Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-05-31

"Maski - Singiel obnażony" Mia deLurk

Wydawca: Warszawska Firma Wydawnicza

Data wydania: 30 kwietnia 2013


Liczba stron: 94


Oprawa: miękka


Cena det: 22 zł

Tytuł recenzji: Skryte cierpienia – jawna prowokacja?


W nurcie współczesnej literatury polskiej opisującym życie w zatomizowanym społeczeństwie znajdują się książki, które sankcjonują status singla jako postawę i sposób na życie całkowicie świadome, choć niekiedy okupione trudem pozbycia się pewnych pragnień. Cztery lata temu ukazały się "Single" Piotra Kępskiego i była to w gruncie rzeczy powieść o samotności stawiająca swobodę i niezależność pod znakiem zapytania, bo bohaterowie niejako wrodzili się w swą singlowatość, kiedy nie wyszły im związki z innymi, a bliższe relacje były trudne do nawiązania. Rok potem czytaliśmy o "Singlach+" w powieści Dawida Kornagi, gdzie życie w pojedynkę było manifestacyjne i chociaż zawikłane, całkiem na plusie, dobre, wskazane i jak najbardziej pozytywne. Tymczasem pojawia się Mia deLurk – kimkolwiek jest – i postanawia opowiedzieć o Singlach (celowo wielką literą) na swój własny sposób. Otrzymujemy krótką, acz bardzo mroczną opowieść. Bezlitośnie punktującą stan, o jakim dużo pozytywnego się mówi. Single deLurk to ludzie w stanie wiecznej opresji. Bycie Singlem jest dla autorki wynikiem nieudanych relacji oraz tego, że miłość albo została utracona, albo też przeszła obok, nieprzeżyta.

Sam tytuł implikuje myśl, że życie, o jakim napisze w tej książce deLurk będzie życiem ukrytym, gdzie można udawać przed światem kogoś, kim się nie jest albo wmawiać samemu sobie, iż dobrze jest w swym własnym towarzystwie z całkiem świadomego wyboru. Autorka już na wstępie ironizuje: „Silni, piękni, wszechmocni i nieograniczeni udajemy jastrzębie, wojowników zbrojnych i wspaniałych, samotnych kłusowników losu oraz myśliwych szczęścia”. Sugestia jest dość wyraźna – bycie Singlem to stan patologiczny, wybór niewyboru, dramat niszczenia siebie i przede wszystkim proces, podczas którego wyzbywamy się swoich pragnień w taki sposób, by one już nigdy się w nas nie pojawiły. Mia deLurk sugeruje, iż człowiek jest z natury przystosowany do tego, by kochać i trwać u boku kochanej osoby. Jakiekolwiek odstępstwo od tego jest dramatem niebycia, dramatem życia na niby i życia pod maską, która niewiele skrywa, bo tak naprawdę niczego pod nią nie wypatrzymy. Singiel jałowieje duchowo na własne życzenie albo też został zmuszony do tego, by odmawiać sobie uczuć i bliskości. Single w książce deLurk kierują się własnymi przykazaniami, pośród których najważniejsze to kontrolowanie siebie, wyzbycie się tęsknot i zastępowanie braków tak, by wyglądało na to, iż życie w pojedynkę jest genialnym wyborem.

Ta niewielkich rozmiarów opowieść koncentruje się na histerycznych dosyć listach niejakiej Mi, która przez wiele lat opisuje uczucie pustki, jakie pozostawił w niej odchodzący mężczyzna życia. Odbiorca tej korespondencji – Albert – wskazuje wyraźnie, że prawdziwy dramat rozstania trwał bardzo krótko. Męka kolejnych lat to już tylko i wyłącznie zasługa Mi, która nie potrafi pogodzić się z końcem związku. Ta strata i ból są tak nieukojone, że autorka korespondencji wciąż na nowo podejmuje próby niszczenia samej siebie; chce śmierci duchowej i fizycznej, bo nie może pogodzić się z faktem, iż bycie bez ukochanego proponuje jej możliwości, z jakich nie potrafi skorzystać. Mi jest egocentrycznie skupiona na swych przeżyciach i tylko poprzez ich pryzmat postrzega rzeczywistość. Doprowadza się do stanu duchowego upadku i niemocy, poza którymi nie ma już niczego, nie ma normalnej, choć naznaczonej samotnością egzystencji. Mi staje się Singielką wbrew sobie samej, a jej duchowa megalomania powoduje, że stan ten wzbudza agresję na przemian z bezsilnością. Autorka listów cierpi. Zastanawia się nad tym, czy egoizm naprawdę może być siłą w świecie bez zasad i czy wyrzeczenie się miłości jest możliwe nawet wtedy, gdy zauważy się, iż ów świat jest przestrzenią bez uczuć.

Symultanicznie opisywane są pewne przypadki, historie ludzi, jakim życie zafundowało bycie Singlem na zupełnie dla nich niezrozumiałych zasadach. Czy jest Singlem z wyboru P., który musi opuścić ukochaną i odbyć służbę wojskową, po powrocie z której nie ma już obiektu jego westchnień, bo odeszła z innym? Jest nim T., cmentarny wariat, któremu przypadkowa śmierć odebrała kobietę, z jaką spędził całe życie i chciał się zestarzeć? A może świadomie wybrała swój stan K., której los odebrał kochanka – obłudnika oraz dziecko – efekt miłości zakazanej? Może Singielką ma być W. tracąca wszystko, gdy wreszcie odnajduje prawdziwą miłość? Te historie są prowokacyjne i tendencyjne, niezbyt dobrze współgrają z opisywanym w listach dramatem, mocno narzucają punkt widzenia, ale z drugiej strony cała ta książka jest przecież dość interesującą prowokacją; dotyka ciemnych stron życia w pojedynkę i podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego na takie życie ludzie się decydują.

Z „Maskami” można i trzeba też polemizować. To mroczny portret Singla, ale czy prawdziwy? Byłoby to niemożliwym do ogarnięcia cierpieniem, gdyby każdy decydujący się na samotność, uciekał  w nią od ran i bolączek, z jakimi trudno mu żyć. Mia deLurk pozornie piętnuje zakłamanie, ale poza dość prostymi do sformułowania historiami życiowych dramatów, gdzie oczywiście gra się na emocjach i ocierającymi się o pretensjonalność ogólnikami, nie daje żadnych przekonujących argumentów za tym, że współcześni samotni nazywani singlami, są w gruncie rzeczy ukrytymi pod maskami cierpiętnikami i że dla nich życie to rozczarowania i wieczne udawanie tym, kim się nie jest. Ponieważ trudno mi ustalić, kim jest sama autorka, tę dość prowokacyjną książkę odznaczyłbym dużym znakiem zapytania. Pozycja ciekawa i zmuszająca do przemyśleń. Kontrowersyjna i przeraźliwie smutna. Mnie osobiście nie przekonuje, ale jest dobrym punktem wyjścia do rozważań nad stanem, który słowem na „s” nazwano wtedy, gdy stał się coraz bardziej powszechny.

2013-05-26

"Punkhead" Piotr Sender


Wydawca: Replika

Data wydania: 21 maja 2013

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł



Tytuł recenzji: Tożsamość w subkulturze?...


Bóg w pierwszej powieści Piotra Sendera nosi dres. W najnowszej – gdyby w ogóle był i w jakikolwiek sposób wpływał na życie młodych bohaterów – założyłby ciężkie glany i przykopał temu i owemu. Byłby zły i bezsilny. Bo o złości i bezsilności, o problemach z tożsamością i o smutku istnienia w świecie, wobec którego trzeba się buntować, traktuje „Punkhead” – powieść młodego autora o niemłodych przecież, wciąż aktualnych problemach. Sam tytuł jest już czymś na kształt melanżu niemożliwości. To historia zagubionych w sobie – dwudziestotrzyletniego skinheada oraz piętnastoletniej punkówy. Ileż takich historii już napisano, prawda? W jednej scenie, przy napaści, nastoletniej Marcie przychodzi do głowy, iż jest za dużo słów, a za mało treści. Można odnieść takie wrażenie, jeżeli przeczyta się najnowszą książkę Sendera z nastawieniem, że zniewoleni ideologią młodzi ludzie będą cierpieć i szukać wartości podstawowych, jakie zanegowali. Przewidywalne. „Punkhead” to jednak opowieść żywa, pełna dramatyzmu; nie jest wolna co prawda od dłużyzn i banalnych rozwiązań fabularnych, ale przekonuje i myślę, że skierowana jest po pierwsze do młodych, którzy się gubią, a po drugie do starszych, którzy już się zagubili, lecz myślą, iż są pokoleniem mądrzejszym i dojrzalszym.

Michał Rusiński wywodzi się z katolickiej rodziny, gdzie wyraźnie nie po katolicku dominuje złość, upór, brak tolerancji i przede wszystkim obcość względem siebie nijak nieprzystająca do nakazu, by miłować bliźniego swego i tak dalej. W rodzinie Michała – agresywnego skina na co dzień grającego na kościelnych organach – nikt nikogo nie miłuje, a nawet o szacunku mowy być nie może. Małżeństwo rodziców to stagnacja i przypieczętowanie wiele lat temu bezpiecznego status quo milczeniem i obojętnością, w które wdzierają się żywsze, złe uczucia, gdy pojawia się widmo teściowej, którą synek wielbi, a synowa nienawidzi. Michał nienawidzi ich wszystkich po kolei łącznie z młodszą siostrą. Albo sprawia takie wrażenie, bo jego dom rodzinny to przestrzeń opresji i napięcia, jakie rozładowują od czasu do czasu ostre wymiany zdań i gdzie nie ma śladu na empatię (wyznania rozgoryczonej matki Michał przyjmuje z obojętnością). Bohater mieszka w wydzielonej dla niego piwnicy i pielęgnuje złość oraz agresję, dzięki którym – paradoksalnie – staje się niezłym klawiszowcem w grupie „Pomruk 88”. Można się tej postaci przerazić. Bezceremonialnie rozkwasi nos drugiemu człowiekowi od razu na wstępie. Lubi faszystowski porządek, nienawidząc czarnych, Antify oraz emo. Chce, żeby życie było głośne, szybkie i intensywne. Ideologia skinhead, której się poddaje, daleka jest jednak od założeń brytyjskiej organizacji z lat sześćdziesiątych minionego stulecia. Michał chce czuć się częścią ideologii, systemu, a staje się… członkiem bezdusznej armii,  w której obok przemocy pojawia się także mord.

Dramat bohatera obrazuje jego myśl z początku powieści: „Są rzeczy, których się całkowicie nie zostawia i nie wybiera. Jest ojczyzna i jest rodzina”. Okaże się, że ani jedno, ani drugie nie jest tym, z czym Michał poczuje więź. Podczas pochodu wolnościowego w dniu 11 listopada wraz z jemu podobnymi ma wykrzyczeć, że to czas narodu, jego odrodzenia i walki o siłę polskości. O ile już od początku widzimy, że toksyczna rodzina jest dla Michała źródłem cierpienia, o tyle ciekawszy jest obraz ojczyzny, jaki w sobie nosi. Chce odradzać Polskę czy odrodzić siebie? Naprawdę wierzy w siłę, jaką manifestuje w swojej subkulturze? Czy rzeczywiście jest silny? Jak to jest – zostawić jednak ojczyznę i rodzinę? I kim jest naprawdę?

Z podobnym pytaniem boryka się Marta. Ma piętnaście lat, skażoną nijakością rodzinę, sama wydaje się być nijaka. Upija się, pali, wymiotuje za łóżko, za nic ma autorytety, kwestionuje wszystko i samą siebie przede wszystkim. Wyciszona i nieśmiała w domu, gdzie stała się już dawno niewidzialna, rozpaczliwie poszukuje miejsc i ludzi, gdzie wreszcie ktoś ją zauważy. Kiedy poznaje Arka, wierzy w to, iż jest na dobrej drodze życia, na jakiejkolwiek drodze. Marta w gruncie rzeczy uosabia zagubienie totalne. Jej młody wiek i dramatyczne wyczyny każą pomyśleć nad tą postacią w kategoriach „za moich czasów młodzi tacy nie byli”. Tak się składa, że widzę, jacy są młodzi dzisiejszych czasów i Marta – postać mało wyrazista, nad którą autor nie popracował zbyt solidnie – uosabia wszelkie lęki, frustrację i gniew bezsilności, które pchają niedojrzałych emocjonalnie ludzi w ramiona ugrupowań będących złudą.

Wydawać by się mogło, że „Punkhead” to taki smutny hołd złożony młodości, ale natychmiast nasuwa się pytanie o to, czym jest ta młodość. Inicjacje bohaterów tak różnych światopoglądowo i wiekowo wydają się w gruncie rzeczy podobne i podobnie Piotr Sender pisze o wyobcowaniu, przedstawiając agresywnego skina i zalęknioną punkówę. Oboje o czymś zdecydowali. Oboje zastanawiają się nad sensem tej decyzji. Oboje w gruncie rzeczy pragną tego samego, ale pragnienia zaspokoić się nie da, jeżeli nie widzi się sensu, a autorytety stwarzają mgliste ideologie budujące armie młodych i gniewnych. Myślę, że tegoroczni maturzyści dużo więcej i ciekawiej wypadliby w swych pracach pod klucz, gdyby o autorytetach pisali, analizując fragment „Punkhead”, a nie – z całym szacunkiem dla Żeromskiego – archaicznego dla nich obecnie „Przedwiośnia”. Myślę też, że ta książka pokazuje, iż Piotr Sender ma potencjał, ale nie zawsze sprawnie wykorzystuje możliwości, jakie daje język, choć wprowadzenie aż trzech typów narracji jest dużym plusem dynamizującym opowieść.

Można światu i ludziom pokazać fucka. Można ogolić głowę. Można na niej zrobić czuba. Równie dobrze można założyć glany oraz skopać tego, który nie może się bronić. Możliwe jest nawet zabicie kogoś i wiara, że wszystko ma jakiś cel. Trudno tylko znaleźć w subkulturze tożsamość. O dramacie jej poszukiwania i o trudach życia w opresyjnym świecie własnych lęków opowiada książka może tematycznie wtórna, ale na pewno napisana z pazurem, wyraźna i stawiająca pytania, które już padły, niemniej jednak formułująca je inaczej. Tak że trudniej odpowiedzieć. Trudniej wybrać. Michałowi, Marcie i nam, czytelnikom. Sender napisał tę książkę tak, że do końca nie można się opowiedzieć po żadnej stronie i do końca nie da się zrozumieć żadnego z bohaterów. A to znamionuje literaturę wyraźną. To wyraźna książka, choć kontury świata, w jakim żyją opisani młodzi gniewni i starzy zblazowani, zacierają się z każdą kolejną stroną, gdzie coraz trudniej… czytać nam, a żyć tym, co stworzeni w tej historii. Ku przestrodze i przemyśleniu!

PATRONAT MEDIALNY

2013-05-24

"Drogie życie" Alice Munro



Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 16 maja 2013

Tytuł oryginalny: „Dear Life”

Tłumacz: Agnieszka Kuc

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Nic nad życie 

Alice Munro czyta się niespiesznie, bo i forma jej tekstów nie narzuca żadnego tempa. Wydaje się, że autorka "Kocha, lubi, szanuje..." opowiedziała już wszystko, co miała do opowiedzenia o skomplikowanej strukturze psychicznej kobiety. Wydaje się tylko, gdyż kobieta nieprzeniknioną jest, a Alice Munro w każdej swojej książce daje temu dowód. Specyficznie, bo stawia na formę opowiadania. Pomyśleć można, że dłuższa opowieść u kanadyjskiej pisarki nie ma racji bytu. Ona doskonale wie, który życiowy moment penetrować i za każdym razem zaskakuje, bo trafia w ten najważniejszy. A życie pełne jest przecież niespodzianek i mierzyć się trzeba z czymś, co nowe do końca swoich dni. Uświadamiają to sobie bohaterowie najlepszego moim zdaniem tekstu w tym zbiorze – „Dolly”. Małżeństwo w jesieni życia zaczyna już rozmyślać o śmierci, bo przecież wszystko za nimi i nie wydarzy się nic, co zmieniłoby ich samych. Tymczasem do domu puka prostolinijna akwizytorka Gwen. Kobieta z przeszłości Franklina. Tu nie chodzi o zwykłą zazdrość i przejmujący smutek jego obecnej żony; to początek konfrontacji z samą sobą tej drugiej, kobiety życia Franka, której już się niczego nie spodziewała, planując odejście. Bo  życie do końca oferuje zdarzenia przełomowe. To trudne życie. Drogie życie, mimo wszystko.

Najnowszy zbiór opowiadań Munro to dziesięć różnych od siebie tekstów – od miniatury „Nieopodal jeziora” po przesycone napięciem i tajemnicą otwierające książkę, epickie wręcz opowiadanie „Dotrzeć do Japonii”. Dziesięć tekstów afirmujących życie. Drogim nazwała je matka pisarki. To o niej i o wczesnym dorastaniu traktują cztery dodane narracje, w jakich Munro – jak sama twierdzi - ujawnia emocjonalny, nie faktograficzny autobiografizm. Jej wyznania kładą dodatkowe światło na przeczytane już wcześniej teksty. Doświadczenia śmierci w dzieciństwie, bezsenności, okrutnej choroby matki czy surowego wychowania ojca… Munro we wspomnieniach rodzi się na nowo. W życiu, które przeżyła świadomie. Bohaterki jej tekstów dążą do samoświadomości różnymi drogami, ale zawsze muszą coś stracić lub o czymś zapomnieć, by pośród goryczy… odnaleźć to życie takim, jakie jest. Drogim.

Wyjdźmy od życia w nieprawdzie, bo to ono czyni egzystencję opresyjną i przez nie nie żyje się naprawdę. Powrócę do „Dolly”, bo naprawdę warto i wskażę na myśl, nad którą zastanawialiby się prawie wszyscy bohaterowie tego zbioru. „(…) Najgorsze są tak naprawdę kłamstwa, które tworzymy i uparcie powtarzamy, żeby ukryć gorycz, jaka w nas tkwi i nasącza od środka (…)”. Kto żyje w ten sposób? Greta – poetka i artystyczna dusza, która u boku męża czuje się niespełniona i dopiero rozstanie pozwala jej zrozumieć, że okłamując siebie, żyła nieprawdziwie? Lea, która pewnego dnia ucieka z małego miasteczka i ortodoksyjnego ojca, aby potem wrócić i powielić schematy, jakie ją więziły? Vivien – nauczycielka w prowincjonalnym szpitalu dla gruźlików, która dla zdrowego rozsądku bierze ślub z mężczyzną, który chłodno ten krok przekalkulował?

Samooszukiwanie doprowadza do dramatów, ale dzięki nim bohaterki Munro przeżyją metamorfozę. Nic to, że widać w nich chwilami odcień feministycznego wojownictwa, a może po prostu ewolucyjną i powiązaną z feminizmem drogę ku samych sobie. Każde z dziesięciu opowiadań prezentuje zupełnie inne portrety charakterologiczne. Żadnej z kobiet Munro nie przyszło nigdy do głowy, by pomyśleć o sobie. Wiele z nich boryka się z przeszłością – ze śmiercią siostry, ojca, komplikacjami po polio czy młodzieńczym doświadczeniem, które wciąż kazało błądzić. Alice Munro nie stawia swych bohaterek w sytuacjach krańcowych. Czasami obok nich nie dzieje się nic. Świadomość nicości implikuje coś, co trudno nazwać przemianą w życiowych wyborach. Chociaż przecież są one zmienne i rzutują na przyszłość. Zagadką jest emocjonalność kobiet Munro. Osadzenie ich w przestrzeni, gdzie zmuszone są walczyć i ze wspomnieniami, i z tym, co mają teraz, a co każe im na wspomnienia patrzeć zupełnie inaczej niż przez całe minione życie. Drogie życie. Bo każda je kocha, bez względu na wiek, pozycję społeczną czy samoświadomość.

„Drogie życie” to Kanada minionego stulecia w mistrzowskim przekroju społecznym. Niby wszystko gdzieś obok, a przecież wciąż w sercach i rozumach bohaterek. Druga wojna światowa, kryzysy, beznadziejność prowincjonalnego życia i mieniące się barwami Toronto. Surowa północ i … droga, na której Munro stawia swym bohaterkom problemy. Nie sposób nie zauważyć znaczenia pociągu w rozmaitych interpretacjach, bolesnych ograniczeń przeszłości; niepewności mimo tego, iż życie jest stabilne i nie czeka w nim już nic wyjątkowego. A jednak kroki, na jakie decydują się Greta, Vivien, Oneida czy Corrie to nie sprawy do oceny, ale do uważnego przyjrzenia się im. Jeżeli jakiś współczesny pisarz potrafi zmuszać do tego, by nauczyć się empatii, Alice Munro z pewnością jest kimś takim. Bo nawet bohaterka, która po traumie przeszłości pozornie zatrzymuje w sobie czas i niczego od życia nie chce (mowa o Belle z „Pociągu”), nie pozwoli sobie na to, by nie skończyć tego, co zaczęła tak jak ojciec, który zginął pod żelaznymi kołami i pozostawił niedokończoną powieść.

Cztery ostatnie teksty to bardzo osobiste wyznania Munro, chociaż autorka stara się pokazać niezbędne minimum, nie za dużo. Jej samoświadomość jest rozłożona na epizody, sceny i fabuły, jakie kreuje. Poza tym to pamięć fragmentaryczna, wspomnienia. Chciałoby się, żeby jej bohaterki wiedziały o sobie tak wiele. Chciałoby się wierzyć, że Munro zawsze stawia pytania i unika odpowiedzi, bo na nie jest zbyt pokorna wobec życia. Jej drogiego życia i drogiego życia wszystkich, których przedstawia w momentach ważnych, choć pozornie niewiele dla innych znaczących. Cokolwiek pisać o prozie Alice Munro, nie jest to proza zmyślenia, lecz doświadczenia. Co więcej – wyrastając z konkretnych zdarzeń i mając miejsce w wyraźnie zaznaczonym czasie historycznym, jej bohaterowie nigdy się nie zestarzeją. O życiu napisano już wiele i w rozmaitej tonacji. Munro po swojemu uświadamia nam, iż nie mamy nic droższego niż ono. I nie warto jej oceniać. Warto się z jej pisania uczyć. Smakując powoli i nie szukając na siłę odpowiedzi. Życie zaskakuje do ostatniego tchnienia i żaden z nas nie ma prawa powiedzieć, że je zna. Munro i jej opowieści to piękne narracje o dotykaniu czegoś, czego dotknąć się nie da. O tajemnicy życia, której Alice Munro wcale nie chce zgłębiać, a jedynie się przed nią pokłonić.

2013-05-14

"Zamieć" Władimir Sorokin


Wydawca: Czarne

Data wydania: 6 maja 2013

Tytuł oryginalny: „метель”

Tłumacz: Agnieszka Lubomira Piotrowska

Liczba stron: 173

Oprawa: miękka
  
Cena detaliczna: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Droga ku sercu Rosji…


Współczesna literacka Rosja męskością zdaje się wyróżniać. Władimir Sorokin i Wiktor Pielewin – te nazwiska wyznaczają wyraźne trendy i spektrum zainteresowań młodych rosyjskich pisarzy. Tyle że ani Sorokin, ani Pielewin młodzi nie są, a w sukurs ich konceptualnym wizjom osadzonym na granicy snu i jawy, prawdy zmyślenia, ironii i groteski, idą dwaj młodzi, obaj rocznikowo tacy sami. Rocznik ’75 to Zachar Prilepin i Siergiej Minajew. Pierwszy znany z dynamicznych historii o młodych, zaślepionych ideami, które zdradzają i o zgorzkniałych już na wstępie życia. Drugi sprzedał Rosjanom w dwóch milionach egzemplarzy apoteozę pustki, bo nią jest przecież bestsellerowa powieść "DuchLess". Sorokin jest nieprzewidywalny w tym, co pisze. Może trzej pozostali dużo bardziej gorzko patrzą na rosyjską rzeczywistość, a Sorokin przede wszystkim bawi się formą, koncepcjami… niemniej jednak diagnoza problemów współczesnej Rosji jest przygnębiająca i przygnębiająca wieloaspektowo. Nowa powieść Władimira Sorokina rozepnie tę gorzkość i przygnębienie gdzieś między wiekami. Tak jak rozpięta jest wyraźna granica, którą musi przebyć w śnieżnej zamieci lekarz wiozący szczepionkę do wsi, gdzie czeka na niego…



„Zamieć” jest rozmiarowo skromnym dziełem w porównaniu do monumentalnych powieści tego autora, jakimi raczyło nas swego czasu Wydawnictwo W.A.B. Inna technika, inne proporcje, nowa jakość i trudna do interpretacji oraz do czytania książka. Dlaczego? Rzecz dzieje się w bliżej nieokreślonym czasie. Stylizacja językowa nasuwa skojarzenia z wiekami minionymi. Na to wskazuje też fakt, iż doktor Garin przegląda na początku fabuły ubiegłoroczny numer „Niwy”,  kiedy czeka na dalszy transport u prowincjonalnego zawiadowcy Michałycza. Mamy jednak potem inną wskazówkę. Oto wspomnienie zabawkowego słonika, który nuci „Love me tender” Elvisa Presleya. O ile trudno sobie uzmysłowić, w jakim czasie się znajdziemy, o tyle przestrzeń jest naszkicowana wyraźną kreską, choć przecież to przestrzeń opowieści symbolicznej, paraboli ludzkiego, o ile nie narodowego losu. Oto początek drogi – chutor Dołbieszyno. Metą ma być Dołgie, tam czekają ludzie i wierzą, że wychodzące spod ziemi żywe trupy przestaną być dla nich zagrożeniem tak, jak tajemnicza czarnucha, sprowadzona w niewiadomy sposób z dalekiej Boliwii.



Zostajemy wbici w narrację już od pierwszych słów. Nie ma w „Zamieci” żadnej introdukcji, choć znamienny jest cytat z Błoka oraz fakt, iż tytułowe zjawisko nie opuszcza wędrowców ani na chwilę. Dynamiczne wejście ukazuje problem w całej swej złożoności. Płaton Iljicz Garin jest bezsilny wobec zamieci. Musi znaleźć środek transportu i wierzy, że szybko znajdzie się w Dołgiem. Ma misję, imperatyw, jest człowiekiem czynu i osobą oddaną zadaniu, jakie na nim spoczywa. Garin trafia do samotnego impotenta Koźmy. Poczciwy Koźma zwany Chrząkałą niezbyt chce podjąć się zadania przewiezienia doktora do wsi, gdzie czekają na niego chorzy. Ostatecznie oferuje mu samopęd z konikami… wielkości kuropatwy. Koźmie nie są potrzebne większe zwierzęta. „Im większe zwierzę, tym bardziej bezbronne jest na naszych przestworzach. A już człowiek to jest bezbronny do niemożliwości…”. O tym przekona się podczas podróży Garin, któremu niestraszna zamieć, bo poczucie spełnienia misji góruje nad wszystkim.



I rozpoczyna się fantasmagoryczna podróż przez zaspy czterdziestodwuletniego mężczyzny wspominającego swą niemiecką żonę i okraszającego wypowiedzi niemieckimi wstawkami u boku poczciwego rudowłosego chlebowoza, który stara się jak może, by dowieźć doktora na miejsce. Tyle tylko, że w podróży dziać się będą rzeczy co najmniej dziwne. Najpierw wóz ulegnie uszkodzeniu w zderzeniu z kryształową piramidą. Potem przyjdzie wędrowcom nocować w chacie obcesowego karła – młynarza. Zdarzy im się zatrzymać w szatrze na odludziu, gdzie fioletowe dogi i zebrani witaminderzy wzbudzą zdziwienie lekkie tylko, chwilowe. Czemu się bowiem dziwić? Przecież to Rosja cała wokół Garina i Chrząkały. Pijany martwy olbrzym na drodze? Dzikie zaspokojenie chuci z żoną młynarza? Alkohol wszędzie i w sporych ilościach? Aura niespokojna, biel prowokacyjna? Toż przecież Rosja cała i nie jest chyba istotne, w którym wieku się znajdujemy. Ważne jest to, by śledzić, jak Garin realizuje swój imperatyw i w jaki sposób rosyjska rzeczywistość z pogranicza baśni i futurystycznej groteski wpływa na jego sposób myślenia o świecie.



Bo Garin poglądy ma wyraźne i sprecyzowane. „Nie ma złych ludzi. Człowiek jest dobry z natury, został bowiem stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Zło to pomyłka ludzka”. Doświadczenie zła ma na kartach „Zamieci” znaczenie kluczowe, albowiem Zło jako kategoria, dzięki której można opisywać świat, objawi nam rzeczywistość martwą za życia, zasypaną śniegiem, zawianą wiatrem, zapomnianą przez wszystkich. Sama droga także domaga się swego miejsca w interpretacji. Jest nieoznakowana, a Chrząkała wydaje się intuicyjnie czuć, dokąd podążają. Biała zanikająca droga, mnożące się na niej problemy, irytujące chwilami zdarzenia mające funkcję retardacyjną - przecież nie cel jest w tej podróży istotny, lecz doświadczanie drogi i wędrowanie przez czas i przestrzeń, w jakiej odmalować się ma Rosja ze wszystkimi jej przywarami.


Bo może to być przecież droga samej Rosji, wiecznie zmarzniętej, ze wszystkim przejawami bylejakości życia, od której można uciekać w samogon albo surrealistyczne wizje. Sorokin trzyma nas w szachu do ostatniej strony tej książki. I chociaż opublikowano już omówienie, w którym zostajemy bezlitośnie smagnięci, poznając zakończenie, być może jednak uda się tę książkę czytać z zapartym tchem i ciekawością celu. Finał jest przewrotny tak samo jak przewrotny może być koncept – wykorzystany już przecież, nienowy – historii podróżowania w głąb samych siebie i w głąb tego, co narodowe, rosyjskie, bolące i mimo śniegu żarzące się okrutnym żarem. Rosja w zamieci, Rosja w drodze. Rosja, o jakiej już powiedziano. Rosja Sorokina, który drwi, załamuje ręce i pokazuje, że jest jednym z najmniej przewidywalnych twórców współczesnej literatury rosyjskiej.