Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-06-29

"Chuliganka" Izabela Jung

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 5 czerwca 2013

Liczba stron: 286

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Mogło iskrzyć naprawdę…

Dzisiaj, kiedy książki piszą i wydają z powodzeniem wszyscy znani z tego, że są znani, nic nie stoi na przeszkodzie, aby psycholożka z wdzięcznym środowiskowo nazwiskiem Jung napisała swoją debiutancką powieść. O ile od piszących celebrytów nie wymaga się generalnie niczego, bo każdy akapit bzdur pochłaniać będą wpatrzone weń masy, o tyle etykietowanie się na okładce i wskazywanie zacnej profesji wymaga, by ten debiut był w jakiś sposób pogłębiony psychologicznie. A „Chuliganka” taka nie jest. Izabela Jung – mimo ciekawej fabuły i dość oryginalnego ujęcia romansu przeciwieństw oraz jego konsekwencji dla obu stron – marnuje potencjał ciekawej opowieści, wiele kwestii trywializując, wiele ledwie sygnalizując, zbyt wiele po prostu pomijając i czyniąc z tej książki dobry produkt marketingowy. Taki, który nieźle się sprzeda, uszczuplając portfele czytelniczek żądnych mocnych wrażeń i dowodu na to, że są dzikimi kotkami nieprzewidywalnymi w swych zachowaniach, bo wystarczy im się utożsamić z dzielnie walczącą o uczucia bohaterką, która nie liczy się z zasadami, konwenansami i jedynie czuje. Czuje wiele, a informuje w kółko o tym samym.

„Chuliganka” to książka z prozaicznym początkiem i końcem, który nie wie, kiedy wreszcie dać wytchnienie ostatnią kropką. To mogłaby być świetna opowieść o zderzeniu płciowości, kultur, o rolach kobiecości i męskości oraz o tożsamości seksualnej i odszukiwaniu porozumienia między granicami oraz językami. Otrzymujemy jedynie nieco psychologizowany romans z nutką egzystencjalnych przemyśleń o roli przypadku oraz utraty kontroli nad zdrowym rozsądkiem.

Ewa – prawie że w biblijnym znaczeniu, bo żona Adama – to taka prakobieta w nowoczesności. Dotychczas żyła wedle zasad, jakie wytycza codzienność. Mąż jest dobrą partią, praca przynosi profity, rodzą się dzieci, dwójka dokładnie, do tego dom, samochód, zobowiązania i … przedłużający się remont poddasza, dzięki któremu, a może przez który nasza feministyczna wojowniczka Ewa wpadnie po uszy i zakocha się miłością, jakiej jeszcze nie zaznała. Naprawdę bez ironii określam tę postać mianem pierwotnej siły kobiecości, jaką zmodyfikował czas, gdy kobiecość wyzwolona szuka swoich nowych definicji. Ewa zajmowała się pracą, która była dochodowa, ale nie dawała jej spełnienia, poczucia sensu wykonywanego zajęcia. Podobnie jest z wieloletnim związkiem. Adam jest męskim filarem, który zapewnia poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie jego męskość jest kwestionowana. Stygmatem ma być artystyczna dusza, zamiłowanie do markowej bielizny i fakt, że Adam jest wciąż nieobecny, znajduje się stale obok; nie rozumie i nie chce zrozumieć potrzeb – także seksualnych – swojej partnerki, która jako kobieta nowoczesna poszła na duży kompromis, rodząc mu dwóch potomków i podporządkowując się przewidywalnemu rytmowi małżeńskiego żywota w dostatku i bezpieczeństwie.

Ale Ewa pragnie nie tyle miłości, co męskości pod prawdziwą postacią. Takiej dzikiej, spoconej, brudnej i nie baczącej na konwenanse. Szalonej i dominującej. Adamowa męskość jest w stanie uwiądu i to stanowi dla Ewy, wciąż czującej się młodą i atrakcyjną, źródło wyraźnej opresji. Nagromadzone napięcie nienasyconej kobiety z emocjami ledwie skrywanymi przed mężem pomoże rozładować dziesięć lat od niej młodszy czeczeński robotnik, który najpierw z wielkim zapałem dba o gładkość ścian i glazury, by potem poddać zabiegom pielęgnacyjnym rozkochaną w nim kobietę, która kocha… tak naprawdę swoje wyobrażenia o Zeliamie Ismanowie, niczego o nim naprawdę nie wiedząc. Czy można wierzyć, że będzie chciała wiedzieć, skoro myli Czeczenię z Macedonią, a dramat dwóch wojen i okrucieństwa życia w kaukaskiej republice niszczonej przez Rosjan zna jedynie dzięki kilku chwytliwym i krwawym fotografiom wyszukanym w Internecie? Czy naprawdę słucha jego dramatycznych opowieści, skupiona na sobie, swoich emocjach, pragnieniach dzikich rozkoszy seksualnych i egoistycznej chęci spełnienia w uczuciu, które – tego jest pewna – przyszło nagle, lecz jest najgorętsze i najżarliwsze?

Autorka być może przez napisaniem tej powieści przeczytała (albo nie) lamentacyjną książkę Germana Sadułajewa "Jestem Czeczenem". Jej Zeliem daleki jest w swych wyznaniach od bohatera tejże powieści, ale łączy ich zapewne jedno. Trudno Czeczenowi wyrazić siebie, skoro nie jest pewien, kim naprawdę jest. Zeliem kusi zagadkowością. Opowiada Ewie o silnej więzi z rodziną, głównie z matką. Czeczeńska kobieta ma urodzić wiele dzieci i w miłości do ojczyzny udowadniać siłę swej reprodukcji, by kolejnych potomków posyłać na nieustającą wojnę. Zeliem wspomina przeszłość, w której rytualnie wręcz zmuszono go do małżeństwa. Ten czas, kiedy musiał pokazać wszem wobec, że jest dzielny, dziki i zdeterminowany, by bronić honoru – swojego i będącej w ciągłej opresji ojczyzny. Bohater Jung jest mocno zgaszony kobietą u swego boku, która łamie obyczajowe tabu i nie wydaje się być kimś, kogo Czeczenia, liczna rodzina i Koran wydają się wskazywać jako życiową partnerkę. To on nazywa Ewę tak, jak nie nazwał jej nikt jeszcze i on deklaruje siłę, która potem będzie w nim gasnąć. „Ty jesteś chuliganka, ale ja sobie z tobą dobrze dam radę, nawet nie będziesz wiedziała jak”. Rozwoju wydarzeń zapatrzona w swą miłość do egzotycznego samca Ewa nie będzie w stanie przewidzieć, a przystojny Czeczen stanie się boleśnie oddalającym się obiektem fantazji i pragnień, których nie da się zrealizować nie tylko dlatego, że geograficznie i mentalnie dzieli kochanków duża odległość.

Zeliem nie daje się wyrwać ze swojego kontekstu, choć Ewa usilnie nad tym pracuje. Jung przedstawia historię dwóch różnych miłosnych żarów. Zeliem stara się swe uczucia racjonalizować. Ewa zdrowy rozsądek porzuca, bo ważne jest emocjonalne spalanie się; nieistotne, że jego dowodem są schadzki w krzakach i dziki seks w samochodzie – wyznaczniki bynajmniej nie dojrzałej miłości. Widać wyraźnie, że to mogłaby być ciekawa historia zdobywania męskości będącej wyzwaniem. Opowieść o konfrontacji różnych modelowo ról, jakie przyjmuje kobieta i mężczyzna w związku. To mogłaby być oryginalna historia płomiennego romansu, w jakim spalą się kochankowie tylko po to, by potem naprawdę przejrzeć na oczy i zobaczyć siebie w innym świetle. Niestety, wyszła nam w „Chuligance” ocierająca się o banał i pretensjonalność narracja. Bez psychologicznego pogłębienia, którego można byłoby się spodziewać po Izabeli Jung. Cóż, być może lepiej wychodzi jej nurkowanie i taniec, bo o tym dowiadujemy się na okładce. Szkoda że nie zanurkowała głębiej w dość specyficzną historię zderzeń płci i kultur. Szkoda że nie zatańczyła tego tańca miłości i rozczarowania naprawdę, dając nam popis płytkiego dosyć potraktowania naprawdę złożonej problematyki, czyli dawkę tego, co obserwujemy w telewizyjnym programie, w którym tańczą znani z tego, że są znani.

Myślę, że wystarczyłoby poobserwować, popytać mieszane małżeństwa o początki ich związków. Uważniej prześledzić informacje o samej Czeczenii i narodowych dramatach, jakie rzutują na pojęcie męskości i kobiecości w tym kraju. Można było dać tej książce nieco oryginalnej świeżości. Jung pogrzebała świetny pomysł miałką i mocno przewidywalną fabułą. Wtłoczyła książkę mogącą być psychologicznym dramatem w nurt lekkiego i przyjemnego chick-litu. Szkoda.

2013-06-24

"Godzina szakala" Bernhard Jaumann

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 czerwca 2013

Tłumacz: Alicja Rosenau

Liczba stron: 293

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Niepodległość z krwi, przeszłość w niej się nurza…


Co łączy bawarskiego pisarza z afrykańską Namibią, którą – jeżeli już – zwykle kojarzy się z Kalahari? Trudno powiedzieć, bo nie znam biografii Bernharda Jaumanna. Może przypadek, może kilka świadomych decyzji. Z tego połączenia otrzymujemy powieść kryminalną z tłem politycznym, mocno osadzoną w problematyce dojrzewającego do niepodległości państwa, które uzyskało ją w 1989 roku, a do dzisiaj nie jest w stanie się tym cieszyć. Namibijska państwowość zrodziła się z krwi; tej krwi, jaką nadal wielu ma na rękach, choć usilnie stara się ją zmyć. Jaumann nawiąże w swojej książce do rzeczywistego zdarzenia, kiedy to 12 września wspomnianego roku zamordowano charyzmatycznego adwokata Antona Lubowskiego, który bronił praw czarnoskórych, wchodząc z białymi w niejasne kontakty i wzbudzając kontrowersje w Namibii zarówno za życia, jak i po śmierci.

Autor swą intrygę kryminalną wyraźnie osadza w „tu i teraz” wolnej od niesprawiedliwości Namibii. Czy taka jest naprawdę? Znaczenie ma fakt, że w finałowej scenie zamachowiec ratuje siebie i pomnik ofiar walki o niepodległość głównie dzięki konfabulacjom. Jest ich wiele i dotyczą spraw sprzed 20 lat, nad którymi wielu – ze znanych sobie powodów – chce rozciągnąć zasłonę milczenia. W 1989 roku walczono o równe prawa białych i czarnoskórych w tym kraju. Główna bohaterka, policjantka Clemencia Garises, mieszka w Kataturze, dzielnicy nędzy i dowodzie na to, iż polityka segregacji rasowej jak działała przez laty, tak działa nadal. Biali i czarni żyją osobno, a demokratyczny ład umożliwia stwierdzenie, iż mają swój wspólny kraj. Wspólnota opiera się jednak na zależnościach. Walka z apartheidem i jej konsekwencje to wciąż żywa historia wielu krajów Afryki Południowej; nie tylko Namibii, ale także RPA i w mniejszym stopniu Lesotho czy Suazi. Jaumann opowiada o kraju absurdów, piętrzących się trudności i wiecznej nierówności, jakiej zaprzeczają jedynie pusto brzmiące hasła. Być może tylko one pozostały po społecznikach typu Lubowski. Być może czas, by opowiedzieć historię państwa, w którym policjantka musi odbyć fachowy staż w dalekiej Finlandii, zmagać się z piętnem niezawinionej śmierci matki, nad zagadką której nikt się nie pochyli oraz wyrastać z nędzy, jakiej żadną formą praworządności nie wyeliminuje…

Dzielnica Widhuku, Ludwigsdorf. W bogatych domach za drutami kolczastymi biali mieszkańcy miasta zbudowali swoje własne raje. Do jednego z nich wdziera się morderca. Padają strzały z Kałasznikowa, ofiara ginie na miejscu, zbrodnię widzi czternastoletnia córka Abrahama van Zyla, który umiera nieświadomy tego, iż jest dopiero jedną  kilku zaplanowanych ofiar. Bo morderca musi pozbawić życia je wszystkie. Wszyscy, którzy mają zginąć, związani są z wydarzeniami września 1989 roku. Każdy z nich, rasista i okrutnik, musi na swój sposób odpowiedzieć za śmierć Lubowskiego. Zabójca, były wojskowy, jest zdeterminowany i pełen nienawiści. Nie boi się niczego. Jest wysłannikiem śmierci. Kiedy na początku czyta się truizmy na jej temat, pojawia się obawa, iż może to być książka z niemiłosiernie wskazaną tezą. Nic bardziej mylnego. Śmierć ma tu wiele znaczeń. Umrzeć muszą ci, którzy odpowiadają za brutalne akty okrucieństwa i bezprawia, ale umierają też w sensie symbolicznym inni bohaterowie tej pasjonującej książki. Na trop zabójcy wpada wspomniana już Clemencia Garises. Czy uda jej się udaremnić plany kogoś, kto doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robi i nie boi się konsekwencji swoich czynów?

Garises to barwna i egzotyczna dla nas postać. Czarnoskóry policjant w spódnicy? Proszę bardzo! Clemencia ma dyplom kryminalistyki i duże doświadczenie, jakie zdobywała w zimnej Finlandii; tam nauczyła się teorii, ale z namibijską praktyką bohaterka sama musi sobie dać radę i wcale nie przystaje ona do tego, czego uczono ją w Europie. Zawiadomienie o zabójstwie z Ludwigsdorf Garises otrzymuje z kilkugodzinnym opóźnieniem. Na miejscu spotyka się z dużą niechęcią rodziny zabitego. Nikt w jego domu nie ufa w umiejętności czarnoskórej policjantki. Ograniczone są jej możliwości i pozostaje naiwna wiara w to, że determinacją uzyska odpowiedź na mnożące się zagadki. Za chwilę bowiem kolejny trup spłonie w podpalonym na Kalahari samochodzie, a za jakiś czas sprawa wyjdzie poza granice Namibii, mocno wiążąc się z jej przeszłością.

Co jest w tej Namibii prawem, a co bezprawiem? Czy w obliczu zdarzeń, jakie opisuje Jaumann, można na chwilę uwierzyć, że czyjeś okrucieństwo nie zasługuje na pogardę? Jak domagać się sprawiedliwości, kiedy młodziutki czarnoskóry chłopiec jest przekonany, iż jego baas z farmy jest poza prawem i nie można go zaaresztować? Jak do tego wszystkiego ma się tytułowe zwierzę oraz nawiedzające Clemencię żółte i dzikie oczy bulteriera? Intryga rozwija się wartko, choć w wyraźnej funkcji retardacyjnej widzimy (czytamy właściwie) zeznania sądowe, których jasność dotrze do nas dopiero po poznaniu całej książki. Jaumann opisuje świat, do którego daleko jest jego rodakom, nie tylko w sensie geograficznym. W tej książce cała cierpiąca Namibia wydaje się czekać na deszcz. Narastające napięcie idzie bowiem w parze ze zmianą warunków atmosferycznych. Podczas czytania pierwszych stron lepimy się od styczniowego afrykańskiego upału. Czy późniejsze zdarzenia przyniosą katharsis, pozwolą komukolwiek zaznać ulgi, zmienią coś w postrzeganiu tego, co było i położyło się cieniem na rosnącej w sile państwowości kalekiej Namibii?

Myślę, że warto poznać „Godzinę szakala” nie tylko dlatego, iż jest to barwny kryminał (główna bohaterka i jej liczna rodzina to jedyny komizm, jaki można wykrzesać z tego smutnego reportażu o smutnym kraju). To przede wszystkim książka o zniewoleniu, w jakim nadal się tkwi, bo nie rozumie się istoty niepodległości. To też opowieść o niepodległości wywalczonej krwią, która wciąż się leje. O świecie, jaki zapomniał już o zmarłych, pospiesznie tylko numerując ich groby na cmentarzu, bo żywi muszą zająć się sobą i nie mają czasu wspominać.

Jaumann wspomina, przestrzega i kategoryzuje. Ścieżek interpretacyjnych tej barwnej opowieści kryminalnej jest naprawdę wiele. To ważne, że w takiego typu książce znajdziemy dużo więcej niż tylko mroczną intrygę, zdeterminowaną policjantkę i kłody, jakie rzuca jej pod nogi smutna rzeczywistość. „Godzina szakala” to świadectwo. Specyficzne świadectwo tego, iż przeszłość Namibii wciąż jest nierozliczona i coraz mniej jest tych, którzy chcą ją rozliczyć.

2013-06-21

"W szpilkach od Manolo" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Wydawca: Novae Res

Data wydania: 30 maja 2013

Liczba stron: 233

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: O wszystkim, co już było


Chick-lit nad Wisłą miewa się bardzo dobrze. Coraz lepiej. Aż do przesytu doskonale. Wciąż wychodzą kolejne opowieści o tym, jak zagubione w świecie przeżyć bohaterki przechodzą metamorfozę; z brzydkiego kaczątka stają się łabędziem, z zakompleksionej szarej myszki przebojową kobietą sukcesu, z zasmarkanej i zapłakanej cierpiętnicy dumnie wypinającą pierś kobietą, jaka znalazła miłość. Agnieszka Lingas-Łoniewska to pisarka bardzo płodna i pewna swojej wartości. Jestem przekonany, iż moje niezadowolenie i rozczarowanie po lekturze „Szpilek od Manolo” – pierwszej z ośmiu jej książek, do jakiej miałem okazję zajrzeć – dzielnie przyjmie „na klatę”, bo cukrowania ma zapewne już przesyt po licznych słowach zachwytu na blogach książkowych.

Po Katarzynie Grocholi, która każdemu pokazała, zrobiła to i Małgorzata Kalicińska, i Joanna Fabicka, i… nazwiska można mnożyć; wątków, tropów, motywów i poruszanych tematów już nie. „Szpilki od Manolo” to opowieść o samodzielnej kobiecie, która jest przekonana, iż ma nad wszystkim kontrolę. Dumna z siebie i swego życia, choć niezadowolona z pracy i paru innych drobiazgów, idzie przez życie z podniesioną głową. Liliana Arciszewska jest z jednej strony kobietą, jakich wiele (mam tu na myśli korporacyjne, zdeterminowanie na sukces i wyniki przodowniczki pracy kapitalistycznego więziennictwa). Z drugiej – skrywa w sobie pasje, lęki, nadzieje, poglądy i odczucia, jakie rzadko tak się mogą skumulować w jednej płci pięknej i rzadko też kobieta takowa pozwala poznać się naprawdę. Liliana pozwala. Przede wszystkim na to, by przez moment porzucić samokontrolę i oddać się sile rosnącego w niej uczucia. Bo wszystko zaczyna się od impertynencji, czarnej beemki, stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu, bajecznie niebieskich oczu i testosteronu, który unosi się w zatęchłym powietrzu parkingu, gdzie pewien mężczyzna pozwolił sobie na samowolkę przy parkowaniu.

Liliana sama zapracowała na swoją niezależność i jest z tego powodu bardzo dumna. Bez uwieszania się na męskim ramieniu i sięganiu do portfela tegoż dorobiła się własnego mieszkania i samochodu. Dodatkowo wie, że twardo stąpa po ziemi nawet wówczas, gdy odbija się od niej stukot jej ulubionych szpilek. Pracę ma specyficzną. To system i połączone w coś sekcje zajmujące się czymś ważnym, czyli niczym w ogóle. Zatem korporacja. Nieodkryta tajemnica dla tych, którzy nie dostąpili zaszczytu pracy w czymś takim i których pytania o to, czym się tam w zasadzie konkretnie zajmujecie, zbywa się odpowiedzią „tym i owym”. Liliana swej pracy nie lubi, co chyba podważa jej enigmatyczny sens. Najchętniej otworzyłaby jakąś knajpkę, zajęła się recenzowaniem na blogu nowości wydawniczych, przygarnęła kilka kotów więcej i … zakochała się. Tyle tylko, że trudno jest zakochać się komuś z takim poczuciem odpowiedzialności za zdrowy rozsądek, jaki zawsze nią kieruje. Nawet wtedy, gdy emocje na chwilę górują, z ust pada przekleństwo okupione karną monetą wrzuconą do świnki – skarbonki, a rozum odmawia posłuszeństwa, kiedy nogi uginają się przed przystojnym Michałem Maliszewskim.

Agnieszka Lingas-Łoniewska chciała stworzyć lekką i przyjemną książkę, którą ma się czytać emocjami oraz dzielić się nimi, uznając za przekonujący argument, iż mamy tu do czynienia z dobrą literaturą. „Szpilki od Manolo” nie są książką ani odkrywczą, ani mówiącą cokolwiek nowego o skomplikowanym świecie kobiecych doznań. Początkowy zgrzyt, jaki mnie dotknął, to konwencja, w jakiej ma być to pisanie ujęte. Komedia, kryminał, romans, powieść sensacyjna? Komizm sytuacyjny chwilami rzeczywiście broni tę powieść, bo jest przy czym po prostu się uśmiechnąć, natomiast wątek kryminalny z nutą sensacji trąci już lekkim dyletanctwem, albowiem nie tyle toczy się ślamazarnie i do bólu przewidywalnie, co nie ma żadnych konturów, żadnego pogłębionego tła. Lingas-Łoniewska chciała za wszelką cenę książkę wzbogacić o coś nowego. A przecież to romansowa historia odwołująca się do prostych pragnień kobiet, które w literaturę chcą uciec, oszukane życiem.

I z autorką jest pewnie tak, jak z samą Lilianą, która mówi: „Ciągle czegoś szukam. Notorycznie wszystko gubię”. Odniosłem wrażenie, że konstrukcja „Szpilek od Manolo” sama się wciąż szukała; że do ostatniej kropki wędrowało się po omacku, że imperatywem było jedynie, aby odwołać się do modnych nurtów i trendów społecznych oraz sportretować przemianę. Słabo osadzoną w czasie i przestrzeni. Słabo też wyeksponowaną charakterologicznie; Liliana bowiem nie zmienia się, w znacznej mierze dostosowuje punkt widzenia do punktu widzenia swego ukochanego. Niby nadal jest niezależna, ale w układzie, do jakiego kieruje ją serce, będzie musiała pójść na kompromisy. Konstrukcji psychologicznej głównej bohaterki można zarzucić sporo. Przesycenie w Lilianie cech dystynktywnych kobiety samotnej i dzielnej jednocześnie, czyni z niej postać, która z trudem na dłużej zapadnie w pamięć. Mimo tego, że bardzo i za wszelką cenę chce być wyraźna.

„W szpilkach od Manolo” autorka bawi się stereotypami, ośmiesza wszystko – nawet to, co nie jest śmieszne. Uciekając od stereotypów, boleśnie nimi wciąż operuje; co gorsza, wpada w stereotypy gorsze niż te, które chce wykpić. Wartka akcja, dość interesująca fabuła, feministyczne wycieczki ku skądinąd ciekawym kwestiom… Tak, jest w tej książce coś, co może zainteresować. Zakończę truizmem samej Liliany, resztę oddając milczeniu - „Każdy lubi to, co lubi”. Lubić można to, o czym pisała Szymborska. Pytanie o to, czy wielką sympatią stworzy się jakość. Literacką jakość.

2013-06-19

"Problemski Hotel" Dimitri Verhulst

Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 13 maja 2013

Tłumacz: Sławomir Paszkiet

Liczba stron: 152

Oprawa: miękka

Cena det: 29 zł

Tytuł recenzji: Stygmat uchodźcy


Dramat rozpoczyna się w momencie, kiedy skaner na granicy odróżni skulone ciało od ładunku pomarańczy. Zaczyna się wówczas bycie uchodźcą. To status, ale jednocześnie stygmat. Czyj stygmat?

Między innymi Asi z okaleczoną pochwą. Tak to już jest, bo „wycinanie narządów płciowych to kultura. Niewycinanie narządów płciowych to cywilizacja. Człowiek jest ssakiem miłującym kulturę”. Kogo jeszcze? Lídii – nastoletniej uciekinierki, która zabiera ze sobą skrzypce, bo one są najważniejsze. Zhańbionego Shaukata, którego małżonka porzuca w obozie dla uchodźców, by szukać wolności na własną rękę. Maqsooda z przekrwionymi oczami, który widział śmierć rodziny, przekroczył 20 granic, a teraz chce przekroczyć granicę niemożliwą – ożenić się z Belgijką i uwolnić od piętna statusu uchodźcy. Jest jeszcze Stipe z przetrąconym kręgosłupem dzieciństwa. Jest Ifeanyi, podstarzały rowerzysta – amator traktujący sygnalizację świetlną jak bożonarodzeniową ozdobę. Jest również Martina, która pragnie ukatrupić dziecko, jakie właśnie urodziła i są także inni. Wielu innych. Nieszczęśliwi, zagubieni, oczekujący. Ci, którzy uciekli z piekła i wierzą, że znaleźli się w wolnym świecie. Ci, którzy często nigdy nie pojmą, czym jest prawdziwa wolność.

Książka Dimitrija Verhulsta zrobiła furorę jakiś czas temu. „Problemski Hotel” to nie tylko fabularyzowany dokument, który opisuje, z jaką niechęcią albo obojętnością Belgia traktuje uchodźców. Autor prezentuje szereg poważnych problemów w krzywym zwierciadle; czarny humor, zjadliwy chwilami, czasami wręcz doprowadzający do łez, staje się swoistym antidotum na dramaty, których opisywanie nie jest w żaden sposób łatwe, a tym bardziej nie wiąże się z komizmem. Tym niemniej jest się z czego pośmiać, bo kiedy płakać już nie ma sensu, pozostaje śmiech przez łzy. Galeria postaci mieszkających w obozowych kontenerach to ludzie, którym przyglądamy się z ciekawością i sympatią. Tacy, co przybyli do Europy w akcie desperacji, tak samo desperacko szukając w niej jakiegoś punktu zaczepienia. Chcą zacząć nowe życie. Niejednokrotnie chcą je zacząć tak w ogóle, bo tam, skąd pochodzą, nie żyli naprawdę. Verhurst wskazuje pewną różnicę i każe się zastanowić nad istotą dramatów uchodźców. Czy ci z krajów bloku wschodniego, którzy po prostu chcą poprawić swój byt równi są czarnoskórym i muzułmanom, jacy zwyczajnie o byt walczą, bo nigdy nie zaznali normalności w krajach, gdzie zabija się z taką łatwością, z jaką w Belgii wydaje pisma odmowne, skazujące emigrantów na powrót do piekła, z którego uciekli?

Narratorem jest człowiek z bolesną przeszłością. Bipul Masli rozpoczyna swą opowieść od momentu, w którym zrobił zdjęcie swego życia. Zdjęcie konającego dziecka. „Chciałem je sfotografować umierające. Nie umarłe, bo to może przecież zrobić każdy”. Takie fotografie zapewniają sławę i pieniądze. Bipul nie zdobył ani jednego, ani drugiego. Opowiada o tym, jak los związał go z fotografią. Tego dnia, gdy wykonał pierwsze zdjęcie swej starszej siostry, której głowa weszła w drogę kuli… Masli zadziwia od pierwszych stron i wzbudza ambiwalentne uczucia. Czy ten człowiek rozumie, czym jest dobro, a czym zło? Gdzie leży granica między nimi? Co jest sacrum, a co profanum? Jak wygląda kodeks człowieka moralnego? Autor „Problemskiego Hotelu” pokazuje, że my, wszyscy cywilizowani Europejczycy, mieszkańcy kapitalistycznego raju wolności, sami nie znamy odpowiedzi na te pytania. Uchodźców potraktowano by z należną im niechęcią (nikt ich nie zapraszał, nikt nie będzie łożył na ich utrzymanie, nikt się z nimi nie zintegruje), ale polityczna poprawność nakazuje grę. Dla Belgów na kartach książki Verhursta relacje z emigrantami to wieczna gra. Gra na pisma, dokumenty, nakazy, zakazy, symulowanie serdeczności, ciepła, otwartości i zrozumienia dla problemów. Czy ktoś, kto chodzi syty, ubrany, ma gdzie mieszkać i co jeść, a nad jego głową nie świstały kule i nie przemierzył tysięcy kilometrów ukryty w ciężarówce lub na statku jest w stanie zrozumieć, że uciekinierzy z innych krajów mają jakieś problemy?

Bohaterowie tej książki starają się zabić czas, podczas którego oczekują. Dwa negatywy z urzędu państwa prawa i wolności wiszą nad nimi niczym miecz Damoklesa. Trzeci negatyw i powrót do ojczyzny gwarantowany. Nikt tego nie chce, ale nikt też nie jest w stanie zbliżyć się do mentalności i kultury tych, u których goszczą. Nie wystarczy opanowanie podstaw niderlandzkiego oraz pobieżne zapoznanie się z prawami i ustawodawstwem. Nie wystarczy pojąć za żonę Belgijkę, by stać się Belgiem. Nie jest osiągalne pozostanie w tej przestrzeni i czasie tak naprawdę, kiedy nie rozumie się do końca swej tożsamości. Co rozumieć, kiedy trzeba było uciekać; kiedy jedynym przejmującym stanem był paraliżujący strach, który pchał do działania, do ucieczki, do porzucenia miejsca swych narodzin. Uchodźcy Verhulsta starają sobie umilać gorzkie życie. Prostymi sposobami. Tak, by nie zwariować. Bo skoro przeżyło się ekstremalne warunki i nielegalnie przekroczyło granice, niczego bardziej strasznego doznać już nie można. Chyba że jest to trzecia, decydująca o powrocie negatywna opinia urzędowa. Chyba że Belgia pokaże swą okrutną, mało humanitarną twarz. Chyba że przyjdzie wrócić do tego, od czego uciekło się nie tylko fizycznie. To są właściwie niemożliwe do opisania dramaty. W tej książce nabierają barw, stają się wyraźne. Ta fabuła to protest wobec bezduszności polityki państw, gdzie emigranci szukają ratunku. Każe też zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście słusznym byłoby przyjmowanie każdego, kto zechce szukać nowego życia w innym, lepszym od swojego kraju…

„Problemski Hotel” czyta się szybko, choć opisane obrazy na długo zapadają w pamięć. Trudno się także zdecydować, czy można uśmiechnąć się podczas lektury, bo z jednej strony to zapis boleści niewyrażalnych słowami, z drugiej zaś słowa dowcipne pomagają ogarnąć i oswoić ogrom cierpienia uchodźców. Dmitri Verhulst stworzył powieść prowokacyjną i inteligentną. Chciałoby się po przeczytaniu zapomnieć o tym, co napisane. Bo przecież trudno ogarnąć ogrom zła, kiedy się go nie rozumie. A ci, którzy starają się o azyl, nie rozumieją i kraju, w którym chcą się odnaleźć i samych siebie, okaleczonych emocjonalnie oraz fizycznie; z ranami, jakich nigdy nie za się zaleczyć. To taka problemska książka o problemach, których chyba nigdy nie da się rozwiązać.

2013-06-17

"Trzy razy tak!" Janusz Rudnicki

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 7 maja 2013

Liczba stron: 207

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Śmiech i łzy, nihil novi…

Cztery lata po wydaniu "Śmierci czeskiego psa" Janusz Rudnicki jakby się skopiował na dobrej jakości sprzęcie. Podobna objętościowo książka, twarda oprawa, inny co prawda prowokacyjny obrazek na okładce, ale wewnątrz nic nowego. Nic, chociaż to nie opowiadania, a publicystyka. Felietony i historie z życia autora, który uważa, że w dzisiejszych czasach ze wszystkiego można zrobić literaturę. Nie można. To kawał soczystej językowo i słodko – gorzkiej prozy, ale pozostaje pewien niesmak, bo wszystko to już było, o wszystkim przeczytaliśmy. To nadal świetny ironista, dobrze władający piórem prozaik, genialny manipulator i literacki hosztapler, fantastyczny bajarz i wnikliwy obserwator piętnujący absurdy świata. Jednak „Trzy razy tak!” wydaje się zbiorem tekstów złożonych wedle jakiegoś trudnego do ustalenia klucza i nakazu, który przyszedł z zewnątrz; by wziąć to i zebrać, opatrzyć tytułem, zamknąć w twardej oprawie i po raz kolejny wystawić język pisarstwu, polskości, sobie samemu i każdemu z nas.

W pierwszej części (bo będą – co sugeruje tytuł – trzy plus doklejony appendiks) poznajemy specyficznego narratora, niejakiego Kuku. Zastanawia się nad sobą i stawia mało budujące pytanie: „Jestem incydentem, który przydarza się mnie samemu?”. Incydentalne było wszystko, co się wydarzyło, a obecnie wodna przestrzeń wywołuje strumień (sic!) skojarzeń oraz wspomnień, chociaż przecież istnieje tylko czas teraźniejszy i nic poza nim. A jednak coś jest, coś bardzo ważnego było, skończyło się i boli, uwiera, każe rewidować tę teraźniejszość bolesną. Rozliczenie z czasem jest gorzkie. Gdzie upłynął od czasu, kiedy zdało się maturę i przyglądało suszącym się paznokciom Mani? W świecie, gdzie można umrzeć niezauważonym, minęły lata i zdarzyły się rzeczy, o których trudno napisać bez goryczy. Najpierw jest zatem Rudnicki filozofem i melancholijnym samotnikiem, który chce za wszelką cenę nadać samotności znamion stanu wesołego i beztroskiego. Te próby będą się pojawiać jeszcze później. Można samotność wyśmiać. Można śmiać się z niej. Nie można zaprzeczyć, że jest opresyjna, smutna i dotykająca bardziej niż polskość, której można się wstydzić, ale która płynie we krwi od urodzenia, a transfuzja jest niemożliwa…

W drugiej części książki Rudnicki rozważa kondycję współczesnego prozaika. To taki ktoś, kogo nominowali do bardzo ważnej nagrody i kiedy zjawia się na gali jej rozdania, wypina dumnie pierś, już jest gotów wyjść i pokłonić się publicznie, dziękując za nią…,a okazuje się, że nagrodę, kasę oraz sławę kilku miesięcy i kilkudziesięciu fleszy fotograficznych zgarnia ktoś inny. No i dupa. Znowu nie docenili. Znowu jest się tym drugim, trzecim, może nawet kimś z tła wielkości innych piszących. Rudnicki opisuje żałosne żebranie literatów o uwagę. W świecie, w którym literatura znaczy już naprawdę niewiele. To gorzki obraz upokorzenia po ciężkiej pracy, a właściwie ustawicznej walki o swoje pięć minut, które należy się po latach zmagania się z piórem i słowami.

Ostatnia część opisuje Polaka w Luksemburgu przypadki, ale tak naprawdę traktuje o polskości widzianej oczyma ludzi Zachodu. Tu powtarzają się już wnioski i spostrzeżenia z innych książek autora, zatem będziemy mogli się pośmiać z nieudolnego Polaczka i podziwiać jednocześnie jego spryt, dzięki któremu nie ginie i potrafi sobie poradzić. Nawet jeśli to radzenie sobie jest rozpaczliwą próbą zachowania godności, której być może nie ma. Bo Polak za granicą wcale nie brzmi dumnie. Nie brzmi tak również w Polsce, od której uciekać można do innych państw, ale nie ucieknie się od tego, co tkwi w głowie, jest kompleksem i przywarą, boli i żyć nie pozwala. Rudnicki to taki nowoczesny wagabunda, opisywać będzie doświadczenia zagranicznych pobytów i historie poznawania innych kultur, jak choćby afrykańskich Masajów. Tymczasem jest uwięziony na łańcuchu. „Snuję się więc po Europie jak bezpański pies, ale moja buda to Polska, bezsprzecznie”. Dokładniej tą budą jest rodzinny Kędzierzyn-Koźle, gdzie wspomnienia wstydliwie kryją się w lejach po bombach i gdzie czas nie istnieje, a ludzi dawno już nie ma. Tych, których znał, cenił, obserwował. Wszystko inne, a w gruncie rzeczy wszystko tak samo. Tylko miasta się połączyły, co nie dało wymiernej korzyści, bo słowa takie jak korzyść, sukces, mądrość, rozsądek i życzliwość są w Polsce – kraju wszechogarniającego cudzoziemca „ciepła” – pojęciami dość abstrakcyjnymi.

Śmiesznie jest u Rudnickiego, inaczej być nie może. Tym bardziej, że na kartach „Trzy raz tak!” spotkamy w cokolwiek dziwnych rolach takie persony jak Krystyna Janda, Wojciech Kuczok, Hanna Krall, Kazimiera Szczuka czy Wisława Szymborska. O czym poczytamy? O seksie na dachu Złotych Tarasów. O sensie i bezsensie trzepania dywanów. O wyższości kościoła nad biblioteką. O profanacji grobu parkingowego. Także o struganiu marchewki, o podróży w trumnie i skrzydlatych towarzyszach przy posiłku w dworcowym katowickim barze. Poczytamy także o tym, jak to jest mieć kaca i co zrobić, kiedy zachce nam się siku w autokarze. Czyli o bzdurach i bzdurkach, o sprawach mało istotnych i mało absorbujących. Rudnicki ze wszystkiego uczyni opowieść dobrą. Tyle tylko, że pytaniem otwartym jest pytanie o to, czy zebrane tutaj przemyślenia, historie i narracje naprawdę zapisują się w historii polskiej literatury współczesnej. Czy nieznośna megalomania i przekraczanie granic smaku w krytyce i ironii jest sposobem na to, by naprawdę w niej zaistnieć? Przecież Rudnicki to jest już pozycja, jest marka; po co ją psuć taką książką?

Pomimo mieszanych uczuć, lektura „Trzy razy tak!” była przyjemnością, choć o mało przyjemnych sprawach traktuje. Scenariuszem jest życie. Pełne bolączek i absurdów. Męczące tym bardziej, kiedy jest się Polakiem i nosi się genetycznie wpisane do środka wady narodowe, od których uciec nie sposób i nawet śmiać się z nich nie można terapeutycznie. Janusz Rudnicki, mimo dłuższego pobytu za granicą, zwiedzania świata i poznawania jego różności, wciąż i zawsze uwięziony jest w polskości. Między innymi o tym jest ta książka. I o kobiecie…Także o tym, iż zawsze jest coś do powiedzenia i można opowiadać o tym samym na kilka różnych sposobów. Tyle że zwykle to kolejne opowiadanie o tym samym już nie robi takiego wrażenia.

2013-06-15

"Choroba Libenkrafta" Ołeksandr Irwaneć

Wydawca: Biuro Literackie

Data wydania: 15 maja 2013

Tłumacz: Natalia Bryżko, Natalia Zapór

Liczba stron: 136

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34 zł

Tytuł recenzji: Stygmat plamki


Od razu muszę uprzedzić, że powieści ukraińskiego kolegi po piórze Jurija Andruchowycza nie zmogą osoby kochające czworonogi oraz wszyscy znajdujący się w stanie przygnębienia. Na kartach „Choroby Libenkrafta” miesza się groza z groteską, okrucieństwo z subtelnością; język piękny, gładki i delikatny z przerażającym światem, jaki opisuje. Z rzeczywistością, w której żyć się nie da. A jednak! Irwaneć prowokuje, bo tworzy coś na kształt pamfletu na komunistyczną państwowość, a z drugiej strony mroczny traktat o życiu w mroku, bez szans na zmianę; w świecie, gdzie nigdy nie świeci słońce i gdzie umysły są spaczone ideologią szarości i smutku.

Rzecz rozgrywa się w specyficznym mieście. To miasto biedy i beznadziei. Breja na ulicach odzwierciedla stan duszy jego mieszkańców. Miasto pokrywa pajęczyna torów tramwajowych. Na niektórych mapach miasta w ogóle nie ma. Trudno przewidzieć, czy nadal będzie, skoro żyje w strachu przed groźną epidemią, a wraz z jego blokadą, blokuje się też wypłaty pensji i możliwość oddychania pełną piersią. W tym przygnębiającym miejscu, przedpokoju życia i śmierci, poznajemy Igora. Igor jest aktorem czwartego zaszeregowania w Państwowym Teatrze Dzielnicy Zarzecznej. On i jemu podobni dyletanci otrzymują zlecenie od żwawego reżysera Meteleckiego, aby wystawić na scenie „Króla Edypa”. Wybór przedstawienia nie jest przypadkowy w aspekcie rozwoju zdarzeń i śledzenia losu głównego bohatera. Koledzy z teatru głowią się nad tym, kim jest Sofokles i o czym jest sztuka. Skoro cenzura partyjna patrzy im na ręce, zmuszeni są wystawić niewygodnego dramaturga po swojemu, najlepiej za pomocą pantomimy. Z uwspółcześnieniem, a raczej wbiciem w szare ramy rzeczywistości, w jakiej muszą walczyć z każdym kolejnym dniem tak szarzy obywatele jak Igor.

Świat wokół niego to świat stagnacji. „Nic się nie zmienia. Od wielu lat nic się nie zmienia. Nasi ojcowie i dziadkowie nie pamiętają żadnych zmian. Tak żyło się zawsze. Zmian nie było nigdy. Zmian nie było. Zmian nie mogło być. Zmian nie będzie”. Okazuje się jednak, iż coś się zmienia. Miasto nie jest blokowane bez powodu. Okazuje się, że na ulicach pojawiają się epidemicy. Cierpią na tytułowe schorzenie. Nikt nie kwapi się, by wyjaśnić jego powody ani tłumaczyć, jakie realne zagrożenie niosą zarażeni. Ich się po prostu linczuje publicznie. Zabija z dzikim okrucieństwem bez żadnej refleksji nad tym, co jest przyczyną schorzeń. Objawy są niegroźne, ale widoczne przez wszystkich. Na powiekach epidemików pojawiają się czerwone plamki i to one są stygmatami, które mogą zakończyć życie ich posiadaczy. Ci zarażeni, którzy nie giną pod naporem butów przechodniów czy klucza francuskiego motorniczego tramwaju, rzekomo trafiają na Wyspę i tam poddawani są obserwacji. Szarzy ludzie z szarego miasta potrafią brutalnie zabić za jedną czerwoną plamkę. Świadkiem takiego morderstwa jest sam Igor, który na wstępie jedzie tramwajem do pracy. Nikt – co podkreśliłem wyżej - nie zadaje sobie pytania o to, czym jest choroba, skąd przyszła, co ze sobą niesie i jakie mogą być jej konsekwencje. Choroba jest. Znamionuje zmiany. A przecież w brudnym mieście torów tramwajowych nikt zmian nie oczekuje i każdy się ich boi…

Ołeksandr Irwaneć swoją intrygę snuje dość przewidywalnie, chociaż trudno jest zrozumieć, czym będzie choroba Libenkrafta i jakie może mieć znaczenie. Okaże się bowiem, iż przeklęci staną się wybranymi, a ich piętno może być drogą ku wyzwoleniu. Od ideologii jedynej i prawdziwej. Od szarości, nędzy, bylejakości, smutku. Igor jest postacią centralną tej skromnej powieści nie dlatego, że kryje w sobie coś, co z czasem odkryjemy. Jest taki sam jak inny i jego biografia mogłaby być biografią wszystkich. Alkohol studzący wolę życia i jakikolwiek bunt. Znużona żona, która dziękuje mu za mechaniczny seks. Obcesowa córka, jaka bawi się struganymi z drewna lalkami, a w domu jest pierwszą gotową donieść na tatusia. Igor w tym brudzie codzienności zaczyna jednak przeżywać coś niezwykłego. Dręczące wizje, które mocno niepokoją. Zdaje się widzieć więcej niż inni. Dostrzegać coś, co do tej pory było niedostrzegalne. Z czasem okaże się, iż wizje są zapowiedzią dramatycznych zmian w jego życiu…

Igor jest aktorem z przypadku i głównym bohaterem także z tego powodu. Irwaneć chce sportretować pewną ciemiężoną społeczność i wskazać, do jakiego stopnia stagnacji i marazmu jest w stanie doprowadzić człowieka państwo. To państwo, którego egzemplifikacją jest miasto, gdzie żyje się byle jak i gdzie życie już dawno straciło jakikolwiek smak. „Choroba Libenkrafta” to książka, której może nie zrozumieć człowiek Zachodu. Jej bohaterowie nie szukają wolności i szczęścia, bo pewnie w nich by się zagubili. Starają się utrzymać szare status quo. Potrafią być dla siebie zwierzętami. Zwierzęta zaś tępią bezlitośnie. Nie ma w ich świecie niczego, co dawałoby choć namiastkę radości. To okrutny świat okrucieństwem tych, którzy się nań kiedyś zgodzili. Epidemicy wydają się niebezpieczni. Czy są tacy naprawdę? Do czego doprowadzi odkrycie, co niesie za sobą stygmat czerwonej plamki na powiece?

Zwraca uwagę literacki język pisania o czymś, co nie jest ani piękne, ani wzniosłe, ani też pewnie warte opisu. A jednak Irwaneć próbuje opisać to, co nie daje spokoju mieszkańcom, ale pewnie jemu samemu oraz jego rodakom. Ta proza jest odzwierciedleniem tęsknot, jakie się wypiera. Jest traktatem o istocie Zła, które ktoś kiedyś wtłoczył w pewne ramy, dał mu jedyną i słuszną wykładnię; uczynił w końcu czymś normalnym, poza co nie da się wyjść. O okrutnej Ukrainie… Przesycona wciąż narastającą grozą powieść z pogranicza groteski i mrocznego realizmu jest próbą odpowiedzi na pytania, jakie dręczą tych, którzy uciekli być może na Wyspę przed kostycznymi ideologiami, ale nigdy o niej nie opowiadają, bo nie mają punktu odniesienia, by opisać zmiany. Zmian nie będzie. Szczęśliwego zakończenia także. Obcowanie z prozą Irwanecia będzie bolesne i zostawi gorzki ślad. Czy zatem warto? Tak, bo to książka inteligentna, która wprowadzi nas w grę, jakiej reguł być może do końca nie pojmiemy…

2013-06-13

"Grecy umierają w domu" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 czerwca 2013

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90

Tytuł recenzji: Gdy piekło zaskoczy w raju…

Hubert Klimko–Dobrzaniecki w swej najnowszej powieści udaje Greka – w każdym możliwym rozumieniu tego sformułowania. Powraca do stron rodzinnych opisanych w "Wariacie" i pokazuje, że jest ich nawet więcej niż cztery, bo w tej piątej kryje się ze swoimi pragnieniami, lękami i tajemnicami Ojciec głównego bohatera. To jest powieść przede wszystkim o mitologizowaniu ojcostwa. Także książka o poszukiwaniu tożsamości i niemożności jej odnalezienia. O kwestionowaniu męskości i próbach jej zrozumienia. O wszystkich dobrych i złych wspomnieniach, jakie pozostały w głowie autora po Grekach – emigrantach z rodzinnej Bielawy. Tych, którzy musieli uciekać, a potem trudno im było wrócić. Taka egzystencjalna narracja z lokalnym kolorytem, jaka rozrasta się w symboliczną historię o tajemnicach i globalnym problemie wszystkich tych, dla których poznawanie siebie naprawdę jest sięganiem do bolesnej przeszłości i nazywaniem w niej na nowo tego, czego wcześniej nazwać się nie dało.

Sakis Sallas przekroczył pięćdziesiątkę. Przybywa do greckiego Lefkes, by w skupieniu napisać książkę. Dom pracy twórczej przypomina wyraźnie krakowską Willę Decjusza, gdzie pisarze w ramach stypendium spotykają się, by pisać. Miejsce, do którego trafia Sakis, jest niczym cała Grecja w pigułce. Znajduje się tam galeria postaci z charakterem. Dom ma liczne wady, tkwią one w szczegółach… i w ludzkich duszach. Dodatkowo słyszymy echa greckiego kryzysu ekonomicznego, gdzieś daleko trwają uliczne strajki i jest dość niebezpiecznie. Sakis jest przekonany, iż w Lefkes czas się dla niego zatrzyma i że znajdzie warunki, by pisać. Tyle tylko, że pisanie w jego przypadku to sięganie nie tyle wstecz i przypominanie sobie polskiego domu rodzinnego, którego już dawno nie ma. Będzie to także okazja do konfrontacji z samym sobą, ze swoją świadomością emigranta powracającego do kraju rodziców, ale czującego się przecież Polakiem, Polonosem nazywanego, zagubionego w sensie i bezsensie tożsamości narodowej, jakiej chyba nigdy nie pojął. Sallas skonfrontuje się także z bolesną prawdą o rodzinie, której poświęci książkę. Pozna radosną trzpiotkę Ersi Papadopoulos, która szybko wzbudzi jego zaufanie i ciekawość, a która będzie musiała się mierzyć z traumą, jakiej on doświadczył kiedyś – z odejściem Ojca.

Ojciec Sakisa tak naprawdę nigdy od niego nie odszedł. Ani wtedy, gdy umarł, ani też później, kiedy Sallas rozpoczął nowe życie w Grecji. Wrócił tam, dokąd trudno było wrócić jego rodzicom. Nawet wówczas, gdy zmieniła się sytuacja polityczna i po 1975 roku greccy emigranci wojny domowej 1947 -1949 mogli pojawić się w odmienionej, otwartej dla nich ojczyźnie. Ojciec – jest w centrum rozmyślań pisarza, jest wspomnieniem nadrzędnym, wiecznie żywym i bolesnym. Pisarz mitologizuje jego postać i czyni to w stylu iście z Schulza. Rudobrody Posejdon na zielonym tronie. Jest dla syna Bogiem, choć sam gdzieś Boga zgubił, czytając wielokrotnie Pismo Święte. Ojciec jest dla Sallasa nie tylko nim. Jest właściwie wszystkim - „Filozofem, sportowcem, żeglarzem, wojownikiem, klaunem, cwaniakiem i wynalazcą”. Zapisuje się w jego pamięci jako człowiek lubiący zmiany. Sprytny kombinator, bielawski taksówkarz bez powołania. Kontrastem jego Matula, wiecznie zapracowana na kilka zmian, wiecznie dziękująca za dobroć i łaskę temu, który przecież jest Nieobecny i z którego kpić potrafi Ojciec.

Poznajemy wiele historii, dzięki którym możemy przyglądać się mocnej relacji między ojcem a synem. Te historie to taki śmiech przez łzy, bo komizm miesza się tu z nostalgią i wiecznie odczuwalną nutą desperacji, kiedy Sallas wraca do czasu, który dla niego już nie istnieje. Ojciec istnieje nadal mimo fizycznej nieobecności. Emanuje szczęściem jak wtedy, kiedy wybrali się razem na cykady i gdy okazało się, że owadem stanie się skrzeczące ptaszysko, dzięki któremu Ojciec zacznie sypiać spokojnie. Jest wielki, światły i fascynujący, gdy snuje swoje marynarskie opowieści i opisuje przeżycia z Brazylii czy Urugwaju. Urasta do miana kombinatora  niespełnionego, kiedy wraz z miejscowym socjalistą Feliksem Niedobrzanieckim (sic!) i charyzmatycznym ekshibicjonistą Szałejką dopuszczają się przestępstwa, aby otworzyć w Bielawie pierwszą grecką tawernę. To człowiek będący autorytetem i zagadką. Sakis przygląda mu się po latach tak, jak nie przyglądał się nigdy za życia. Tego życia chciał się wyrzec, gdy Ojciec odszedł z tego świata. To życie będzie niosło jeszcze jedną zagadkę, z którą pisarz będzie musiał zmierzyć się w finale opowieści.

Prawdziwi Grecy – jak wskazuje tytuł – umierają w domu. Tak jak Ojciec Sallasa. Poza tym kupują wino na kilogramy, lubią kolor niebieski, nie spłukują papieru toaletowego po podtarciu się i nigdy nie płaczą. Bohater Klimko–Dobrzanieckiego chce być Grekiem, a jednak nie potrafi. Bycie Grekiem, tym prawdziwym, to też kategoria męskości. Męskości kwestionowanej i niepewnej, odkrywanej wciąż na nowo. Sakis nie jest tacy jak Grecy, a przecież nie jest również Polakiem. Przyjechał do ojczyzny rodziców niejako za nich. Jest w raju, gdzie dowie się o czymś, co wyśle go do piekła. Jako mężczyzna nie jest spełniony w rolach męża i ojca. Niepotrzebne mu to było. Tymczasem samotność nabiera nowego wymiaru, kiedy Sallas poczuje dotyk przytulającego się doń chłopca i zbliży z kobietą, wobec której najlepiej będzie zachować dystans, dla swojego dobra. Męskość rozpatrywana jest także w kontekście przywiązania do matki. Temat autor poruszał choćby w "Bornholm, Bornholm". Tutaj matka nie jest źródłem opresji, a tkliwości. Silna kobieta u boku silnego Posejdona. I ona, i on nigdy nie opowiadali synowi o jakichkolwiek krewnych, dalszej rodzinie. Wyjechali i ułożyli sobie życie we trójkę. Czy wychowali mężczyznę z krwi i kości? Co to znaczy być prawdziwym mężczyzną? Być Grekiem?

Klimko–Dobrzaniecki pisze o sprawach trudnych, bo chwilami wstydliwych. Niekiedy nie znajduje już dla nich właściwego rytmu narracji i zaczyna rymować, w melodii rymów tak beztroskiej na pozór ukrywa sprawy mroczne. Takie, o których inaczej nie da się napisać. Nie dane jest Sakisowi skończyć swej książki. Nie dane jest nam poznać tych, których nie ma. Ożywienie ich w pamięci to trud, jakiego podjąć się musi każdy, kto chce zrozumieć siebie. Swą tożsamość i korzenie. Bo co jeśli żadnych korzeni się nie ma? Jeśli wiecznie będzie się Polonosem, obcym w Polsce i obcym w Grecji? Wyobcowanym i osamotnionym, bo najpierw tak było łatwiej, a teraz już inaczej się nie da?

To proza przesycona tęsknotami, melancholią i boleścią. Chwilami nieznośnie dowcipna, chwilami zapierająca dech w piersiach rozmachem i pięknem (opis ojca jedzącego słodkości w cukierni – majstersztyk po prostu!). Hubert Klimko-Dobrzaniecki zabrał nas już w wiele pasjonujących wędrówek po świecie. Z lodowatej Islandii trafimy do greckiego żaru. Takiego prawdziwego i nie mającego większego związku z temperaturą otoczenia. „Grecy umierają w domu” to hołd dla miłości, odwagi i dzielności oraz intymna dosyć rozprawa z własną tożsamością, choć przecież nie ma powodów, aby podejrzewać , że Sakis to alter ego autora książki…

2013-06-11

"Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach" Filip Springer

Wydawca: Karakter/Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Data wydania: 14 maja 2013


Liczba stron: 259


Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Cena det: 49 zł

Tytuł recenzji: Bo architektura jest filozofią…

Ponieważ staram się ogarnąć jak najwięcej nowości wydawniczych, podczas skupiania się na beletrystyce często gubię po drodze dobrych reportażystów młodego pokolenia. Tak oto minąłem się i z „Miedzianką”, i ze „Źle urodzonymi”, ale wiem, do czego wrócić, bo dzięki pasjonującej opowieści o Zofii i Oskarze Hansenach chylę teraz czoła przed Filipem Springerem, który analizując temat, poświęca się mu całkowicie i tworzy dobry reportaż z tezą. Tym samym zaś – kierując się w stronę interpretacji czytelników – realizuje coś na kształt literackiej Formy Otwartej, a tę architektoniczną, wizję i teorię Hansena, odkrywa stopniowo, pozostawiając tyle miejsca na niedopowiedzenia, iż mamy do czynienia z rzeczą nie tylko wartą uwagi, ale przede wszystkim inteligentnie napisaną.

Oskar Hansen zmarł w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych. Taki koniec dany został komuś, kto przez lata mógł być posądzany o to, iż jest niespełna rozumu, projektując architektoniczne dziwactwa, dorabiając do nich filozofię, pragnąc rewolucjonizować system budownictwa miejskiego i przede wszystkim nawołując wciąż do tego, by pytanie o istotę właściwej architektury rozważać także moralnie. Kim był Oskar Hansen? Genialnym urbanistą czy szalonym projektantem, który umieścił tysiące ludzi w blokowisku na Gocławiu, dorabiając im filozofię życia w zygzakowatej komunie z wielkiej płyty, a sam z żoną uciekł do cichego, wiejskiego domku w Szuminie? Bo przecież takich rozwiązań oczekuje człowiek, a nie męki w ciemnym mieszkaniu z widokiem na galerię, gdzie sąsiad sąsiadowi w okno spogląda i gdzie tak naprawdę wszyscy żyją obok siebie. Był wyrastającym poza miejsce i czas wizjonerem, czy zasadniczym, kostycznym, mało sympatycznym i posługującym się językiem pełnym technicznych zawiłości uzurpatorem, który zawsze twierdził, że jego projekty przyniosą innym szczęście? Czy Hansen popełnił błąd, że u progu swej kariery powrócił do zrujnowanej Polski powojennej, a nie pozostał na Zachodzie, gdzie z pewnością doceniono by jego talent i innowacyjne podejście do architektury? A może to przede wszystkim człowiek – zagadka, oddany swoim wizjom i przekonaniom społecznik, dla którego architektura to filozofia, a cel nadrzędny to dawanie architektonicznych niedopowiedzeń wszędzie tam, gdzie narzeka się na budowle skończone, bez wyrazu i bez fantazji?

Zofia Hansen jest tu raczej postacią drugiego planu, bo cała książka koncentruje się na dokonaniach Oskara, na jego trudnej drodze zawodowej i na tym, że nigdy nie przestał być wierny ideom, dla których zawsze brakowało miejsca, bo nie poddawały się wygodnictwu, prostactwu i niefunkcjonalności architektonicznej. Zofia Garlińska pojawia się u jego boku tuż po drugiej wojnie światowej. Poznają się w Warszawie, którą to Zofia pomaga odbudować, działając przy projektach  gmachów zniszczonych w powstaniu 1944 roku. Springer portretuje ją taką, jaką widział Zofię przyszły mąż. Malarka odruchowa, żywiołowa; miała w sobie więcej śmiałości i polotu niż zamknięty w ramach własnych projektów Oskar. Zofia przez lata była jego głosem rozsądku. Łagodziła irytację, tłumaczyła koncepcje bardziej zrozumiale. I pojedynkowała się z mężem, kto lepiej podrobi Rembrandta. Oskar Hansen miał w niej wsparcie zawsze wtedy, gdy go potrzebował. A potrzebował często, choć wielokrotnie dawał do zrozumienia, że jest inaczej i że to on z jego planami oraz ideami może służyć komuś, kto potrzebuje wsparcia.

Projektował zbyt nowocześnie, zbyt odważnie i zbyt fantazyjnie. Jego teoria Formy Otwartej zwracała uwagę, że każdy architektoniczny obiekt powinien być – a jakże! -otwarty na interpretację; winien być strukturą użytkową dla tych, którzy żyją twórczo. Taka forma domagała się kompromisów na etapie projektowania. Spojrzenia na każdy projekt okiem humanisty, architekta rozumiejącego potrzeby późniejszych użytkowników. Hansen uważał swą teorię za innowacyjną i nie zrażał się tym, że podobną wygłosił wcześniej Henryk Wölfflin, bo ostatecznie dotyczyła malarstwa, a nie budownictwa. Budować chciał dla ludzi i wychodząc naprzeciw ich pragnieniom.  Był twórcą teorii Linearnego Systemu Ciągłego, który miałby przeciwstawiać się centryczności miast, narastania budowli wokół ich środka; oddalania się od centrum tych, którzy zdecydowali się zasiedlać miasto później. Tworzył logiczne utopie czy pozbawione logiki projekty, jakim można byłoby przyklasnąć, ale nie w czasie polskiego socjalizmu, w który to Hansen mocno wierzył?

 Był idealistą i nim pozostał. Tymczasem w kraju pozostaje po nim kilka widocznych śladów, które – z różnych powodów – nie mają z ideałami Oskara Hansena niczego wspólnego. Przyczółek Grochowski, planowo Osiedle Szczęśliwych Ludzi, do którego już zaraz po oddaniu do użytku wkradła się partykuła „nie” przed drugim członem nazwy. Miejsce, którego mieszkańcy latami zadawali sobie pytanie o to, czy projektantów tego miejsca interesowało prawdziwe piękno. Miejsce, gdzie żyje się obok siebie, a jednocześnie niezwykła enklawa, w jakiej poza malkontentami mieszkają także ci, dla których rozwiązanie Hansena jest w pełni akceptowalne. Sam autor wprowadza się do jednego z bloków na Przyczółku i po napisaniu książki deklaruje, że tam zostanie. Bardzo ambiwalentne są odczucia względem tego osiedla. Jest przekleństwem i  dumą. Tak nazywać można także Oskara Hansena. Co po nim pozostanie? Teoretycznie niewiele. Dzisiaj deweloperzy nie myślą o wygodzie, tylko o zyskach, a szczęściarze z kredytami „że cię nie opuszczę aż do śmierci” przyzwyczajają się do życia w metrażu niekoniecznie z ich marzeń.

Springer szuka obecności Hansena nie tylko w Polsce. Podróżuje do Finlandii, skąd pochodzi architekt. Szuka jakichkolwiek nici łączących przeszłość z tym, co działo się za życia Hansena. Udaje się także do Norwegii, ale tam w innym celu – chce przyjrzeć się temu, jakie ideowe ślady pozostawił Hansen po swojej śmierci i czy jego wileński sen o białych domach kiedykolwiek będzie mieć szansę się ziścić… „Zaczyn” to opowieść o człowieku z pasją, o człowieku silnym i przekornym; o wizjonerze totalnym albo też o ideowcu nie ze swojego czasu i miejsca. Filip Springer dociera do wielu ludzi z jego otoczenia, poznaje materiały źródłowe, wykorzystuje niepublikowany wywiad z Hansenem… podąża śladem jego myślenia przez czas i miejsce, w którym niewiele było możliwości, ale i w systemie, jaki – paradoksalnie – swym zamknięciem otwierał szerszą drogę rozwoju dla Oskara Hansena.

To historia o niepokorności, o wierze w ideały i o idealizowaniu świata. Książka o niezrealizowanych projektach i o spełnieniu u boku rozumiejącej, bliskiej osoby. Hołd złożony nie tyle specyficznemu wizjonerowi architektury, co wszystkim idealizującym rzeczywistość, która wciąż musi się dopasowywać do nich, bo oni do niej nigdy się nie dopasują. „Zaczyn” mówi także o trudnościach, jakie stoją przed każdym, kto w swej działalności wychodzi poza ramy i konwencje, poza określone normy; poza to, co nazwane, zbadane i znane. Oskar Hansen to charyzmatyczna postać i niepowtarzalny talent. Czy jego architektura, jego wizje i idee to coś zamkniętego? Czy też może Forma Otwarta pozwala projektom Hansena wciąż żyć i czekać na tych, którzy zrozumieją i uwierzą? Bo ja wierzę Springerowi – śledzenie historii życia Hansena musiało być niezwykłe i jest kolejnym dowodem na to, że w szkołach nie mówią nam o wszystkim, co ważne, a wiele z tego odkryjemy dzięki wewnętrznej dociekliwości.

2013-06-09

"Dom Czwartego Przykazania" Dariusz Papież

Wydawca: Jirafa Roja

Data wydania: 19 kwietnia 2013


Liczba stron: 161


Oprawa: miękka


Cena det: 25 zł

Tytuł recenzji: Starość – nie brzmi dumnie…

Starość przeraża każdego z nas. Bez względu na to, jak sobie ją wyobrażamy, w każdym wyobrażeniu zniedołężnienie i zależność są tym, co spędza sen z powiek. Mało kto jest w stanie stworzyć tak odważną literacką apoteozę starości, o jakiej czytaliśmy w groteskowej "Rebelii" Mariusza Sieniewicza. Bo ten okres życia, przynajmniej w polskich warunkach, nie jest żadną piękną jesienią; barw coraz mniej, a i poczucie estetyki niepotrzebne, kiedy zwyczajnie musimy polegać na innych, kiedy sami nie jesteśmy w stanie o siebie zadbać. Wydawać by się mogło, że „Dom Czwartego Przykazania” Dariusza Papieża to taka polska odpowiedź na „Dom Róży” Huberta Klimko–Dobrzanieckiego. Obaj panowie, różni od siebie wiekiem i zapewne doświadczeniami, nie tylko jako pracownicy domu opieki społecznej, spojrzeli niezwykle wnikliwie na proces odchodzenia od siebie i bycia balastem dla innych. Nawet dla tych, którzy potrafią się uśmiechać i naprawdę wierzą, że mogą umierającym dać jeszcze choć odrobinę wiary i nadziei…

Pracownik domu opieki dla starców w książce Papieża jest wyraźnie zarysowany. Jego byt określają precyzyjnie wskazane cyfry. 954 złote 96 groszy. Tyle płaci się komuś, kto ludziom u kresu ich życia ma dać jeszcze namiastkę tego, co ludzkie. U Klimko – Dobrzanieckiego o pieniądzach nie ma mowy, bo kto mówi o nich w bogatej Islandii, gdzie zarówno podopieczni mają wysokie świadczenia emerytalne, jak i ich opiekunowie raczej na finanse – w porównaniu z ich polskimi kolegami – nie narzekają. Na dalekiej północy to nie pieniądze są jednak problemem, lecz brak ludzkiej empatii i zwyczajnej troski w podmiotowym traktowaniu starszych ludzi. Mimo żenujących wynagrodzeń nie brakuje tego ani Alicji, ani Kindze, ani Julii ani też Nowemu, przez jedną z pensjonariuszek nazwanemu Robertem. Pracownicy domu opieki sami mogliby jej potrzebować. Odstawiają gdzieś na bok swoje problemy, kiedy muszą się mierzyć z problemami ludzi, dla których skończyły się już w życiu możliwości i szanse.

Alicja jest bardzo zaburzoną emocjonalnie kobietą, która ma duży problem z tym, by uwierzyć w siebie. Chce się podobać za wszelką cenę, a by zdobyć choć odrobinę zainteresowania, lgnie do każdego, kto w upojeniu alkoholowym wydawać się jej może bliski. Kinga ma za sobą więcej lat i większy bagaż doświadczeń. Rozwódka z traumatycznymi przejściami nie da tak łatwo zbliżyć się do siebie kolejnemu mężczyźnie. Nawet jeśli rewelacyjnie tańczy i wszystko, co zepsute, natychmiast naprawi. Trudno naprawić serce Kingi i ożywić jej wrażliwość, bo lata, które minęły, nauczyły ją rozwagi i cynizmu. Nie ma tego wcale u Julii, która także niebezpiecznie zbliża się do rozwodu. Uczucie, jakie połączy ją i Roberta wydaje się czyste, nieskalane, tak proste przecież i tak w swej prostocie ujmujące. Oboje powalczą o siebie. Julia dodatkowo będzie musiała walczyć o spokój, córkę i o to, by agresywny mąż wreszcie przestał czynić życie Julii toksycznym.

Nowy, czyli Robert wydaje się być postacią papierową. Tak to jednak miało pewnie wyglądać, bo Robert to esencja pewnych działań i przeżyć, a nie bohater z krwi i kości. Niezwykle wrażliwy względem swoich starszych podopiecznych, delikatny i jakby niemęski w swej delikatności; kwintesencja idealnego kochanka i najbardziej pochylonego nad potrzebującymi pracownika socjalnego. Robert to autor czy autor to kreator Roberta i wszystkich przemyśleń tej postaci w gruncie rzeczy drugiego planu? Na pierwszym przecież, a jeszcze przeze mnie nieopisani, są starsi ludzie, którym Papież oddaje hołd i mówi o czułości, jakiej być może nigdy w życiu nie zaznali.

Każdy senior w tej książce ma imię. Żaden nie jest potraktowany przedmiotowo – ani przez autora w narracji, ani przez ludzi, którzy opiekują się starszymi w ich jedynym domu; domu, gdzie wielu zapomniało o tym, jak brzmi czwarte przykazanie. Krystyna cierpi na zespół Korsakowa i wyparła z pamięci wszystko to, co przykre. Mało kto ma takie szczęście. Gertuda woli nie myśleć o śmierci i nie zauważać jej wokół. Ucieka w świat Anny Kareniny, która przecież też przegrywa tragicznie. Przegrane seniorów tragiczne nie są. Prozaiczne. Franciszek odchodzi z tego świata, bo po złamaniu biodra w wieku 78 lat nie ma już dla niego większych szans na życie, pod jakąkolwiek postacią. Przybywający na jego miejsce Ignacy wybiera dom opieki… by nie umrzeć w samotności. To wydaje się najgorsze i pensjonariusze w większości doceniają fakt, iż znajdują się pod opiekuńczymi skrzydłami. Ich opiekunowie walczą o swoje, walczą o uczucia i przeżycia, które starość odebrała tym, co może mają nadane imiona, ale nie mają już pełnej tożsamości. Ci, którzy wciąż dzielnie walczą z życiem i o życie oraz ci, którzy przychodzą pomagać za najniższą średnią krajową, są aniołami w świecie, gdzie – jak twierdzi Emilia – starość jest karą za wszystko złe, co się w życiu przeżyło i wyrządziło.

Wydawać by się mogło, że „Dom Czwartego Przykazania” to książka, która ma potencjał, ale go nie wykorzystuje. Trudno wyraźnie wskazać, czy winna temu psychologiczna płytkość niektórych wywodów, czy brak pogłębienia kwestii istotnych, bo przecież ścieranie się młodości oraz witalizmu z końcem i odchodzeniem, może nasunąć co najmniej kilkanaście nowatorskich rozwiązań fabularnych. To mogłaby być wielka książka o sprawach ostatecznych. Papież tworzy w gruncie rzeczy ciepłą i dość przewidywalną narrację, której brakuje czegoś wyjątkowego. Sam bowiem temat, przeżyte przez autora doświadczenia, można byłoby przekuć na literaturę naprawdę zapierającą dech w piersiach. I nie twierdzę, iż Papież ma się uczyć od Sieniewicza czy Klimko–Dobrzanieckiego. Z takimi doświadczeniami i z takim tematem mógłby stworzyć książkę wyśmienitą. A mamy w miarę dobrą. Ładnie skomponowaną. W gruncie rzeczy prostą historię, która ma wzruszać. Przyznam jednak, że zaczynając czytać, liczyłem na coś więcej. Może na coś innego. Bo o starości nie napisano jeszcze wszystkiego ani nie wykorzystano tego tematu nad wyraz twórczo. Dlaczego? Zamknę rozważania słowami, od jakich zacząłem. Starość przeraża każdego z nas…

PATRONAT MEDIALNY

2013-06-07

"Jutro przypłynie królowa" Maciej Wasielewski

Wydawca: Czarne

Data wydania: 17 kwietnia 2013


Liczba stron: 166


Oprawa: twarda


Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Tajemnice na Pacyfiku



Pitcairn. Najprawdopodobniej większość z nas nie wie, co kryje się pod tym słowem. Pewnie gdybym na lekcjach geografii nie objawiał skłonności do poznania wszelkich zależnych i niezależnych terytoriów Oceanii, nie wiedziałbym o tym skrawku lądu wciśniętym gdzieś w głąb Pacyfiku, który jest częścią Wielkiej Brytanii, częścią Unii Europejskiej i miejscem, gdzie stworzono coś na kształt mikrospołeczności strachu, bo o tym opowie między innymi świetny reportaż Macieja Wasielewskiego. Autor dotarł na Pitcairn, gdyż przebywał w leżącej nieopodal Nowej Zelandii i poznał niejaką Veronikę. Uciekinierka walcząca z dystymią, bez poczucia pewności tego, kim jest. Wciąż w lęku i stale niepewna siebie. Udało jej się zniknąć z Pitcairn. Wcale tego nie chciała. Nie chciała też, by robiono z nią to, co robiono. A złowrogi warkot motoru będzie słyszeć w głowie już zawsze…

Wasielewski dużo ryzykował, docierając do Pitcairn – miejsca, w którym najlepiej nic nie widzieć, nic nie słyszeć i nic nie mówić. Historia wykorzystywanej seksualnie Veroniki, dla której życie będzie ciągłym pasmem niepokojów okazała się jedynie wierzchołkiem góry lodowej tajemnic, jakie kryje w swych nieco ponad 4 kilometrach kwadratowych jedyna zamieszkała przez ludzi wyspa z tego małego archipelagu. Bo jest to miejsce niezwykłe i wrogie komuś, kto przybywa z zewnątrz. „Pitcairn – tysiąc kryjówek i pułapek”, tysiące niedopowiedzeń i zasłona milczenia na to, co czeka urodzonych na wyspie np. słabych czy nieprzydatnych. Pitcairneńczycy z dużym dystansem podchodzą do wszystkiego, co przybywa do nich z reszty świata. Nie mają lotniska, nie wybudowali nawet portu. Niechętni wobec Brytoli, dwulicowi względem królowej Elżbiety II (podczas wizyty księcia Filipa na wyspie eksponują portrety tej, której wielu nienawidzi); wyraźnie nastawieni na przetrwanie w swoim własnym gronie, w zamkniętej komunie rządzącej się swoimi zasadami. Nic, co obce nie wydaje się być dobre. Nikt z zewnątrz nie jest mile widziany. Wasielewski podaje się za antropologa i otrzymuje możliwość zejścia na ląd. Wraz z nim zejdziemy do raju, który wydaje się piekłem. Albo też może do piekła na ziemi, jakie mieni się rajem, kusi i wabi wszystkich tych, co nie pojmują, czym jest życie, jego zasady, etyka i moralność na wyspie zależnej od Wielkiej Brytanii, ale wciąż stawiającej się wobec niej w wyraźnej opozycji.

Duże jest ryzyko pójścia w stronę streszczenia, kiedy chce się przeanalizować ten reportaż. Autor tworzy formę bardzo skondensowaną. Każde zdanie jest maksymalnie nasycone treścią. Z każdego wynika kolejne, po nim następne. Wasielewski stawia pytania, nie ocenia. Łatwo być tendencyjnym, kiedy pozna się kilka tajemnic wyspy Pitcairn i kiedy zrozumie się, iż dzieje się i działo na niej to, co cywilizowany świat musi potępiać. Tymczasem w „Jutro przypłynie królowa” mamy do czynienia z wielorakim obrazowaniem kilku istotnych problemów. Głos zabierają ci, którzy chcą pozostać anonimowi. Nowozelandzkie świadectwo Veroniki to pewien glejt, dzięki któremu Wasielewski uzyskuje cel obserwacji wyspy. Szybko wraz z nim dostrzeżemy, że tego, co na niej jest, tak naprawdę nie da się dojrzeć w pełni przy największych nawet chęciach zrozumienia i poznania, co buduje zamknięty świat ludzi z piętnem przodków, buntowników i morderców, gwałcicieli i szumowin; ludzi z tahitańskimi genami zła, jakie rozsiane zostało wszędzie i stając się normą, jest jedynie uzasadniane jako norma.

Mieszkańcy Pitcairn są wspólnotą od 220 lat. Wspólnotą w zaniku, bo coraz mniej mieszkańców liczy wysepka, na której znajduje się około 4 kilometrów dróg, ale która obfituje w liczne quady, ma dostęp do Internetu i telewizji satelitarnej, mieni się rajem dla turystów i skrywa w milczeniu to, o czym wiedzą tylko autochtoni. Ta społeczność latami broniła dostępu do siebie innym. Inni to Obcy bądź Judasze. Za kogoś takiego uznana jest osoba, która przybywa z rdzennym mieszkańcem Pitcairn, by osiąść na wyspie. Albo taka, która zdradzi. Powie zbyt wiele Brytyjczykom czy ogólnie światu. Ta specyficzna wspólnota wyzbyła się namiętności i ostatnio także Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, którego wyznawcy nie wierzą w piekło (bo mają je na co dzień?),a  modlitwy kierują tylko o zdrowie i deszcz. Porządku pilnują młodzi, zdrowi i silni Chłopcy. Stoją też na straży ciszy, by nikt nie poznał mrocznych tajemnic wyspy. Choćby tego, że gwałcą nieletnie kobiety. Dla nich kobieta to pochwa, a gwałt to zaspokojenie pragnienia, jak zaspokojenie głodu na przykład. To oni spowodowali, że Veronika wyemigrowała. Oni i im podobni mężczyźni skazani w spektakularnym procesie z 2004 roku wedle angielskiego prawa, sami zbudowali sobie więzienie, a wiele z oskarżających ich kobiet wycofało zeznania, bo choć gwałt udowodniony, nie nazwano go przestępstwem i nie dostrzeżono tego okrucieństwa, którego cień zauważył w płochliwym wzroku Veroniki Maciej Wasielewski.

Mikrospołeczność Pitcairn ma swoje priorytety i swoją moralność. Etyczne odniesienia do „tu i teraz” pozwalają na to, by z rzeczy okrutnych czynić normę. Jakże zaburzona jest ich percepcja świata, skoro ananasy nazywają jabłkami, bo ich przodkom chciało się skrócić angielską nazwę owocu, a na Pitcairn jabłka nie rosną? Tam ludzie mają własne definicje na sprawy, które reszta świata nazywa inaczej. Nie chcą ingerencji tego świata. Potrafią sami o siebie zadbać. Jednocześnie budują maleńką cywilizację strachu, w której jest zbyt wiele niedomówień i kłamstw. Nie ma między nimi agresji fizycznej, a jednak co jakiś czas sąsiad sąsiadowi podtruwa drzewa. To społeczność zależności – każdy każdemu coś jest winien. Przy obcych jednak należy milczeć. „Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu – knują i zwalczają się po cichu”. Pytanie o to, czy zmniejszająca się populacja to dowód na to, iż w taki sposób żyć nie można i się nie chce, emigrując do świata wolności i swobody – mówienia i myślenia.

Uważam, że lekkim nadużyciem jest interpretowanie reportażu Macieja Wasielewskiego jako symbolicznej, alegorycznej nawet opowieści o ziemskim piekle tworzonym przez ludzi. Oczywiście, widać w tej historii coś, co wyraźnie poza czas i miejsce opisu wykracza. Widać także to, że autor opowiedział o konkretnych problemach konkretnego miejsca i ludzi doń przypisanych. Pitcairn to takie symboliczne więzienie, owszem. Z drugiej strony też przestrzeń, z której wielu nie chce się wydostać. I to nie jest metafora całego świata, lecz historia społeczności, która chce za wszelką cenę bronić swojej tożsamości; nawet takiej, jaka oparta jest na złych myślach i złych uczynkach.