Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-01-28

"Wada wymowy" Agata Porczyńska

Językowe eksperymenty w polskiej prozie dla jednych skończyły się na Gombrowiczu, dla innych na Masłowskiej. Trudno także czasem odpowiedzieć sobie na pytanie o to, co jest lingwistycznym eksperymentem, a co zwyczajną grafomanią tonącą w semantycznej pustce. Tymczasem od kilku lat w mniej lub bardziej udanych próbach twórcy prześcigają się w pomysłowości, jakby ten język swej powieści zmienić, przydusić, zniekształcić, unicestwić jego semantykę i brzmienie. Oto przed nami kolejna próba. Książka, która stawia na siłę słowa; ze zdaniem, a już na pewno ze znaczeniem całego akapitu już się nielicząca.

Debiutantka Agata Porczyńska bawi się językiem na wszelkie możliwe sposoby. Jej stylistyczne kreacje są zaskakująco różnorodne. Mamy w „Wadzie wymowy” głównie teksty o charakterze monologu, ale także historie, przypowieści, nawet coś na kształt dramatu („X,Y,Z”); również rymowanki oraz stylizację archaiczną w mrocznej legendzie o tym, jak zaczęły powstawać ułomne związki kobiety i mężczyzny („Pollowanie”). Także tematyka – obok wciąż zaskakującej formy – jest dość szeroka mimo, iż lawiruje stale wokół miłości. „Ludzie uczą się przymykać oko na miłość”. Porczyńska stara się to oko szeroko otworzyć, bo miłość bywa różna, ale zwykle na tyle trudna, iż ciężko się z nią mierzyć. Wszystko wygląda zatem rewelacyjnie i już można głosić wszem wobec, że mamy pierwszą ważną tegoroczną debiutantkę, gdyby nie fakt, że „Wada wymowy” to jedynie dziełko popisowe, budowane na misternych fundamentach; taka budowla ze słów, którą można z daleka podziwiać, ale do której wejście spowoduje, że wszystko po prostu runie. No i nuda. Nuda śmiertelna. Ponad dwadzieścia narracji wciąż o tym samym. Nie dajmy się złapać na niewątpliwą zdolność do bawienia się słowem autorki. Obawiam się, iż swymi opowiadaniami bawi się głównie z odbiorcami.

„Wada wymowy” wyjaśni, czy Aśka chce wyruchać Staśka oraz zasugeruje, że gdy będzie się działo, należy depilować ciało. Będzie zastanawiać, bawić albo konsternować tytułami opowiadań takimi jak „Serce i szczała” (druga obok „Dolce Banana” rymowanka kompletnie o niczym) czy „Wymiotki”. U Porczyńskiej ludzie – ci bliscy sobie i ci, którzy starają się do siebie zbliżyć – posługują się kalekim językiem i tak samo kalekie relacje tworzą. Niektórzy słowa zastępują gestami („Per namiętnie”), ale to niewiele pomaga. Szwankuje komunikacja, bo kanały przekazu emocji są niekompatybilne. Prościej – język staje się barierą wówczas, gdy niemożliwe jest zrozumienie stanów emocjonalnych tych, od których życie zależy lub do których ze swoim życiem chcemy się zbliżyć. Autorka zatem przy użyciu naprawdę imponujących środków lingwistycznego wyrazu, przygląda się temu, co wszyscy widzimy i co często przeżywamy. Tyle tylko, że jej narracje dość często wędrują donikąd. Pewnie, że nie mają dawać odpowiedzi na trudne pytania. Niestety, nawet ich nie zadają. Opisane sytuacje są teatralizowane, cierpienia sztuczne, gesty i słowa modelowane niczym ręce, tułów i kończyny gwiazd błyszczących na okładkach pism dla kobiet. Wszystko to rzecz przemyślana, ale i przesadzona. Opowiadania ocierają się o banał w tych momentach, kiedy starają się zaiskrzyć oryginalnością – czy to zdarzenia czy to pointy.

Miłość Porczyńskiej niejedno ma imię. Jakie to szczęście, że ktoś wreszcie wskazał tak wiele oblicz tego uczucia, bo wielu z nas nie miałoby o tym pojęcia bez lektury „Wady wymowy”. Jest najczęściej miłość niespełniona i odrzucana. Jest miłość, która ma polegać na tym tylko, żeby nie krzywdzić. Jest miłość w pustce pewnej pustej aktoreczki. Mamy miłość małżeńską i czerstwy chleb miłości powszedniej. Jest też miłość, dla której czas znalazł się dopiero wtedy, gdy jedno z kochających siedzi przy grobie drugiego. Opowieści o tych wszystkich miłościach byłyby wartościowe wówczas, gdyby osadzały je w jakimś kontekście. Największą bowiem wadą „Wady wymowy” jest wyszarpywanie zdarzeń z tegoż kontekstu. Nawet jeżeli powstają spójne narracje, są albo nudne na początku albo piekielnie przewidywalne w zakończeniu. Są też takie – te najgorsze – które zupełnie nie zapadają w pamięć, bo wciąż skupiamy się na tym, co autorka robi z językiem, nie mogąc ogarnąć, jaki element świata rzeczywistego ten język opisuje. Bo przecież Porczyńska pisze o ludziach z krwi i kości oraz o prawdziwych emocjach. Wiele z tego "fruwa" sobie gdzieś w bliżej nieokreślonej przestrzeni, a niektóre opowiadania są manieryczne i ckliwe; kilka też świadczy o tym, że autorka nie ma niczego ważnego do powiedzenia tylko się lansuje (wspomniane już opowiadania z rymami częstochowskimi czy też irytujące „Poliż buty” z tak zwanymi „angielskimi idiomami”, które może i śmieszą, ale czytelników bez podstawowej chociaż znajomości języka zwyczajnie izolują od tekstu).

Kobiety Porczyńskiej to marudzące kury domowe, tipsiary, tirówki, ale i kobiety sukcesu, nadopiekuńcze matki czy idiotki prowadzące bełkotliwe rozmowy przez komunikatory internetowe. Mężczyźni też różni. Zwykle sfrustrowani i niezadowoleni z życia. Z siebie. Z kobiet u swojego boku. Wszyscy z dala od miłości, bo boją się logiki uczuć – pojęcie wykorzystane z opowiadania „Konie i rumaki, rumy i koniaki”, gdzie bohaterka na tę logikę nie miała czasu. Emocjonalnie upośledzeni malkontenci. Antybohaterowie. Takie figurki do ogrania za pomocą ciekawych brzmień i znaczeń polszczyzny. Powtarzam uparcie, „Wada wymowy” nie jest żadną nową jakością i nie czyni żadnej rewolucji na rynku wydawniczym. Porczyńska styl ma opanowany, wypracowany i może wyrabiać ze słowami, co tyle chce. Mam jednak wrażenie, iż sama nie wie, czego chce. To po prostu książka, którą się autorka pobawiła sama ze sobą. A wielkość i przesłanie są jej doklejane. Jak miłość bohaterki opowiadania „Tips przy tipsie”. Poza tym to zwyczajnie książka mocno przygnębiająca, a takie oblegają półki w księgarniach.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2013

2013-01-26

"Kim są Polacy"

Bardzo często zmęczony jestem narracjami skupionymi wokół istoty polskości. Piszą je albo malkontenci albo ludzie, którym bardzo zależy na tym, by czuć się dumnymi z tego, że są Polakami, lecz po prostu nie mają ku temu okazji. Bo co to znaczy obecnie być Polakiem? Obywatelem kraju, który w pociągu wstydzi się, gdy francuski pasażer drży, że całe to metalowe pudło się rozsypie? Kraju, który rozpoznają Niemcy, budząc się w nocy podczas podróży samochodem i wiedząc, że o mało nie urwana głowa na wybojach świadczy, iż właśnie wjechali do Polski? Kraju, którego niepisana władza to kościół katolicki? Gdzie powtarza się jak mantrę za romantykami, iż istnienie to cierpienie, roniąc latami łzy po katastrofie smoleńskiej? A może kraju, którego częściowo już nie ma, bo wiele światłych umysłów wyemigrowało i nie jest to bynajmniej Wielka Emigracja oraz nie mam na myśli pełnej obsady irlandzkich i angielskich zmywaków?

Polsce, polskości i Polakom przyglądają się naukowcy, historycy, myśliciele i Adam Michnik, z którym wywiad otwiera tę książkę – rzekę smutku. Dlaczego smutku? Diagnozy nie są radosne. Przemysław Czapliński, Janusz Tazbir, Adam Zagajewski, Joanna Tokarska – Bakir, bp Grzegorz Ryś i Agata Bielik – Robson wskazują, jak bardzo zmienił się model polskości na przestrzeni dwudziestu trzech lat od momentu transformacji ustrojowej. Niektóre ich sądy wydają się truizmami, inne bolącymi i prawdziwymi wnioskami; kilkoro sugeruje koncepcje zmian, bo to, co polskie i źle się z Polakami kojarzy, można zmienić. Jak? Przede wszystkim najpierw zrozumieć problemy i poddać je analizie we własnym sumieniu.

Agata Bielik – Robson formułuje tezę, iż nie budujemy naszej tożsamości w konfrontacji ze światem zewnętrznym, a opieramy ją jedynie na wyobrażeniach o sobie popartych stereotypami. Nie sięgamy do polskiej historii i tradycji. Biskup Ryś pisze o tym, iż Polacy niezdolni są do życia w przyszłości, bo jej tak naprawdę nie mają, nie wiedząc, kim byli wcześniej. A nie są tylko potomkami buńczucznych Sarmatów i narodem krzywdzonym przez inne. Adam Michnik stwierdza, iż nie diagnozujemy przeszłości. Ma pewnie na myśli i rewolucyjne zwroty solidarnościowe, ale także i to, co działo się wcześniej i co nie ma związku z ciemiężeniem, odbieraniem czego się da i tego samego narzucaniem przez inne nacje. Janusz Tazbir ciekawie analizuje proces kształtowania się polskości w okresie II RP i wcześniej. Coś się po drodze wydarzyło, że przestało nam zależeć na zrozumieniu, kim jesteśmy. Bo chcemy być tylko wiecznie ukrzyżowanymi Chrystusami, cierpiącymi za innych, chcemy być wiecznym przedmurzem chrześcijaństwa w kraju, gdzie coraz częściej do głosu dochodzą ateiści; chcemy zwyczajnie kultywować łzawą martyrologię, bo wydaje się, że tylko ona może być prawdziwą wartością.

Przemysław Czapliński zauważa, że polska społeczność jest sfingowana, bo sama siebie wymyśla. Chce być bastionem, ale za bardzo nie wie, czego. Taka izolująca się na własne życzenie i zamykająca na świat Polska jest – zdaniem Michnika – Polską zablokowaną. Moim zdaniem Polską nieszczęśliwą. Polaka – kosmopolity w zasadzie nie ma. Tazbir pisze, iż zasymilować się za granicą to jak poddać aktowi apostazji. Boją się Polacy być we wspólnocie, bo boją się utraty rzekomej wyjątkowości. Tymczasem wyjątkowi wcale nie są. Traumatyczne doświadczenia historyczne, ból i niesprawiedliwość – podobnie przeżywały to inne kraje, głównie Europy środka. Michnik mówi o tym, że Polska za granicą zaczyna być szanowana. Polacy swego kraju się często wstydzą – i mają rację – uciekając w górnolotne i patetyczne frazesy łączące chwilę obecną z tym, co było w przeszłości i stanowi symbol wielkości. Polska nie jest wielkim krajem, ale też żadnym małym. Bycie Polakiem może być wspaniałe i pewnie takie jest. Trzeba tylko brać przykład choćby z Czechów i po prostu umieć się uśmiechać – do siebie na ulicy i do swojego odbicia w lustrze.

Polak nie ufa innym. Jakże więc może ufać sobie? Kto i kiedy zaszczepił mu przekonanie, że w badaniach ankietowych warto powiedzieć, iż jest się szczęśliwym, a w domowym zaciszu i przy piwie ze znajomymi narzekać na co się da i jak się da? Smutne to, lecz prawdziwe. Zmiana możliwa jest tylko dzięki świadomości. Autorzy publikacji są Polakami. Przeżywają swoją polskość świadomie. I radzą, w jaki sposób to robić.

Osobiście najbardziej zainteresowały mnie eseje Adama Zagajewskiego i Przemysława Czaplińskiego. Zagajewski odkrywa prawdę o polskości w zapiskach Jastruna, Gombrowicza, Miłosza i Mycielskiego.  Kpi z omfalizmu – niemożności spojrzenia dalej niż poza własny pępek. Snuje rozważania o apatycznym mesjanizmie, który mimo wszystko wciąż ma się dobrze. I niepokojąco zwraca uwagę na antysemityzm, o którym dość obszernie i wieloaspektowo pisze Joanna Tokarska – Bakir. Bo antysemityzm to jeden z większych problemów, w wyniku którego trudno powiedzieć, że polskość brzmi dumnie. Czym jest polskość odkrywana w literaturze? O tym zajmująco pisze jej znawca, Przemysław Czapliński. Literatura może być sposobem szukania polskiej tożsamości. Badacz ukazuje na przykład metody odkrywania polskości w twórczości Rymkiewicza. Pisze o lekturach, które dają do myślenia, nie nużą. Czyli o zupełnie innych niż te, które miałem na myśli, pisząc pierwsze słowa tego omówienia.

Polakiem być jest trudno. Ale Polak to brzmi dumnie. Świadomy Polak. I o takiej świadomości albo możliwościach dojrzewania do niej jest książka „Kim są Polacy”. Możemy być wspaniałym, radosnym, otwartym na innych narodem. Ale musimy nad tym jeszcze bardzo popracować.

Wydawnictwo Agora, 2013

2013-01-23

"Florystka" Katarzyna Bonda

Blisko pięć lat temu napisałem, że należy bać się Katarzyny Bondy. Zdanie podtrzymuję. Niekwestionowany talent do pisania kryminalnych fabuł idzie u autorki w parze z psychologiczną wiedzą i kompetencją w zakresie nazywania często bardzo skomplikowanych relacji międzyludzkich. „Florystka” to powieść – bukiet. Bukiet wątków i opowieści, które autorka komponuje wedle tylko sobie znanych zasad. Trudno mi jednoznacznie nazwać tę powieść kryminalną. Trup nie ściele się gęsto, ale zabójstwa są spektakularne. Nic nie jest tym, czym mogłoby się wydawać. Nakłada się na siebie wiele historii, które pozornie mogą nie mieć ze sobą związku. Logikę zdarzeń obecnych i minionych rozszyfrowuje znany już z poprzednich książek autorki profiler Hubert Meyer. We „Florystce” jednak wydaje się postacią drugiego planu. Nie tylko dlatego, że współpracuje z nim błyskotliwa Lena Pawłowska, dzięki której część zagadek przestaje trapić białostockich policjantów. Myślę, że w dużej mierze jest to bowiem powieść o kobietach. O kobiecych utratach, nieukojonym żalu i kobiecej sile, dzięki której racjonalizować można to, co nieracjonalne, a wagę niezwykłości nadawać zdarzeniom prozaicznym.

Zbliżający się do pięćdziesiątki Hubert Meyer rozstał się z katowickim etatem profilera po tym, jak popełnił błąd w śledztwie. Ten perfekcjonista w każdym calu uznaje porażkę za życiowy dramat. Dodatkowo przeżywa odejście rodziców, po których odziedziczył domek na mazurskim odludziu. Otaczają go tylko zwierzęta, las i wyjące wilki, które nieopodal adaptowane są do życia na wolności przez ekscentryczną biolożkę Magdalenę Knut. Meyer to klasyczna męskość w stanie uwiądu. Jest nie tylko w finansowym, ale i egzystencjalnym dole. Dba co prawda o swoje ciało, ale umysłowi pozwala marnieć. Iskrą zapalną będzie nagłe pojawienie się Leny Pawłowskiej, która zrzucając ubranie, udowodni Meyerowi, że nadal jest prawdziwym mężczyzną. Potem złoży mu propozycję, której nie można odrzucić w przeciwieństwie do elementów jej bielizny.

Tymczasem to druga nagła prośba pozwoli wyjść Meyerowi z marazmu. Odwiedza go dawny przyjaciel, Tomasz Domański. Jego męskość aktualnie też ma niejasny status. Związał się z dużo młodszą kobietą, ale nadal asekuruje się, tkwiąc w związku małżeńskim. Panowie obalają parę flaszek i Meyer decyduje się pomóc Domanowi, a jednocześnie wrócić do czynnej służby dla policji, by rozszyfrować zagadkę zaginięcia niejakiej Zosi, córki białostockiej Cyganki. Z dziewczynką w dużej bliskości przed jej śmiercią była dziwna i nieprzewidywalna florystka, Ola Jekel. Bohaterka od pięciu lat nie pochowała w swej świadomości zamordowanego syna Amadeusza. Z czasem okaże się, iż ta uznawana za niepoczytalną kobieta, która rozmawia z duchem Amadeusza w Ogrodzie równie tajemniczym co przestrzeń opisana przez Frances H. Burnett, może być odpowiedzialna za zaginięcie Zosi.

Tropy mnożą się błyskawicznie i nie warto psuć lektury tego omówienia dalszymi nawiązaniami do fabuły. Jest monumentalna, to fakt. Ale i domagałaby się uszczuplenia. Powtarzająca się historia i opowieści przyjaciółki Oli, dystyngowanej harfistki. Wątek zemsty na Meyerze, a konkretnie na jego domu. Motywacje Leny Pawłowskiej, która skrzywdzona przed laty przez mężczyzn, działa jakby przeciw nim, starając się jednocześnie być bardzo „męska”, czyli nie wymiotować na widok trupów i zdecydowanie radzić sobie z szowinistycznymi świniami w białostockiej komendzie policji. Dodatkowo rażą nieścisłości świadczące o tym, iż autorka nie do końca zna prawo oświatowe. Dziesięcioletnia dziewczynka nie może się po prostu sama zwolnić z lekcji bez zaświadczenia rodzica, który orzeka, iż bierze za nią odpowiedzialność w drodze do domu. Nawet dyrektorowi, choćby nie wiem jak bardzo wszechpanującemu, nie wolno w gabinecie palić papierosów, bo od lat istnieje całkowity zakaz palenia w placówkach oświatowych. Ale to drobiazgi, może tylko przeze mnie wychwycone. Może też ta monumentalność pisania o wielu sprawach naraz to zasadniczy plus „Florystki”. Opowieści – w moim odczuciu – przede wszystkim o dwóch ważnych problemach.

Pierwszym z nich jest cień przeszłości, który kładzie się niemal na każdym z nas, jeżeli ta przeszłość jest traumatyczna. Florystka Ola nigdy nie pożegnała swego zamordowanego syna. Czuje go, widzi, przez chwilę uważa, że nim jest. W podobny sposób reagują osoby, które nigdy nie przeżyły żałoby do końca. Nie tylko Ola jest tu kobietą, dla której śmierć jest czymś odległym, nierealnym. Ze stratami – różnego rodzaju – borykają się i babcia Zosi, i jej matka, i przyjaciółka florystyki, a także sama Lena Pawłowska, postać jedna z ciekawszych i to postać kobieca. Tak, o kobiecych sprawach, kobiecej wrażliwości i kobiecej odporności na trudy życia jest ta książka. Ola Jekel, oskarżona nie tylko o zamordowanie syna, otrzymuje od społeczeństwa trzy etykietki – chora, zła i opętana. Czy którakolwiek ją definiuje? Czy Ola cierpi, czy też może dokonuje zemsty? W końcu „mściciel zawsze jest pierwszą ofiarą swojej zemsty”, więc kobieta uderza w samą siebie. Nie tylko ona. Ona jednak jest najbarwniejsza i dzięki niej „Florystka” naprawdę nabiera wartości.

Drugi ważny problem to kwestionowana męskość. Meyer czuje się zbędny, jeśli nie pracuje. Nie ma go, jeżeli nie wykazuje się jako profiler i po prostu nie akcentuje tego, że ma jaja. Doman to też facet z krwi i kości. Dobry policjant. Nie wie, czym jest syndrom Medei ani co to takiego kompensacja, ale każdego oskarżonego może rozłożyć na łopatki, a testosteronem dzielnie obdziela żonę i kochankę, a nawet swojego przełożonego Pileckiego, który naprawdę okazuje się wspomnianych jaj nie mieć, a prowadzone przez niego sprawy – obecna i dawna – to działania, w jakich kryje się zależność od uczucia, kobiety. Kobiety Bondy są dużo silniejsze niż faceci, choć to one głównie przegrywają. Gdyby nieco wyraźniej nakreślona była postać Marleny, matki zaginionej Zosi, można by powiedzieć, że to feministyczna powieść kryminalna. A może po prostu dobry, choć nieco przydługi, kryminał z wieloma przesłaniami, w których nieważne są trupy, podejrzani, śledztwa.

Nadal warto bać się pisania Bondy. Autorka wydaje się pokazywać we „Florystce” wszystko najlepsze. Nie wierzę w to. Wierzę, że będą kolejne książki. Mniej przegadane. Lepsze. I też o kobietach. Bo faceci z odznakami i w radiowozach plujący pod nogi i przeklinający, mocno już mnie w prozie polskiej znudzili.

Wydawnictwo Videograf, 2012

2013-01-18

"Pomiędzy" Anna Onichimowska

Było sobie, a może i jest nadal, pewne małżeństwo. Rytm ich życia regulowały zwyczaje, które w codziennej rutynie dawały poczucie pełni bycia razem. Małżonkowie wspólnie biegali. Robili też inne rzeczy, ale to od biegania się zaczęło. Ona pewnego dnia postanawia upiec szarlotkę, zamiast wskoczyć w dres i przebiec z mężem regulaminowe kilometry dnia codziennego. On przyjmuje jej decyzję z zaskoczeniem. Pomiędzy nimi pojawia się coś trudnego do opisania. Burzącego strukturę ich małżeństwa. Pomiędzy nimi kryją się pragnienia przeżycia czegoś inaczej. Ona chce poczuć, jak to jest, gdy mieszka się samodzielnie. Burzy porządek ustalony przez niego. Kiedy okaże się, iż rewolucyjne odmiany nie czynią niczego złego w ich relacjach, ona zastanawiać się będzie nad tym, co innego, nowego jest teraz pomiędzy nimi…

Pozwoliłem sobie zacząć od wskazania na ostatnie, dwudzieste opowiadanie rewelacyjnego zbiorku „Pomiędzy”. Jest nie tyle najlepsze, co zdecydowanie najbardziej wyraźne. Anna Onichimowska, która początkiem roku 2012 wydała mało błyskotliwą opowieść o nastoletnim „comming oucie”, drugą książką udowadnia, że ma do opowiedzenia kilka ważnych historii. Ta z „Końca gry” była nie tyle nieistotna, co przejaskrawiona. W zbiorze opowiadań Onichimowskiej wszystko ma właściwe barwy, właściwe proporcje i  udowadnia, że nie trzeba opasłych woluminów, by pisać o życiu zagadkowo, a relacje międzyludzkie traktować jako źródło i opresji, i niewysłowionej harmonii jednocześnie. Tej drugiej trudno się dopatrzyć, kiedy teksty opowiadają o relacjach zaburzonych, trwających wbrew zdrowemu rozsądkowi, mimo jakiejkolwiek logiki. „Pomiędzy” to zbiór nie tylko opowiadań o braku normalności, ale i o całkiem normalnym postrzeganiu tych, którzy są inni albo też tacy musieli się stać. Dwadzieścia lakonicznych, skrótowych miniatur literackich z anonimowymi bohaterami; dwadzieścia historii za każdym razem innych, ale zawsze zdradzających, iż autorka przygląda się ludziom nieco inaczej niż wszyscy wokół.

Miniony rok dwukrotnie udowodnił, iż sztuka pisania opowiadania to nie czynność archaiczna i że można nimi przykuwać uwagę. Męski przykład takiego pisarstwa to „Przewrotka” Jacka Wangina. Kobiecym jest „Wszystko dla niej” Beaty Rudzińskiej. Myślę, że „Pomiędzy” to trzeci wartościowy i godzien uwagi zbiorek 2012 roku charakteryzujący się wartkimi, gęstymi od ukrytych znaczeń fabułami oraz enigmatycznymi zakończeniami tych fabuł, które – wbrew pozorom – wyjaśniają prawie wszystko z tego, co niewyjaśnione wcześniej. Motto do tej książki to myśl Edwarda A. Murphy’ego dotycząca okoliczności, w jakich człowiek decyduje się na rozsądne postępowanie. Trudno o bardziej skomplikowaną definicję rozsądku niż ta, jaka jawi nam się po lekturze opowiadań Onichimowskiej. Jej bohaterowie są rozsądni, ale co to naprawdę znaczy i dlaczego mowa o rozsądku? Czyż nie jest rozsądnym poszukiwanie życiowej harmonii na łonie natury i u boku pasterza przez kobietę zmęczoną miejskim korpożyciem? Czy nie postępuje rozsądnie matka, która chroni swe dziecko z wąsami przed medialnym szumem, czyniąc ze stygmatu potomka kartę przetargową ku lepszemu życiu? Czy nie jest rozsądnie zaopiekować się zgubionym dzieckiem we wsi nawet wtedy, gdy jest się samotnikiem, a wiejska społeczność wroga jest względem obcych?

Obok realizmu mamy dużo groteski, ironii i czarnego humoru. To czyni większość opowiadań Onichimowskiej nieprzewidywalnymi. Nie wiemy, do czego może doprowadzić konfrontacja dojrzałej kobiety z wściekłym i wulgarnym małolatem z nożem w ręce. Trudno przewidzieć, jak skończy się dla pewnego małżeństwa zakup latającego dywanu. Nie wiadomo, co zrobi pewna projektantka wnętrz, którą przypadkowo zaczepia starsza pani z przekonaniem, iż jest jej matką. Akcja miniatur z „Pomiędzy” to oczywiście nie wszystko, choć jej nieokreślenie daje możliwości wyobraźni i przykuwa do tekstów na dłużej. Bohaterowie Onichimowskiej podejmują wybory niepewne, ale jednocześnie konieczne. Często nieodwracalne. Poznają siebie w momencie, kiedy muszą podjąć decyzje, jakie wpłyną na ich dalsze życie. Zwykle oszukują siebie, a zmiany pozwalają im ujrzeć prawdę. Albo czasami znacznie się od tej prawdy oddalić. Ci ludzie są zwykle nieszczęśliwi i zagubieni. Dlaczego? Przecież można myśleć tak, jak entomolog – pisarz z jednego tekstu: „(…) Czymże jest szczęście, jeśli nie brakiem nieszczęść?”. W taką definicję może uwierzyć kierowca tira, którego dręczą wyrzuty sumienia po ucieczce z miejsca wypadku czy też zdradzany mąż próbujący samemu pobawić się w kochanka, ale niezbyt mu wychodzi to robienie żonie na złość.

„Pomiędzy” to historie przepełnione niepewnością, lękiem, znakami zapytania i specyficzną magią, która z prozy życia czyni historie przypominające parabole ludzkiego losu. Opowieści o niewidzialnych słoniach, elfach czy syrenach zbliżają się do konkretu wypalenia uczuć po latach związku czy niemożności nawiązania z innymi jakichkolwiek satysfakcjonujących relacji. Onichimowska ryzykownie, ale i ze śmiałością bawi się konwencją samego opowiadania na granicy prawdy i fałszu. Staje obok swoich bohaterów, ale jest też nimi samymi jednocześnie. W małych formach opowiada o wielkich sprawach. Ludzkich sprawach. Takich, których nie wyjaśnimy, odwołując się do rozsądku. Rozsądnie także jest spojrzeć na bohaterów „Pomiędzy” jak na ludzi w sytuacjach granicznych. Tyle się dowiedzą o sobie, na ile sami siebie sprawdzą.

Agencja Edytorska Ezop, 2012