść o młodej Rosji ze starymi problemami i o starej Rosji, która nie może nadążyć za tym, co nowe. Czyta się „Wagon Rosję” z zainteresowaniem, bo do ostatniej strony trudno przewidzieć, ku czemu zmierza sama autorka. A ku czemu zmierza jej ojczyzna?


Wydawnictwo Czarne, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-07-12

"Piątek, 2:45"

Dokładnie rok mija od momentu, kiedy recenzowałem letnią antologię opowiadań kryminalnych. W tym roku miałem okazję po raz kolejny spotkać się z nazwiskami znanymi ze wspomnianej publikacji, ale też z autorami, jacy nie wzięli udziału w tamtej inicjatywie, a których cenię za dobre powieści. Tym razem mamy do czynienia z projektem bardziej ambitnym i intrygującym, chociaż w zbiorze znajdziemy teksty, które sprawiają wrażenie, jakby znalazły się tam przypadkiem (kolejny egzystencjalny koszmarek Pawła Ziętka, autora fatalnego „Motelu Piekiełko” czy banalne rozważania w duchu Prousta Grażyny Plebanek, która w moim odczuciu idzie drogą Manueli Gretkowskiej, wydając coraz gorsze rzeczy). Niemniej „Piątek, 2:45” to interesujące świadectwo tego, iż można napisać dobrą prozę na zamówienie, a najlepiej wychodzi to chyba tej, która rzekomo pisze, bo ją zmuszają (mam na myśli Antoninę Turnau i jej świetnie skonstruowane opowiadanie kryminalne, w którym losy zaginionego pisarza łączą się z kilkoma innymi biografiami).

Noc z piątku na sobotę. Godzina 2:45. Czas, kiedy wszyscy normalni ludzie śpią. Nawet ci nienormalni także. Moment, w którym noc zaczyna przechodzić w poranek, kiedy bohaterowie tekstów przeżywają zdarzenia mające ich zmienić, kiedy dzieje się coś, co zmusza do myślenia i zadumy, a przecież są to tylko chwile, ulotne momenty, zaskakujące czasami sytuacje. O 2:45 wykreowanych przez Krzysztofa Beśkę, Martę Syrwid, Filipa Onichimowskiego, Daniela Koziarskiego, Dawida Kornagę i wspomnianych już przeze mnie pisarzy ludzi zastaniemy w momentach pewnej życiowej próby i wówczas, gdy rozpaczliwie próbują odnaleźć odpowiedź na pytanie o sens swego życia. Będziemy mieli próby egzystencjalnych poszukiwań czynione zarówno przez twardych męskich bohaterów jak przyjaciele Onichimowskiego, Modry Beśki czy mężczyźni Kornagi, jak i przez kobiety – te zranione i oszukane jak w prozie Syrwid czy Ziętka oraz przez silną i stanowczą jak Anna z opowiadania Antoniny Turnau. Będzie także zakompleksiony pisarz, w którego życiu rozegra się wielki dramat i zwolenniczka poligamii, próbująca odnaleźć wartość samej siebie.


Dramatyczne zdarzenia w nocy z piątku na sobotę rozgrywają się w różnych miejscach. Na nasypie kolejowym w okolicach Zabrza, w barze z kebabami, na ulicach pogrążonej w mroku Warszawy czy… w przestrzeni, jaka dzieli wysyłających do siebie smsy kochanków. Nie jest jednak istotne miejsce. Istotne są przeżycia. A tych w „Piątku, 2:45” jest bardzo wiele. Miłość, nienawiść, euforia, żal, rozczarowanie, smutek, poczucie opuszczenia. Bohaterowie tej antologii cierpią na własne życzenie i z powodu innych. Stają przed wyborami. Komentują – to, co dzieje się z nimi samymi, ale także to, co dzieje się wokół. Płaczą, zaciskają pięści, miotają się. Jedną z zalet tej antologii jest to, iż bohaterowie nakreśleni są zazwyczaj mocnymi kreskami i chociaż pozostają z czytającym tylko przez chwilę, jest to chwila intensywnych doznań.


„Piątek, 2:45” to także zbiór prozy bardzo dynamicznej. Specyficzny rytm „12 godzin z życia Kamili Gryczanej” Marty Syrwid czy „Stambułu” Dawida Kornagi czuje się od pierwszych zdań. Większość opowiadań przedstawia sytuacje, kiedy pod presją czasu trzeba podjąć impulsywną decyzję. Między innymi to sprawia, iż lektura jest pasjonująca, ale największą uwagę przyciąga jednak fakt, iż praktycznie każde z opowiadań ukazuje cechy pisarstwa danego autora. Myślę, że ten zbiór to nie tylko rozrywkowa antologia tekstów w sam raz do poczytania w lecie. To rozpisany na osiem głosów traktat o odkrywaniu siebie, osiem literackich miniatur, w których autorzy po swojemu rozprawili się z 2:45, kiedy piątek staje się już sobotą, noc dniem, a marzenia i pragnienia umykają bezpowrotnie.


Wydawnictwo Filar, 2010

2010-07-09

"Ogród wiecznej wiosny" Cristina López Barrio

Cristina López Barrio prezentuje współczesną odpowiedź na legendarne „Sto lat samotności”. Hiszpańska pisarka, która porzuciła studia prawnicze, by oddać się pisaniu, daje czytelnikom możliwość przeczytania powieści żarliwej i przesyconej emocjami. Misternie skonstruowaną sagę, w której – tak jak w przypadku rodu Buendio – nikt nie może się uwolnić od miłości i samotności, a wszystko dzieje się w otoczeniu pewnego kastylijskiego ogrodu, w którym któregoś dnia rośliny sprzeciwiają się cyklowi pór roku i kwitną nieprzerwanie przez cały czas. Kwitną również uczucia bohaterek powieści, bo to głównie kobiety, które wchodzą w skomplikowane zależności zarówno z mężczyznami, jak i z samymi sobą. Baśniowy klimat opowieści Barrio, dyskretny urok i subtelność w portretowaniu szczegółów psychiki kobiet osamotnionych i wyobcowanych to na pewno najważniejsze zalety „Ogrodu wiecznej wiosny”. I chociaż słowa w książce chwilami są nadmiernie egzaltowane, a w finale Barrio wydaje się niepewna tego, jaką drogą zmierzać ku ostatniej kropce, jest to jednak pozycja idealna na tegoroczne lato, bo skierowana w sumie do masowego czytelnika, choć z pewnością kobiety odbierać ją będą bardziej emocjonalnie.

Opowieść rozpoczyna się u schyłku XIX wieku w Kastylii. Piękna Clara Laguna poznaje andaluzyjskiego myśliwego, który oczarowany jej urokiem, postanawia zbliżyć się do kobiety. Szybko jednak płomienny romans zamienia się w pełen smutku dramat, albowiem prosta dziewczyna nie może żyć u boku swego wybranka z wyższej klasy i zmuszona jest pozostać w swym miasteczku, otrzymując na otarcie łez wspaniały dom. Osamotniona Clara szybko swą wielką miłość ukrywa pod chęcią zemsty na kochanku i w związku z tym w Czerwonym Domu ku zgorszeniu mieszkańców miasteczka otwiera doskonale prosperujący burdel, w którym oddaje swe ciało, rozpaczliwie uciekając od własnej duszy, która bez miłości pozbawiona jest jakiejkolwiek wartości. Clara dodatkowo jest brzemienna i niebawem rodzi córkę, a my dowiadujemy się, iż nad rodem Laguna ciąży wiekowe przekleństwo, albowiem kobiety z tego rodu nigdy nie znajdują spełnienia w miłości i wydają na świat kolejne dziewczynki, przeżywające dramaty swoich matek. „Cierpimy niewyobrażalnie z powodu tego uczucia, jedynego, które skrywa naszą duszę. I nie ma zaklęcia, które mogłoby przerwać naszą męczarnię lub przynieść nam zapomnienie”. Maleńka Manuela nie zaznaje miłości matki, co znacząco wpływa na jej postępowanie w dalszym życiu, ale wydaje się, iż nic nie jest w stanie przerwać pasma upokorzeń oraz wstydu kobiet Laguna, które kochają i nienawidzą jednocześnie; spalają się w swej miłości, ale także sobie nawzajem czynią wiele zła. Oto bowiem Manuela Laguna będzie chciała skończyć ze złą sławą matki-prostytutki, ale pragnienie oczyszczenia dobrego imienia rodu sprowadzi na jej córkę Olvido jeszcze więcej zła i okrucieństwa.

Barrio doskonale portretuje kobiety niezdolne do tego, by radzić sobie z własnymi uczuciami. Kobiety, które zmuszone są ranić siebie nawzajem, bo ból zranienia przez mężczyzn jest zbyt wielki, by można o nim było po prostu zapomnieć. Clara, Manuela, Olvido i Margarita – matki i córki, których skomplikowane relacje czynią z „Ogrodu wiecznej wiosny” nie tyle atrakcyjną opowieść pełną symboliki i tajemnic, ale przede wszystkim świetnie skrojoną powieść psychologiczną, w której nieśmiało acz wyraźnie rysuje się jako tło dramatyczna stuletnia historia Hiszpanii.

Męscy bohaterowie książki stanowią opozycję względem kobiet i są dla nich źródłem nieznośnej opresji. Ambiwalentne uczucia kobiet Laguna wobec mężczyzn spotykanych na swojej drodze idą w parze z niejednoznacznym stosunkiem, jaki autorka ma do owych mężczyzn. Mężczyzna Barrio jest przecież konieczny do tego, żeby przeklęty kobiecy ród Laguna mógł istnieć nadal, ale jest także symbolem piekielnej mocy niszczącej dobroć i wywołującej liczne dramaty. Istotny jest tu aspekt religijny w tworzeniu wizerunku mężczyzny przez Barrio. W kastylijskim miasteczku zmieniają się księża. Każdy z nich jest świadkiem przemian rodzących się w kobietach z rodu Laguna, ale i sam doświadcza wewnętrznej metamorfozy. Także Santiago, o którego roli nie można napisać, by nie zepsuć przyjemności lektury, także jest uważany za swoisty łącznik życiowych dramatów z boskim spokojem i porządkiem. Mężczyzna Barrio jest transcendentny i jest jednocześnie postacią, dzięki której rozterki kobiecych bohaterek nabierają nowego znaczenia. „Ogród wiecznej wiosny” rozprawia się z pewnym wzorcem męskości równie surowo co z kobiecością, naznaczoną przecież piętnem fatalizmu.

Ta rodzinna saga o niespełnieniu i smutku bynajmniej nie jest smutna. Książka melancholijna i intrygująca, chociaż daleko jej do sugestywnej głębi „Stu lat samotności”. Miłość, nienawiść, zbrodnia, erotyka, interesujący kontekst społeczny – to wszystko zawarte w opowieści napisanej ze swadą i wartej poznania.

Wydawnictwo Otwarte, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-07-05

"Dziennik rumowy" Hunter S. Thompson

„Dziennik rumowy” to powieść lekka z jednej strony, a mocno przygnębiająca z drugiej. Autor legendarnego „Lęku i odrazy w Las Vegas” tym razem zabiera nas do egzotycznego Puerto Rico, gdzie będziemy śledzić perypetie Paula Kempa, amerykańskiego dziennikarza niejako zesłanego na gorącą wyspę, na której próbuje odnaleźć swoje miejsce. Lekkość tej powieści polega na tym, że jest niesamowicie dynamiczna, tworzy wciąż zmieniający się kolaż zdarzeń, jej siłą jest potencjał, jaki mają bohaterowie i fakt, iż wciąż są w ruchu. Przygnębiać może z innego powodu. Thompson sięga bowiem po znane literackie wzorce wagabundy, awanturnika i człowieka niedostosowanego, tworząc opowieść mimo wszystko nużącą i niewywołującą większych emocji w czytelniku.

„Dziennik rumowy” jest rzekomo powieścią o dziennikarstwie. Dziennikarskiego powołania w redakcji portorykańskiego „Daily News” nie zauważyłem u żadnego z bohaterów, poświęcających czas piciu, rozrywkom, kłótniom i awanturom, którym jako przerywniki służą godziny spędzane na pisaniu wątpliwej jakości artykułów prasowych. Dziennikarski zmysł obserwacyjny widzimy jednak u autora, który prowadząc nas od jednego krzykliwego miejsca do drugiego, ukazuje jednocześnie problemy społeczne karaibskiej wyspy – specyficznej części Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie zdystansowanej od USA przestrzeni, w której pojęcia wolności, równości i sprawiedliwości znacznie różnią się od tych, jakie prezentuje Ameryka.


Paul Kemp jest bowiem pewnego rodzaju intruzem na wyspie i intruzami są wszyscy Amerykanie powiązani z podupadającą gazetą. Portoryko to świat, w którym wszyscy oni funkcjonują wciąż w jakiejś opozycji. To miejsce, gdzie stale istnieje podział na tych z kontynentu i tych z wyspy i gdzie lejący się strumieniami rum bynajmniej nie studzi zapału antagonistów, nieustannie pragnących się zwalczać. Kemp oraz jego wyjątkowo awanturniczy kolega redakcyjny Yeamon mają osobowość outsiderów, którzy za wszelką cenę próbują wywalczyć sobie niezależność. Starają się to robić na wiele różnych sposobów, ale w gruncie rzeczy stają się przegranymi. Bo to także książka o przegranych szansach, o goryczy, o kompleksach i o nieustannej walce, by topiąc się w rumie, nie utopić się w wartkim nurcie codziennego życia.


Hunter S. Thompson napisał „Dziennik rumowy” w przeświadczeniu, iż warto ocalić od zapomnienia świat, w którym każdy z jego bohaterów chce tak naprawdę zapomnieć o sobie samym. Portoryko Thomsona bynajmniej nie kusi egzotyką. To opowieść o trudnych decyzjach i trudnym dorastaniu do odpowiedzialności za to, by naprawdę wziąć życie w swoje ręce. Dziennikarze z „Daily News” są na wyspie tymczasowo i mają także poczucie tymczasowości tego, czym się zajmują. Sami są tymczasowi. Żyją szybko, intensywnie, gwałtownie, bezrefleksyjnie. Ich życie to doznania. Mocne przeżycia. Mocne doświadczenia i coraz mocniejszy rum, który wypijają. Bohaterów Thompsona jakoś nie można polubić, ale nie chodzi tu o obdarzanie ich sympatią, tylko o próbę zrozumienia tego, co kryje się w tej pozornie lekkiej opowiastce sensacyjno-obyczajowej. Czy warto przyjrzeć się bliżej, czym jest portorykańskie San Juan i czy problemy wyspy nie idą w parze z problemami garstki sfrustrowanych dziennikarzy? Jeśli dołożymy do tego regularne mordobicie, uczucia wywołujące zazdrość i rywalizację (tak, pośród szorstkich mężczyzn tej jakże męskiej prozy musi znaleźć się piękna kobieta, która zawróci w głowie Paulowi Kempowi), otrzymamy książkę wzorcowo wręcz wpisującą się w pewną tradycję literacką, ale jednocześnie przewidywalną i po prostu przeciętną.


Czy zatem trzeba odwiedzić Puerto Rico Thompsona? Niekoniecznie. Może nam pozostać niesmak w ustach po nadmiernie pitym rumie, kac, puste konto, obskurne mieszkanie oraz brak perspektyw. I dodatkowo towarzystwo bohaterów, z jakimi można wyskoczyć do baru, ale niekoniecznie się identyfikować. „Dziennik rumowy” to barwna, lecz pozbawiona prawdziwego wdzięku opowiastka. Ot, w sam raz na plażę, na której można pomarzyć o portorykańskim żarze.


Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-07-03

"Huśtawka oddechu" Herta Müller

"Müller nie może pisać, nie skupiając się na języku. Nie można także czytać dramatycznej opowieści Leopolda, nie mając w pamięci słów, które pojawiają się na wstępie tej mrocznej narracji: „Noszę cichy bagaż. Tak głęboko i tak długo opakowywałem się w milczenie, że nigdy nie będę mógł rozpakować się w słowach. Kiedy mówię, opakowuję się jedynie inaczej”. Ta książka daje świadectwo niemocy słów wobec niewyobrażalnego okrucieństwa, jakim było zamknięcie w obozie pracy i odbieranie człowieczeństwu jego godności. Leopold opowiada, ale jednocześnie w swych opowieściach coraz silniej się zamyka. Język, jakim się posługuje, nieśmiało próbuje opisać dramat jego egzystencji. Ale jest to jednocześnie język, który jest kodem, którego słowa cofają się przed sobą i utrudniają dotarcie do prawdy o tym, kim jest teraz człowiek, którego pięć lat egzystencji obozowej było czasem, w jakim musiał… opakować siebie samego i w tym opakowaniu ukrywać swe prawdziwe myśli i uczucia. Müller podejmuje próbę opowiadania o świecie, w którym życie staje się zupełnie inaczej pojmowane, gdy poczuje się bliskość śmierci, gdy istota ludzka stanie się ledwie kośćmi i skórą, gdzie bliskość można odnaleźć tylko przy aniele głodu i gdzie „szczęścia-za-dużo-o-łut” może przynieść dramatyczny koniec tego życia."

Wydawnictwo Czarne, 2010

Całość tekstu na stronie artPAPIERU
KUP KSIĄŻKĘ

2010-07-01

"Panda Sex" Mian Mian

Pisanie o drugiej wydanej w Polsce książce Mian Mian, której sprzedaż zapewni głównie słowo „sex” z tytułu, warto rozpocząć cytatem z jednego z pretensjonalnych opisów Szanghaju, głównego bohatera tego quasi-reportażu. „Szanghajskie historie przypominają opowieści marynarzy. Nikt tak naprawdę nie wie, co się dzieje na morzu. Wiadomo tylko tyle, ile opowiedzą marynarze. Kto wie, może po prostu wieje tam nudą?”. Z „Panda Sex” wieje potworną nudą i po naprawdę interesujących „Cukiereczkach”, które polski czytelnik mógł poznać kilka lat temu, tym razem otrzymujemy opowieść miałką, nudną i zupełnie niezapadającą w pamięć. Chociaż Mian Mian po raz kolejny opowiada o emocjonalnej pustce, o ludzkich pragnieniach, marzeniach i staraniach o to, by w pożeranym przez kapitalizm świecie Dalekiego Wschodu zachować własne tradycje i wierzyć w proste uczucia, tym razem wychodzi jej to zupełnie nieprzekonująco.

Być może błąd tkwi w formie przedstawiania refleksji o młodych mieszkańcach Szanghaju, którzy pragną miłości i nie mogą jej odnaleźć. Autorka tworzy coś na kształt wspomnianego już reportażu, bo książka składa się z zapisu głównie nocnych rozmów prowadzonych z interlokutorami podczas jednego intensywnie przeżywanego przez nich weekendu. „Panda Sex” złożona jest z rozmów, rwanych opisów sytuacji, jest książką nieuporządkowaną i chaotyczną. I nikt mnie nie przekona, że właśnie taka ma być i to ma stanowić jej zaletę. Kiedy w zakończeniu przekonujemy się o tym, iż jest to dodatkowo mistyfikacja, cały zapał towarzyszący lekturze znika momentalnie. Nie chcąc pisać o tej publikacji chaotycznie, pozwolę sobie jedynie dla porządku nakreślić to, co może być w niej istotne. Może, ale chyba nie jest.


Bohaterami „Panda Sex” są ludzie zagubieni i sfrustrowani. Ludzie, którym odebrano szansę poznawania świata poprzez ciekawość i fascynację. To młodzi Chińczycy, którym świat podał się na tacy i choć wyglądał apetycznie, okazał się ciężkostrawny. Najważniejsze wydają się tutaj dwie siostry, Jiejie i Meimei. Młodsza z nich umiera w tajemniczych okolicznościach i rozmowy z ludźmi z jej najbliższego otoczenia są próbą wyjaśnienia, kto pozbawił ją życia. Poza tym kryminalnym wątkiem, z którego tworzy się egzystencjalna opowieść o cierpieniu i udręce życia, nie ma w „Panda Sex” niczego innego godnego uwagi. Pojawia się mnóstwo metafor Szanghaju – miasta, w którym brakuje morza, miasta ludzi anonimowych, a jednocześnie dobrze się znających, miasta w wiecznym ruchu i miasta, w którym nic się nie dzieje. Podczas kilku nocy poznajemy nowych bohaterów Mian Mian, ale powracają także ci z „Cukiereczków” – Hong oraz jej kochanek Saining. Te czytelne nawiązania do poprzedniej książki wywołują uczucie niedosytu. Oto bowiem sama historia z „Panda Sex” nie broni się niczym. Znaczenia nadają jej ludzie, o których Mian Mian sugestywnie pisała w swej debiutanckiej książce. „Panda Sex” wydaje się jakąś karłowatą kontynuacją napisaną na siłę. Nieprzekonującą. Słabą literacko. Pełną truizmów i pustosłowia. I choć traktującą o patologiach i skomplikowanych emocjach, jednak miałką i przewidywalną.


Na uwagę zwraca jedynie fakt, iż autorka próbuje dość rzetelnie i wprost opisać środowisko chińskich młodych ludzi tak bardzo zagubionych w tym, co myślą o świecie, że niezdolnych do tego, by w jakikolwiek sposób świat zmieniać. Myślę, iż Mian Mian miała świetną koncepcję przed laty. Wykorzystała ją w „Cukiereczkach”. Obecnie potwierdza zasadę, że bardzo często druga książka głośnego debiutanta zwyczajnie mu nie wychodzi.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

KUP KSIĄŻKĘ