Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-09-28

"Niewidzialni" Mateusz Marczewski

Dobrze, że po raz kolejny wydaje się ciekawe książki. Reportaż Mateusza Marczewskiego przed czterema laty umknął mojej uwadze i dopiero teraz mogłem się nad nim pochylić w skupieniu. Jest nad czym. To opowieść o rdzennych mieszkańcach Australii, którzy byli tam od zawsze i o białych Australijczykach, jacy po pojawieniu się na nie swojej ziemi, szybko wprowadzili swoje prawa i kazali Aborygenom ich przestrzegać. To opowieść o ludziach, którzy są dla siebie tak przejmująco obojętni, że autor pokusił się nawet o tytułowy zwrot „niewidzialni”. Problematyka podzielonego społeczeństwa Australii będzie opisana językiem niezwykłym jak na reportaż, bo pełnym subtelności, metafor, intrygujących symboli i ogólnie w tendencji nie mówienia o niczym wprost. Obcując z prozą Marczewskiego, próbujemy nie tyle zrozumieć problem braku porozumienia między rdzenną a napływową ludnością australijską, co przede wszystkim czytamy o niezwykłym, trudnym do ujęcia w słowach, pięknie kontynentu – zasiedlonego przecież głównie po brzegach, a centralnie palonego słońcem, które zostawia w buszu ślady nieprzemijającego piękna dzikiej przyrody.

Właśnie tam, na bezkresnych pustyniach środkowej Australii narodzili się z Nicości ci, którzy teraz nie roszczą sobie prawa do tego, by anglojęzyczni imigranci uznawali, że to oni są gośćmi. Biali nie widzą w Aborygenach żadnej niezwykłej egzotyki, nie szanują ich i nie próbują zrozumieć. Kogo mają rozumieć? „Aborygeni są jak dzieci. Jak porzucone i bezprizorne skurwysyny, które w mieście rzucą w ciebie butelką za nic – tak dla echa rozbijanego szkła (…) Śmierdzą i chodzą grupami jak ciemny, ale silny gatunek budzący jednocześnie strach i politowanie”. Lepiej omijać takich szerokim łukiem. Lepiej ich nie widzieć, skoro nie dają się dopasować do nowych, obowiązujących norm. Niech staną się niewidzialni. Bo kiedy ich nie widać, problemów także nie ma.

Przecież żeby poznać Aborygenów potrzeba nie lada wysiłku, czasu i przede wszystkim chęci. Są w Australii od zawsze. Tymczasem? „Niewiele o nich wiadomo. Ich mity i pieśni poznano, ich kosmogonia została już dawno rozpisana. (…) Nie udało się, jak na razie, rozpoznać ich mentalności – prozaicznego innego oglądu świata”. Marczewski próbuje to zrobić jakby za białych Australijczyków, którym się nie chce. Jego opowieść jest próbą docierania tam, gdzie dotrzeć nie sposób. Bo przecież bardzo trudno zrozumieć aborygeńskie zwyczaje – np. to, że nie patrzą w oczy podczas rozmowy lub to, iż mają upodobanie do gromadzenia rzeczy zbędnych – kiedy są one tak dalekie od tak zwanych kultur cywilizacji. Australijska kultura „cywilizacji” białych to polowania na Aborygenów początkiem XX wieku czy też odbieranie dzieci ze związków mieszanych, by małych Aborygenów wyzuć z ich tradycji, całkowicie niepojętej i innej od tego, jak nakazują żyć współczesne wzorce. Marczewski podkreśla wrogość i przemoc, ale to chyba nie ona w jego odczuciu jest największym problemem. Autor sugeruje, że niemożność dogadania się, przekroczenia granic kulturowych współcześnie uniemożliwia zwyczajna obojętność i bierność w relacjach ludzi, którzy najchętniej nie widzieliby się nawzajem.

„Niewidzialni” to reportaż poetycko zadawanych pytań i unikania odpowiedzi. Znajdziemy się wśród aborygeńskich legend i opowieści, poznamy magię aborygeńskiego malarstwa, odkryjemy rolę żałobnych pali czy też przeżyjemy niezwykłą chwilę, jaką jest zmysłowy taniec, któremu poddaje się Aborygenka, zaś jej ciało staje się wtedy dziełem sztuki. Autor zwraca uwagę na niuanse i w nich próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie o to, co czują Aborygeni. Nie są przecież zbyt wylewni, to bardziej ich sztuka oddaje nastroje. Wielu jest zwyczajnie mało sympatycznych, a niektórzy reagują agresywnie, jak australijscy biali zresztą. Marczewski znajduje się zatem między przysłowiowym młotem a kowadłem; na ziemi, która pamięta wszystko i której pamięć obejmuje głównie wieki Aborygenów. Bo oni są panami Australii. Tyle tylko, że obecnie wolą apatię i oddalenie od innych, gdyż walczyć nie ma o co.

Mateusz Marczewski w swych rozważaniach o dwóch grupach ludzi, którzy nawzajem nie są w stanie się przeniknąć, zwraca uwagę na współczesne wypaczenie pojęcia równości. Australijska równość bowiem to identyczność. Aborygeni kolorem skóry, strojem, zwyczajami i językiem nie są w stanie i nie chcą być jednością z białymi. Tym samym nie ma równości, bo przecież tylko tacy sami ludzie mogą być jednakowo traktowani.

Autor „Niewidzialnych” dokonał rzeczy prawie niemożliwej. Udało mu się na chwilę wejść do hermetycznie zamkniętego świata, gdzie na pewno żaden biały nie może się znaleźć. Marczewski ledwie dotyka tego, co jest prawdziwą naturą Aborygena. Przy okazji zwiedza Australię, chłonie jej spalone słońcem, bezkresne przestrzenie; szuka punktu zaczepienia, by niewidzialnych naszkicować grubą kreską tak, by można ich zauważyć i choć trochę zrozumieć.

Wydawnictwo Czarne, 2012

2012-09-24

"Wrogowie publiczni" Michel Houellebecq, Bernard - Henri Lévy

Otrzymujemy dość specyficzny model powieści epistolarnej. To opowieść o hipotezach i subiektywnych próbach ich interpretacji. Popis erudycji, ale także megalomanii w jej całkiem pozytywnym znaczeniu. Listy Michela Houellebecqa oraz Bernarda – Henri Lévy’ego, dwóch francuskich intelektualistów, są prywatną rozprawą na temat kondycji współczesnego świata; także kwestionowaniem kanonu lektur i narzucaniem filozofom być może czegoś, czego sami nie powiedzieli. „Wrogowie publiczni” to zestaw tekstów dotykających wielu różnych problemów, głównie społecznych, ale i tych osadzonych głęboko w literaturze i filozofii. Trudno zatem jednoznacznie określić, o czym jest ta książka. Bo może w gruncie rzeczy o tym, jak takim istotom medialnym udaje się wciąż uciekając od świata, nadal na niego trafiać, męcząc się z uporem materii, do której – takie można odnieść wrażenie – obaj nie należą.

Można by się zapytać, po co właściwie wydano ten zbiór listów. Czytelnikom znającym te dwie francuskie postacie nie da niczego więcej poza pogłębieniem wiedzy o problemach i dylematach, z jakimi muszą się one mierzyć i o jakich wiele razy już mówili. To nie jest książka definicji, jasnych stanowisk; ani tym bardziej zbiór korespondencji mających mieć inny niż terapeutyczny dla dwójki pisarzy charakter. „Wrogowie publiczni” to kolejny, tym razem dwugłos, w sprawie świata, w jakim przewartościowania nie pozwalają już znać jedynej prawdy. Lévy i Houellebecq piszą chwilami bardzo osobiście, a swoje dramaty próbują umiejscowić w otoczeniu, do którego mają stosunek ambiwalentny. Jest przecież, a mogłoby go dla nich nie być. Obaj doskonale budują spójny świat własnych idei oraz poglądów, dla których to, co społeczne, sankcjonowane przez większość, jest jedynie punktem wyjścia do rozważań o tym, jak spełniać się i być sobie wiernym.

Zacznijmy od pogardy, do której nawiązuje pierwsze zdanie z listu Houellebecqa. „Wszystko, jak mówią, nas dzieli – z wyjątkiem jednego, jesteśmy obaj osobnikami godnymi pogardy”. Czy owa pogarda ma źródło w świecie, który bywa dla nich opresyjny? Spójrzmy nieco dalej. „Jesteśmy całkowicie zanurzeni w pogardzie i nad tym ubolewam. Bo pogarda, tak trudna z wiekiem do uniknięcia, jest wszystkim, tylko nie siłą”. Czyżby zatem „Wrogowie publiczni” to książka o słabościach jej autorów? Bynajmniej. Nie kryją się z tym, co dla nich trudne. Opowiadają o skomplikowanych relacjach z rodzicami, które ukształtowały ich takimi, jakimi są. Utyskują nie tyle na mierność wokół, co na własną człowieczą mierność uwarunkowaną różnymi czynnikami, ale przede wszystkim czasami źle dobieranymi lekturami bądź też spotkaniami z ludźmi, jakich powinni unikać.

Rozmowy Houellebecqa i Lévy’ego mówią o problemie samotności ideowej. O tym, jak cierpi się po odrzuceniu przez krytykę, ale także i o postrzeganiu krytyki jako sfory – przepełnionej strachem, słabością i głupotą. Rozmawiają o swym wyalienowaniu – każdy czuje je inaczej i w życiu każdego z nich inna była droga do tego, by poczuć się gdzieś na marginesie życia, z którego czasami trudno się wydostać. Obaj bez krępacji rozmawiają o mocy egocentryzmu, jego sile oraz o zdarzeniach, w których egocentryzm, narcyzm prawie, uratował ich… przed samymi sobą. Ich listy – z inicjatywy Houellebecqa, wyraźnie bardziej pragnącego się w tej korespondencji obnażyć – tworzą specyficzną literaturę wyznania. A nawet jeśli nie to, z pewnością przestrzeń, w której obaj swobodnie wymieniają poglądy.

Lévy wydaje się bardziej stonowany i zachowawczy. Nie zezwala sobie na to, by mówić, iż rozumie jakąś myśl filozoficzną tym bardziej wtedy, gdy jest wyrwana z kontekstu. Houellebecq chwilami wyrywa zeń wiele, ale wcale nie atakuje; w spokojnym i rzeczowym tonie ukazuje świat, po którym najlepiej przemykać od jednego prywatnego mieszkania do drugiego. To przestrzeń publiczna, która już dawno nie chce go zrozumieć, a i jemu specjalnie nie zależy na tym, by być bliżej Europy Zachodniej, którą – jak w książkach – nazywa czymś na kształt wielkiego cmentarza.

Panowie z dużym zaangażowaniem i swobodą potrafią się także spierać. Houellebecq pisze o swym zachwycie Rosją, w której – mimo trudności – da się żyć i czuje się to życie. Lévy jest rosyjskością XXI wieku przerażony. Bojąc się Rosji Putina, boi się też tego, że być może kiedyś we Francji ktoś komuś nie dał dojść do głosu i to uratowało kraj nad Loarą przez problemami, z jakimi zmaga się ten daleki dla Francuzów wschodni kraj. Różnic między korespondentami jest dużo więcej. Houellebecq nie goni nieszczęść tego świata, by o nich wiedzieć i pisać. Lévy jest niespokojny duchem, potrzebuje całej „turystyki nieszczęścia”, by widząc nędzę świata, inaczej spoglądać w głąb siebie.

Obaj czują się wykluczeni z pewnych kręgów, a przez inne nazywani ludźmi niepewnymi. Teraz trudno po prostu zaprzyjaźnić się z jednym albo drugim. Najlepiej niech się zaprzyjaźniają ze sobą, a światu dadzą spokój. Otóż o specyficzne kwestionowanie pokoju także w ich rozważaniach chodzi. Sporo miejsca poświęcają swej pozycji wyalienowanych intelektualistów, z którymi trzeba się liczyć, ale już niekoniecznie wchodzić z nimi w dialog. „(…) Ten, komu uda się zrozumieć, dlaczego to my, dwaj pisarze tak różni, staliśmy się we Francji naszej epoki chłopcem do bicia, tym samym wiele dowie się i o swojej epoce”. Przecież każdy z nich inaczej zapracował na społeczną krytykę. Któremu nie daje to spać, a który ma poczucie atakowania zewsząd daleko gdzieś? Co takiego się po drodze podziało, że bezkompromisowość sądów w połączeniu z estetyką pisania negującego tak bardzo wyprowadza Francuzów z równowagi? Houellebecq pisze: „Francja lat 50. bez wahania znosiła pisarzy takich jak Camus, Sartre, Ionesco czy Beckett. Francji po 2000 roku trudno już przychodzi znosić takich ludzi jak ja”. Chorobliwy narcyzm czy gorzka prawda, trudna do zrozumienia? Można by cytować wiele wypowiedzi korespondentów, ale nie jest trudno odnieść wrażenie, iż sami wchodzą ze sobą w pewną grę, w której już nie do końca należy wierzyć ani jednemu, ani drugiemu.

„Wrogowie publiczni” to także erudycyjna wycieczka do myśli wielu wielkich tego świata. Pojawia się Baudelaire jako przewodnik duchowy Houellebecqa oraz Malraux, z którym bliskość czuje Lévy.  Kilka wyjść do głębszych rozważań? Sartre i jego teoria bestii w człowieku. Cioran o publicznym umieraniu w XVIII wieku. Pamflety Céline’a. Rozważania o teorii spadania w chaosie Lukrecjusza. Dyskusje o współczuciu w nawiązaniu do Schopenhauera. Obaj rozmówcy istnieją w tym, co zostało przez innych powiedziane i napisane, bo przecież punkty odniesienia w życiu każdego myślącego człowieka powinny sięgać w przeszłość i łączyć się z bacznymi obserwacjami tego, co dzieje się teraz. Nawet jeśli obserwacje te czyni się gdzieś daleko w Irlandii, odciętym od świata, a przede wszystkim od Francji, z którą Houellebecq nie znajduje już bliskości. Może – jak Lévy – do lektur dołączyć przerażające obrazy z Darfuru, Bangladeszu czy Serbii? Na pewno ważna jest świadomość. I o niej także rozmawiają. O tym,  w jaki sposób intelektualista winien być zaangażowany w problemy nowego wieku oraz o możliwości stania się postacią medialną, która wykreowana na potwora, jest w gruncie rzeczy ciągle poszukującym pytań indywidualistą.

To nie tylko dialog pisarza negacji i publicysty afirmującego życie, nawet w tym najgorszym wydaniu. To książka o neurozach, ale i o prawdzie. O wewnętrznych uwarunkowaniach i sile świata, który może je zmienić. To nade wszystko wyborna i dowcipna lektura, jaka próbuje podsumować ostatni czas miniony. Ten głównie w przestrzeni publicznej, bo przecież tam żyją nasi bohaterowie. Kim są naprawdę? – odpowiedzi na to pytanie zostawmy. Ważne że są i dają do myślenia. „Wrogowie publiczni” to zbiór i złotych myśli, i wywołujących drżenie skandalizujących poglądów. Wszystko w tonacji nad wyraz spokojnej i dość racjonalnie przekazane. Do dłuższego przemyślenia.

tłum. Marek J. Mosakowski
Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”

2012-09-19

"Ocalenie Atlantydy" Zyta Oryszyn

Zyta Oryszyn – rocznik 1940 – wydała nieco w drugim obiegu za czasów czarnej polskiej komuny. „Ocalenie Atlantydy” to specyficzna powieść, bo rzecz, którą oficjalnie można uznać za debiut. Specyfika tej prozy opiera się nie tylko na fakcie, iż książka jest ciekawym dowodem na to, że nawet po wielu latach pisarz jest w stanie zabrać głos w ważnej sprawie i poruszyć czytelnika. Ta powieść, pisana przez lata, przedzielona jest jakby jednym dłuższym rozdziałem, który stanowi uzupełnienie losów polskich i niemieckich rodzin, którym kazano żyć gdzieś na Dolnym Śląsku pośród wspomnień i lęków. To tekst „Cudza skóra, czyli historia choroby, historia żałoby”, opublikowany już w 1990 roku. Opowieść o losach rodziny Brylaków. O dojrzewaniu i skomplikowanej tożsamości Bobo vel Emila vel Wacia. O tym, że ojczyznę trudno odnaleźć, jeśli nie ma się jej w sobie oraz o przewrotności losu, który każe chronić się przed życiem wewnątrz siebie; w świecie własnych przeżyć i doznań. O tej dużej Historii i małych ludzkich historyjkach. Bo przecież „Historia człowieka to właściwie historia choroby i historia żałoby, nic więcej”.

Pozostała część „Ocalenia Atlantydy” to narracja snuta z wielu punktów widzenia i próba oddania złożoności czasu, który kryje się w biografiach ludzi szukających swego miejsca na świecie. Zasadniczo zdarzenia rozgrywają się w dolnośląskim Leśnym Brzegu i okolicznym Dębnie, ale geograficznie opowieści Oryszyn rozciągają się gdzieś od południowego wschodu Polski po zachodnioniemiecki Duisburg. Życiorysy tej powieści to składowe świata, w którym trudno się odnaleźć. Powojenna Polska to labirynt. „Labirynt strachu, upodlenia, upokorzenia, beznadziei, dławiącej nędzy. Labirynt śmierci. Ale też i labirynt nadziei. W nim też można zaginąć”. Znajdziemy się wraz z bohaterami w tyglu, gdzie najpierw trzeba znosić niewygody, a potem panować nad sobą i nie tracić tego, co się ma. Trudno jednak cokolwiek mieć, kiedy wojna stanie się dopiero początkiem chaosu, a lata komunistycznej Polski będą czasem pytań, nie odpowiedzi.

Nie jest mi łatwo identyfikować się z tym, co pisze Oryszyn. Jak przez mgłę pamiętam stan wojenny, kiedy problemem był brak dobranocki. Dobrze za to zachował mi się w pamięci smak płynu Lugola, który wlewano w małych polskich obywateli po tym, jak w Czarnobylu wybuchło coś, co przez wieki miało pozostać w powietrzu i w ziemi. Chociaż są to zdarzenia stanowiące tło końcowych rozdziałów „Ocalenia Atlantydy”, czuję jakąś bliskość z bohaterami Oryszyn, którzy przechodzili przez własne, prywatne piekło już od końca lat czterdziestych, komentując fakt, iż dane im jest żyć w miejscu, którego uznać za ojczyznę nie sposób. To specyficzne wyobcowanie przez lata. Bez poczucia, iż ziemia, otoczenie – to naprawdę nasze. „A tak jak tu tęsknić do ojczyzny, kiedy ci mówią, że ojcowizna twoja i groby twoich to wcale nie była twoja ojczyzna i każą ci mieszkać wśród cudzej ojcowizny i nie swoich cmentarzy”. Powojenni przesiedleńcy muszą spojrzeć na świat z innej perspektywy, bo zrzucająca ich do Dolnego Śląska Polska Ludowa nazywa ten świat na nowo. Półprawdami lub kłamstwami. Tym trudniej żyć w takim świecie. Bez zakorzenienia. Bez miejsca, do którego jest się naprawdę przynależnym.

Zyta Oryszyn nie odkrywa świata na nowo. Tytuł sugeruje, iż książka jest rozpaczliwą próbą obrony przed upływem czasu i tego czasu absurdem, który kazał kłamać, oszukiwać i rozpaczliwie rozglądać się za prawdą, której nijak dostrzec się nie dało. Życie w Leśnym Brzegu to dla wielu życie w pułapce. W takim schronie, który wcale nie chroni, ale gdzie trzeba przebywać, by przetrwać. A przecież najlepszym schronem jest według autorki pamięć pokoleń i to o niej także będzie opowiadać w swych słodko – gorzkich narracjach, przy których można się na przemian uśmiechać i dumać, często z trwogą.

„Ocalenie Atlantydy” to przede wszystkim książka barwnych opowieści. O panu Kilowskim umierającym w niebieskich skarpetkach. O babuni Adelajdzie vel Antoninie, która nie zamierza wyjść zza szafy. O miłującej komunizm Bachledowej i o nienawidzących systemu ludziach, którzy nie chcą być wydmuszkami, czyli tymi, z którymi nikt nigdy się nie liczy. Oryszyn opowiada o Marcysiu, który poszukiwał dookoła siebie komunizmu. O Niemcu Kinte sprawdzającym, czy świat nie zbrunatniał. O biednym panu Stasiulku, który odczuł złudę rozkoszy, całując drewniane usta. O matkach, jakie nie są pewne, czy warto temu światu wydawać własne dzieci. O dzieciach, które chcą poznać przeszłość rodziców, by zrozumieć, kim są tu i teraz. Barwne są historie Oryszyn i finezyjnie się ze sobą splatają. To taki emocjonalny tygiel zróżnicowanych biografii. Dokładnie taki jak Leśny Brzeg, będący miejscem, gdzie żyje etniczna zbieranina.

Czy wojenne duchy polskie są dobre, a niemieckie złe? Czy można odnaleźć się tam, gdzie nikt nas nie chce i nie potrzebuje? Czy wędrówki odbywają się tylko w wymiarze geograficznym i są przemierzaniem kilometrów oraz forsowaniem Żelaznej Kurtyny, za którą najprawdopodobniej zwiał nawet Pan Bóg, zostawiając ludzi samym sobie? Myślę, że książka Zyty Oryszyn – specyficzny przecież debiut – to próba polifonicznej opowieści o tym, o czym nie da się opowiedzieć jednym głosem. To proza – cmentarz i proza, w której życie odradza się na nowo. Czas się cofa. Nazwane zostaje to, co trudno było zrozumieć. W gruncie rzeczy to od pierwszej do ostatniej kropki książka pytań, nie odpowiedzi. Wieloznaczna historia pogmatwanych losów tych, którzy za wszelką cenę chcą żyć tak, by swoje życie naprawdę zrozumieć.

To nie tylko ukłon w stronę przeszłości. Nie ma się czemu kłaniać, bo było brzydko i źle. Czy aby jednak do końca? Tematycznie „Ocalenie Atlantydy” nie jest żadnym novum w polskiej literaturze współczesnej. Chodzi bardziej o to, że świat czarnych wołg, kartek na wszystko, kolejek, prześladowań i przesłuchań oraz imperatywów, jakich nikt nie rozumie, można na nowo nazwać i oswoić. Dlatego Zytę Oryszyn warto znać i wiedzieć, do czego tęskni, a czego nie rozumie.

Wydawnictwo Świat Książki, 2012

2012-09-12

"DuchLess. Opowieść o nieprawdziwym człowieku" Siergiej Minajew

Sam nie wiem, co sądzić o tej książce. Niedawno mieliśmy już przykład rozprawy rosyjskiego pisarza średniego pokolenia z tak zwaną nową Moskwą i dramatycznym wyścigiem szczurów, w jaki dają się wpędzić rosyjscy korporacyjni yuppies. U Kuzniecowa – bo mam na myśli jego dobrze skrojony, ale mało mnie przekonujący thriller „Skóra motyla” – świat współczesnej moskiewskiej degrengolady był jedynie tłem dla kryminalnej historii. Siergiej Minajew czyni ową przestrzeń naczelną i wszystko mówiącą w swojej książce dwóch tytułów „DuchLess. Opowieść o nieprawdziwym człowieku”. To opowieść zbliżającego się do trzydziestki, zgorzkniałego i cynicznego dyrektora handlowego, który będzie opowiadać o swych trudnych doświadczeniach z idiotami z pracy, lachonami w markowych klubach i pustką, która jest czymś, od czego w XXI wieku – przegadanym, prześwietlonym, migotliwym, przepełnionym żałosnymi sloganami – nie sposób się już uwolnić.

Autor swą anglojęzyczną część tytułu wyjaśnia w jednym z rozdziałów i do tego jeszcze wrócę. Część rosyjska to nawiązanie do książki Borysa Polewoja o lotniku – kalece, który mimo przeciwności losu, tworzy swój życiorys prawdy. Bezimienny bohater Minajewa niby jest, ale tak naprawdę go nie ma. W oparach alkoholu i narkotyków, wśród męczących go ludzi pędzących za mamoną i sławą, nawet sam ze sobą – nie istnieje naprawdę. Nie znaczy to, że nie mamy do czynienia z bohaterem wyrazistym. Bynajmniej. To wyraziciel nowych czasów, które nie chcą sobie przyłożyć krzywego zwierciadła. Człowiek, który miota się między ideologiami, rosyjską kulturą i sztuką lat minionych, priorytetami mateczki Rosji a bezideowością i marazmem dzikiego rosyjskiego pędu do zgubnych zdobyczy zachodniej Europy. Jego rozważania iskrzą i groteską, i dowcipem, i smutne są niesamowicie, bo obcujemy z inteligentnym człowiekiem, który żyjąc tak, jak żyje, popełnia samobójstwo za życia i nijak nie może (nie chce?) odnaleźć drogi, by zejść ze swej życiowej równi pochyłej.

A przecież jest w nim coś z romantyka Puszkina; przecież widzi piękno Patriarszych Prud, nieśmiało roi o miłości do prawdziwej przyjaciółki Julii. Przecież mógłby zrobić coś, by wyjść z cienia lanserskich żyjących trupów, którzy gonią za ulotnymi rozkoszami i życie traktują jak coś do używania, a nie przeżywania. Przegadany też trochę ten korporacyjny szczur Minajewa. Autor chwilami zdaje się sięgać do rosyjskiej klasyki dojrzałego realizmu, próbując dysputom o czymś ważnym nadać szczególnego znaczenia. Może za dużo tutaj dygresji, zbyt wiele powielających się myśli, za dużo niepotrzebnej dosadności i złudzenie, że to wszystko jest wyrazem przebiegłego konformizmu. Stąd moje mieszane uczucia. Niemniej coś jednak jest hipnotyzującego w tej prozie, stąd też czyta się ją z uwagą, a i napisać o niej się chce.

Narrator Minajewa mówi o sobie następująco: „Wiecie, kto to naprawdę jest dyrektor handlowy? To współczesna odmiana drogiej prostytutki, która lawiruje między interesami kierownictwa z kilkukrotnie zawyżonymi planami sprzedaży a interesami własnych podwładnych, którzy nie mają ochoty wprowadzać tych planów w życie”. To, co robi w dużym uproszczeniu jest nazwane dawaniem dupy. Tak naprawdę to zajęcie nie tyle jałowe, co pozbawiające chęci prawdziwego życia. Szuka się go potem w markowych klubach i restauracjach; czasami na ulicach doszczętnie zgubionej przez kapitalizm Moskwy, krwiożerczego megalopolis dla szybkich karier i równie szybkich upadków.

Kim są młodzi moskwianie? Żyją dwutorowo. Pozornie radośnie, a w gruncie rzeczy zupełnie bez sensu. „Tak właśnie żyją. Rano do trenera, wieczorem do dilera. Od rana zamęczają się ćwiczeniami, wieczorem – narkotykami. Myślę, że gorliwie zajmują się własnym zdrowiem rano, żeby było co zarzynać wieczorem”. Nasz bohater przygląda się temu krytycznie, ale przecież sam nie widzi, nie szuka nawet innych alternatyw. Może między siłownią a dilerem rozpościera się ten pusty, biały i całkowicie na wszystko obojętny świat, w którym trzeba jakoś wziąć powietrze w płuca i wypuścić je lekko? Może tylko dualizm znaczeń i rozpaczliwe trzymanie się między tym, co słuszne a tym, co niewłaściwe pozwala nie myśleć i nie widzieć wokół - a przede wszystkim w sobie - brudu nie do zmycia?

Przerażają pustką relacje międzyludzkie, jakie próbuje tworzyć lub ocenia bohater książki „DuchLess”. Sam jest zdegustowany ludzkością. Tą moskiewską, sztuczną, ukrytą pod makijażami markowych firm bez względu na płeć. Jest nie tylko niechętny ludziom, ale i im wrogi. Siłą rzeczy jednak obraca się głównie wśród tych – tu wskazanie na tytuł – pozbawionych ducha. Bezpardonowa krytyka nie powoduje, iż „nieprawdziwy człowiek” będzie szukał ratunku wśród osobników, którzy jednak mają duszę, rozum i przeżywają życie świadomie. On jest zamknięty w pewnym mrocznym kręgu, z którego nie sposób się wydostać. Nie taka jest Moskwa XXI wieku. A może nie tylko taka. Ale przecież nasz opowiadacz symbolicznie nie istnieje, czy zatem książka Minajewa to apoteoza pustki?

Autor chwilami się zapędza, bo lanserska przestrzeń jego bycia porównana do nowoczesnego łagru jest mocnym i niesmacznym nadużyciem. Minajew jednak broni tego, o czym opowiada. Dąży do oddania najbardziej obiektywnego obrazu świata, o którym przecież pisze tak złośliwie subiektywnie. „DuchLess” to książka gorzka i taka, wobec której nie można przejść obojętnie. Literatury antykorporacyjnej w polskim wydaniu jest ci u nas dostatek. Być może to czas na rosyjskie spojrzenie na problem. A może po prostu warto zajrzeć do tej książki, by wiedzieć, że demona w sobie samym można ożywić nagle. Nie trzeba do tego ideologii czy zmian we współczesnym świecie. Nieśmiało, ale jednak polecam. Może dlatego, że lubię książki braku kompromisu i kompromisowo oddające to, co jest tylko przecież czyimś punktem widzenia.

tłum. Paweł Podmiotko

Wydawnictwo Claroscuro, 2012

2012-09-03

"Rant" Chuck Palahniuk

Pochylamy się tym razem nad powieścią, w której Chuck Palahniuk nawiąże do rozważań z „Niewidzialnych potworów” o bycie jako produkcie i rozwinie te rozważania, konstruując dodatkowo wieloznaczną i tryskającą pomysłami intrygę osnutą wokół postaci… której już nie ma, a być może i wcale nie było. „Rant” opowiada o micie i produkcie kultury masowej; o wsiowym głupku, który ogniskuje w sobie pragnienia, marzenia i oczekiwania setek tysięcy Amerykanów, spośród których kilkunastu zostanie oddany głos, bo to oni opowiedzą o tym, kim był tytułowy Rant i co zmienił w ich życiu.

Pierwsza część powieści, opowiadająca o dorastaniu Ranta w prowincjonalnym miasteczku, jest najbardziej pasjonująca i najmniej – w porównaniu do dalszych opowieści – „przekombinowana” i przegadana. Bo okazuje się, że Palahniuk w linearnej narracji sprawdza się o wiele lepiej niż w momencie, kiedy całą historię zacznie wikłać jakimiś podróżami w czasie, korektami pochodzenia czy też lekkimi zabawami z takimi pojęciami jak „tożsamość” i „rzeczywistość”. I wcześniej, i potem o tytułowym bohaterze opowiadają jego krewni, znajomi, a także ludzie, dla których biografia Ranta coś znaczyła i w jakiś sposób się zapisała w ich pamięci.

Middleton to miasto psów oraz latających na wietrze tamponów i kondomów (Rant potrafi rozpoznać węchem właścicielki i właścicieli tychże charakterystycznych przedmiotów). Rodzinna dziura Ranta to miasto bez właściwości, w którym można długo i bezbarwnie egzystować. „Małe skupiska nieprzytomnie atrakcyjnych idiotów i idiotek, płodzących potomstwo i trwających potem w długiej, ponurej dorosłości”. – to między innymi o Middleton. I właśnie w takim miejscu, zwyczajnym aż do bólu, niezwykła postać Ranta ściągnie na siebie uwagę wszystkich.

Zastanawiające jest jego pochodzenie. Matka urodziła go w wieku czternastu lat i na początku wielbiła, by któregoś dnia nazwać potworem, kiedy odkrywa, iż cała ściana nad łóżkiem syna oklejona jest kuleczkami z jego zaschniętych smarków. Irene widzi w Rancie te wszystkie niedoskonałości, jakie musiała znosić, wiodąc swoje niedoskonałe, przedwcześnie dorosłe życie. Ojciec jest kimś zagadkowym. Tymczasem Rant naprawdę to czarci pomiot, jakieś zło wcielone. Pozornie człowiek bez właściwości, a tak naprawdę machina napędowa zdarzeń, które odbiorą Middleton dumne miano zwykłego miasta. Dziać się bowiem zaczną rzeczy co najmniej niezwykłe, a wszystko to w mniejszym lub większym stopniu przez Ranta.

Nasz bohater lubi igrać z życiem. Pozwala się kąsać dzikim zwierzętom i sprawdza swoją odporność na ich jad. Okazuje się, iż może znieść bardzo wiele. Co więcej, nie chorując, jest w stanie zarażać innych i doprowadzać do małych apokalips wszędzie tam, gdzie kaszlnie albo plunie śliną zarażoną wścieklizną. Rant wydaje się też prowokować całą masę dwuznacznych zdarzeń; można mu zarzucić, iż kieruje losem tak, by inni dostawali po grzbiecie za jego charyzmę i niezdolność do upodobnienia się do świata, jaki go otacza.

Bo Rant to w gruncie rzeczy nie postać z krwi i kości, lecz jakaś idea, a pewnie i po części mit. Od początku wiemy, że go nie ma. Ginie tragiczną śmiercią, ale przecież nikt nie odnalazł zwłok. Po tym, jak na stałe zaburzy porządek w swym rodzinnym miasteczku, uda się do metropolii, w której szybko wejdzie w specyficzną subkulturę party crasherów, którzy nocami oddają się dzikiemu szaleństwu towarzyszącemu rozwalaniu aut innych. W usta Ranta Palahniuk wkłada kilka ważnych prawd życiowych, jak choćby ta - „Istniejesz tylko i wyłącznie w oczach innych ludzi”. Konstrukcja wywiadu rzeki dodatkowo podkreśla wagę stwierdzenia Ranta. Jego biografia powstaje z opowieści innych ludzi. Każdy opowiadający tworzy go niejako na nowo. Każdy może konfabulować, ale tak naprawdę przecież wierzymy wszystkim. Albo nie ufamy nikomu… W opowieściach o Rancie widzimy, jak ów wiejski głupek z szatańskim uśmiechem i czarnymi od smoły zębami, wykorzystywał innych, by osiągać własne cele. Zasiać strach, niepewność. Udawać, że jest tym, za kogo go nie mają. Manipulacje Ranta odbijają się także na tym, w jaki sposób się o nim mówi. Matka opowiada z miłością, ale i naiwnością. Metropolitalna wybranka Echo Lawrence o psychice zrytej bardziej niż lakier na jej samochodzie opowie, jak ujarzmiała dzikość Ranta. Z jednej strony nasz bohater wydaje się bardzo ulotny i słaby, z drugiej jednak urasta w oczach niektórych do rangi mitycznego boga; sprawcę zmian i przemian, które nie pozostawią cię obojętnym wobec tego, jak żyjesz.

Rant uważa swoją egzystencję za niepowtarzalną. „Być może moje życie jest nic niewarte i nudne, ale przynajmniej jest moje własne, i nie zjechało z taśmy montażowej, nie dostałem go z drugiej ręki i nikt mi go odgórnie nie narzucił”. To jakość jedyna w swoim rodzaju. Niepowtarzalna i niemożliwa do naśladowania. Wszelkie dziwactwa Ranta są tak naprawdę stygmatami jego normalności. Normalności w nienormalnym świecie, w którym rządzą popkulturowe doświadczenia dla mas zwane senseo, zastępujące świadomość i pozwalające na to, by prowadzić odbiorcę tam, gdzie chce świat. Rant jest zatem outsiderem, ale z drugiej strony jest jedyną alternatywą dla rzeczywistości naginanej przez tak zwaną kulturę masową do potrzeb prostych, by nie rzec prostackich - i tylko takimi kierują się masy.

Być może „Rant” to powieść wielowątkowa, ale trudno od tego uciec, kiedy decyduje się na koncepcję stwarzania i poznawania głównego bohatera widzianego przez innych. Rant – podkreślam ponownie - istnieje i nie istnieje w gruncie rzeczy. Jest lekiem na całe zło świata znudzonych jego przewidywalnością, a z drugiej strony zbyt ostro atakuje codzienność, wdzierając się do niej i infekując innych – nie tylko w sensie dosłownym wspomnianą już wścieklizną. On – jak Misty z „Dziennika” – jest wyobcowany społecznie, ale tylko na swoje życzenie. I dzięki temu, że jego życie ma jakość, tak wiele nasuwa się myśli o tym, co w tym życiu obok niego jest nie tak. „Rant” to powieść pytań, nie odpowiedzi. Jak zawsze w przypadku Palahniuka zabójczo ironiczna i złośliwie narzucająca pewne punkty widzenia. Jedna z ciekawszych w jego dotychczasowym dorobku i taka, po której nie da się zasnąć spokojnie. Bo Rant burzy jawę, będąc jakimś sennym symbolem. W nocnym ukryciu pokazuje własną wykładnię świata. Uważajcie, czy nie czai się tuż obok was ze swym cuchnącym oddechem i śliną zarażoną wścieklizną!

tłum. Elżbieta Gałązka – Salomon

Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2012