Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-05-31

"Księga kłamców" Mariusz Zielke

Kłamstwo otacza nas zewsząd. Kłamiemy w dobrej wierze, ale głównie, żeby komuś zrobić przykrość. Potrafimy żyć w kłamstwie, kłamstwem się żywić, a jednocześnie tak nim gardzić. Ta ambiwalencja widoczna jest także w przypadku najnowszej książki Mariusza Zielke. Autor oryginalnie wykorzystał motyw nieprawdy i uczynił z tego taki literacki patchwork, bo jego książka nawiązuje zarówno do literatury sensacyjnej i z dreszczykiem, kierowanej do masowego odbiorcy, jak również do systemu pojęć i symboli mitologicznych, religijnych i egzystencjalnych, tak ogólnie. Mam wrażenie, że „Księga kłamców” to taki współczesny Dekameron napisany po wzięciu jakiejś większej ilości substancji psychoaktywnej. Książka niespotykanej konstrukcji. Mnożąca mniej lub bardziej prawdopodobne zdarzenia, które co rusz zmieniają pogląd czytelnika na bieg spraw; w końcu nic, co tam opisane nie jest tym, czym się wydaje. „Księga kłamców” ma poruszać, szokować, ale przede wszystkim manipulować nami. Okłamywać nas jak się da i gdzie się da. Okłamuje się niestety sam autor, myśląc, iż napisał dobrą książkę.

Omówienia tego tytułu uciekają od szczegółowej analizy zdarzeń lub chociażby tego, co bohaterowie mają sobie do powiedzenia. Najlepiej skryć się za licznymi przymiotnikami i napisać, że to czytelnik musi rozwiązać zagadkę. Jaką zagadkę jednak? Poza tym, że Zielke porusza wiele istotnych problemów i naprawdę ciekawie ironizuje, opisując współczesny świat przewróconych wartości, sam jednak wpisuje się idealnie we współczesną kulturę obrazkową. „Księgę kłamców” ma się szybko czytać. Czyta się bardzo szybko. Nagromadzenie surrealistycznych zdarzeń rozsadza ją już w połowie. Nic to, przecież trzeba wiedzieć, jak się wszystko skończy. Zielke zatem zmusi nawet wybrednego czytelnika do tego, by łapczywie pochłaniał kolejne strony. Co z tego jednak, skoro ani przesłanie powieści nie jest czytelne, ani też – rzekomo – satyryczne i humorystyczne opisanie między innymi wizji stworzenia świata, boskiej interwencji w ten świat czy alternatywnych losów Chrystusa, jest tylko inteligentnym zlepek słów. Kłamstw ze słów. A może po prostu braku koncepcji na to, co chce się napisać.

Tytułową księgą zasłania swe wdzięki tajemnicza ofiara amerykańskiego huraganu. To Kora, rzekomo córka Siergieja Jaszyna, zdeformowana i nigdy przez nikogo prawdziwie nie kochana istota, która siłą swej świadomości potrafi zabijać i nie cofa się, by rozgromić kilka wrogich jej band, rozsmarowując ich ciała na podłodze, suficie etc. Poznajemy jej ojca romansującego ze znaną malarką Anną Blume. Siergiej jest bardzo tajemniczy, potrafi udawać śmierć i nagminnie kłamie. Anna natomiast ceni jego towarzystwo, gdyż uznaje, iż w życiu nie jest ważna prawda, lecz postrzeganie zdarzeń czy zjawisk. Kolekcjonuje własne obrazy malowane głównie czernią i czerwienią oraz ekscentrycznych facetów, których raz odrzuca, raz oddaje im wszystko, co najlepsze. Któregoś dnia Blume dostrzega w pustej sali kinowej dwójkę młodych kochanków. Ina i Bastian naprawdę się kochają, ale wchodząc w znajomość z Anną, będą musieli tę miłość sobie udowodnić.

Wiele do udowadniania ma także Lenny Marciano, włoski bawidamek i lekkoduch. To dziennikarz, który podąża śladami Kory, a odkrywa coraz to nowe opowieści, coraz mniej mające z Korą wspólnego. Towarzyszy mu od pewnego momentu staruszek Cimeies tak, jak do Bastiana i Anny zbliży się niejaki Asmodeusz, siła zła i – jak wspomina autor – otwarta księga. Śledzimy zatem losy młodych kochanków oraz malarki w bliżej nieokreślonym Erdbeere oraz poczynania Lennego na meksykańskiej pustyni. Ale to zaledwie zarys akcji tej książki. Dzianie się to coś, co odgrywa w „Księdze kłamców” naczelną rolę. Nie ma już chwili, by choć na moment zatrzymać zdarzenia. Nie ma też żadnych trudności, by walka dobra ze złem, miłości z nienawiścią oraz duszy z jej brakiem zatrzymała się choć na chwilę. Koniec stanowi ostatnia kropka. Ma się wrażenie, iż obcowało się z książką naprawdę niesamowitą, a tak naprawdę czytało się historię łgarstwa na dość kiepskim poziomie literackim. W związku z tym ja tego dziwadła nie kupuję.

Nie chcę wyjść na kogoś, kto szybko przebiegł wzrokiem treść i po prostu zmęczył się jej nadmiarem. Nie. Proszę mi też nie zarzucać, że czegoś tam nie wyczytałem, bo pewnie tak było i ziewając, mogłem to i owo przeoczyć. Rozgrywająca się w świecie realnym i symbolicznym walka demona o dusze ludzkie przypomina wiele dotychczas znanych i cenionych utworów, ale czyni z nich pośmiewisko, które niekiedy ociera się po prostu o zły smak. Dusza jest u Zielkego i w jego prozie bardzo ważna. „Dusza to nie jest zdolność do płaczu i zemsty. Dusza to jakby płynna miłość. Nie zna innego uczucia i dlatego wybiera tylko tych zdolnych do miłości”. Czy aby kochać, trzeba mieć duszę? Czy Asmodeusz jest naprawdę tak potężną siłą, że nawet dusze może sobie podporządkować? Czy jego wampiryzm jest ułudą, a może właśnie w nim kryje się dodatkowe znaczenie? Czy warto przywiązywać się do któregoś z bohaterów bądź się z nim utożsamiać wiedząc, że wszyscy są narzędziem szaleństw autora?

„Księga kłamców” jest niepoważna i taka ma być. Tyle tylko, że za prześmiewczością i robieniem sobie wygłupów z problemów czasem naprawdę poważnych, przekracza pewne granice przyzwoitości, które – o dziwo – w dzisiejszym, zdeformowanym jak Kora świecie, jednak istnieją. Na okładce widnieje napis „murowany bestseller”. Myślę, że to pierwsze z tysiąca kłamstw zawartych w tej książce i w moim odczuciu napisanie czegoś przewrotnego i szokującego winno zmuszać do refleksji, czy się z tą przewrotnością i szokiem ździebko nie przesadziło. Ale skoro mowa o kłamstwie, to równie dobrze można nie wierzyć niniejszemu omówieniu i pochłaniać „Księgę kłamców”. Po co jednak – nawet w dobrej wierze – faszerować się kłamstwem, skoro na co dzień mamy go pod dostatkiem?

Wydawnictwo Principium, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-05-28

"W pułapce dzieciństwa" Josélito Michaud

Trudno takie książki klasyfikować i oceniać, bo są przecież bardzo intymnymi opowieściami o bolesnym dorastaniu i dojrzewaniu do życia, które nie zawsze można określić mianem dobrej literatury. Jakim mianem określić historię Michauda? Poruszająca opowieść „W pułapce dzieciństwa” jest z jednej strony książką bardzo przecież przygnębiającą, z drugiej jednak niesie ze sobą wiele pozytywnej energii i przekonuje, że można pokochać najgorszy nawet ze światów, bo jest to jedyny, jaki nam za życia dano. Chociaż egzystencjalne refleksje spisane są tak, iż niepokojąco przypominają pisanie a la Coelho, nie trącą jednak pretensjonalnością i dają możliwość do tego, by rozważyć, ile każdemu z nas zabrano, a ile dano w życiu. Josélito Michaud pod postacią Oliviera skrywa wszelkie traumatyczne doznania z okresu dzieciństwa. Jego także oczyma przygląda się później światu z radością i optymizmem. Krzywdzony przez los, wciąż potrafi się do niego uśmiechać. Pisanie tej książki na pewno miało charakter terapeutyczny. Przekaz jest jasny i czytelny, w związku z tym każdy czytelnik będzie miał możliwość przeżyć z Michaudem jego smutek oraz odnaleźć w nim cząstkę smutnego siebie.

Zanim Olivier znajdzie swą bezpieczną przystań, jest stale przekazywany od jednej do drugiej rodziny zastępczej, podróżując tym samym wzdłuż i wszerz Kanady. Najmocniej odbija się na jego psychice pobyt u państwa Surprenant. Dlaczego rodzice trójki dzieci decydują się na przygarnięcie sieroty? Oliviera czeka życie w strachu. Tam pozna jego prawdziwe oblicze i z trudem będzie mógł się go pozbyć w przyszłości. Co może czuć wyszydzane i ośmieszane przez domowego tyrana – alkoholika kilkuletnie dziecko? Jaki wpływ na jego rozwój może mieć fakt, że w dzieciństwie miał przystawioną do głowy lufę strzelby? Jak bardzo może czuć się poniżony, że myśli nawet o tym, by zabić pana Suprenant? U niego, pośród krzyków, przemocy i uległości pozostałych członków rodziny, Olivier uczy się ukrywać w sobie emocje i uciekać w świat marzeń, czyli tam, gdzie nikt go nie znajdzie.

Kiedy dociera do pełnego ciepła, jakże odmiennego od poprzedniego domu państwa Rivard, nie jest w stanie otworzyć się na to, co przynosi rzeczywistość. Gdy przełamie opory i zaprzyjaźni się z chłopcami w sytuacji życiowej podobnej do niego, jeden z nich nieoczekiwanie odejdzie i od tej pory mały bohater już stale będzie się zmagał ze stratą oraz śmiercią, które wciąż będą mu towarzyszyć. Gdy zaś trafia do ostatniego domu zastępczego, do rodziny Dubreuil, jest mocno wyobcowany i walczy z lękiem, który dopada go często i którego trudno się pozbyć. U nich nadal jest dzieckiem, ale ogrom bolesnych przeżyć i wspomnień każą mu być odpowiedzialnym, dojrzałym, przedwcześnie dorosłym. Kiedy przywiązuje się do swej przybranej babci, z nią także musi się pożegnać. W międzyczasie jednak odkryje tajemnicę, która na zawsze zmieni jego postrzeganie świata.

Michaud pisze o dziecku silnym, choć stale otrzymującym rozmaite ciosy. O dziecku, które może prawdziwie kochać tylko pluszowego misia, a nieliczne chwile szczęścia gromadzi w pudełku – pieścidełku. To opowieść o tym, jak po okrutnych latach pełnych trwogi i niepewności można się ponownie narodzić. Być wzmocniony doświadczeniami i … cieszyć się życiem. Biografia Oliviera to połączenie zdarzeń, które wikłają jego los oraz zaskakującego finału, kiedy dziecko metrykalnie staje się dorosłym i w tym samym czasie odbywa jeszcze jedną podróż. Tym razem w głąb siebie, a nie po Kanadzie.

„W pułapce dzieciństwa” to taki literacki paradokument i książka o dużej mocy, bo przecież napisana emocjami. Historia dziecięcej samotności. Opowieść o tym, jak trudno po zranieniu zaufać drugiemu człowiekowi. Nawet takiemu, który okazuje wielką i emanującą ciepłem miłość. Michaud tworzy rachunek strat i zysków. Odrzucane dziecko staje się dorosłym, który zaczyna opiekować się samym sobą, ale przede wszystkim rozumieć, iż nie należy się zrażać, zamykać w sobie i uciekać od życia. Przeciwnie. Życie przyniosło mu w dzieciństwie tyle zła i niesprawiedliwości, że teraz chyba czas już na konieczną odmianę losu i że należy w nią wierzyć.

Dzieciństwo bowiem niekoniecznie musi być pułapką. To trudne, bolesne dzieciństwo. Takie, przez które cierpimy w dorosłym życiu. Michaud napisał o własnym cierpieniu. Tym przeżytym i tym, które może towarzyszyć każdemu, kto doświadczył przemocy i zła, gdy dorastał. Ponieważ trudno jednoznacznie określić, do kogo ta książka jest kierowana, napiszę jedynie, iż doskonale widać przez kogo i po co została stworzona. Opowiada smutną historię w pewien specyficzny, pełen radości sposób. I dla tej dwuznaczności na pewno warto sięgnąć po tę pozycję.

tłum. Natalia Stochalska

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-05-24

"Agent" Manuela Gretkowska

Wzruszający początek – ona, po czterdziestu latach małżeństwa, odnajduje w ciastku brylantowe kolczyki, prezent od ukochanego męża. Melodramatyczny koniec – powstrzymywany szloch zgiętej w pół kobiety. Pomiędzy tym wszystkim trochę literek opowiadających o podwójnym życiu pewnego mężczyzny, dla którego dwa życia i dwie kobiety były całkiem normalnie do pogodzenia jednością. Oto przepis Manueli Gretkowskiej na najnowszą książkę. Ona i Tomasz Piątek ścigają się chyba o to, kto wyda więcej pozycji. O ile on zwykle dba o jakość swoich nowych książek, o tyle Gretkowska o czymś takim dawno już zapomniała. Obcowanie z pisaniem tej autorki jest dla mnie od dawna czytelniczym krzyżem chrystusowym. Po każdej następnej pozycji mówię „dość”. I biorę się za kolejną. Być może z ciekawości o to, jak nisko może upaść autorka debiutująca świeżą i fascynującą książką, po której ukazały się niemniej interesujące ze dwie kolejne.

Kolejny mamy tym razem dramat, dramat pisarski Manueli Gretkowskiej i dramat jej bohaterów, którzy muszą się zmierzyć z prawdą, od której na wiele sposobów uciekają. „Agent” przypomina swoiste wojny podjazdowe, jakie toczyły kobiecość z męskością w takich powieściach jak „Miłość po polsku” czy „Kobieta i mężczyźni”. Tym razem – nie jest to pierwszy raz – męskość sprowadzona jest do czegoś prostego i możliwego do opisu za pomocą kilku sytuacji i paru tanich psychologicznych sztuczek przeniesionych na papier. Szymon – przedstawiający się kochance jako izraelski agent Mosadu - to postać miałka i nie wzbudzająca większych uczuć. Nawet oburzenia. A przecież nie dość, że zdradza żonę, to jeszcze ma chrapkę na drugą, która z dzieciakiem u boku czeka na swego wymarzonego księcia, drżąc codziennie przy oglądaniu doniesień CNN o tajnych akcjach na terenie Izraela. Szymon igrający z ogniem to kwintesencja męskości wedle Gretkowskiej. A „męskość jest rodzajem schorzenia, trzeba się o nią troszczyć”. Troszczą się o niego dwie kobiety – wieloletnia małżonka Hanna w Izraelu oraz przebywająca na urlopie macierzyńskim nauczycielka Dorota, która poza zajmowaniem się swoim synem generalnie może leżeć, pachnieć i tęsknić za swym Bondem.

Zdarzenia rozgrywają się między Polską i Izraelem w sensie dosłownym i metaforycznym. Podróże Szymona oraz wymiany partnerek mają jakiś ukryty sens i nie sposób do niego dotrzeć. Mężczyzny nie można w zasadzie potępić. Chce dobrze. Szanuje żonę i kochankę. Trudno mu znaleźć jeden punkt oparcia, trudno wtulić się tylko w jedną parę piersi. Wychowywany, a raczej tresowany w dzieciństwie przez zakonnice, nie wie, czy naprawdę chce do kobiety przynależeć. Czy Hanna i Dorota to jakaś jego specyficzna kolekcja? Bynajmniej. Odskocznia od rzeczywistości? Ale gdzie ta rzeczywistość? W Izraelu, gdzie żona lekarka faszeruje go antydepresantami i gdzie znieść nie może faktu, iż ukochana córka wychodzi za mąż za ortodoksyjnego Żyda? W kupionym na kredyt mieszkaniu w Piasecznie, gdzie cieszy go widok świeżej dupki kochanki oraz obecność syna Dawida – marnej namiastki, substytutu zastrzelonego Saula, po śmierci którego wpadł w depresję? „Agent” byłby interesujący, gdyby kilka kwestii wyjaśniał. Z męskiego punktu widzenia. Może nawet niekoniecznie męskiego, bo Szymon to taka dupa wołowa, a nie mężczyzna, ale chciałoby się porozmyślać o tym, dlaczego wszystko tak wygląda i co naprawdę czyni podwójność jego życia tak niezbędną.

W tle – jak zawsze u Gretkowskiej – mnóstwo mniej lub bardziej ciekawych komentarzy do współczesności. Może mały atak na polski antysemityzm? Ośmieszenie Polski religijnej tak w ogóle? Szymon jest Żydem – ateistą. Dorota nalega, by ochrzcić ich syna, to ma rzekomo scementować także ich związek i pozwolić Szymonowi żyć życiem duchowym. Gretkowska pisze pamflet na ułomną Polskę celebrującą Grunwald - jedną z niewielu okazji do tego, by cieszyć się naprawdę czymś wielkim, zwycięstwem. To także – w osobie postaci drugoplanowej, kryjącego podwójne życie Szymona, Gugla – dramatyczny obraz realiów kraju, gdzie lepiej się nie starzeć, a szanse na to, że znajdzie się drugą połowę bez zaburzeń psychicznych są takie, jak te na skończenie przez Gugla któregokolwiek kierunku studiów.

Szymonowi wypadałoby powiedzieć to, czego nie może usłyszeć. „Trzeba wiedzieć, czego się chce, czego nie chce i ile za to jesteś gotów zapłacić”. Trudno zrozumieć, czego Szymon chce i w tym rozumieniu jest postacią papierową. Dorota bardziej groteskowa, śmieszna. Nowatorska nauczycielka ośmiesza głupią, tradycyjną szkołę, którą doi finansowo, by mieć czas na sponsorowane – nie tylko z Izraela – macierzyństwo. Pozostaje Hanna. Chłodna i zdystansowana do wielu spraw. Intrygująca. Mierząca się ze swą przeszłością i przeżywająca rozterki egzystencjalne. To chyba tylko ona jakoś trzyma tę książkę w kupie.

„Agent” nie ma w sobie niczego nowego, niczego głębokiego; to po prostu kolejny przemycany w beletrystyce publicystyczny chaos, w którym Gretkowska chce powiedzieć o wielu sprawach, ale zapomniała, że zaczyna się powtarzać i staje się przewidywalna.

Wydawnictwo Świat Książki, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-05-22

"UT" Jacek Ostrowski

Zmierzyć się ze złem, które ma się w sobie – tego niezwykłego zadania podejmują się bohaterowie książki o enigmatycznym tytule „UT”. Nie tylko on będzie zagadką podczas lektury. Zastanawiające będą konsekwencje czynienia w życiu okrutnych czynów i sposoby radzenia sobie z tym po latach. Jacek Ostrowski wprowadza piątkę ludzi i nas, czytelników, w specyficzną grę, której celem będzie duchowe katharsis, okupione cierpieniem może bardziej nawet niewyobrażalnym niż to, jakie mieszkańcy pewnego toskańskiego hotelu zadawali innym w przeszłości. „UT” to książka wielowątkowa mówiąca o wartości wybaczenia, o wieloznaczności pojęcia „litość” oraz o tym, że można żyć bez przyszłości, ale nie jest możliwe rozstanie się z własną przeszłością i jej demonami.

Julita Balluci pewnego dnia otrzymuje nagle w spadku hotel Villa La Fonte. Ojciec z dnia na dzień oddaje jej wszelkie uprawnienia, sam zaś wycofuje się w zacisze swego domu, gdzie będzie tworzył portret swego życia. Julita nie ma pojęcia, iż włada miejscem, którym kiedyś władało Zło. Nim ono powróci, kobieta otrzyma nieoczekiwane zlecenie od tajemniczego nieznajomego, który chce wynająć cały hotel tylko dla pięciu gości, a Julitę – sowicie obdarzoną za to kwotą 50 tysięcy euro – zobowiązuje do dyskrecji i do tego, by ani gościom, ani wynajmującemu nie zadawała żadnych pytań.

Postać nieznajomego centralnie skupia naszą uwagę, bo to on przecież jest sprawcą tego, wszystkiego, co zaczyna się dziać w Pietrasancie, a czego nie rozumiemy tak samo, jak zaskoczona sytuacją Julita. My mamy jednak tę przewagę, że – na szczęście! – możemy stać obok tego wszystkiego z boku. Niemniej jednak Raul Gomes, nieznajomy milioner, który kieruje misterną grą z przybyłymi do Villa La Fonte gośćmi, wydaje się być najważniejszy i bez zrozumienia, kim jest, nie zrozumiemy, co to za fatalny turnus obsługuje Julita i jej służba.

Raul Gomes jest przystojny i uwodzicielski. Niezwykle opanowany, milczący i tajemniczy. Gdyby nie Julita, jego gra toczyłaby się bez przeszkód. Tymczasem wzajemne zainteresowanie sobą młodych komplikuje sprawy. Gomes jest diaboliczny. Zna przeszłość rodu Julity oraz to, co kiedyś czynili jej goście. Wie zresztą dużo więcej. Zna myśli innych i pojawia się zawsze wtedy, kiedy coś znaczącego się dzieje. Traktując Raula Gomesa jako pewną ideę, pod którą kryje się kilka jeszcze osobnych teorii, przyjmiemy chyba dobrą ścieżkę interpretacyjną „UT”. To bowiem książka niezwykle realistyczna i wyraźnie osadzona w świecie, w tym świecie zła i okrucieństwa, ale można na nią spojrzeć i jak na moralitet, i jak na misternie utkaną z symboli parabolę losu człowieka skażonego złem. Gomes nie wydaje się ani dobry, ani zły. Rozumie, czym jest zło, pewnie go doświadczył, być może także je współtworzył. Nie wiemy nic na pewno. Myślę, że autor i tak zdradza za dużo, kiedy niecierpliwa Julita raz po raz zadaje Gomesowi kolejne pytania. Nie wiem, czy przez to powieść staje się czytelniejsza, ale na pewno główna jej figura częściowo odarta zostaje z aury niejednoznaczności.

W pierwszym dniu ekscentrycznego turnusu w drzwiach Villa La Fonte stają równie ekscentryczne postacie. Nelson Huari, zniesmaczony niskim standardem miejsca, siwiejący i starszy czarnoskóry człowiek, który od pierwszych sekund nie przypada Julicie do gustu. Równie dziwna i dodatkowo też nieuprzejma jest Rene Rossman – jedyna kobieta w towarzystwie. Wysoka, zdecydowanie mało kobieca, tonie w oparach tytoniowego dymu. Lucio Pirelli nie wzbudza w pracownikach hotelu żadnej większej emocji, ale w toku zdarzeń poznamy jego dramatyczną historię rozstania się z powołaniem. Pirelli jako były ksiądz o tym, co czynił złego opowie chyba najwięcej. Spore jednak wrażenie wzbudzi także przeszłość Gabriela Monettiego, z pozoru sympatycznego i miłego pana, który chwali hotel od momentu zamieszkania w nim. Najbardziej enigmatyczny, na początku i potem także, okaże się piąty gość, Egon Funk – elegancki pedant trzymający obsługę hotelową na dystans.

Julita szybko zorientuje się, iż jej goście nie są gośćmi typowymi. Poznając mroczne sekrety rodzinne, odkryje także karty biografii piątki ludzi, których zgodziła się gościć. Każdy wie, co to okrucieństwo, cierpienie i ból. Żaden nie nazywa złem tego, co uczynił. Przerażona Julita poznaje historię hotelu i zdaje sobie sprawę, że układ, na jaki poszła to odzwierciedlenie sytuacji sprzed lat. Goście popełnią samobójstwo. Wtedy popełnili. Dlaczego tym razem powtórki z minionych zdarzeń nie będzie?

To książka o odkupieniu, a właściwie o próbach odkupienia. Samych siebie przede wszystkim. Villa La Fonte stanie się piekielną przestrzenią, w której każdy będzie musiał zrewidować swoje poglądy i zrobić rachunek sumienia. Wartka narracja chwilami zaskakuje. Naprowadza nas na jakiś ślad i go porzuca. Sporo tutaj takich „porzuconych” kwestii i to chyba zasadniczy mankament książki. Plus potykanie się o słowa – raz ze śmiechem, raz z niechęcią – kiedy mordercy nazywani są „łobuzami” i gdy wszyscy uparcie powtarzają „gdzie” zamiast „dokąd”. No właśnie, dokąd zmierza w swej wymowie „UT”? Czy to książka, która ma charakter oskarżenia czy też może mroczny traktat o tym, jak wiele zła może tkwić w człowieku i wokół niego? Ostrowski bynajmniej nie bagatelizuje społecznej problematyki, pragnąć w gruncie rzeczy stworzyć dobrą książkę kryminalną. „UT” należy do powieści, które przytłaczają, a jednocześnie przyciągają do siebie jak magnes. Nawiązuje do znanych literackich wzorów powieści z dreszczykiem i sama ten dreszczyk wyraźnie wywołuje.

Kolejnym mankamentem może być to, że autor chce się też ujawnić jako publicysta i społecznik, a w takim rozumieniu porusza zbyt wiele kwestii naraz, by można było skupić na nich uwagę. Może warto czytać „UT” bardziej jako sensacyjną opowieść o doświadczaniu okrucieństwa wyrzutów sumienia? A może czytelnicy jeszcze inaczej odnajdą drogę do tego, by tajemniczy tytuł zaczął coś znaczyć w ich świadomości? Życzę udanej drogi poszukiwań.

Wydawnictwo JanKa, 2012