Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2011-09-27

"Ręka Flauberta" Renata Lis

Po co pisać powieść biograficzną twórcy, który uznawał, iż pisarz tak naprawdę nie ma biografii i na rok przed śmiercią rozprawiał się w ogniu ze swoją bogatą korespondencją, by nie służyła ona nikomu za materiał o zgłębianiu jego żywota? Renata Lis przewrotnie, ironicznie, inteligentnie i w znacznej mierze symbolicznie opowiedziała o życiu Gustava Flauberta bynajmniej nie po to, by stawiać mu pomnik „trwalszy niż ze spiżu”, ale by pokazać, iż życie znanego francuskiego prozaika było zaskakującym kolażem zdarzeń, przeżyć, pojawiających się w jego życiu postaci i przede wszystkim wpływu, jaki to wszystko miało na jego twórczość. „Ręka Flauberta” to wynik wytężonej pracy, zaabsorbowania i uwagi, które pisarka poświęciła twórcy. To jedna z tych książek biograficznych, o której można rzec, iż nie wskrzesza zmarłego, lecz czyni go po prostu żywym. Flaubert w tej książce ma wiele twarzy, ale to, co najważniejsze – lojalność względem jego biografii i tego, kim był – czyni „Rękę Flauberta” książką przenikliwą, mądrą i zdecydowanie wartą poznania.

Tytuł nawiązuje do poparzenia, które stało się stygmatem 1844 roku dla dorastającego talentu francuskiej literatury XIX wieku. Tak jak ręka dotknęła ognia, tak też dusza artysty przez ten ogień się przedarła, a symbolicznym efektem tego było pożegnanie z ognistym romantyzmem w mentalności i dojrzewaniem do czegoś, co nowe. Młodość Flauberta naznaczona jest znajomością anatomii, wszak jego ojciec i brat byli lekarzami. Od tej anatomii Renata Lis wychodzi, pisząc o stylu prozaika: „Styl Flauberta wydaje się przetworzeniem tej elementarnej, anatomicznej wiedzy o naturze istnienia, która stała się jego udziałem w rodzinnym domu, na długo przedtem, zanim był w stanie cokolwiek z tej wiedzy pojąć”. Dokładność, precyzja, wieloaspektowość – to cechy pisarstwa Flauberta i wyznaczniki jego prozy. Prozy, o której stylu Lis ponownie pisze następująco: „(…) Trzeba rozumieć go szerzej, tak jak styl Flauberta rozumiał Proust – jako osiąganą środkami literackimi nową postawę umysłu wobec rzeczywistości”. Ta nowa postawa widoczna jest nie tylko w arcydziele „Madame Bovary”, ale i w życiu samego Flauberta, które mocno korespondowało z tym, jak żyją, co czują i jak się zachowują jego bohaterowie. Chociaż – to ważne – Renata Lis zaznacza, iż nie ma dowodów na to, by Flaubert kiedykolwiek powiedział, iż „Madame Bovary to ja”.


Obok szeroko rozumianej anatomiczności w prozie autora zaznacza się bardzo wyraźnie pasmo śmierci najbliższych, z którymi musiał się mierzyć. Mamy wpływ zmarłego rodzeństwa i umierającego ojca. Jego płaszcz noszony przez syna zaznacza, iż często w relacjach opisywanych w swych utworach wcielał się w rolę ojca. Do tego dochodzi jeszcze fascynacja cmentarzami i to, że własne serce uważał za nekropolię – doprawdy intrygujące wprowadzenie w życie i twórczość jednego z ważniejszych twórców literatury francuskiej. Renata Lis pisze o nim w taki sposób, że wtapiamy się niemal w tło jego życia, poznając je od niezwykłej strony.


Wart uwagi jest każdy rozdział książki, ale pozwolę sobie zaznaczyć to, co się w niej wyróżnia. Przede wszystkim istotne jest śledzenie relacji Flauberta z kobietami – od frywolnych miłostek z egipską kurtyzaną po miłość głęboką i subtelną jak ta, którą darzył guwernantkę swej siostrzenicy, Juliet Herbert. W tle także opis burzliwego i męczącego dla Flauberta romansu z Louise Colet, ale i wielkiej przyjaźni z George Sand. Wydawać by się mogło, że artysta do kobiet, jak do religii, miał ambiwalentny stosunek. W efekcie z żadną nie związał się na dłużej, ale każdą na swój sposób adorował. Każda też, mniej lub bardziej, wpływa na jego twórczość. Twórczość prawdziwą, czyli taką z prawdziwym artystą-kreatorem, o którym Flaubert pisał: „Artysta powinien być w swoim dziele jak Bóg w stworzeniu, niewidzialny i wszechmocny: żeby czuło się go wszędzie, a nie widziało nigdzie”. Tak jest po części z samą Renatą Lis w „Ręce Flauberta” – w jej realnych, literaturoznawczych i filozoficznych wędrówkach widzimy przez cały czas, że o Flaubercie pisze ręka, której właścicielka jest jego prawdziwą znawczynią i wielbicielką.


Mamy w tej książce także specyficzne zderzenie demonicznego Wschodu i mitycznego Zachodu, o którym autorka pisze w kontekście francusko-rosyjskiej przyjaźni Flauberta z Turgieniewem. Zderzenie ma także inne znaczenie. Renacie Lis bliżej jest do kultury Wschodu i nie jest to książka frankofilska. Jednocześnie tak bardzo tkwi we Francji XIX wieku, że nie sposób tego nie poczuć. Nie sposób przejść obojętnie wobec książki tak dokładnie, fantazyjnie i niezwykle opisującej fascynującą osobowość Gustava Flauberta.


Wydawnictwo Sic!, 2011

2011-09-24

"Bahama yellow" Marta Magaczewska

PATRONAT MEDIALNY
Marta Magaczewska z pewnością zaskoczy wszystkich, albowiem mało wyraźny debiut, jakim było „Zaćmienie” nie zapowiadał kolejnej powieści tak odmiennej, tak fascynującej, tak jednocześnie lekkiej i niemożliwie trudnej w odbiorze. „Bahama yellow” – już niebawem w sprzedaży - może być jednym z mocniejszych punktów wydawniczej jesieni, w której to czekają na nas nowe książki między innymi Marty Syrwid, Michała Witkowskiego czy Olgi Tokarczuk. Marta Magaczewska napisała książkę tak niepokojącą, że powinna zostać dostrzeżona przez każdego, kogo na co dzień trapią dylematy dotyczące istoty człowieczeństwa, możliwości jego poznania i związków, jakie nasze życie ma ze światem zwierząt czy naturą. „Bahama yellow” to przypowieść o charakterze kryminalnym; dwuznaczna rozprawa z tym, co czyni nas ludźmi; inteligentna historia kwestionowania ludzkości i świetna powieść charakterów, w której bohaterowie zarysowani są bardzo mocną kreską.

Czas i przestrzeń są rozmyte, niejednoznaczne. Mamy Miasto pogrążone w upale, Miasto w smogu, Miasto szarych ludzi bez twarzy i charakteru oraz fascynującą siódemkę bohaterów, którzy przedstawieni są niezwykle wyraziście. Koffel to egocentryk, który żyje obok ludzi i któremu przyjemność sprawia patrzenie na nich, gdy z politowaniem spoglądają na jego pijackie, niezborne ruchy. Koffel mieszka w ścieku, jest nikim. To jednak on zostanie już na wstępie uśmiercony, a zagadka kryminalna mająca na celu odpowiedzenie na pytanie, kto go zabił, stanie się jednym z wątków opowieści.


Poznajmy zatem oskarżonych, bo tak naprawdę każdy z nich mógł uśmiercić Koffla. Być może to zachowawczy Skomroch, który z jednej strony uznaje, iż to nie mowa, a ciało mówią o nas prawdę, z drugiej zaś tkwi w maskach, nie odzywa się, a każde słowo traktuje jak szyderstwo. Skomroch jest skłonny rozmawiać tylko ze zwierzętami, jednak i one wyrządzają mu krzywdę, czyniąc kaleką bez lewej ręki. Może mordercą jest Kauk, który w przeszłości jako były wojskowy zabijał wielu z dziką satysfakcją, a na starość pozostały mu jedynie infantylne zabawy w wojny pająków oraz gorycz, jaką nosi w sobie stale i przenosi na wszystkich, którzy z nim obcują. Być może zabił Zajc, ksiądz modlący się do Boga w wielu postaciach i człowiek szukający transcendencji tam, gdzie nie może jej odnaleźć. Podejrzanym jest także Lelech, specyficzny artysta. Były lekarz, któremu zakazano wykonywania zawodu po tym, jak zrobił sekcję zwłok nieżywej brzemiennej kobiety. Lelech nie wierzy w duszę, lecz w ciało. Penetruje wnętrze człowieka w sensie dosłownym, ale także symbolicznym. Jest zwierzęciem, pragnącym rozpruwać, oglądać, bezcześcić. Skoro nie on zabił Koffla, może zrobiła to Tabiołka, właścicielka pewnego Zakładu, kobieta interesu stale tuszująca upływ czasu, który odbija się na jej ciele. Tabiołką rządzą zwierzęce instynkty. Za wszelką cenę chce mieć dziecko. Przeraża ją tykanie biologicznego zegara i świadomość, że pozostanie sama. Tymczasem jakiś czas temu porzuciła adoptowaną Lalę, która nie pamięta przeszłości i której zapach śmierci kojarzy się z matką. Lala także jest podejrzaną, ale jako jedyna ucieka, bowiem wszyscy wokół są jej obcy.


Tymczasem krew zabitego barwi piasek na kolor bahama yellow, a tropów jest coraz mniej. Bohaterowie postanawiają skazać jednego z grupy i będzie to ten, który milczy, nie broni się. Szybko jednak zorientować się można, iż przypominający Kafkę proces i skazanie, nie są w powieści Marty Magaczewskiej najważniejsze. Istotne jest to, czemu poddani są jej ludzie. Przechodzą próby, stają przed czymś, z czym trudno się konfrontować. Poznają siebie w relacjach z innymi po to tylko, by ujrzeć, jak wiele w nich zwierzęcości i jak mało można powiedzieć o tym, kim są jako ludzie. W „Bahama yellow” ważniejszy od kryminalnego jest wyrazisty wątek dochodzenia do wnętrza samego siebie, zbliżania się do tajemnicy poznania. Groteska i czarny humor przeplatają się z wątpliwościami natury egzystencjalnej, które zapowiada przecież motto utworu, fragment z pięknej miniatury poetyckiej Leopolda Staffa pod tytułem „Kochać i tracić”. W finale powieści Magaczewskiej ostaną się tylko ci, którzy mogą się dalej rozwinąć i mogą stać się innymi ludźmi. Okrucieństwo ustępuje, płonący Zakład zmienia wszystko, zmienia się także upiorna tropikalna aura, a na ziemię spada oczyszczający deszcz.


To za mało, zbyt niejasno? I bardzo dobrze, bo „Bayama yellow” w gruncie rzeczy jest powieścią-zagadką i nie zamierzam nikomu ułatwiać jej rozwiązania.


Wydawnictwo JanKa, 2011

2011-09-22

"Gdy nie nadejdzie jutro" Paweł Skawiński

Co ja takiego wiem o Indiach? Zmusiłem się, by obejrzeć kilka bollywoodzkich produkcji filmowych, które są jedynie projekcją marzeń i pragnień Hindusów, a nie odzwierciedleniem ich prawdziwego życia. Wysłuchałem płomiennych relacji przyjaciółki, która po subkontynencie indyjskim wędrowała już wielokrotnie i jest nim zafascynowana. Co jeszcze? Kilka fabułek beletrystycznych: Kiran Desai, Aravind Adiga czy – wspominana przez Skawińskiego w jego reportażu – Arundhati Roy. Informacje z mediów. Ot, wszystko.

Książka „Gdy nie nadejdzie jutro” zabrała mnie w podróż do miejsca, o którym – ku mojemu zdumieniu – naprawdę niewiele wiedziałem. Pragnąc podziękować Pawłowi Skawińskiemu, chcę jednocześnie zaznaczyć, iż jego reportaż to rzecz dość nierówna. Autor nie jest Kapuścińskim czy Tochmanem. Chwilami miałem wrażenie braku spójności, przypadkowości wędrówek i rozmów przeprowadzanych przez Skawińskiego. Zbyt rzadko także oddaje on głos bezpośrednio tym, którzy opowiadają o prawdziwych Indiach czy Nepalu. „Gdy nadejdzie jutro” idzie chwilami w stronę rozprawy socjologicznej z elementami analizy ekonomicznej, ale to naprawdę ciekawa proza, bo autor jest wiarygodny, a przecież to jest w reportażu najważniejsze.


Na stronie serwisu „Lektury reportera”, który patronuje medialnie tej publikacji, Sławiński wypowiada się następująco: „Zachód już dawno się zorientował, że Azja wstaje z kolan, że warto uczyć się Wschodu, bo idee, które tam powstają w przyszłości wyznaczą reguły gry na świecie”. Autor przybliża zatem świat, który wciąż niby jest daleko od nas, ludzi Zachodu. Tak naprawdę Azja dopiero teraz odciska jakieś piętno kulturowe i cywilizacyjne w świecie, który dotychczas Azji nie znał, bo nie musiał. Indie i Nepal w reportażu Skawińskiego to kraje, w których dzieją się rzeczy, jakie z pewnością staną się z czasem punktem zainteresowania Europejczyka. Autor jednocześnie czyni dość wyraźną i chyba prawdziwą uwagę, pisząc „Człowiek ku swojemu przerażeniu odkrywa w sobie rasistę, osobę noszącą grube okulary przydymione europocentryzmem, przez które patrzy na Indie z zachodniej perspektywy”. Czy można zatem prawdziwie odkrywać kulturę Indii? Czy muszą nas ograniczać nasze europejskie okulary? Myślę, że zdejmujemy je, czytając Skawińskiego i nawet jeśli za chwilę znowu założymy, nic już nie będzie takie, jak przedtem.


Słów parę o treści reportażu. Treścią tą mają być prawdziwe Indie. Prawdziwe, czyli jakie? „Ale właśnie te biedne Indie, których wstydzi się, którymi gardzi tamtejsza klasa średnia, to Indie prawdziwe. A ile jest w nich entuzjazmu! Niewyczerpanych pokładów przedsiębiorczości i woli walki, żeby odmienić swój los”. Autor nie słodzi w bollywoodzkim stylu, pokazuje Indie od strony dość brutalnej i przejmującej, stara się być lojalny wobec swoich rozmówców i dzięki nim ukazuje specyficzny paradoks niesamowicie biednego, ale i niezmiernie przedsiębiorczego narodu. Wędrówkę ze Skawińskim zaczynamy od bombajskiej dzielnicy Kamathipura, gdzie poznamy losy prostytutek; ledwie kilku, bo w samym Bombaju jest ich blisko 200 tysięcy! Kończymy ją w Nepalu, tak hermetycznie zamkniętym na Europejczyków i jednocześnie tak bardzo Europejczyka fascynującym. Co pomiędzy? Wiele wiarygodnych i fascynujących opowieści. Dużo tematów trudnych i kontrowersyjnych. Sporo wnikliwości oraz liczne punkty widzenia na wiele spraw. Frapujący obraz państw niezwykłych i wciąż mało znanych.


Odwiedzimy slumsy w Pune oraz Ladakh zwany Małym Tybetem. Znajdziemy się w Kaszmirze, będącym przekleństwem Indii. W Kaszmirze, w którym każdy jest naznaczony przez konflikt z Pakistanem. Dotrzemy do trudno dostępnego Katmandu. Poznamy miejsca i ludzi, o jakich się nie zapomina.


Sławiński interesująco przedstawia Hindusów, którzy z jednej strony są bardzo serdecznymi ludźmi, z drugiej zaś potrafią się zamieniać w groźny i wściekły tłum domagający się linczu. To ludzie żyjący w lingwistycznym tyglu, w którym dominuje angielski i hindi, jednak bariery językowe bywają czasem nie do przełamania. To w końcu ludzie, którzy żyją praktycznie bez państwowej służby zdrowia, w chaosie i nieporządku. Ludzie okrutnie podzieleni między tych, co posiadają mnóstwo, a tych, którzy żyją w nędzy. Ważne jest, że autor podkreśla kontrastowość Indii, bo dzięki temu – o czym już wspomniałem – jego tekst nabiera wiarygodności.


„Gdy nie nadejdzie jutro” to ważna literatura faktu i dość dobry reportaż o miejscach, które wciąż nam, ludziom Zachodu, są zupełnie nieznane.


Wydawnictwo Dobra Literatura, 2011

2011-09-19

"Międzynaród" Piotr Czerwiński

Dawno nie czytałem tak absurdalnej, a jednocześnie tak rzeczywistej i przejmująco smutnej książki. Wyjdźmy może od tego, jak Czerwiński ją rozpoczyna. Gagi-gagi. Dwa słówka z dzieciństwa, dwa dźwięki, dwa donośne znaczenia. Serio? Jasne! „Powiedzmy więc, że to znaczy absolutnie wszystko. Absolutny początek i absolutny koniec”. Mamy więc swoistą wykładnię, w jaki sposób patrzeć na to, co się dzieje na kolejnych stronach powieści „Międzynaród”. Możemy się często uśmiechać, łapać za głowę, irytować nadmiarem purnonsensu, ale tak naprawdę jesteśmy zmuszeni, by sami zadać sobie pytanie o to, czym jest Polska i polskość w ogóle, albowiem o tych sprawach traktować będzie książka Piotra Czerwińskiego.

Narratorem historii napisanej „ku popieprzeniu serc” jest czarnoskóry Ngwene Cieślak mieszkający na atolu o nazwie Czterdzieści i Cztery. Przenosimy się w bliżej nieokreśloną przyszłość, w której od dwóch lat nie ma już na mapie potęgi, jaką do niedawna była 39 Rzeczpospolita Międzynarodów ze stolicą w Nowych Kielcach. Polska nie istnieje, a na wspomnianym atolu znajduje się tylko pięciu Polaków. Jedynie Ngwene czuje ogromną chęć, by wrócić myślami do tego, co było i postanawia opisać historię swej ojczyzny. Jest to zatem kronikarz, który ocala fakty od zapomnienia. Jego ambicją jest stworzenie ostatniego podręcznika historii Polski. Dowiemy się z niego, dlaczego potężna i silna Polska, leżąca gdzieś na Pacyfiku, upadła i już się nie podniesie. Dowiemy się, czym jest naród i tytułowy międzynaród oraz poznamy dzieje upadku polityki, gospodarki i społeczeństwa tego jakże wspaniałego kraju, jakim jest Polska.


Polacy, których opisuje Cieślak, to pielgrzymi, jacy dawno temu opuścili Europę, by znaleźć miejsce do życia gdzieś bardzo daleko. Polska na Pacyfiku dzieli się na Polskę A i B, zamieszkują ją czarnoskórzy mieszkańcy (biali żyli kiedyś dawno temu), którym dobrobyt wychodzi bokiem. Wszelkie prace wykonują Anglicy, którzy zalewają Polskę i przejmują miejsca pracy po leniwych Polakach. Edukacji praktycznie nie ma. Zdaje się tam jakieś końcocjaty, ale w gruncie rzeczy studia może skończyć nawet niepiśmienny student. Atrakcją dla takich młodych ludzi jest żłopanie piwowinu oraz rozwalanie coraz to nowych bryk, które kupują im za bońki rodzice. Bońków w budżecie państwa jest tak wiele, że obywatele naprawdę o nic nie muszą się starać. Ich życie przypomina słodką wegetację krowy, albowiem nie ma już czegoś takiego jak kultura wysoka (nie ma jej w ogóle), a jedyną papierową książką jest książka telefoniczna Kielc umieszczona jako eksponat w Bibliotece Narodowej imienia Leppera. Polacy mieszkają w szklanych domach, są nieprzyzwoitymi burżujami, a biednych Anglików traktują jak popychadła. Ngwene Cieślak żyje tak jak inni. Do czasu.


Krwawa rewolta będzie początkiem końca tego raju na ziemi. Wcześniej nasz kronikarz zawrze przyjaźń z Teodorem Maczungwą, by szybko przekonać się, iż coś takiego jak przyjaźń nie istnieje. Blisko będzie z Lilly, domową sprzątaczką, sprytną Angielką realizującą w Polsce tajną misję. A wszystko dookoła będzie absurdalne, szalone, pokazane groteskowo i tragikomicznie. Skomplikowana fabuła „Międzynarodu” jest jednocześnie próbą odpowiedzi na dużo bardziej skomplikowane pytanie o istotę narodu polskiego i rozumienie narodu w ogóle.


To, że tak wspaniała Polska upadnie, jest czymś oczywistym, wszak „Polacy, którzy osiągną cokolwiek, nawet gdyby musieli się niezmiernie starać, sami zniszczą to prędzej czy później”. Kronikarz Cieślak wystawia polskiemu społeczeństwu bardzo złą ocenę. Czerwiński natomiast bawi się licznymi tropami i odniesieniami do kultury oraz historii, by pokazać, jak gorzko można zapłakać nad polszczyzną, śmiejąc się z niej jednocześnie do łez.


Gdyby autor skrócił swe szaleństwa fabularne, byłaby to powieść o wiele lepsza. Nadmiar nonsensownych zdarzeń chwilami może męczyć, ale… czy my sami na co dzień nie męczymy się ze swoją polskością? Ważna i ciekawa książka – dla każdego, kto nie wie do końca, czym dla niego jest Polska.


Wydawnictwo Świat Książki, 2011

2011-09-15

"Świadek" Ilja Mitrofanow

Była sobie kiedyś Besarabia. Może nie była krainą miodem i mlekiem płynącą, ale nikt tam żyjący zbytnio na swój los się nie uskarżał. Była. W 1940 roku, przejęta przez Rosję Radziecką, stała się miejscem niewyobrażalnie okrutnych zdarzeń. Zdarzeń, jakie poznamy dzięki świadkowi – Fiodorowi Pietrowiczowi o mówiącym nazwisku Pokora.

Książka Ilji Mitrofanowa to wstrząsające świadectwo dziejowych przemian, które uderzają w prosty lud. W tej opowieści zmienia się nie tylko otoczenie głównego bohatera, zmienia się przede wszystkim on sam i to okrutna przemiana, której dopiero pod koniec jest świadom.


Zanim do Besarabii wkroczą wojska radzieckie, wielu mieszkańców – przeczuwając piekło – postanawia emigrować. A Fiodor? Jest fryzjerem, ma strzyc, pilnować interesu, dbać o żonę oraz dwie córki i przecież nikt mu tego nie zabroni w miejscu, które jest jego. Pokora to antybohater. Niejeden z czytelników stwierdziłby, iż chwilami to postać papierowa. Nic bardziej mylnego. To on będzie świadczył, jego oczy będą obserwować zło, on także w finale tego zła dozna bardziej niż ktokolwiek inny.


Każdy z mieszkańców dawnej Besarabii winien stać się człowiekiem nowych czasów, czyli człowiekiem radzieckim. „Człowiek radziecki ma w oczach entuzjazm i pragnienie czynów”. Fiodor jest zachowawczy i na żaden czyn zdobyć się nie może. A jednak – dzięki strzyżeniu – wkrada się w łaski Pawła Pietrowicza i wydawać się może, iż nic mu u jego boku nie grozi. Problem polega na tym, że Fiodor nigdy nie stanie się człowiekiem radzieckim, a to, co dotychczas było jego ojczyzną zamieni się w krainę głodu, w której ludzie zrobią wszystko, by zdobyć kawałek chleba.


Trudno powiedzieć, co w tytułowym świadku pojawia się najpierw. Czy jest to gorycz, wstyd, a może poczucie wyobcowania. Paweł Pietrowicz i jego żona Rewmira okażą mu obojętność i odsuną się od niego tak szybko, jak szybko pozwolili być mu na w miarę bezpiecznej pozycji. Pokora jest bohaterem fatalnym, a spadające na niego nieszczęścia powodują, że staje się kimś na kształt besarabskiego Hioba. Mitrofanow pisze o cierpieniu w taki sposób, że nie jest możliwe wyobrażenie sobie tego, co przeżywa Fiodor i jemu podobni. Tak jak niewyobrażalne były hiobowe cierpienia. Niestety, nasz bohater w przeciwieństwie do biblijnego, nie otrzyma nagrody za pokorę i znoszenie udręk.


„Świadek” to studium jednostki przerażonej, zastraszonej i totalnie wyniszczonej. Taka książka jest i dokumentem, i porażającą fikcją literacką. Trudno w historii opisywanej przez Mitrofanowa znaleźć jakąkolwiek nadzieję. Trudno także ogarnąć, jak traumatycznym przeżyciem może być wykorzenienie, oszukanie, pozbawienie podmiotowości i zmiany pod wpływem długotrwałego głodzenia.


„Świadek” to niewątpliwie także książka polityczna i rozliczeniowa. Świadectwo okrucieństwa Historii zapisane językiem giętkim i trudnym do opisania. Właśnie język zasługuje na największą uwagę w tej powieści, bo choć jest to tłumaczenie, właśnie w języku opowiadania i dialogów dostrzec można dramat zderzenia ze sobą odmienności. Takich, które nie są w stanie ze sobą koegzystować.


Najazd Rosjan traktowany jest jako kara, ale trudno tak naprawdę znaleźć winę. To i wiele innych pytań zadaje sobie Fiodor, marionetka w rękach nowej władzy, któremu nie pozostaje nic innego, tylko świadczyć o tym, co ma miejsce. Prowincjonalne Kotłowiny stają się miejscem, z którego po jakimś czasie każdy chce uciec. Kiedy wydawać by się mogło, że do ucieczki sposobi się sam Pokora, widzimy wyraźnie, iż ona niczego nie zmieni.


Wstrząsające jest świadectwo Mitrofanowa. Bolesne prawdy z tej książki nabierają znaczeń symbolicznych. Lektura „Świadka” jest doświadczaniem wręcz klaustrofobicznego lęku. Ostatnie zdania nie są wyzwoleniem. Wyzwolenia nie ma. Jest tylko czarna rozpacz. A ona mówi sama za siebie.


Wydawnictwo Claroscuro, 2011

2011-09-13

"Kraj bez kapelusza" Dany Laferriére

Wydawać by się mogło, że literackie dokonanie znanego już na polskim rynku wydawniczym Dany’ego Laferriére’a jest swoistym antidotum na mroczny obraz Haiti, o jakim można było przeczytać w wydanej przed dwoma laty książce „Dzieci bohaterów” Lyonela Trouillot. Tam doświadczaliśmy bólu przemocy; byliśmy świadkami, jak przemoc rodzi przemoc, a wszystko w porażającej krainie biedy i moralnego ubóstwa, jakim było Haiti. Laferriére o swej ojczyźnie pisze nieco inaczej, albowiem „Kraj bez kapelusza” to powieść wieloznacznie dowcipna i satyryczna, niemniej odnieść można wrażenie, iż nad literaturą haitańską wisi jakieś fatum, które nie pozwala na bycie radosną, prostą i dającą przyjemność.

Wszystko można powiedzieć o „Kraju bez kapelusza”, ale nie to, że jest książką prostą.
Czyta się ją błyskawicznie, bo sprawia wrażenie poszatkowanej, przedstawia krótkie scenki, rozbija się na atomy; niby funkcjonuje jako całość, ale na pewno całością nie jest. Założeniem twórcy mogło być ukazanie niejednoznaczności społeczeństwa haitańskiego widzianego oczyma syna marnotrawnego, który po dwudziestu latach emigracji w Montrealu powraca tam, gdzie namacalnie czuje, czym jest życie. Dodatkowo przekroczy jego granice i znajdzie się po drugiej stronie, czyli tam, gdzie umarli wędrują bez kapeluszy na głowie.

Narrator już na wstępie określa siebie mianem pisarza prymitywisty. On jest tutaj od detali, generalizować i podsumowywać może sobie czytelnik. Od samego początku jego Haiti ma dwa oblicza:
„Kraj na jawie: walka o przetrwanie. Kraj we śnie: wszystkie fantazmaty najbardziej megalomańskiego ludu na Ziemi”. Dlaczego megalomańskiego? Dowiemy się, że to Haitańczyk jako pierwszy stanął na księżycu. Że bycie prezydentem tego kraju jest o wiele bardziej absorbujące od bycia prezydentem Stanów Zjednoczonych. Poza tym marzeniem każdego obywatela jest zostanie właśnie prezydentem Haiti. Po co? By rządzić. By na przykład walczyć z bliżej niesprecyzowaną armią zombie, która grasuje w Bombardopolis, małym miasteczku na północnym wschodzie kraju.

Zanim o przestrzeniach, jakie przemierza Stary Gnat – bo tak mówi na niego matka – słów kilka o tym, w jaki sposób je portretuje.
„Nie piszę, mówię. Pisze się duchem. Mówi ciałem. Odczuwam ten kraj fizycznie. Aż idzie w pięty”. Odczuwanie Haiti wiąże się z faktem, iż przez ostatnie dwadzieścia lat nasz opowiadacz odcięty był od korzeni. Jednocześnie stwierdza po powrocie, że niewiele się zmieniło w kraju-matce. Tak, własną rodzicielkę utożsamia z Haiti, a skoro bardzo ją kocha, wiemy od razu jaki ma stosunek do swej ojczyzny.

Tylko co tam kochać?
Haiti to przedziwny kraj. To dżungla, gdzie słońce wciąż uderza do głowy i kraina zmarłych, wielkie cmentarzysko. Przerażająco brzmi to w zestawieniu z narodową tragedią, jaką było trzęsienie ziemi i kiedy takim mianem Haiti określali dziennikarze z całego świata. W książce Laferriére’a chodzi jednak o inne cmentarzysko, bardziej metafizyczne, bardziej zawoalowane i przez to bardziej niebezpieczne. Niebezpieczne jest bowiem to, co spotyka Starego Gnata, ponieważ otrzymuje propozycję przejścia granicy świata żywych i umarłych. I tu już zaczyna być i symbolicznie, i mitologicznie, i jeszcze dodatkowo sensacyjnie. Co wiedzie bohatera ku nieznanemu? Dlaczego żywi wokół niego wciąż nawiązują do śmierci i na swój sposób ją celebrują?

„Kraj bez kapelusza” to także kawał dobrego reportażu.
Smród na ulicach Haiti czujemy we własnych nozdrzach, niesprawiedliwość społeczna zaciska nasze pięści, a fakt, iż rzekomo – tak mówi napotkana przez Gnata kobieta – każdy w tym kraju nosi maski, dodatkowo niepokoi nas i bohatera książki. Tym bardziej, że powrót jest dla niego okazją do spotkania z dawnymi bliskimi przyjaciółmi i miłością swego życia.

Podsumowując, można by stwierdzić, że to książka o tym, jak umiera się na Haiti i o tym, że żywych i umarłych tak wiele nie dzieli.
Laferriére to pisarz groteskowy i śmiertelnie (sic!) poważny zarazem. Zdecydowanie polecam tę lekturę, ale myślę, że warto względem niej zachować dystans, bo potem możemy kurczowo ścisnąć rękę i sprawdzać, czy nadal czujemy w niej puls.

Mocne, egzotyczne i z dużym pazurem autoironii, satyry i groteski. Myślę, że to kolejny strzał w dziesiątkę Wydawnictwa Karakter. Wydają to, co im się podoba. A mnie podoba się to bardzo.


Wydawnictwo Karakter, 2011

2011-09-12

"Bezludny raj" Ana María Matute

Kiedy czyta się takie książki jak „Bezludny raj”, nie sposób nie uświadomić sobie, jak ważne w naszym dalszym życiu są wspomnienia, w jaki niezwykły sposób możemy je pielęgnować i jak silnie mogą oddziaływać na innych, jeżeli zostaną w piękny sposób zapisane. Ana María Matute, wiekowa i utytułowana pisarka hiszpańska, z niespotykanym wdziękiem i finezją potrafi napisać swą smutną, dziecięcą autobiografię. A nawet jeżeli ta książka nią nie jest, stanowi na pewno poruszający obraz dziecięcego wykluczenia, zagubienia i rozpaczliwej próby poszukiwania miłości.

Adriana urodziła się nie w porę. Jakiekolwiek uczucia między jej rodzicami dawno wygasły. Kontakty zarówno z matką, jak i z ojcem mają charakter formalny i zdaje się, że ich wzajemna oschłość rzutuje na to, jakimi są dla córki. Matka jest kostyczna, ojciec zamknięty w sobie. Adriana dorasta w świecie, który musi sama oswajać, sama go sobie tłumaczyć i samodzielnie się w nim odnaleźć. Nie jest to łatwe. Stawiana za wzór w szkole starsza siostra już od pierwszych dni dyskredytuje Adri, która nie zachowuje się tak, jak winna zachowywać się młodsza z rodu. Adriana jest zła. Jej zło to bycie kimś innym, niż chce ją widzieć otoczenie. Tak naprawdę otoczenie wcale nie chciałoby jej widzieć, ale dziewczynka nie potrafi być niewidzialna. Jedyne co może, to uciec. I ucieka. W pozornie baśniowy, słodki, dziecięcy świat wyobrażeń, ale tak naprawdę w przestrzeń równie opresyjną niż ta, którą budują jej relacje z dorosłymi.


Bohaterka powieści oswaja samotność w dwójnasób. „Zrozumiałam, że są dwa rodzaje samotności: Dobra i Zła. Zła jest brakiem ciepła, pieszczoty, lekkiego pocałunku ponad grzywką; dobra jest brakiem wtrącania się, wymagań oraz pytań, które przekraczają moją zdolność rozumienia”. Jej porą prawdziwego życia jest noc – czas, kiedy wszyscy śpią; wszyscy ci, którzy podczas dnia dają jej do zrozumienia, iż jest zbędna. Adri nawiązuje bliższy kontakt jedynie z nianią i kucharką, ale to ledwie substytut tego, o czym marzy i co chciałaby od świata otrzymać.


Ostatecznie nić porozumienia znajduje z synem rosyjskiej baletnicy, Gawryłą. Teatralizując swoje życie, doskonale czuje się wtedy, kiedy bawią się razem w teatrzyk albo opowiadają sobie historie, jakie można byłoby wystawiać na scenie. Łączą ich także wspólne lektury. Andersen jest dla Adrianny wręcz Bogiem. Bohaterowie, których wymyślił, stają się dla niej jak bliskie rodzeństwo. Bo przecież to prawdziwe, tak jak rodzice, zdaje się jej nie dostrzegać.


Gdyby Matute opisywała w swej książce jedynie losy wrażliwego i osamotnionego dziecka, nie byłoby w tej pozycji niczego szczególnego. Najważniejszym atutem „Bezludnego raju” jest bowiem mroczny klimat niedopowiedzeń. Jest to książka bardzo smutna i w swym smutku dotykająca szczególnie. Opowieść rozgrywająca się głównie w krainie fantazji, ale w krainie skażonej Złem, niepokojem, niejednoznacznością. Adriana przeżywając nieliczne miłe chwile w życiu, od razu boi się, że je straci. Żyje jakby w świecie cieni, wśród których pojawia się i znika jej wyimaginowany przyjaciel – Jednorożec.


Tymczasem ten realny, Gawryła, z czasem staje się obiektem silnego uczucia Adri. Uczucia natychmiast zdegradowanego przez jej matkę, która od początku podchodzi sceptycznie do ich znajomości. Ta dwójka to młodziutcy outsiderzy, których życie okrutnie doświadczy. Biorąc pod uwagę fakt, że z każdym kolejnym rozdziałem czuć coraz wyraźniej lodowaty oddech wojny domowej w Hiszpanii, można sobie wyobrazić, że wizyjny świat Matute kreślony jest czarną kreską.


To opowieść o ukrywaniu się – w sensie dosłownym przed dorosłymi, Olbrzymami – i poznawaniu siebie w ukryciu. Książka o wielkiej wrażliwości i równie wielkim cierpieniu. Historia poruszająca już od pierwszych stron oraz nieuchronnie zmierzająca ku katastrofie. W tym wszystkim jednak niesamowicie ciepła i zwracająca uwagę na to, jak bardzo można się krzywdzić samą niemą obecnością. Uważam, że „Bezludny raj” to nie tylko powieść o krzywdzonym dziecku, ale i o skrzywdzonym świecie, w którym to dziecko musi egzystować.


Wydawnictwo W.A.B., 2011

2011-09-06

"Dobry brat, zły brat" Matti Rönkä

Kiedy na początku tego roku recenzowałem pierwszą przetłumaczoną na język polski powieść Mattiego Rönki, byłem entuzjastycznie nastawiony do nowej jakości, którą do świata skandynawskich kryminałów wprowadziła przewrotna i inteligentna książka „Mężczyzna o twarzy mordercy”. Kolejna powieść kryminalna tego autora to porażka na całej linii i nie sposób znaleźć w niej niczego, co przykułoby uwagę podczas lektury. Zmęczony nią okrutnie, wskażę jedynie najsłabsze ogniwa „Dobrego brata, złego brata”, a już na samym wstępie mogę napisać, iż Matti Rönkä wart jest uwagi, ale tylko w przypadku dużo wcześniej wydanej książki.

Główny bohater, Victor Kärpä, został przedstawiony już w pierwszej o nim powieści. Tym razem autor dodaje jedynie informacje o śmierci matki Victora, która spowodowała, iż rodzinna Sortavala pozostała już na zawsze poza granicami w sensie dosłownym i metaforycznym oraz uwzględnia fakt korespondencji mailowej z Marią, z którą bohatera łączy silna więź. Co poza tym? Do Finlandii przybywa brat Victora, Aleksiej. Zaskakująco szybko aklimatyzuje się w nowych warunkach, znajduje pracę i otrzymuje mieszkanie. Wiemy, że w Moskwie zostawia żonę i syna. Wiemy także, że w przeszłości bracia nie żyli w zgodzie i że teraz jeden drugiego niejako oswaja na nowo.


Co poza tym? Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Marnie portretowane środowisko drobnych handlarzy-przemytników. Jakaś mafia, której nie sposób się bać, choć zabija. Cała masa zupełnie niepotrzebnych postaci epizodycznych, które przedstawiane są z pietyzmem epopei. W tle jakaś kobieta, Helena, nijaka jak pozostali bohaterowie. Główny bohater został już przedstawiony i Rönkä nie ma w zasadzie żadnych kart do odkrycia. Trudno także wskazać jakąś jedną, konkretną intrygę kryminalną, bo jest ich kilka, ale żadna tak naprawdę nie narzuca rytmu narracji fragmentarycznej, powierzchownej i – jak już to zaznaczyłem – przeraźliwie nudnej. Nuda fabularna to strzał w kolano, a może nawet swoiste samobójstwo, jakie autor kryminału na sobie popełnia. Matti Rönkä wydaje się miotać w szeregu opisywanych zdarzeń i tak naprawdę nie mamy w tej książce jednego, wyraźnego wątku, który trzymałby tę opowieść jakoś w ryzach. „Dobry brat, zły brat” rozpada się już na samym początku i każdy kolejny rozdział zmierza po prostu ku katastrofie.


W przypadku tej książki mamy do czynienia z czymś w rodzaju literackiego wypalenia. Bywa tak bowiem, że autor cyklu powieści o jednym bohaterze przedstawia go już w pierwszej powieści, a drugą i kolejną rujnuje to, co ciekawie zbudował na początku. Tutaj właśnie mamy coś takiego. „Dobry brat, zły brat” ponownie na granicy fińsko-rosyjskiej próbuje stworzyć intrygę sensacyjno-kryminalną, ale zupełnie się to nie udaje. Zasadniczym błędem jest koncentracja na postaciach, które zwyczajnie pojawiają się i znikają. Niby coś się dzieje, niby mamy aferę narkotykową i nie tylko taką. To jednak taki kryminał na niby. Bo co to za kryminał, przy którym się ziewa?


Jedyną postacią godną uwagi jest Korhonen, policjant „fatalny”. Człowiek oddający się hedonistycznym uciechom i walczący jednocześnie ze światem przestępczym, który takie uciechy zapewnia. Jedna interesująca postać dobrej książki nie czyni. Owszem, „dzianie się” jest wyznacznikiem „Dobrego brata, złego brata”. Dziać się może wiele, ale cóż z tego? Nie uważam się za jakiegoś smakosza literatury kryminalnej, cenię sobie kilkanaście tego rodzaju dokonań twórców ze Skandynawii. Obawiam się, iż niepotrzebnie sięgnąłem po tę lekturę, gdyż miałem o autorze „Mężczyzny o twarzy mordercy” bardzo dobre zdanie. Miałem. I smutno mi, że przeczytałem książkę tak marną.


Wydawnictwo Czarne, 2011

2011-09-04

"Do utraty tchu" Anne Swärd

Długo trzeba było czekać na nową powieść autorki „Lata polarnego”. „Do utraty tchu” jest swoistym rozwinięciem tego, co na temat skomplikowanych relacji damsko-męskich pisarka miała do powiedzenia w poprzedniej książce. Tutaj także mamy do czynienia z surową, północną Szwecją i dwójką ludzi uwikłanych w miłość. Tak, to książka o miłości i wszelkich jej konsekwencjach, ale truizmem byłoby uznanie „Do utraty tchu” za powieść miłosną. Anne Swärd w mistrzowski bowiem sposób oddaje skomplikowane relacje rodzinne bohaterów książki oraz pokazuje, jak silnie oddziałują one na Lo i Lukasa, którzy zwiążą się ze sobą na zawsze nierozerwalną nicią wielkiego uczucia.

To błyskotliwa książka. Tytuł nasuwa skojarzenia z filmem z 1960 roku, w którym wyraziste kreacje stworzyli Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg. Inspiracja obrazem filmowym jest dość czytelna, ale książka Swärd stanowi jakość sama w sobie.
Autorka bowiem rozpatruje w niej problem przynależności do kogoś, emocjonalnej niestabilności, opowiada o pragnieniu bycia najważniejszym i docenieniu tego, iż po prostu się jest. Problemy, które w książce wydają się być nierozwiązane oraz specyficzny skandynawski klimat jako tło ich pokazania to najważniejsze atuty „Do utraty tchu”. Oczywiście jest ich dużo więcej. Skupię się przede wszystkim na głównych bohaterach, by pokazać złożoność problematyki tej powieści.

Lo Mård jest odważna i od momentu swoich narodzin czerpie z życia ile się da. Siedmioletnia Lo spotyka na swej drodze trzynastoletniego Lukasa. Początek ich znajomości związany jest z pożarem. Od tej pory ogień będzie płonął między nimi nieustannie i nikt nie będzie w stanie go ugasić… Lo żyje w licznej rodzinie, ale najciekawsze wydają się jej relacje z matką.
„Nie odpychała mnie od siebie, ale wciąż była poza moim zasięgiem – nawet wtedy, gdy przebywałyśmy razem”. Lo bliższa jest swojej rodzicielce z oddalenia. Matka i córka tworzą od początku kalekie relacje, chociaż miłość jest w nich widoczna i to miłość każe matce… ostrzegać córkę właśnie przed zakochaniem się. „Podczas gdy inne matki ostrzegały swe córki przed gwałcicielami, niechcianymi ciążami i chorobami wenerycznymi, matka ostrzegała mnie przed zatraceniem się w kimś”. Przestrogi nie pomogą, bo Lo zatraci się w Lukasie i w relacjach z nim zmieni diametralnie.

Lukas usiłuje poradzić sobie z traumą sprzed lat. Płomienie ognia nie kojarzą mu się tylko z Lo, ale przede wszystkim przypominają o śmierci matki i brata, którego nie pamiętał. Razem z Lo stają także wobec śmierci ojca Lukasa, który umiera na raka. Lukas bardzo pragnie zdobyć coś od Lo, ale mu się to nie udaje. Narastające uczucie, które obezwładnia dziewczynę, każe jej uciekać od niego i wędrować po świecie, próbując zapomnieć o czymś, co wydaje się nierealne.


Wszystko jednak w książce Anne Swärd jest bardzo realne. Opowieść zmierza ku jakiejś uczuciowej katastrofie, pełna jest fatalizmu i można mieć wiele złych przeczuć, kiedy zmierza się ku ostatniej stronie.
W gruncie rzeczy jednak jest to książka, będąca peanem na cześć miłości obezwładniającej; miłości zmuszającej do tego, by zmieniać siebie i by uczyć się siebie na nowo. Autorka operuje zdaniami, jakie niosą w sobie tajemnicę i niedopowiedzenie. Chwilami nic nie jest tym, czym się wydaje. To niezwykła historia o bliskości ognia i palącego uczucia. O troskach i tragediach życiowych w cieniu wielkiej miłości. O odnajdywaniu siebie i bezskutecznych próbach ucieczki od tego, kim się jest. Książka o wielu emocjach, a pozornie chłodna i dostojna. Ci, którzy czytali „Lato polarne”, z pewnością zauważą ewolucję stylu autorki i to, że pisząc po raz kolejny o podobnych problemach, ukazuje je wieloaspektowo i z finezją.

„Do utraty tchu” oddziałuje na wszystkie zmysły. Misterna, subtelna i mądra opowieść o rodzącym się uczuciu i o tym, iż nie można się od niego uwolnić.


Wydawnictwo Świat Książki, 2011