Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-01-31

"Pensjonat pamięci" Tony Judt

Gatunkowo esej zezwala praktycznie na wszystko, co mogłoby wyrazić jego autora. Nie chodzi tylko o oficjalne poglądy, czasami ważne są uczucia, niekiedy bardzo osobiste przemyślenia. Tony Judt, nieżyjący już intelektualista i historyk, u kresu swego życia napisał eseje opowiadające o kształtującej się tożsamości wolnomyśliciela, o zmieniającym się świecie, w którym trudno o jakąś stałość, o rozterkach Anglika mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, rozprawiającego się wciąż ze swym żydowskim pochodzeniem, które niejednokrotnie spędza mu sen z powiek i oddającego serce pewnemu rodzinnemu hotelowi w szwajcarskiej miejscowości Chesières. Ten hotelik, tytułowy pensjonat pamięci, to miejsce szczególne i punkt wyjścia do różnorodnych rozważań. Eseje Judta są niepowtarzalne. Dlaczego? Oddajmy głos jemu samemu: „O wartości tych szkiców przesądza zasadniczo impresjonistyczny efekt: fakt, że udało mi się powiązać i przepleść prywatne z publicznym, wyrozumowane z intuicyjnym, przypomniane z odczuwanym”. Sztuka opowiadania o sobie w kontekście przemian dziejowych i społecznych od okresu powojennego po współczesność wychodzi autorowi bardzo dobrze, a „Pensjonat pamięci” zachowuje osobisty charakter, choć przecież składa się z szeregu publicznych wyznań.

Punktem wyjścia eseistycznych rozważań Judta jest dzieciństwo (miał 10 lat, kiedy tak bardzo zauroczył go pensjonat w Chesières), a zmierzają one nieuchronnie w kierunku śmierci, bo to z jej świadomością musi się mierzyć autor, cierpiący na stwardnienie zanikowe boczne. To, co piękne i warte przeczytania, rodzi się w nocy. Życie w więzieniu własnego ciała, nieruchomym i niezdolnym do żadnych reakcji, zwłaszcza nocną porą staje się koszmarem. Co bowiem robić, kiedy sen nie nadchodzi, a niewygodna pozycja w łóżku dodatkowo doskwiera i męczy? Oddać się rozmyślaniom. Dzięki myślom uciekać. Jednocześnie zbliżać się do tego wszystkiego, co kiedyś autora ukształtowało i spowodowało, że teraz, na łożu śmierci, nie patrzy z lękiem w przyszłość, a sentymentalnie rozpatruje to, co było. „Pensjonat pamięci” to rzecz o tym, że ludzka świadomość do ostatniej chwili przed śmiercią jest czymś niezwykłym, najcenniejszym skarbem. Jako skarby zatem można traktować eseje Judta – tematycznie bardzo różnorodne, stylistycznie także. Należy zwrócić też uwagę na fakt, iż wiele z nich było dyktowanych. Niesprawne ręce nie wykluczają sprawności umysłu. Otwartego na świat do końca. Oferującego nam podróż przez własne życie.


Wspomniany już problem tożsamości wydaje się w rozważaniach Judta najważniejszy. Dlaczego? Na to, kim był, złożyło się wiele czynników, ale przede wszystkim to, czego doświadczył i co zaobserwował. Truizm? Pięknie opisany. Angielski początek jawi się wręcz sielankowo. Rozważania o londyńskiej dzielnicy Putney, która była rajem dla młodziutkiego Judta i o podróżowaniu – pociągami czy autobusami Zielonej Linii. Świadomość kształtowana w ruchu i przez ten ruch naznaczona. Ciekawość świata i jednoczesne zwątpienie w to, że nie można go w pełni ogarnąć. Angielskie lata życia Judta to lata doświadczeń i prób, kształtowania swojego własnego świata, który potem zostanie zestawiony z historycznymi uwarunkowaniami, jakie autor tak chętnie zgłębiał. Poznajemy burzliwe losy imającego się różnych zajęć młodzieńca, którego później zmieniał pobyt w Cambridge, a następnie wyprawy do Francji oraz przenosiny do Nowego Jorku - multikulturowego miejsca, w którym zadaje się więcej pytań niż słyszy odpowiedzi.


Mamy w biografii Judta kilka polskich akcentów. Przede wszystkim dziadek – polski Żyd. Przekazał mu swego rodzaju brzemię, ale i zmusił do tego, by zadawać sobie pytania o to, kim jest. Bo inny jest obraz żydostwa w wojennej i powojennej Europie, a inaczej pojmuje się je w Stanach Zjednoczonych lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Druga sprawa, o jakiej opowiada, zainteresuje nas jeszcze bardziej. Mowa o recepcji „Zniewolonego umysłu”, który w Ameryce odbierany był zupełnie inaczej niż w Środkowej Europie. Interesujące są także rozważania o prywatnym rewolucjonizmie Judta; takim, który – nie wiedzieć czemu – w 1968 roku ominął miejsca prawdziwej rewolucji, czyli Polskę i Czechosłowację.


Judt chwilami nie jawi się nam jako historyk, ale jako doskonały gawędziarz. Opowiada o naprawdę różnych sprawach. O socjalistycznym syjonizmie tuż obok historii o samochodowej pasji ojca. O francuskim intelektualizmie idącym w parze z dość żartobliwymi rozważaniami o europejskich miastach, w tym oczywiście o paryskiej stolicy. Jest w „Pensjonacie pamięci” wiele zwierzeń osobistych i niezwykle ciepłych. Opowieść o pragnieniu prawdziwej podróży egzemplifikowanym przez świętej pamięci prom Lord Warden, który przepływał Kanał La Manche. O rozterkach emigranta, który ma się stać mieszkańcem Ameryki. O niechęci do szkoły i charyzmatycznym nauczycielu niemieckiego. O sprawach ważnych kiedyś, ale ważnych także teraz, kiedy pozostają już tylko wspomnienia i świadomość, iż niebawem życie się zakończy.


Można „Pensjonat pamięci” cytować i można z nim spędzić sporo czasu, bo wcale nie widzę konieczności szybkiego czytania wszystkich esejów. To Judt dowcipny, rubaszny, chwilami ironiczny i sarkastyczny. W żadnym jednak zdaniu nie ma mowy o bliskości śmierci. To bowiem świadectwo życia i dojrzewania. Nic ponad życie nie jest ważniejsze. Z historycznego i po prostu ludzkiego punktu widzenia.


Lektura pozwalająca się wyciszyć. Zachęcająca do tego, by czasem zajrzeć w głąb siebie. Tak jak Judt. Prosto, lekko, z przymrużeniem oka i pełną świadomością tego, co się przeżyło.


tłum. Hanna Jankowska
Wydawnictwo Czarne, 2012

2012-01-29

"Życie po mężczyźnie" Hanna Samson

Dotychczasowe dokonania Hanny Samson znam dosyć pobieżnie. Jej najnowsza publikacja jest jednak jakością samą w sobie i nie trzeba (choć można) jej rozpatrywać w kontekście całej twórczości pisarki i terapeutki. Tak, pisanie „Życia po mężczyźnie”, było terapią, ale to książka, która raczej nie zadaje pytań, lecz stawia odpowiedzi; niejednokrotnie niekonwencjonalne, zaskakujące albo dojrzałością albo stanowczością sądu na dany temat. Między kartki wkrada się chwilami chaos, ale jest to chaos zamierzony, bo ma to być przecież opowieść tej, która jest kowalichą swego losu, a los – jak to on – często jest przekorny, nie da się przewidzieć i przede wszystkim trudno w sposób uporządkowany napisać o tym, co było. A opowieść Samson to właśnie opowieść o tym, co było. Rozpatrywana przez pryzmat tego co jest. Gatunkowo zbliżona do pamiętnikarskich opowieści Anny Janko, Moniki Rakusy czy Soni Raduńskiej. Tematycznie – związana z czymś, z czym trudno sobie radzić. To przemijanie tego, co piękne i starość, która nie ma pięknych barw. Warto poczytać o tym, co zrobić, żeby wszystko postawić na głowie i zmienić w życiu tyle, ile się da.

„Jak się zacznie grzebać we wspomnieniach, to dopiero widać, ile ich jest. Jedno pociąga za sobą drugie, drugie trzecie i tak dalej”. I tak to właśnie jest u Samson. Myśli o pewnym filmie, który na stałe zapadł jej w pamięci, o szkolnych koleżankach, z których jedna już nie żyje, o bolących zębach i o mężczyznach, z których jeden był za idealny, aby przy nim trwać, a z drugim związała się, bo prawdopodobnie odczuwała potrzebę przeżywania cierpienia. Zasadniczo „Życie po mężczyźnie” jest o utracie. I zaczyna się od utraty. Cennych minut o poranku, które marnotrawi się na różne sprawy. Bo każde „dzień dobry świecie” to dla autorki teraz gra z czasem i obsesja, by nie zmarnować nawet minuty. Od samego rana. Przecież tyle już zmarnowała, żyjąc nie tak, jakby chciała. Nie z tymi mężczyznami, co powinna. O ile w ogóle są tacy. W związku z tym teraz trzeba gonić czas. I dobrze go wykorzystywać, bo zostało coraz mniej.


To przecież jesień życia. I nic już nie będzie do końca takie, jakie chciałoby się, żeby było. „Coraz mniej muszę podejmować [decyzji]. Kolejna oznaka starzenia się. Wybory dawno dokonane. Jestem, gdzie jestem. Wszystko określone.” Najgorsze, co teraz trzeba zrobić, to określić się w tym, co jest, zrozumieć swoje miejsce i sytuację, która za niczym nie każe już gonić (więc Samson goni choćby minuty o poranku). Istotne jest jednak także to, by uporządkować w myślach sprawy już minione, a wciąż żywe i męczące. Tak bardzo, że niekiedy brak słów i tylko wulgaryzmy mogą zastąpić wyrażenie emocji.


Ale po kolei… Tylko czy da się w przypadku „Życia po mężczyźnie” mówić, iż coś w tej książce jest po kolei? Jakim cudem, skoro autorka tworzy nawet opowieść alternatywną do swojej, mroczną historię kobiety z piętnem żony mordercy? Ona to czy nie ona w niej? W sensie ta dzielna kowalicha, która nadal kuje gorące żelazo losu. Samson napisała książkę pełną niedopowiedzeń, a z drugiej strony opowieść zajmującą się konkretami. Pisze o tym, co było i jest ważne. O stałym poczuciu zagrożenia w dzieciństwie. O skomplikowanych relacjach z matką. O psach – jednym, który jest substytutem dziecka i drugim, wiecznym uciekinierze. O wstydzie za siebie i za to, co się robiło. O atrofii uczuć, która może kiedyś niepokoiła, a teraz staje się czymś normalnym. O wspomnieniu gwałtu, z którym nic nie da się już zrobić, to znaczy obecnie trudno jest to wspomnienie „obrobić” jakoś tak, żeby nie bolało.


Przede wszystkim jednak mężczyźni. Opisywani mało wyraziście, bo chyba nie byli wyraziści. Z całą pewnością jednak byli, a teraz ich nie ma. O tym braku Samson pisze dość przewrotnie. Nie ma bowiem żadnego rozdzierania szat, szlochu i rozpaczy, nie ma łzawych wspomnień i myślenia o tym, że bez chłopa to ja sobie nie poradzę. Nie! Radzi sobie i nadal będzie radzić, bo nie pozostało jej już nic innego, jak mężczyzn swego życia pożegnać. Mentalnie. Rzeczywiste pożegnania nastąpiły już dawno temu. Ale czy nie jest tak ze wszystkim, że wydarzy się to dopiero wtedy, kiedy nasz umysł da na to zgodę i może to zrobić nawet po wielu latach?


„Życie po mężczyźnie” to opowieść pełna sarkazmu i chwilami złośliwości, ale tak naprawdę na swój sposób dowcipna i pogodna. Zresztą co ja tam mogę o niej pisać, skoro autorka wyraźnie wskazuje, że mężczyznom między kartki jej książki wstęp wzbroniony. Złamałem zakaz, poznałem priorytety kowalichy swego losu, chwilami dobrze się bawiłem, momentami rozmyślałem o życiowych problemach, a jeśli teraz jeszcze śmiem o moich czytelniczych wrażeniach pisać to tylko z przekory, bo do „Życia po mężczyźnie” powinni mieć dostęp wszyscy. Bez względu na płeć. Przecież chodzi o doświadczanie życia i próby opisywania tego doświadczania. Panowie bowiem także czasem żyją „po kobiecie”.


Wydawnictwo Znak, 2012

2012-01-24

"Rozwiązła" Jarosław Kamiński

Nie ma to jak przyjemność czytania dojrzałego debiutu. Niektórzy muszą przez wiele lat czekać na to, by wydać pierwszą powieść. Kiedy ją wydają, jest to prawdziwe wydarzenie i gwarancja niepowtarzalnej jakości. Jarosław Kamiński, rocznik 1968, napisał taką książkę. Czyta się „Rozwiązłą” prawie na jednym wdechu choć to grubo ponad 500 stron. Stron treści trudnych, niewygodnych; opowieści tematycznie na pograniczu historii, religii, historiozofii, gatunkowo - romansu i powieści inicjacyjnej. Dokonania Kamińskiego nie da się sklasyfikować jednoznacznie. Pewne jest jednak to, że już na progu roku otrzymujemy powieść, która może być wydarzeniem 2012.

Wspaniała introdukcja! Zbliżająca się do czterdziestki Zofia Rogala odwiedza wraz ze swym dużo młodszym partnerem Adamem jego rodzinę. Od pierwszej minuty kobieta jest na cenzurowanym. Obserwacje, dywagacje, nieznośne napięcie. Stara baba i młodziutki student. Tak nie może być. O ile matka Adama od początku okazuje Zofii swą jawną wrogość, o tyle zastanawiające są reakcje jego dziadka, Edwarda Czerskiego. Mężczyzna wydaje się nie spuszczać z kobiety oczu. Śledzi w niej coś, co okaże się mroczną i bolesną historią. Widzi w niej kogoś, kogo bohaterka będzie za chwilę poszukiwać. W jego oczach kryje się tajemnica. Czerski, starzejący się intelektualista, był liberalnym myślicielem Polski Ludowej czy agentem SB? Kochającym mężem czy zdradzającym ją na prawo i lewo kochankiem? Czego chce od Zofii? Dlaczego tak uważnie ją obserwuje? Zagadki mnożą się już od pierwszych zdań. Narracji rwanej, fragmentarycznej, budującej jednocześnie niezwykle sugestywne obrazy. Każdy kolejny będzie tworzył z „Rozwiązłej” opowieść fascynującą i mroczną. Opowieść humanisty i bacznego obserwatora rzeczywistości. Opowieść, która zmusi nas do innego spojrzenia na samą Zofię i motywy, dla których uwikłała się w tak skomplikowany związek.


Rogala pracuje na co dzień jako makijażystka, zaś Adam maluje. „Ja retuszuję słabe punkty ludzi, on je w swoim malarstwie uwzniośla”. Ona zdystansowana do swych działań, pozornie obojętna na wszystko, co się wokół dzieje. On cudem uratowany przez Zofię przed homoseksualizmem, wyrwany z objęć pewnego fotografa. Ich związek to burza uczuć. Zderzenie skrajnie różnych charakterów. Kaleka relacja, w której każde stara się za wszelką cenę zapomnieć o prawdzie. Zwłaszcza Zofia. Dlaczego? „Zofia nienawidzi prawdy, prawda oznacza śmierć obłędu, omyłki, potknięcia intelektualnego, prawda jest największym zbrodniarzem dziejów, wykańcza wszystkich myślących, niepoprawnie myślących”. Nie podejrzewa, iż postać Czerskiego zmusi ją do poszukiwań właśnie niewygodnych prawd. O swojej matce przede wszystkim. Wychowana w domu dziecka Rogala zostaje zmuszona do tego, by stanąć twarzą w twarz z tajemnicą rodzicielki. Najpierw zdobywa informacje w klasztorze, gdzie ją, daleką od boskich spraw, los musi zetknąć z religijnymi dogmatami i symbolami. Ją, która nie chce mieszać spraw boskich i ludzkich, wędrówka gdzieś na Podlasie zmusi do tego, by stanąć oko w oko nie tylko z tajemnicą rodzinną, ale i z transcendencją, której symbolem ma być Bóg usiłujący popełnić samobójstwo.


„(…) Ludzie nie potrafią żyć bez traum, jakby brakowało powodów do istnienia, jakby tylko brak nadawał sens życiu; pełnia już nie potrafi”. Kobieta Kamińskiego stanie się pełna wówczas, gdy dotrze do przygnębiających faktów z życia swojej matki. Penetruje zakazane rejony, ale i wnętrze samej siebie. Dojrzewając do prawdy o matce, ma szansę przyjrzeć się temu, jak głęboki komunizm niszczył ludzką świadomość, ile kłód rzucał pod nogi i jak bardzo rok 1968 zmienił życie ludzi, których nigdy nie znała, a którzy stają się jej nagle bliscy…


Proza Kamińskiego to przede wszystkim proza konfrontacji. Najpierw Zofii z jej pragnieniami i potrzebami. Potem – dzięki przyjacielowi bohaterki – z faktami historycznymi. Następnie poprzez Czerskiego następuje konfrontacja chyba najtrudniejsza, bo z wpływem polityki państwa na życie osaczonych nią obywateli. „Rozwiązła” rozgrywa się zatem na kilku płaszczyznach. Sam Kamiński sugeruje, iż można ją sprowadzić do etykiety „powieść religijna”. Czy aby na pewno? Czy to nie oznaka jednego z upiornych chichotów, jakie usłyszymy gdzieś z oddali, z dawnej przeszłości, która nigdy nie przestała być martwa, choć kryje w sobie śmierć?


„Rozwiązła” to także powieść o przedefiniowaniu pojęcia kobiecości. Jak pojmuje je Zofia na samym początku? „Ona rozumie kobiecość w najprostszy sposób, umiejętność poddawania się biegowi rzeczy, po prostu”. Czy będzie w stanie poddać się temu, co czeka ją w upiornej wędrówce ku przeszłości? I jak ta wędrówka wpłynie na relacje z Adamem, który przecież dużo mniej przeżył, a jednocześnie sprawia wrażenie, iż wie i rozumie więcej niż Zofia Rogala?…


Przyjaciel bohaterki stwierdza, iż lubi ona ekstrema. Coraz bardziej duszna i klaustrofobiczna narracja „Rozwiązłej” powoduje, że mamy do czynienia z ekstremalną powieścią inicjacyjną. Taką, która opisuje doświadczanie czegoś w średnim wieku. W takim, w którym nic już raczej nie może zaskoczyć. A jednak! Proza Kamińskiego zaskoczy niejednego, zaś sam autor wymiesza w jednym tyglu wiele różnych pojęć, każąc nam na nowo je definiować i zrozumieć, czyją historię tak naprawdę opisuje.


Mocna, przekonująca i pogłębiona psychologicznie „Rozwiązła” to opowieść, która każe uwierzyć, że w polskiej literaturze współczesnej słowo „debiut” może jeszcze brzmieć dumnie.


Wydawnictwo W.A.B., 2012

2012-01-21

"Przewrotka" Jacek Wangin

PATRONAT MEDIALNY
Wyrównaj do prawej
Po latach milczenia Jacek Wangin powraca do literackiego świata, a jego nazwisko znowu można ujrzeć na półkach w księgarniach. Najnowsza publikacja autora to zbiór dziewięciu miniatur; tekstów przesyconych niejednoznacznością, ironią i smutkiem, ale także bliżej niesprecyzowanym, bardzo pozytywnym ładunkiem energii. Bo choć Wangin po dziewięćkroć powtarza, iż nasze życie to bolesne i dość smutne przemijanie, bynajmniej nie roztacza ani apokaliptycznych wizji ani obrazów nurzających się w nurcie niezdrowego pesymizmu. To proza życia, ale proza, która z tego życia się śmieje, kpi z niego, ukazuje w krzywym zwierciadle groteski.

„Przewrotka” to zbiór tekstów, które zasługują na uwagę czytelnika, bowiem są – jak naturalnie sugeruje tytuł – przewrotne i wyrażają myśli człowieka piekielnie inteligentnego oraz wyczulonego na niuanse, na które nie zwracamy uwagi. To także antologia tekstów bardzo równych i trudno wskazać najmocniejsze ogniwa, chociaż z pewnością na większą uwagę zasługują takie teksty jak „Akwizytor”, „Nawiedzenie” czy „Melon dramat”. Trudno jest omówić tę pozycję bez pominięcia jakichś istotnych myśli i refleksji, bowiem spektrum tematyczne „Przewrotki” naprawdę jest imponujące. Jeśli ktoś uważa, że o szarej, zwykłej egzystencji napisano już wszystko, winien poświęcić wieczór tej książce i przekonać się, iż tak nie jest.

Nakreślając problematykę opowiadań Wangina, wskażę te tematy, które wydają mi się najistotniejsze. Może na początek kobiecość. Widziana wieloaspektowo i tak samo barwnie przedstawiana. Poznajemy Lenę, nauczycielkę – singielkę. Życie w pojedynkę to dla niej konieczność, nie alternatywa. Lena kusi i prowokuje swego przyjaciela, niedoszłego księdza. Staje w opozycji do jego poglądów i do wiary. Wyzwolona i samotna z wyboru, oszukana przez religię, teraz może ją ośmieszać. Daleko od wiary jest inna, wiekowa bohaterka opowiadania „Nawiedzenie”. Ten tekst to spowiedź sceptycznej wobec religijnych dogmatów prostej, polskiej, zawistnej i zazdrosnej baby, która rozmawia ze Świętą Panienką z obrazu, który przyjmuje w swym domu na prośbę męża – pijaka. Obie bohaterki stwarzają jakby mit samych siebie w tych dwóch opowiadaniach. To osobowości silne i przekonujące, choć przecież tak różniące się od siebie. Siłą i determinacją wykaże się także żona Melona, bohatera ostatniego tekstu. Jak szaleńczo może skończyć się pomysł czterdziestolatka, który spontanicznie wybiera numer telefonu dziwki wyszukanej w internecie? Czym zaskoczyć może żona zazdrośnika? I czy żona to tylko rola do odegrania? Tytułowe opowiadanie przedstawia dowcipny zestaw żon – znudzonej, zaniedbanej, zdradzonej, wiernej i posłusznej. Te dwa ostatnie określenia na pewno dotyczą małżonki pewnego artysty, który nie dba o pieniądze i dobra materialne, co powoduje, iż jego połowica wykonuje ośmieszający ją samą telefon do własnego brata w opowiadaniu „Bądźcie posłuszne”.

Druga istotna kwestia to strach. U Wangina ma wielkie oczy i różne oblicza. Najwyraźniej przedstawiony został w opowiadaniu „Śmieszna Góra”, którego bohater – przerażony czekającą go operacją starszy mężczyzna – ulega panicznemu strachowi o życie i o to, czy mewy nadal będą po jego powrocie do domu łapać pokarm w locie. Mężczyzna z tekstu „Akwizytor” boi się zapomnienia i pustki, boi się także starości i tego, że kiedyś może stać się taki jak ci, do których strzela z wiatrówki. Obawy dręczą także Rysia z opowiadania tytułowego, który marzy o żonie – zazdrośnicy, a internetową znajomość traktuje jako antidotum na nudę codziennego pożycia małżeńskiego.

Sprawa trzecia, także istotna – problemy z tożsamością, ze zrozumieniem, kim jest się naprawdę. Bohaterowie próbują wyjść z narzuconych im przez społeczeństwo form. Czasami są to tylko próby. Tak jak w „Popołudniu Pesela”, gdzie bohater zadaje pytanie o to, czy rzucić wyzwanie codzienności i rano pozostać w łóżku. Niekiedy ludzie z „Przewrotki” spoglądają na swoje życie z innej perspektywy, ale prawda jest taka, że nie do końca potrafią pojąć, dlaczego są tacy, jacy są i jaki jest powód, dla którego nic się nie zmienia.

Ważne jest, że mimo wielu niepowodzeń, licznych kłód pod nogami i zadziwiającej ilości nieprzychylnych zbiegów okoliczności, bohaterowie portretowani przez Jacka Wangina nie poddają się – życiu ani mrocznym myślom. „Przewrotka” jest naturalnie o wszystkim tym, co mroczne i niewygodne, ale opowiada o tych sprawach w dość ciepłej tonacji. Wangin ujawnia swoją empatię dla tego, co proste i codzienne. Dlatego „Przewrotka” warta jest poznania. To prosta proza o prostych sprawach, jakie często spędzają nam sen z powiek.

Wydawnictwo Jirafa Roja, 2012

2012-01-18

"Włoskie sekrety" Małgorzata Yildirim

Debiutancka powieść Małgorzaty Yildirim powstała niewątpliwie ku pokrzepieniu kobiecych serc. Tych, dla których świat i codzienność są jedynie powtarzalnością i nudą. Tych, które chciałyby, aby ich serca przepełniły płomienne uczucia, a także tych, które z nieśmiałością, ale i pewnością siebie czekają na jakąś zmianę losu. Proponowana pozycja nie zmieni znacznie literackiego świata, a po prostu zgrabnie wpisze się w pewien nurt powieści kobiecej, którego nazywanie nie ma chyba sensu, bo prowadziłoby do wniosków ocierających się o truizm.

Na początku zasygnalizować może warto, iż „Włoskie sekrety” skorzystały – świadomie bądź nie – z rozwiązań innych koleżanek po piórze. Samo imię głównej bohaterki (Miranda) to etykieta dość mrocznej, ale i pasjonującej powieści o dojrzewaniu pióra Katarzyny Krenz („W ogrodzie Mirandy”). Bohaterka przyjeżdża do malowniczego Sorrento. I ono było już miejscem akcji ciekawej powieści, którą nie tak dawno wydano. Mam tu na myśli zmysłową Maję Wolny i jej „Dom tysiąca nocy”; miejsce dramatu, ale i symboliczna przestrzeń swego rodzaju oczyszczenia – a tego doświadcza Miranda Małgorzaty Yildirim. W końcu włoska Villa di Rosa, odziedziczona przez Mirandę. Miejsce, które kryje w sobie mroczne zdarzenia z przeszłości. To też było i nawet wyszło bardzo dobrze. Tym razem wspomnieć należy „Willę” Magdaleny Zimniak.


Odzierając powieść „Włoskie sekrety” z oryginalności, nie twierdzę jednak, iż nie jest to jakaś spójna, sensowna, zwarta i skłaniająca do wielu przemyśleń całość. Czyta się Yildirim szybko i z niesłabnącą ochotą, a to już ważne, ponieważ autorka potrafi budować żywiołową fabułę. Fabułę, w której pojawia się kilka zgrzytów, ale o nich już za chwilę. Najpierw czas, by zdradzić jej rąbka, starając się nie kopiować informacji z okładki.


Rzecz rozpoczyna się w Bostonie. Rzecz też rozpoczyna śmierć. Bezsensowna, przypadkowa, okrutna i zła. Miranda Powell, 24-letnia córka chirurga polskiego pochodzenia, w ułamku sekundy traci kogoś bardzo bliskiego, ciotkę Agnes. To ona zawsze była dla niej wzorem do naśladowania, albowiem Miranda wprost piła z jej źródła wiecznego, niepoprawnego optymizmu. Szybko okazuje się, że radość na twarzy za życia Agnes była jedynie maską, która po jej śmierci każe Mirandzie zastanowić się na tym, kim Agnes była naprawdę. Będzie miała ku temu powód, albowiem odziedziczy pół miliona dolarów i tajemniczą posiadłość w Sorrento, bardzo silnie związaną z przeszłością Agnes.


Miranda spontanicznie i dość szybko podejmuje decyzję o wyjeździe do Włoch. Nie spodziewa się, że ta podróż zmieni ją samą, ale przede wszystkim nauczy tolerancji i szacunku dla inności. Chłodna, pozbawiona buchającej żarem serdeczności, w gruncie rzeczy dość wyrachowana i cyniczna młoda osóbka dociera do miejsca, które jest całkowicie innym od tego, w którym żyła do tej pory. Postanawia zamieszkać w Villa di Rosa, chociaż zdrowy rozsądek podpowiada jej, iż należałoby willę sprzedać i jak najszybciej wrócić do przewidywalnego życia, które wiodła w Bostonie.


Miranda poznaje Włochów, ich serdeczność i wylewność. Na początku trudno jej się z nimi pogodzić, ale ostatecznie ustępuje i daje się przy każdej okazji obściskiwać, całować, przekraczać granice własnego terytorium. Poznani ludzie – między innymi rodzina Gardionich – są inwazyjni, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwi. Czytelnik zastanawia się nad ich rolą w tej powieści tym bardziej, że bardzo długo tworzą jakby jednobarwne, przewidywalne tło. W chwilach, gdy Miranda pozostaje sama, mierzy się z trudami przeszłości i samą sobą. Wie, że ciotka przeżyła dramat w Villa di Rosa. Przypadkowo znajduje jej dziennik, z którego bliżej poznaje ciężki los Agnes w związku z zaborczym mężczyzną. Dalsze jego poznawanie zostaje przerwane, albowiem ktoś włamuje się do domu i zabiera zeszyt, jednocześnie starając się lekko przytruć dymem młodą bostoniankę. Kto zamierza się jej pozbyć?


W sytuacjach krytycznych pomaga jej niezwykle męski i bardzo przystojny Włoch. Rafael najpierw ratuje życie Mirandzie w morskiej toni (czyni to właściwie dwa razy), pozwala jej na to, by uciec przed ogniem oraz groźnymi psami i jest przy niej nawet wtedy, gdy zepsute hamulce samochodu prowadzą Mirandę na pewną śmierć. Jasne jest, iż ktoś nie chce, by dziewczyna poznawała przeszłość. Bohaterka tymczasem zachowuje się albo skrajnie nieodpowiedzialnie albo też po prostu irracjonalnie. Zamiast skupiać się na tym, kto próbuje ją zabić (tak, nazwijmy to po imieniu), robi coraz większe maślane oczy w kierunku swego wybawcy, Rafaela. Trudno się jej dziwić, wszak Rafe wzbudza niezdrowe podniecenie wśród wszystkich kobiet w Sorrento. Tymczasem dość łatwo przewidzieć, na kim mu naprawdę zależy, a dużo prościej odgadnąć kim jest i jakie kryje tajemnice.


Tytułowe włoskie tajemnice Yildirim odkrywa stopniowo, ale tylko w sobie znanym porządku. Zwraca uwagę na wieloznaczność pojęcia prawdy i kłamstwa, o którym pisze m.in. „Każda prawda, czy też kłamstwo, jest swego rodzaju bronią. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zdecydujemy się ich użyć”. Miranda Powell znalazła się w przestrzeniach między prawdą i kłamstwem. Trudno jest jej ocenić sytuacje, intencje rzekomo bliskich uczuć, trudno przede wszystkim – biorąc pod uwagę komplikującą się w międzyczasie za oceanem sytuację jej rodziny – właściwie wybrać i nie bać się konsekwencji tego, co potem.


„Włoskie sekrety” to bowiem powieść o wyborach. O ich trudzie i znaczeniu. O tym, że aby żyć naprawdę, trzeba umieć dźwigać piętno przeszłości, być dobrym dla teraźniejszości i otwartym na to, co przyniesie przyszłość. Książka mimo wszystko nie proponuje zbyt wielu ścieżek interpretacyjnych. To, co dzieje się z Mirandą każe nam tak, a nie inaczej o niej myśleć. Trudno tutaj znaleźć margines do rozmyślań czytelnika. A przydałoby się. Zwłaszcza że zmierzanie ku ckliwemu i całkowicie przewidywalnemu finałowi robi tej książce krzywdę. Książce, która tak czy owak jest ciekawa, chociażby z tego względu na to, że pobudza chęć, by odkryć, zobaczyć i posmakować Włochy. Bez balastu zbędnych doznań, który noszą w sobie bohaterowie „Włoskich sekretów”.


Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011

2012-01-14

"Spektrum" Krystian Głuszko

PATRONAT MEDIALNY
Tego typu książki są akceptowane przez niewielką grupę ludzi. Rozważania dotyczące inności, zaburzeń psychicznych i problemów osobowościowych nadal spychane są gdzieś na życiowy margines, choć powoli wkracza do nas moda na prywatnych psychoterapeutów, którzy zmuszają do tego, by rozmawiać o tym, o czym rozmawiać na co dzień nie sposób.

Gdyby ktoś w niezobowiązującej rozmowie zapytał Krystiana Głuszko o to, co słychać, mógłby zamilknąć lub uciec, słysząc odpowiedź: psychozy, zaburzenia pamięci, halucynacje, omdlenia, męczące sny. Jeżeli ktoś uważa, że wymienione kwestie to po prostu chore rojenia, niech nie czyta dalej niniejszego omówienia i samej książki „Spektrum”. O jakim bowiem spektrum tu mowa? Tym autystycznym, bardzo szerokim, praktycznie niedefiniowalnym i przede wszystkim trudnym do wyleczenia. Kiedy przed laty oglądałem „Piękny umysł” z rewelacyjnym Russellem Crowe, nie spodziewałem się, że o piętnie autyzmu ktoś opowie inaczej, ciekawiej. Cieszę się, że „Spektrum” ujrzało światło dzienne. Cieszę się, że o problemach w tej książce opisanych, zacznie mówić opinia publiczna. Podziwiam odwagę autora, ale jednocześnie rozumiem, iż takie pisanie to dla niego – jak choćby dla Halszki Opfer, autorki dwóch książek wspomnieniowych o toksycznym dzieciństwie i dorosłości – forma publicznej terapii. Takiej, wobec której nie możemy pozostać obojętni, będąc jej świadkami.


Głuszko w opowieści fragmentarycznej, w rwanej narracji, w mało literackich frazach i trudnych do uporządkowania pojęciach, opowiada o spotkaniu z samym sobą po to, by przestrzec innych. Albo może czegoś innych nauczyć. Przede wszystkim tego, czym jest cierpienie. Nie to, które oglądamy codziennie na ekranach telewizorów, cierpienie pełne rozlewu krwi i spektakularnych wstrząsów. Takie, o którym się nie mówi, bo trudno ująć je w słowa. O piekle wewnątrz mózgu, o codziennych problemach z akceptacją siebie i każdego kolejnego dnia. O trudach nawiązywania jakichkolwiek relacji i o świadomości, iż cierpienie będzie wracać w różnym nasileniu do końca życia.


„Spektrum” to książka pisana emocjami, więc trudno nazwać ją prawdziwą literaturą. Mamy tutaj do czynienia z kalekimi zdaniami, zaburzoną chronologią. Ta narracja jest rwana i rządzi się tylko sobie znanymi prawami. Prawami człowieka w spektrum autyzmu, który odważył się na to, by o sobie opowiedzieć. Dowiadujemy się wiele, ale tak naprawdę nie za dużo. Przecież nie jest możliwe opisanie tego, co się odczuwa. Trudno wyrazić ból i cierpienie. Czy cierpienie Krystiana Głuszko ma uszlachetniać? Trudno orzec. Pewne jest natomiast to, iż jego opowieść pomoże wszystkim tym, którzy chcą być bliżej życiowych outsiderów i lepiej ich zrozumieć.


Poznajemy tylko epizody z życia autora. Te najważniejsze albo te, które wyraźnie – choć bez wyraźnego powodu – zapadły mu w pamięć. Próby samobójcze. Okaleczenia. Pobyty w szpitalach psychiatrycznych. Miejscach, w których wyleczyć się nie sposób. Można jedynie opóźniać rozwój choroby. „Cały ten szajs polega na tym: przyjąć – zaleczyć – wypuścić – czekać na powrót”. Czym zaleczyć? Okrutnymi elektrowstrząsami czy terapią śpiączki insulinowej? Czy szpitale psychiatryczne rzeczywiście są miejscem, w którym można odnaleźć samego siebie, stanąć na nogi, żyć normalnie (cokolwiek pod tym pojęciem rozumieć)? Przecież wszystko tak naprawdę zależy od samego chorego. Tak rozumują zdrowi, normalni. Przecież wystarczy wziąć się w garść, poskładać do kupy, wyjść życiu naprzeciw. Czy aby na pewno? Co pod tymi wyświechtanymi frazesami rozumiemy? Co rozumiemy z tego, co dzieje się w umyśle i ciele naszpikowanym antydepresantami i neuroleptykami, z którymi prowadzący lekarze grają w rosyjską ruletkę? Może pomoże, może nie. A jak nie, to wstrząsik. Większa dawka. Częstsze terapie. I gdyby to wyglądało naprawdę tak prosto, wielu ludzi takich jak Głuszko nie musiałoby przeżywać tego, o czym on sam pisze. Przepraszam, próbuje napisać. „Spektrum” to bowiem proza próby. Próby wyrażania siebie, ale i próby wyjścia światu naprzeciw. Temu normalnemu, gdzie nie trzeba bać się samego siebie…


Głuszko zwraca uwagę na to, jak niewiele w gruncie rzeczy dzieli zdrowych i tych, którzy cierpią wewnętrznie. „Tak wiele dzieli zaburzonych psychicznie od zdrowych, jednak jesteśmy bardzo blisko siebie… Mamy podobne nadzieje, tęsknoty, pragnienia i prośby w modlitwie”. Myślę, że jego opowieść to przede wszystkim miejsce spotkania tych, którzy chcą zrozumieć i tych, którzy nie rozumieją samych siebie. Dodatkowo to książka opowiadająca o tym, że cierpienie wewnętrzne ukazuje tak naprawdę, kim się jest. O tym, że z ulgą można opuścić własne ciało. O tym, że często dyskutujemy o skutkach, a nie rozumiemy przyczyn.


„Spektrum” to mroczne, ale i prawdziwe świadectwo egzystencjalnego bólu. Jego autor wspomina, że dużym błędem i słabością było w przeszłości zaufanie ludziom. Myślę, iż ta opowieść wypływa z wielkiego zaufania. Z wiary w to, że można pomóc nie tylko sobie, lecz innym. By zrozumieć to, czego pojąć się nie da.


Wydawnictwo Dobra Literatura, 2012

2012-01-11

"Londyńczycy" Ewa Winnicka

Ewa Winnicka zabiera nas… na Marsa. Dokładniej tam, gdzie Polacy w czasie drugiej wojny światowej i zaraz po niej, chcieli za wszelką cenę zbudować swoje własne, bezpieczne państwo polskie; bez niemieckiej dominacji wojennej i sowieckich wpływów zaraz po wojnie. Winnicka opowiada, że duża grupa emigrantów czuła się na Wyspach Brytyjskich jak na innej planecie. Uczucia jednak, przemyślenia, spory i przeżywane dramaty, były czysto ludzkie, ziemskie i jak najbardziej prawdopodobne.

„Londyńczycy” zatem to reportaż w kilku odsłonach o sporej grupie ludzi, uchodźców. „Między 1939 a 1947 rokiem niemal 200 tysięcy Polaków, zranionych przez wojnę i wielką politykę, zaczęło żyć na obcej wyspie. Większość tubylców nie była tym zachwycona”. Jak wyglądało życie tej grupy? Winnicka dobiera rozpatrywane biografie według sobie tylko znanego klucza. Efekt jest taki, iż „Londyńczycy” to zbiór reportaży nierównych. Te lepsze można wyłuskać od razu. Nieco gorsze powodują, iż chwilami książka rozczarowuje. Jedno na pewno trzeba autorce oddać – wnikliwie, starając się zachować obiektywizm (rzecz trudna w sztuce reportażu), ukazuje losy jednostek i pokoleń uwikłanych w historyczne zawirowania losu, które każą im… pokochać Wielką Brytanię jak ojczyznę.


Zgodzę się z dotychczasowymi głosami krytyki, które wskazują dwa najlepsze reportaże w zbiorze. Krzysztof Cieślik stawia na „Tatę”. Mocna i przejmująca rzecz. Opowieść o Celinie, która poszukuje prawdy o własnym ojcu, byłym żołnierzu. Kim jest Ryszard Dębiński? Samotnik, brutal i hipochondryk. Naznaczony znamieniem choroby psychicznej, przekracza w życiu kolejne bramy piekła. Życie stało się piekłem dla niego i on też piekłem chce uczynić życie najbliższych. Kochać go i szanować czy jak najszybciej zapomnieć? Celina szuka prawdy. Takiej, której jeszcze nie znała. Bo prawd o Dębińskim jest tak wiele, jak wiele różnych oblicz miało jego żołnierskie życie. Bernadetta Darska natomiast zwraca uwagę na reportaż „Zastąpiona”. To przedstawiona w kilku wersjach historia spotkania generała Władysława Andersa ze swoją pierwszą żoną, gdy u jego boku była już inna, ważniejsza. Winnicka wieloaspektowo ukazuje dramat dwóch kobiet, tworząc sentymentalną i poruszającą opowieść o uczuciach względem symbolu polskiego państwa na obczyźnie, względem mężczyzny silnego i takiego, który o własnych uczuciach nie chce rozmawiać. Dwa najlepsze teksty zbioru to zatem dwie odmienne biografie – jedna zanurzona w nurcie prywatności, druga bardziej publiczna, powiązana z wieloma ludźmi i zdarzeniami.


Co poza tym proponuje Winnicka? Specyficzne zawieszenie między śmiertelną powagą a dowcipem i ironią. O dworze Fawley Court i jego skomplikowanych losach jest śmiertelnie poważnie nie tylko dlatego, że autorka wspomina nieboszczyków tego miejsca, w tym przede wszystkim księdza Józefa Jarzębowskiego, bardzo zasłużonego dla edukacji dzieci polskich emigrantów. Poważnie jest także w opowieści o Lily Pohlmann – Żydówce, której udało się uciec z polskiego getta i która potem zawsze miała problemy z określeniem, kim jest naprawdę. Blisko z Solomonem Schonfeldem, który sprowadzał do Anglii żydowskie dzieci z wojennej Polski, wpisuje się w historię mroczną i smutną, ale jednocześnie niepozbawioną znamion opowieści, która mimo wszystko może podbudować.


Zabawnie jest wówczas, kiedy na kartach „Londyńczyków” czytamy między innymi o losach miłości, tej prozaicznej, ludzkiej oraz miłości społecznej i politycznej między Anglikami a Polakami. Poznajemy „miłosne podboje” roku 1940 i gwałtowny „rozwód” Polski z Anglią po 1945 roku. Anglicy nie akceptują polskiego rządu emigracyjnego, a problemem są setki tysięcy Polaków, którzy nie chcą wracać do komunistycznej Polski. Można się nieźle ubawić, czytając o polskich zakusach, mających na celu ustanowienie nowej, angielskiej głowy w koronie, która królować będzie nad Wisłą. Urokliwe i zabawne są też perypetie właściciela klasycystycznego pałacu w dzielnicy Ealing, z którego historią i wnętrzami zapoznajemy się w zapisach rozmów z ich polskim właścicielem, który wie, że jego ojczyzna… to Anglia.


„Londyńczycy” to teoretycznie spójna całość, ale nie trzeba tych reportaży czytać w takiej kolejności, w jakiej są umieszczone po sobie. Winnicka penetruje wiele różnych sfer, rozmawia z różnymi ludźmi, przegląda liczne, historyczne teksty źródłowe. Wszystko po to, by wiarygodnie i interesująco opowiedzieć o ludziach, którzy z dala od swej prawdziwej ojczyzny, stworzyli sobie zastępczą – chyba lepszą i taką, w której po prostu dało się żyć.


Wydawnictwo Czarne, 2011

2012-01-10

"Księga Elżbiety" Joann Davis

Zastanawiam się nad tym, do kogo książki takie jak „Księga Elżbiety” są kierowane. Do naiwnych czytelników? Do ludzi, którzy zachwycą się stylizowaną na opowieść biblijną frazą, która zawiera proste rozwiązania bynajmniej nie prostych problemów? Pretensjonalność Joann Davis i jej najnowszy płód, będący swoistą kontynuacją „Księgi nowej drogi”, pozostawiają w pamięci wyraźny rys. Nie sposób nazwać takich publikacji inaczej niż pseudoliterackimi koszmarkami, które mają nas rzekomo poruszyć do głębi, a są po prostu puste. Davis to chyba taki Coelho w spódnicy; jej pisanie ma być głębokie i ważne, a w istocie jest banalne, fabularnie wręcz nonsensowne i korzystające z kilku prozatorskich kalek, dzięki którym naprodukowano już „powieści” typu „Weronika postanawia umrzeć”.

Tym razem nikt nie chce umierać, ale od śmierci się zaczyna. W nurcie rzeki ginie czteroletnia dziewczynka, której zwłoki odnajduje tytułowa Elżbieta, była niewolnica, łagodna i ciepła położna na co dzień, która dzięki sobie tylko znanym instynktom wie, dokąd martwe maleństwo zanieść. Elżbieta, widząc rozpacz rodziców, zadaje sobie pytania o to, dlaczego los bywa dla ludzi tak okrutny, dlaczego Bóg odbiera dzieciom życie, ludziom dobrym wszystko to, co mają, a sprawiedliwym chęć do życia. „Gdyba” sobie o tym i owym, po czym zapada w sen i wtedy – jak w efekcie połknięcia całego blistra tabletek nasennych – pojawia się Staruszka, nakazując jej wędrówkę i nazywając sprawy po imieniu w następujący sposób: „Twoja dusza jest lampą, która jaśnieje pełnym blaskiem dopiero wtedy, kiedy napełnisz ją oliwą spokoju i łagodności. Rozpacz gasi jej światło”. Po tym jakże głębokim wstępie, wiemy już, iż Elżbieta będzie gdzieś tam wędrować, czegoś tam szukać i dążyć do odkrycia jakiejś niesamowitej tajemnicy egzystencjalnej. W podróż zabiera swą kuzynkę Miriam oraz przybranego brata Dawida. Cała trójka zmierza ku źródłu, które nigdy nie wysycha, spotykając na swej drodze symboliczne postacie, dzięki którym życiorysy wędrowców są dla nas bardziej czytelne.


Rozmawiają zatem z Bajarzem, z Latarnikiem i Żebraczką. Momentami robi się z tego coś na kształt „Małego Księcia”, niemniej jednak mądrości Joann Davis są tak okrutnie banalne, że czytanie ich jest jak przełykanie garści gwoździ. Do podróżujących dociera także mąż Elżbiety, pasterz Jozue. Również – jak żona z martwą dziewczynką wcześniej - za pomocą jakiegoś wewnętrznego radaru, który namierza zagubioną żonę. Nic to. Liczy się fakt, że zbliżenie tych dwojga nada podróży jakiś głębszy sens. Czytamy po drodze o kuszeniu Jozuego przez niejaką Kobietę-Pytona (do czego przypiąć ten wątek, nie mam pojęcia) i wreszcie widzimy już całą czwórkę odkrywającą kolejną życiową mądrość. Źródło, którego szukają i które nigdy nie wysycha to… źródło miłości oczywiście. Potem autorka wkleja w swą makabryczną i pustą narrację dwa razy Hymn św. Pawła o Miłości (naturalnie raz to za mało) i każe swoim bohaterom powrócić do domu, który będą budować inaczej, na fundamencie miłości.


Przykro mi, że streściłem całą „pasjonującą” fabułę, ale jakoś nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia, kiedy piszę o książce, którą powinno się omijać z daleka. Najpierw stawia pytania o istotę cierpienia i niesprawiedliwość, potem przemienia się w symboliczną powieść drogi, w zakończeniu oferuje proste i jednoznaczne rozwiązania, a całość nie grzeszy ani spójnością, ani tym bardziej metafizycznym przesłaniem, którym Joann Davis chce nas przekupić.


Zadajmy jedno podstawowe pytanie. Czy Elżbieta, uosobienie dobroci, łagodności i mądrości naprawdę musi zasuwać pieszo i z osiołkami ileś tam kilometrów, by dowiedzieć się, że szukała miłości? A jak ją już znalazła, naturalnie uzdrowiła z nieszczęść świat swój i swoich bliskich. Czy fabuła, jaką serwuje nam Davis nie jest przypadkiem kpiną z czytelnika? Czy książka taka jak ta to zestaw godnych przemyślenia symboli czy zlepek słów, z których autorka klei treści rzekomo głębokie i przejmujące? „Księga Elżbiety” ma tylko jedną zaletę. Jest krótka i nie zmarnujemy więcej niż jeden wieczór na jej przeczytanie. Dla mnie to i tak za dużo czasu. Cenię pisanie o ważnych i podstawowych wartościach czy pojęciach. Wtedy jednak, gdy ktoś się nimi zajmuje na poważnie. Joann Davis robi sobie jakieś kpiny, podaje proste recepty na rozwiązanie skomplikowanych problemów i przede wszystkim doprowadza do bólu zębów szaleńczą nieprzewidywalnością swojej opowieści. Opowieści do jak najszybszego zapomnienia!


Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011

2012-01-08

"Kocha, lubi, szanuje..." Alice Munro

Kiedy przed trzema laty miałem okazję po raz pierwszy zapoznać się z twórczością Alice Munro, zastanawiałem się nad tym, czy przeczytany wówczas zbiór opowiadań „Uciekinierka” jest reprezentatywnym fragmentem tej twórczości. Teraz wiem, że tak, albowiem lektura kolejnych dziewięciu tekstów, wydanych w ojczyźnie Alice Munro w 2001 roku, pozwoliła zrozumieć, jakimi prostymi środkami wyrazu - wciąż tak samo - pisarka potrafi oddać głębię życia, przemyśleń i uczuć oraz motywy postępowania w momencie życiowych zawirowań. „Kocha, lubi, szanuje…” to dziewięć opowieści o kobietach, które stoją na rozdrożu, które na coś czekają, czegoś nie osiągają, które próbują definiować swoje życie przez pryzmat relacji z innymi ludźmi. To książka statyczna, dojrzała i mądra. „Uciekinierka” była zbiorem skupiającym się głównie na portretowaniu kobiecej psychiki. Jest to obecne także w „Kocha, lubi, szanuje…”, ale tym razem Munro rozbudowuje teksty o wiarygodne i przejmujące postacie mężczyzn z otoczenia bohaterek jej opowiadań.

O ile „Uciekinierka” starała się opisać procesy poznawania własnych uczuć, o tyle w „Kocha, lubi, szanuje…” mamy inne portrety kobiet; takich, które próbują zrozumieć sens swojego życia oraz to, dlaczego znalazły się w tym, a nie innym punkcie. Akcentowana jest wyraźnie albo nadmierna religijność albo jej brak w życiu tych, które także transcendencji poszukują. To matki, niepokorne córki, subtelne kochanki, wreszcie przede wszystkim kochające wprost i bezwarunkowo żony lub narzeczone, obok których stoją mężczyźni ich życia, mniej lub bardziej na to życie wpływający.


Każdy z tekstów ma podobną konstrukcję. Od razu, natychmiast jesteśmy wrzucani w wir jakichś zdarzeń, których znaczenie dopiero wyjaśni (albo nie) dalsza część tekstu. Następnie akcja rozwija się niespiesznie, by w finałach gwałtownie poruszyć, wskazując fakt, iż większość bohaterek jest w swym życiu zagubiona i albo mierzy się z jakąś wielką stratą, albo musi zacząć coś od nowa, na nowo zdefiniować siebie i to, jaką rolę ma do odegrania. Kobiety Munro są w średnim albo starszym wieku, zwykle dostojne, nie pozwalające sobie na wybuchy emocji, trzymające na wodzy swe odczucia i jedynie subtelnie sugerujące burze, jakie mają miejsce w ich głowach. Stojący obok nich mężczyźni są wsparciem lub źródłem opresji. Nieustająco jednak są, istnieją gdzieś obok, dają jakiś punkt zaczepienia i pozwalają, by zrzucać na ich barki nadmiar cierpienia i bólu. Relacje damsko-męskie Munro portretuje dość finezyjnie i trudno chwilami nie odnieść wrażenia, iż do rodzinnych domów bohaterek weszliśmy zamiast głównymi drzwiami jakoś od tyłu, by z oddali przyglądać się temu, co się tam dzieje i wyciągać własne wnioski ze strzępów zasłyszanych rozmów.


Pomiędzy rozpoczynającym zbiór opowiadań obrazkiem, kiedy Johanna, samotna emigrantka z Anglii, nadaje do Saskatchewan meble a zamykającą ostatnie opowiadanie sceną pojednania między cierpiącą na zaniki pamięci Fioną a jej mężem Grantem, przekonanym o tym, iż już ją stracił, znajduje się prawie wszystko, co może zdarzyć się w życiu i odmienić jego bieg. Zmagająca się z nowotworem, cierpiąca Jinny na wiszącym moście u boku młodego chłopca przeżyje chwilę szczęścia i zapomnienia – choćby o tym, że odchodzi. Mężatka Meriel ulega pokusie i żądzom, by przeżyć krótką przygodę miłosną, a potem być świadkiem śmierci zarówno nieświadomego niczego męża, jak i kochanka, którego nie da się zapomnieć. Chrissy odwiedza w Toronto Quennie, z którą razem się wychowała, podgląda jej życie rodzinne, ale tak naprawdę przybywa po to, by znowu stać się jej częścią życia. Tymczasem musi się zmierzyć z nagłym zniknięciem Quennie i faktem, iż Chrissy nie była dla niej aż tak ważna. To tylko kilka zdarzeń, w których bohaterki docierają do pewnych granic, za którymi ich życie będzie inne, trudne do przewidzenia, a tym bardziej do opisana.


I znakomite portrety mężczyzn, o jakich wspomniałem. Zagorzały ateista Lewis, który jest kontrowersyjnym nauczycielem, a po którego śmierci kobieta jego życia musi wypełnić ostatnią wolę mężczyzny i skremować go, bez żadnych przyjęć pożegnalnych. Mike – obiekt fascynacji z młodości anonimowej bohaterki i narratorki - który po latach przypadkiem spotyka ważną dla siebie kobietę i opowiada o dramacie, jaki przeżył. W końcu Grant, którego cierpienie jest wręcz niewyobrażalne, kiedy dostrzega, iż jego 70-letnia żona przestaje go poznawać podczas pobytu w ośrodku opieki.


Mężczyźni uzupełniają wizerunki kobiet w „Kocha, lubi, szanuje…”. Munro zaś udowadnia, iż proza bez zbędnych ozdobników, bez szybkiej akcji i dynamicznych bohaterów, niesie w sobie tak wiele, że po lekturze jest po prostu o czym myśleć, zaś każde opowiadanie to jakby zarys konstrukcyjny świetnej powieści psychologicznej. Krótkie formy prozatorskie Munro to teksty, które cechuje dojrzałość, głębia i niepowtarzalny koloryt. Wcale nie muszą stawać się powieściami.


Wydawnictwo Dwie Siostry, 2011

2012-01-05

"Dzienniki kołymskie" Jacek Hugo-Bader

Ta książka powinna dostać nagrodę już za samą okładkę. Przepiękną, poruszającą, twórczą, niesamowitą. Oto niejaki Jura Sałatin, fascynujący złomiarz (tak, w tej publikacji nawet złomiarz potrafi być fascynujący) w czapce uszatce i grubych rękawicach mknie na swym motorze. Jacek Hugo-Bader właśnie w ten sposób chciał przemierzyć długą trasę kołymską od Magadanu do Jakucka. Nie wyszło. Wyszła za to pasjonująca podróż autostopem i piekielnie dobry reportaż. O wnętrzu piekła właśnie. Takiego ziemskiego, kryjącego pod wieczną zmarzliną zarówno drogocenne złoto, jak i zbiorowe groby zamordowanych w dawnych obozach pracy. Książka, która opowiada o życiu ściśle związanym z przeszłością. O tym, jak przetrwać i o tym, czym jest śmierć. O hektolitrach wypitego alkoholu, siarczystym mrozie i przede wszystkim o ludziach – ich dramatach, radościach i szczęściu. Wszystko w scenerii co najmniej egzotycznej, tak bardzo przecież niedostępnej, lodowatej, przerażającej…

„Dzienniki kołymskie” to już kolejny literacki dowód na to, iż Jacek Hugo-Bader kocha Rosję wraz z jej teraźniejszością i przeszłością, a by wyrazić tę miłość, pragnie poznawać ją szczególnie, namacalnie, wnikliwie. Postanawia dotrzeć do miejsca, w którym pozornie nie da się żyć. „(…) Wydaje mi się, że trzeba mieć raka, ciężko chore serce albo głowę, żeby tu żyć. Nie mieć naprawdę nic do stracenia albo innego wyjścia, żeby osiedlić się na biegunie okrucieństwa”. Ta niezwykłość panujących tam warunków i świadomość, iż życie toczy się mimo wszystko, popycha autora do tego, by przemierzać 2025 km Traktu Kołymskiego, zawierać tam przyjaźnie, fotografować to, co cenne, a przede wszystkim by zrozumieć inność; tę zimną i nieprzystępną, niemożliwą do poznania dla człowieka pozbawionego pasji tego poznawania.


Start w Magadanie, meta w Jakucku. Nie cel jest jednak dla Hugo-Badera ważny, lecz sama podróż. Podróż przez miejsca, które straszą tym, czym były kiedyś i tym, jakie są obecnie. „Bo ta licząca ponad dwa tysiące kilometrów droga wybrukowana jest ludzkimi żywotami. Położona na kościach. I to nie jest żadna metafora”. Niewiele będzie metaforyki w „Dziennikach kołymskich”, bo i nie ma na nią miejsca. Nie chodzi o wzniosłą literaturę. Chodzi o rzetelną literaturę faktu. I taką też otrzymujemy. Dziennik zaskakującej podróży pod patronatem „Opowiadań kołymskich” Warłama Szałamowa, którego – tak jak wszystkich żyjących, których poznaje w drodze – Hugo-Bader chce ocalić od zapomnienia.


Najważniejsi są ludzie. „Dzienniki kołymskie” to galeria postaci, o których szara codzienność nie dba, ale którzy za wszelką cenę próbują przetrwać i być szczęśliwymi w świecie, jaki im to utrudnia. Autor rozmawia m. in. z córką okrutnego Nikołaja Jeżowa, która opowiada o dramacie swojego dzieciństwa. Słucha Tamary Tichonowej i jej wspomnień z kobiecych łagrów. Zmusza do zastanowienia się nad tym, czym jest „zgwałcona Rosja”. Jeździ i pije ze złotym oligarchą Basanskim. Od Włada dowiaduje się, jak można pogodzić specjalizację chirurga z alkoholizmem. To także historia kołymskiego psychiatry, geologa Władimira, właściciela restauracji i handlarza złotem Mustafy, dyrektora elektrowni Garuszowa, eksperymentatora Niurguna… To ludzie z krwi i kości, często sfotografowani i uwiecznieni w tym, co mówią i robią. Ludzie, którzy wciąż pamiętają o okrutnej przeszłości obozów przymusowej pracy, ale mimo tego kochają Kołymę i są jej wierni. Co ciekawe – większość to ludność napływowa, uciekinierzy z Rosji i byłych republik radzieckich; wszyscy ze znamieniem porażek i okrucieństw, o jakich trudno im mówić bez wypicia kilku głębszych. Mamy także nieco sentymentalną, ale robiącą kolosalne wrażenie opowieść pewnej madame Marianne, która przybywa z Paryża tylko po to, by zaczerpnąć świeżego oddechu lodowatego powietrza kołymskiego, które pozwoli jej zrozumieć dramatyczne wybory swego ojca i wśród widm umarłych odnaleźć chęć do życia we francuskiej stolicy.


Im dalej w trasie, tym bardziej ponure przemyślenia. „Mam poczucie, że im bardziej wjeżdżam w głąb Kołymy, tym bardziej cofam się w czasie, bardziej zanurzam się w starą, sowiecką, zahibernowaną rzeczywistość”. W Jakucku Hugo-Bader będzie już częściowo innym człowiekiem. Dziesiątki spotkań, wysłuchanych opowieści, obejrzanych krajobrazów – to wszystko spowoduje, że nie tyle lepiej zrozumie postsowiecką mentalność, co samego siebie; tego, który tak bardzo chce w nią wniknąć.


„Dzienniki kołymskie” to zbiór mrocznych opowieści, ale także anegdot, bo poznani ludzie czasami też się śmieją. Zastanawiające jest, iż książka tak w gruncie rzeczy przygnębiająca, potrafi mimo wszystko hipnotyzować. Pewnie wynika to z tego, iż autor doskonale wie, gdzie się znajduje, z kim chce rozmawiać i o co pytać. A pytań o Kołymę jest bardzo wiele. O jej przeszłość i o to, czym jest obecnie. Bo w wiecznej zmarzlinie można odnaleźć coś ciepłego. Tym czymś jest ciepło ludzkich serc, o jakim Hugo-Bader potrafi pisać jak nikt inny.


Wydawnictwo Czarne, 2011

2012-01-01

"Cienka granica przyzwoitości" Agnieszka Szygenda

Najnowsza książka Agnieszki Szygendy jest wielowątkowa i w jej przypadku to niestety wada. Widać, że konkretny zamysł i czytelne przesłanie rozmywa się pośród niepotrzebnie namnożonych bohaterów i zdarzeń. Dyskomfortem czytelniczym mogą być także dłużyzny fabularne. Myślę jednak, że dotarcie do ostatniej strony nie będzie aż tak wielkim wysiłkiem, albowiem „Cienka granica przyzwoitości” to książka dość interesująca i warta uwagi.

Szygenda już w swojej wcześniejszej powieści „Kupię rękę” skupiała się na problemie sprzedawania samego siebie innym. Początkowo wydaje się, iż wraca do raz poruszanych kwestii, ale akurat wątek sponsoringu nie jest w „Cienkiej granicy przyzwoitości” najważniejszy. To poruszająca książka o doznanej krzywdzie i o tym, że nie sposób jej wybaczyć. O nienawiści i gniewie, które zaślepiają w działaniach. O tym, że aby pokochać i wybaczyć innym, trzeba najpierw dojść do porozumienia z samym sobą. Wiem, że te truizmy nie do końca mogą zachęcić do lektury, jednak autorka tak poprowadziła swą narrację, że nie ma w niej prostych rozwiązań; jesteśmy wielokrotnie zaskakiwani, często denerwowani poczynaniami głównej bohaterki, Elwiry. To opowieść o jej dorastaniu do odpowiedzialności – za siebie i innych. O ciężkiej drodze silnej kobiety, która zawsze jest w stanie się podnieść, gdy upada. O tym, że życie może być niezwykle zaskakujące i zagadkowe, a na dodatek przyjemne, choć na co dzień tak pełne bólu i rozczarowań.


Biografia Elwiry jest dość typowa. Czytamy bowiem o młodziutkiej i naiwnej dziewczynie, która ucieka ze swej wsi, by w stolicy zacząć nowe życie. Chce sama kreować swój dalszy los, a do tego potrzebni są sponsorzy. Elwira zatem daje ogłoszenie w Internecie (Szygenda ma jakąś obsesję na punkcie Sieci, bo w „Kupię rękę” buszowanie w cyberprzestrzeni także było znaczące), w którym wyraża wolę sprzedaży swojego ciała. Odzew jest natychmiastowy. Zaczyna się gra Elwiry. Ramy tej gry wytycza tytułowa granica przyzwoitości. Elwira przekracza ją wielokrotnie. Oddając się obcym mężczyznom, czuje obrzydzenie do samej siebie. Dodatkowo nieustannie się o coś oskarża i za wszelką cenę próbuje odciąć się od ludzi, nie chce budować jakichkolwiek z nimi relacji. Powód takiego zachowania jest czytelny. Dziewczyna bowiem porzuca swą wieś wraz z własnym dzieckiem – efektem dyskotekowego gwałtu, niechcianym wyrzutem sumienia i stygmatem, który w oczach wsi czyni z Elwiry bezkompromisową ladacznicę.


Los chce, by nasza bohaterka mierzyła się z przeszłością, do której nie chce wracać. Nie jest jednak możliwe, by odciąć się od wspomnień. Najpierw musi wrócić w rodzinne strony i odebrać własne dziecko z rąk umierającej na raka ciotki. To dziecko ją przeraża. Ma już kilka lat i nigdy nie zaznało matczynej miłości. Elwira jednak nie jest w stanie zaakceptować i pokochać córeczki. Nie jest także możliwe, by pojednała się z ojcem, który kiedyś wyjechał do USA i – w mniemaniu Elwiry – zostawił ją. Do wspomnianych problemów dochodzi jeszcze walka z mężczyznami. Tymi, którzy byli sponsorami i tymi, którzy jedynie to wykorzystali. Relacje damsko-męskie i ciążące na nich napięcie, będą w tej powieści bardzo ważne, zatem warto poświęcić im kilka słów.


Jak zadowolić mężczyznę? Według Szygendy to niemożliwe. „Och, choćbyś nie wiem jak się starała, nigdy nie zadowolisz faceta. Zostajesz, uczepiasz się go, marzysz o ślubie i gromadce dzieci i to mu się nie podoba. A kiedy wychodzisz od niego i niczego nie chcesz, to też jesteś egoistką”. Relacje Elwiry z mężczyznami to relacje pełne zależności, a wynika z tego jedynie to, iż bohaterka spala się w nich i pogrąża w marazmie. Z czasem jednak planuje zemstę. Najbardziej mrocznym typem w książce jest Zbig. To taki Olgierd z „Kupię rękę”, który uważa, że jeśli ma kasę, to może wszystko, a już na pewno jest w stanie kupić Elwirę. Bardzo się zdziwi rozwojem wypadków i zapewne przeklnie dzień, w którym ją poznał, ale idąc tym tropem, popełnię streszczenie, nie recenzję, zatem tę interesującą kwestię zamykam, zaznaczając jedynie, iż w życiu Elwiry znajdą się mężczyźni bardzo różni i w różny sposób na nią działający.


„Cienka granica przyzwoitości” pokazuje, jak łatwo można się tej przyzwoitości pozbyć. Stawia pytania o to, w jaki sposób przeszłość determinuje to, kim jesteśmy. Szygenda snuje także rozważania o wewnętrznym wstydzie, zaburzonej samoocenie i cierpieniu, jakie temu towarzyszą. Nie tylko bowiem Elwira będzie przeżywać piekło jednania się z tym, co minęło. Warto także zwrócić uwagę na bohaterkę drugiego planu, Katarzynę, która także się zagubiła i nie jest w stanie określić, co jest dla niej ważne.


Ta książka jest dość jednostronna w swej wymowie. Prawie wszyscy mężczyźni krzywdzą – kobiety i siebie nawzajem. Każda z kobiet jest w jakiś sposób pokrzywdzona, a relacje z płcią przeciwną są dość ogniste i toksyczne jednocześnie. Pewnie, jest miejsce na miłość i zaufanie w związku, niemniej jednak „Cienka granica przyzwoitości” to książka, która poza wojną płci ukazuje także, jak skutecznie walczyć o własne szczęście. Bez względu na płeć.


Wydawnictwo femPRESS, 2011