Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-10-30

"Studnia" Grzegorz Filip

Wydawca: JanKa

Data wydania: 24 października 2013

Liczba stron: 216

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 28,56 zł

Tytuł recenzji: Tam, gdzie trudniej…

To prawdziwa przyjemność sięgnąć po książkę prostą formalnie, a jednocześnie głęboką i pozbawioną banału przesłania mimo podjętej, banalnej przecież historii o niemożności międzypokoleniowego zrozumienia, która owocuje jedynie milczeniem i odsuwaniem wszystkiego tego, co niewygodne w relacjach gdzieś daleko, poza wartki rytm codziennego życia. To przyjemność poczytać wreszcie o procesie wyzwalania się mężczyzny po niezliczonych książkach o perypetiach kobiet kroczących w rozmaity sposób ku wolności. Największą radość daje jednak fakt, iż „Studnia” Grzegorza Filipa to, co najlepsze, ukrywa dopiero w zakończeniu. Wtedy, kiedy wydaje się, że wiemy już wszystko, rozumiemy bohaterów, ogarnęliśmy ich problemy w kilku różnych wymiarach i zmierzamy pewnie ku przewidywalnemu w naszym odczuciu finałowi. To mądra książka o braku relacji i o relacjach nie tyle kalekich, co trudnych trudnością niezrozumienia tego, w jakim kierunku mają podążać. Interesujące studium alienacji i ekstrawertycznego życia w ruchu gdzieś, gdzie tego ruchu jest na tyle dużo, iż w pewnym momencie nie dostrzega się… stagnacji. Opowieść o ojcu i córce, którzy nie znaleźli czasu, by zajrzeć nawzajem w głąb siebie. Robią to zatem osobno; penetrują swoje wnętrza, z dala od siebie, z dala od wspólnej przeszłości i z przekonaniem, iż jedno nie jest już drugiemu potrzebne.

Dziesięć lat temu Janusz pożegnał dwie ważne kobiety swojego życia. Towarzyszył umierającej żonie do końca, a córkę wyprawił w podróż. Sam jest przeciwnikiem podróżowania; jego fobia jest filozofią jednocześnie, ironicznie traktuje poszukiwanie wyjątkowości w przemieszczaniu się i doświadczaniu innego. Grażyna odrzuciła ojca już dużo wcześniej, zanim jeszcze matka zmarła. Matka, z którą była związana emocjonalnie. Razem tworzyły wspólny front przeciw jedynemu mężczyźnie w domu. Córka wyjeżdża do Londynu, by ukarać nieudacznika, jaki ugrzązł gdzieś na prowincji, nie znając prawdziwego świata. Grażyna wyjechała w złości, zbuntowana. Kiedy ma powrócić po dziesięciu latach, złości wydaje się być jeszcze więcej. Zabiera ze sobą synów – odważnego i przebojowego Juliusza oraz wycofanego Olivera. Przybywa do rodzinnego Lublina tylko po to, by upewnić się, iż kiedyś dobrze zrobiła, uciekając stamtąd. Od życia przewidywalnego. Banalnego. Życia, do którego miał dostęp ojciec, a to przecież jego trzeba było przede wszystkim ukarać, więc decyzja o opuszczeniu przyszła sama.

Trudno powiedzieć, czego oczekuje Janusz. Grażyna nie jest już dziewczyną. To dorosła kobieta, matka dwójki dzieci, świadoma wybranej drogi i oddalona od ojca nie tylko kilometrami, ale odgrodzona murem, jaki potężniał przez lata. Janusz nawet nie usiłuje w żaden sposób zbliżać się z córką, choć przecież tęsknota za nią to było uczucie, jakie dominowało nad wszystkimi innymi. Wraz z przyjazdem obojętnego na niego dziecka, pojawia się w życiu Janusza jeszcze jedna postać. Fantastyczna. Wyimaginowana. A może najbardziej realnie odciskająca się na jego życiu ze wszystkich, kogo dotąd poznał? Tajemniczy nieznajomy czyta w myślach Janusza, namawia go do obcej dotychczas formy dialogu z samym sobą, jaką jest pamiętnik i zabiera w powietrze; uświadamia, że o ważnych sprawach nie myślał do tej pory tak dużo, choć przecież rozmyśla wiecznie i stale analizuje świat, jaki go otacza.

Janusz to syn surowej matki, młodość przeżył ze stygmatem rudego Murzyna. Bardzo szybko nauczył się żyć do wewnątrz, bo tylko taka forma życia była dla niego odpowiednia. Jako mąż był gdzieś obok. Jako ojciec wycofany. Kobiecość pod każdą postacią była dla niego osaczająca i może dopiero znajomość z Ireną pozwoliła mu być w relacji z płcią przeciwną swobodnym w swym zamknięciu i osobliwości. A osobliwością Janusza poza podróżną fobią jest też świadomość tego, że trzeba w życiu wybierać zawsze drogę trudu poznania świata. Żyje na prowincji, ale nie wpuszcza jej do siebie. Dokonuje wyboru z pozoru masochistycznego, ale w gruncie rzeczy przepełnionego samoświadomością. „Jestem tu, gdzie jest trudniej”. To nie tylko słowa w odniesieniu do Lublina, tak smutnego, zapatrzonego w Warszawę, bez mostów i rzeki z prawdziwego zdarzenia, w dzikim stepowym klimacie suchości. Janusz jest w sobie; niezależny w poglądach i świadom niezależności. Tam, gdzie trudniej; gdzie nie przebywają robiący kariery, konsumenci agresywnej papki kultury masowej, podążający za modami, szumem i zgiełkiem. Trudniej jest być tak ze sobą, by godnie znosić relatywizowanie się wartości, mając swoje stałe, bezpieczne, nienaruszone. Trudno, lecz da się żyć.

A Grażyna? Ją poniosło. W świat i z dala od wnętrza. Bo Grażyna żyje zupełnie inaczej. W Polsce wdaje się w romans, traktując swego kochanka instrumentalnie. Ma do tego prawo, zaznała przecież krzywd od mężczyzn. Od zamkniętego w sobie ojca także. W rozumieniu Grażyny on nie podjął życiowych wyzwań; utknął sam ze sobą. Widzimy jednak, że korzystająca z wolności kobieta niewoli się i krępuje coraz bardziej. Wyzwolenie osiąga za to ktoś, komu nie jest na tej drodze potrzebny żaden spektakularny gest ani wyczyn. Janusz ma spokój w  sobie. Grażyna spokoju wiecznie szuka. Oboje z dala od siebie. Z dala od przeszłości, która przypomni się o sobie, zmieniając wiele…

Grzegorz Filip zadaje w „Studni” pytanie o to, czy dziecko ma być coś winne rodzicom i czy rodzice zobowiązani są do tego, by zapewnić potomkowi szczęście w życiu. Wnikliwie analizuje sytuację komplikowaną przez lata milczenia. Pozostawia bohaterów długo z ich milczeniem i nie sugeruje, co można z nim zrobić. Tworzy jednocześnie dość przewrotną historię o istnieniu w dwójnasób; opowieść wskazującą drogi, ale nie nakreślającą celów. „Studnia” zadaje pytanie o to, czym jest spełnienie; w jaki sposób je osiągać i czy wiąże się z wyrzeczeniami, zmianami, konfrontowaniem się z czymś, co inne. Dramat bohaterów prozy Filipa wydaje się być tym samym dramatem, ale przedstawianym inaczej, bo inaczej też się rodzącym. Napięcie między ojcem a córką niwelować będą dzieci, wnukowie. Pojednanie będzie niemożliwe nie dlatego, że nie można porozmawiać, ale przede wszystkim dlatego, iż żyje się w innym kierunku. Do środka i na zewnątrz. Do siebie i siebie odpychając. W studni i poza nią. Konieczne jest zrozumienie, iż szczęścia nie da życie osobne. A u Filipa osobność jest kategorią poznawczą, choć skrytą w opresji i mroku. Inteligentna książka o prostych sprawach, o jakich nie opowiada się po prostu. O wolności, jakiej nie rozumiemy i o niewoli, do jakiej przywykamy na własne życie. I o oczyszczeniu, próbach porozumienia. O życiu trudnym i tam, gdzie trudniej. Nawet wtedy, gdy życie chce się sobie ułatwić.


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-28

"Dlaczego nie poczekałaś?" Wera Gorczyńska

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 15 października 2013

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka

Cena det: 28 zł

Tytuł recenzji: Diariusz, przemiana i powiew nudy

Właściwie to nie wiem, jak podejść do omówienia książki Wery Gorczyńskiej. Trudno mi wybrać; czy mam ze śmiertelną powagą i całkowitym zrozumieniem wagi poruszanych problemów wypunktować słabości tej powieści, czy też może potraktować rzecz lekko i obśmiać zarówno formę, jak i odkrywczość myśli, które – gdybym tę książkę jadł – zgrzytałyby mi między zębami. Myślę, że trzeba jak najbardziej na poważnie. To opowieść o krzywdach zadanych w skrytości i o dialogu, jaki pojawia się zbyt późno, by krzywdy dało się zapomnieć. To historia międzypokoleniowa – o matkach i córkach, które nie mogły znaleźć porozumienia. O konsekwencjach życia obok siebie, życia osobnego i obsesyjnym skupianiu się na sobie. Wreszcie historia duchowego oczyszczenia, ku któremu główna bohaterka podąża drogą postaci ze średniowiecznej literatury parenetycznej. Sam nie wiem, czy to naprawdę książka warta uwagi. Podzielę się zatem wątpliwościami.

Wera Gorczyńska to pseudonim. Autorka pisuje bloga. Niezwykłe! Z okładki dowiadujemy się, iż sporo w życiu przeszła, niejedno przemyślała i odczuła kompulsywną potrzebę podzielenia się swoimi doświadczeniami. Też oryginalne. Książka skierowana jest do czytelniczek, co podkreślono kilka razy, zaznaczając jednocześnie wyraźny stosunek do mężczyzn, co to jałowe życie prowadzą, po jajach się drapią, córki molestują i żony krzywdzą. Oczywiście jest wśród nich jeden, ten niezwykły, wyjątkowy. Może zamiast wskazywać nieświeżość wszystkiego, co ma być rzekomo niezwykłe, przejdę może po prostu do zarysowanej problematyki.

Autorka zaczyna mocno, bo od Arystotelesa. Od myśli, że każde zjawisko można zrozumieć, kiedy znajdzie się jego przyczyny. Dorastająca dziewczyna, która kiedyś uciekła z domu, powraca do niego tylko po to, by pochować matkę. Tę porzuconą z całą świadomością dawno temu. Naiwną wariatkę, która wydawała się nie znać prawdziwego życia. Okazuje się jednak, iż kobiety nie jest wcale łatwo pochować. Nie wtedy, kiedy natrafia się na jej diariusz i poznaje życiowe zapiski, dzięki którym wyłoni się obraz – uwaga! – zupełnie odmienny od tego, jaki przez lata nosiła w sobie zbuntowana córcia. I całkiem poważnie już – wędrówka po zapisanych kartach jest wędrówką, w trakcie której umrą negatywne emocje. To będzie rozprawa z kłamstwami, mitami, z udawaniem. Obie już nie udają. Matka zrobiła wszystko, co mogła zrobić i o wszystkim napisała. Córka po jej śmierci poznaje ją taką, jaką była naprawdę. Zagubioną w domu surowych, kostycznych rodziców. Izolowaną od świata. Samotną. Poznającą siebie do wewnątrz, odkrywającą granice wolności, rozumiejącą odpowiedzialność, mierzącą się z pustką, nałogiem i krzywdami zaznanymi od innych. „Każda krzywda osadza się w nas bardzo głęboko”. Jej córka przeczyta o skrzywdzeniu w tak wielu aspektach, że zapomni przez chwilę o marności swego życia; rzuci się w wir lektury kogoś, kogo dane jej będzie poznać dopiero po śmierci.

Gdy uciekała, była zbuntowaną szesnastolatką, która dusiła się w domu z wyalienowaną matką. Postanowiła wziąć życie w swoje ręce. Stała się cyniczna i z takim cynizmem zaczyna lekturę dzienników. Co one jej mogą powiedzieć o życiu? Przecież ona życie zna i wie, jak się ustawić. Jest bezrefleksyjną japiszonką, wykorzystuje zarobkowo swoje ciało, wszelką wiedzę googluje i jest przekonana, że zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby poczuć się spełnioną. Zapiski matki początkowo chyba do niej nie docierają. Jeżeli już, to w bardzo ograniczonym zakresie, o czym świadczą komentarze. Potem dzieje się już coraz gorzej, bo bohaterka poznaje sekrety nieznanej sobie rodzicielki i dzięki jej zwierzeniom na naszych oczach przechodzi gruntowną przemianę w dojrzałą i świadomą siebie kobietę. Świadomą tym razem naprawdę, bo rozumiejącą piekło życia matki, która w gruncie rzeczy nigdy nie narzekała na swój los i nigdy nie śmiałaby swego dziecka obarczać trudnościami, z jakimi samodzielnie nauczyła się mierzyć.

To byłaby smutna i poruszająca książka, gdyby nie wkręty narracyjne imitujące rozmowy na forach internetowych. Gdyby nie żałośnie pretensjonalne próby poetyckie, które mają w jakimś tam sensie ubarwiać mroczny obraz. Gdyby nie źle dobrana okładka, bo bohaterka to nie zalękniona egotyczka z rozmazanym makijażem i doskonałym manicure. Bo problem z powieścią Wery Gorczyńskiej jest taki, że mamy tutaj trudny do opisania rozdźwięk między istotną i skomplikowaną problematyką, a jej banalizowaniem przez formę i treść, dodatkowo osłabionym przewidywalnym zakończeniem, przy którym miast westchnąć nad opisanymi problemami, oddycha się z ulgą, że to już koniec.

„Dlaczego nie poczekałaś?” to standardowy zestaw traum i neuroz, które w połączeniu z odkrywaniem swojej przeszłości niczym na jakiejś terapii grupowej, nie dają w sumie żadnej przyjemności obcowania z tekstem, bo zgłębia się opisane dramaty na bardzo powierzchownym poziomie, poza który można sobie wyjść, jeśli tylko się chce, ale do tego wyjścia nie zachęca sama książka. Gorczyńska stara się pokazać, że mimo upływu lat i zmieniającej się rzeczywistości kobiety wciąż tkwią w jakichś opresyjnych stanach świadomości, z których często nie mają odwagi się wyzwolić. I obok tej niemocy jest też wielka siła, dzięki której przemiana zawsze jest możliwa, a dzięki solidarności jajników odbędzie się nie tylko świadomie, co przede wszystkim w łączności z tym, co nieprzekazane werbalnie, ale wciąż obecne i wciąż do odkrycia.

Gorczyńska stawia ważne pytania o sens życia, o odpowiedzialność za drugiego człowieka i o granice empatii, ale tak niemiłosiernie spłyca je wszystkie, że mimo głębokiego szacunku do opisywanych ran, jakich zaleczyć nie może wielu z nas bez względu na płeć, nie można powiedzieć, iż lektura porusza. A przecież powinna, choćby dlatego, że opisywane dramaty można przedstawić w sposób co najmniej zastanawiający. Tutaj niewiele się udało. Może Gorczyńskiej świetnie idzie pisanie bloga. Może niech na tym poprzestanie.

2013-10-25

"Cyfrowa demencja" Manfred Spitzer

Wydawca: Dobra Literatura

Data wydania: 14 października 2013

Liczba stron: 344

Tłumacz: Andrzej Lipiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zagrożenie, którego nie widać?

Takie książki są niewygodne. Bardzo niewygodne. Oto bowiem mamy publikację krytyczną względem mediów cyfrowych w dobie, kiedy media cyfrowe nie tyle rządzą światem, co absorbując naszą uwagę, czynią nas bezwzględnie do nich przywiązanymi. Tak, inaczej na wstępie nazwać tego nie można. Odważna publikacja Manfreda Spitzera głośno protestuje przeciw zawłaszczaniu naszego mózgu, naszej świadomości, naszego oglądu świata przez wszystko, co nowoczesne i przyjmowane z hurraoptymizmem. Czy można w XXI wieku krytykować coś, co jest już tego wieku wyznacznikiem? Czy zmusi do myślenia książka, która każe sięgać nam do świata i doświadczeń sprzed ery komputerów, o innych powiązanych z nimi nowinkach nie wspominając? Zanim zarzuci się Spitzerowi anachroniczność, warto zastanowić się, dla jak potężnego lobby komputerowo-medialnego publikacja taka jak ta jest wyraźnym zagrożeniem. Zanim zaśmiejemy się z tez tej książki, zastanówmy się nad tym, co tak naprawdę dobrego media cyfrowe dały naszym mózgom? A jeżeli nawet uznamy, iż nie są na nich zagrożeniem, pomyślmy o dzieciach – bo to na nich głównie skupia się ta książka.

Manfred Spitzer jest ojcem aż szóstki dzieci. To psychiatra, ceniony naukowiec, badacz mózgu i procesów w nim zachodzących. Niepokojący się o to, co widzi. O cyfrowy świat, który zagraża dzieciom; takim jak jego własne, chronione świadomością ojca. Świadomością czego? Przede wszystkim faktu, iż już dawno temu daliśmy sobie wmówić, że komputery, laptopy, tablety i wszelkie inne elektroniczne cuda stworzono po to, by nas rozwijać i by nasze mózgi pracowały dużo wydajniej, otwierając nas szerzej na świat, innych ludzi i na samowiedzę. Ta ostatnia może być jednak licha. Jej się już nie zgłębia. Telefon, telewizor, sprzęt komputerowy – to wszystko jest już przecież codziennością, nad tym nie ma sensu myśleć. Trzeba zaakceptować dobrodziejstwo nowoczesności i rozwijać się tak, jak rozwija się cyfrowy świat wokół. Tyle że ten pręży muskuły za nasze pieniądze, dzięki naszej nieświadomości i dzięki temu, że wariacki pęd do technologizowania każdej dziedziny życia doprowadził już do sytuacji, w której nie zastanawiamy się nad tym, od czego to się zaczęło i do czego doprowadziło.

A życie każdego z nas to życie naszego mózgu. Spitzer zaznacza - „Percepcja, myślenie, przeżywanie, odczuwanie i działanie – wszystkie te procesy pozostawiają w mózgu tzw. ślady pamięciowe”. To o mózgu używanym. Takim, który rozwinie się sprawnie w warunkach, w jakich rozwijał się tysiące lat. Nagle te warunki zmieniły się diametralnie i mamy wierzyć, że oto właśnie odkryto dla naszych mózgów doskonałą i najlepszą drogę rozwoju. Tytułowa cyfrowa demencja to stan, w jaki wpędzamy się na własne życzenie i z własnym przekonaniem, iż ulegamy czemuś słusznemu. Ludzie przez wieki żyli bez techniki i przez wieki żyło im się dobrze. Mózgi zaatakowane mnogością nowych bodźców związanych z rozwojem technologii mogą być skazane na szybszy niż mózgi naszych przodków koniec. Największym złem jednak jest zło wyrządzane dzieciom – sadzanie ich przed telewizorem, komputerem, przed konsolą; wciskanie telefonu komórkowego, iPada, wszelkich wspaniałych wynalazków naszego czasu. Czasu, w którym nie dajemy szansy mózgom, udając jednocześnie, że pozwalamy im na dużo więcej niż kiedyś. Naprawdę tak jest?

Spitzer analizuje wyniki setek różnych badań, które przedstawia w obrazowy i prosty sposób po to, by udowodnić kilka tez. Przede wszystkim taką, iż nie ma dowodów na to, że uwielbiane media elektroniczne wywierają jakikolwiek pozytywny wpływ na procesy mózgowe, zdolności uczenia się i intelektualnego rozwoju. Przez szkoły na każdym poziomie przeszła już z hukiem cyfrowa rewolucja. Co z niej mamy? Czy nasze dzieci przyklejone do elektronicznych gadżetów, wpatrzone w ekrany telewizorów i komputerów, dotykające i wskazujące na tablicach interaktywnych i ogólnie zachwycające się nowymi możliwościami są w jakikolwiek sposób mądrzejsze życiowo? Czy ich mózgi rozwijają się prawidłowo? Użytkowanie mediów cyfrowych wpływa zbawiennie na pracę czegoś, czym jesteśmy od urodzenia do śmierci i co wciąż modyfikujemy. Od jakiego czasu modyfikuje się dziecięce mózgi wedle szablonów określanych przez zbijające wciąż kapitał koncerny elektroniczne?

W obawie przed ostracyzmem współczesna mama kupuje współczesnemu dziecku to, co mają inni, czyli jedną z wielu albo wiele naraz elektronicznych zabawek. Myśli, że jej dziecko jest na czasie. Może jest. Tylko czy jego mózg rozwija się prawidłowo? Czy jego kompetencje społeczne właściwie stymulują portale społecznościowe z pustką, migawkami i brakiem tego, co daje kontakt z prawdziwym człowiekiem? Spitzer opisuje akcje rozdawania laptopów dla dzieciaków w szkołach. Wysyłano je nawet do Rwandy, gdzie tylko 5% placówek edukacyjnych jest zelektryfikowana. Maszyny mają zastąpić prawdziwe uczenie się; przede wszystkim uczenie się naszego mózgu. Kto zauważył znaczący wpływ na rozwój wiedzy i umiejętności tych uczniów, którzy używają sprzętu elektronicznego? Autor z gniewem patrzy na wręczanie laptopów nawet przedszkolakom. I nawołuje – żadne technologiczne zabawki nie zastąpią kaligrafii, nauki liczenia na palcach i słuchania drugiego człowieka, od którego mózg przejmie więcej wiedzy niż od martwego urządzenia, z którym pozostaje sam i które zastąpić ma myślenie, pamięć i umiejętności prospołeczne, bo przecież nowoczesne technologie są w stanie uczyć i wychowywać!

Manfred Spitzer brzmi bardzo wiarygodnie. Nie uprawia demagogii polityków opłacanych przez producentów sprzętu komputerowego. Nie snuje wizji opartych na niczym; na śmiesznym w gruncie rzeczy przekonaniu, iż maszyny pomogą młodym mózgom się rozwinąć. Autor nie jest przeciwny rozwojowi technologii informatycznych i informacyjnych. Każe na nie spojrzeć z dystansu – nie mamy go już my, zainfekowani wiarą we wspaniałą zdobycz dziejów dorośli. W jaki sposób mamy chronić dzieci przed zgubnym wpływem czegoś, co zupełnie bezzasadnie nazywane jest narzędziem służącym do ich rozwoju?

Cyfrowi tubylcy, czyli urodzeni już w czasach, kiedy media były wszędzie, nie są ani mądrzejsi ani też sprytniejsi od ich rówieśników sprzed okresu wielkiej cyfrowej rewolucji. Nie była ona w gruncie rzeczy niczym innym jak bezrefleksyjnym zachwycaniem się nowością, która faktycznie rewolucjonizowała świat. Spitzer w bardzo rozsądny sposób tłumaczy pułapki, w jakich znajduje się w dzisiejszym świecie dziecko; takie, w które wcześniej może wpadli jego rodzice, dzisiaj przyjmujący do wiadomości, że przecież nie ma zła w czymś, co otacza nas na co dzień.

Otacza nas też agresja, atomizacja społeczna, coraz częstsze braki w koncentracji, nagminnie leczona bezsenność i kalekie relacje międzyludzkie, bo czy nie jest kaleki kontakt dwójki ludzi, między którymi znajduje się przynajmniej jedno elektroniczne cacko? Mamy czasy wielozadaniowości. To nie wyższa forma rozwoju, to rozwój działań byle jakich. Jak dzisiaj zdobywa się wiedzę o świecie? Gloryfikując tak zwaną metawiedzę, czyli umiejętność znalezienia źródła? Czy idąc do lekarza, oczekujemy na to, że wygoogluje informacje o narządzie, który nas boli, czy też wykaże się doświadczeniem i wiedzą zdobytą dzięki licznym próbom leczenia tego narządu u innych ludzi? Czy większą radość, pełnię istnienia prospołecznego da nam pękająca liczba znajomych na facebooku, a  nie uśmiech osoby, przy której się znajdujemy? Czy chcemy, żeby w przyszłości nasze dzieci pozbawione zostały wszystkiego tego, co dawał rozwojowi mózgu świat, w którym cyfryzacji nie było, a media nie istniały? Gorzkie to czasy, kiedy utrata możliwości zdrowego rozwoju mózgu jest gloryfikowana i uznawana za przełomową. Czego będą chcieć nasze dzieci w przyszłości, skoro my chcemy – od siebie i dla nich – dzisiaj już tak niewiele?


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-23

"Blogotony" Inga Iwasiów

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 9 października 2013

Liczba stron: 343

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Tony świadome

Etykiet, jakimi opatrzono i nadal się opatruje zarówno samą Ingę Iwasiów, jak i jej twórczość w szerokim rozumieniu tego słowa, jest już bez liku i wypadałoby doprawdy dorwać jakąś publikację, w której dowiemy się, kim Inga Iwasiów jest naprawdę. Wydaje mi się, iż wydane ostatnio „Blogotony” będą satysfakcjonujące dla każdego, kto się nieco zagubił i nie wie już, którą drogę rozwoju szczecińskiej intelektualistki obserwować, na którą zwracać baczniejszą uwagę i którą utożsamiać z nią samą taką, jaka jest naprawdę. Autorka dość przekornie zaznacza: „Już na pewno nie dam tego, co moje, nie opowiem życia”. Tyle że w wydanych zapiskach życie, jej i wokół niej, toczy się żywo, jest wyraźne, stanowi nieodłączny dowód przeżywania i myślenia o tym przeżywaniu.

W „Blogotonach” na początek teksty pogrupowane są tak, żeby porządkować punkt widzenia autorki – najpierw wypowie się jako literaturoznawczyni, potem feministka, następnie podróżniczka i prawie na koniec jako badaczka w sensie ogólnym, analizując przejawy życia polityczno-społecznego w aspektach, które ją naprawdę interesują. O przemijaniu opowiada przede wszystkim jako kobieta świadoma swego wieku, doświadczeń i perspektyw, jakie przed nią. Bo Iwasiów jest wyraźna nie tylko dlatego, że świadoma każdego słowa; używa go tak, by znaczyło dokładnie to, co ma znaczyć. Podoba mi się to, iż jest świadomie wybiórcza. Wie, co nie jest dla niej interesujące i nie zajmuje się tym. Zabiera głos w sprawach, które są dla niej nie tyle ważne, co dotykają istoty absurdów, bolączek Polski do naprawy; tej Polski, z której należałoby najlepiej uciec (substytutem ucieczki mogą być wyprawy do ukochanego Wilna), ale z którą jest się przecież związanym i za którą czasem trzeba odpowiedzialnie zabrać głos. Wtedy, gdy naprawdę jest to konieczne i w takiej konwencji, która jest wyraźna. Z naukowym narzędziem obserwacji i analizy, ale i językiem jasnym dla tych spoza naukowego kręgu. Takie publikacje są potrzebne. Wtedy, gdy można poczytać o czymś wartościowym.

„Blogotony” to nie tyle prywatne rozważania na sprzedaż, co inteligencja, błyskotliwość i czujność, by nie zgubić tych elementów układanki, co zwą się życiem, życiem świadomym; takim męczącym chwilami dość okrutnie i wymagającym, by łykać Stilnox albo inny Zolpic, bo bez farmakologicznego wsparcia duszność i męka świadomości nie dałyby rady odpuścić. „Blogotony” to książka napisana przez lata i publikacja, która wzbudzać może kontrowersje, jak w przypadku każdego opublikowanego zbioru tekstów, z którego robi się potem dodatkowy produkt na półce księgarnianej. Żyjący – jak autorka wspomina w jednym felietonie – najwyżej do trzech miesięcy po wydaniu w dobrej oficynie i w tym przypadku tym bardziej winny omówienia, bo już za chwilę pojawi się dziennik żałobny, „Umarł mi”, o śmierci ojca Ingi Iwasiów, jej ukochanego zegarmistrza, recenzenta-świadomego czytelnika, o jakim opowiada w końcowych wpisach na blogu, które udało się jeszcze zamknąć w tej książce. Spieszę się zatem omówić, by „Blogotony” nie odeszły w niepamięć.

Lubię takie książki, bo jestem anachroniczny i nie kocham cyfrowej rzeczywistości. Przecież mogę sobie wejść na stronę „artPapieru”, do którego też pisuję, wyświetlić wszystkie felietony i czytać, czytać. Mogę zajrzeć na blog, przewertować historię, wisieć przy elektronicznym ekranie i czytać. Tyle że ja wolę czytać coś, co trzymam w ręku. A „Blogotony” można mieć i można do nich wracać bez strachu, że braknie prądu czy że zerwie się połączenie internetowe. Ale przecież nie o tym mam pisać, zupełnie nie o tym. Choć o strachu, o obawach wszelakich, o walce z nimi i stawianiu sobie wyzwań mimo lęków także jest ta książka. Pełna słów. „Słowa same ze mnie wychodzą, nie ma na nie stoperanu”. Udowadniająca, co to znaczy blogować świadomie; w jaki sposób korzystać z narzędzia elektronicznego dziennika tak, by nie znaleźć tam wiecznego raportowania z tego, że się żyje, ale poczytać o tym, co to znaczy życie świadome. W opozycji do kultury masowej, do agresywnego futbolu, do głupoty prasy kobiecej, do patriarchatu opresyjnego, do polskich nienawistników, do bolączek codzienności i do świata, gdzie trudno jest trwać samemu w sobie, być sobą w pełni i znać swoją wartość. Co więcej – mówić głośno o tym, że się ją zna. Mówić o swojej sile i o tym, że ma się rację. „Blogotony” to kryzysowe zapiski kogoś, kto doświadcza jedynie kryzysu braku czasu, by znaleźć go na wszelkie możliwe aktywności; świadome aktywności w życiu, gdzie za świadomość nie jest się cenionym.

Teraz można rzucić garścią tematów i problemów, jakie porusza Inga Iwasiów, by zachęcić do lektury tej pozycji. Można, ale po co? Każdy, kto sięgnie po „Blogotony”, musi mieć świadomość bezkompromisowości,  z jaką autorka mierzyć się będzie ze wszystkim, co wymaga intelektualnego sprzeciwu. Ale to nie jest zbiór tekstów malkontentki, choć może być tak odebrany przez określonych ludzi i określone środowiska. To książka o wiecznym badaniu świata w określonym paradygmacie. Książka o polskich kontuzjach – rozumu i emocji. Zajmujący zapis obserwacji świata, w jakim tożsamość i zdolność jej nazywania wciąż na nowo, każe poznawać siebie zwykle poprzez sprzeciw. Czy „Blogotony” są obiektywne? Oczywiście, że nie! To książka, podkreślam raz jeszcze, świadomej kobiety, świadomej feministki, badaczki-naukowca (proszę wybaczyć męską formę), działaczki społecznej i pisarki, która może sobie pozwolić na tworzenie literatury tylko wtedy, kiedy ma wakacje – od ogromu spraw, jakimi się zajmuje.

Mnie osobiście kilka kwestii szczególnie zainteresowało, ale to już ostatni akapit tego omówienia, moje wyjątkowo prywatne odczucia, można nie czytać; już teraz zdecydować, czy warto sięgać po książkę. Rozważania o perspektywie pisania; tej kobiecej i tej ogólnoludzkiej. O tym, jak pisała swoje powieści. O dumie feminizmu i jej stygmacie. O świadomym czytaniu Lessing, Atwood, Nałkowskiej czy Gretkowskiej. O tym, jak wieść życie, by uczestniczyć w kulturze, krytykować ją, uciekać od narodowych psychoz oraz o tym, jak radzić sobie z rozgoryczeniami. I o komunikowaniu, tym codziennym, tym międzykulturowym. „Blogotony” pozostają ze mną i wiele z nich we mnie. Szkoda że pewnie nie wyjdzie następna książka i muszę teraz śledzić blog przez komputerowy ekran…

2013-10-20

"Czas Żniw" Samantha Shannon

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 520

Tłumacz: Regina Kołek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czas zniewolenia

Trudno jest ogarnąć rozmach, z jakim Samantha Shannon zapowiada „Czasem Żniw” siedmiotomową serię, o jakiej z pewnością przez najbliższe lata będzie głośno. Imponująca jest wyobraźnia młodej brytyjskiej pisarki, która stworzyła futurystyczną wizję nie tyle mroczną, co przede wszystkim sugestywną, bardzo przekonującą. Takiej wizji nie powstydziłby się nawet Orwell; najgroźniejsza z możliwych i najokrutniejsza zarazem, bo pokazująca, że nasze dusze i umysły nie będą wolne od manipulacji. Odważne, brawurowe i przerażające! Pisanie Shannon pochłania bez reszty i wzbudza nie tylko zainteresowanie, ale także strach; opowiada przecież o możliwych ingerencjach w najbardziej intymną przestrzeń, nazwaną w „Czasie Żniw” sennym krajobrazem. To sfera najbardziej osobistych przeżyć, iluzja bezpieczeństwa i przestrzeń wyobraźni. Tam może dotrzeć bohaterka powieści Shannon. Do każdego z nas. Chciałoby się przejrzeć senny krajobraz autorki, bo to zapowiedź naprawdę niezwykłego cyklu.

Mamy rok 2059. Paige Mahoney jest dziewiętnastolatką, która zmuszona była dojrzeć zbyt wcześnie. W tajemnicy przed ojcem podejmuje się pracy tyleż ryzykownej, co ją samą wyniszczającej i pochłaniającej bez reszty każdą możliwą formę energii, którą Paige na co dzień kipi. Bohaterka szybko przestała być niewinną dziewczynką z makowego pola. Tam została zaatakowana przez poltergeista i tam właśnie zrozumiała istotę swej odmienności. Paige bowiem jest Bladą Śniącą, najwyższą formą jasnowidza – śniącym wędrowcem. Typologię tych, którzy mogą zaglądać w dusze innych, stworzył pracodawca Paige, Jaxon Hall. Wedle tego, co głosi jego broszura „O wartościach odmienności”, Mahoney jest medium z ogromną wrażliwością na zaświaty i zatrudniona przez Halla odwiedza dusze innych, naprowadzając je na właściwą drogę, a może po prostu sprytnie nimi manipulując…

Jasnowidzenie w Londynie 2059 roku to jednak przestępstwo. Jasnowidze mają wpływ na to, jak żyją zwykli ludzie zwani ślepcami oraz bardziej pejoratywnie – zgniłkami. Świat, w jakim przyszło im egzystować, to przestrzeń nieustającego zagrożenia i wszechobecnej manipulacji. Nie można skryć się ze swoimi marzeniami, myślami, wyobrażeniami. Życie ludzkie jest w gruncie rzeczy bardzo podłe, a prawdziwego świata, tego naturalnego, dawno już nie ma. Wyrugował go i zniszczył Sajon. Ponoć nie ma teraz bezpieczniejszego miejsca. Ale to tylko gorzka ironia. Sajon wydaje się być piekłem. Jego prawdziwe oblicze pozna jednak Paige w momencie, kiedy w wyniku niesprzyjającego splotu okoliczności, wykorzysta swe umiejętności, by zabić i zaraz potem trafi do karnej kolonii, w której zmuszona będzie walczyć nie tylko o życie. Rozpocznie się trudna droga, by ocalić własną tożsamość; zrozumieć siebie i swój talent oraz pojąć grozę wroga, z jakim Paige wejdzie w skomplikowaną zależność…

Tam, gdzie zesłano Paige, rządzą bezwzględni Rafaici. Nie są ludźmi. W ich żyłach nie płynie krew, lecz ektoplazma. Dwieście lat temu stworzyli przestrzeń, do której zsyła się jasnowidzów, by złamać ich, upokorzyć i kazać stać się takimi, jakimi nigdy nie chcieliby być. Rafaici są potężni i wieczni. Roszczą sobie prawo do tego, by być kimś na kształt bóstw. Z niepokornymi jasnowidzami z Sajonu radzą sobie brutalnie i bezkompromisowo. Z samym Sajonem są w pewnym skomplikowanym układzie. Paige zorientuje się, że aby przetrwać, musi przyjąć zasady gry Rafaitów. A oni boją się mocy Mahoney, która z czasem coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że musi powalczyć nie tylko o samą siebie.

Jej tożsamość zredukowana zostaje do numeru. XX-59-40 trafia pod opiekę enigmatycznego Naczelnika. Ich wzajemne relacje są zawikłane, bo okazuje się, iż Paige nieprzypadkowo znalazła się w posiadaniu Arcturusa i jako wybrana podejmuje pewną grę; musi zachować twarz, pokonać śmiertelnych wrogów i zrobić wszystko, by nie wykorzystali oni jej daru w złym celu. Tyle tylko, że w opowieści Shannon samo zło przyjmuje coraz to nowe definicje i jest czymś, czego nie da się określić w świecie, jaki atakowany jest dodatkowo przez tajemniczych Emmitów z ich dzikością i witalną siłą, jakiej Rafaici nie mogą się przeciwstawić.

Tytułowy czas to cykliczne przejmowanie od Sajonu kolejnych jeńców, jakie ma miejsce co dziesięć lat i odbyło się właśnie po raz dwudziesty. Paige nie dzieli losu większości skazańców; zostaje poddana wielu próbom wytrzymałości i każą jej robić rzeczy, którymi gardzi, a które dadzą jej możliwość ucieczki z piekielnego kręgu Szeolu I. Mahoney szybko odkrywa, iż nowi zesłańcy etapami są przygotowywani do tego, by stać się precyzyjnymi maszynami do zabijania sterowanymi przez Rafaitów. Paige decyduje się na opór i chce pokazać, że nie złamie jej nic w świecie, do którego trafiła, bo tam, skąd przybyła, jej siła i zdecydowanie urosły tak, iż nie da się zniewolić. Tylko czy już wcześniej nie znalazła się w niewoli i czy jej dotychczasowe życie jest tym, za czym warto tak silnie tęsknić?

Samantha Shannon stworzyła swoją wizję z różnego rodzaju detali, jakie niesamowicie budują aurę przestrzeni,  w której zniewolone są umysły, a jedyną szansą na to, by pozostać sobą jest podjęcie się prac, o których nie mówi się z dumą, bo nie ma już chyba zajęcia, które byłoby bezwzględnie etycznie czyste. Świat stworzony przez Shannon to świat opresji, jakiej nie da się opisać wprost. Przyszłość to czas, w jakim nikt nigdy już nie może zostać sam na sam ze sobą. To czas, gdzie trzeba być bezwzględnym i gdzie tożsamość jest nie tyle zagrożona, co nieustannie kwestionowana. Paige Mahoney ma tę tożsamość, ale musi się z nią kryć wyjątkowo umiejętnie. W kolonii karnej nie tylko pozna siebie z takiej strony, z jakiej się nie znała, ale mierząc się z wrogami, mierzyć się będzie także ze swoimi słabościami i intymnymi przeżyciami, które w tym nieludzkim świecie udało jej się mimo wszystko zachować dla siebie.

Ta imponująca swoim rozmachem narracja opowiada o przekleństwie daru jasnowidzenia i jednocześnie o jego wielkości, która czynić może wyjątkowym i niepowtarzalnym. To bardzo mroczna opowieść o zniewoleniu rozpatrywanym w wielu aspektach. Książka, której przesłanie wydaje się jednoznaczne, ale tak naprawdę Shannon zdaje się w niej pozostawiać pewne tropy, które czytelnik podejmie chyba w kolejnych tomach opowieści. „Czas Żniw” to symboliczna opowieść o wielu wymiarach okrucieństwa; takiego, którego nie sposób już nazwać ludzkim. O godności, o jaką walczy się w warunkach, w jakich brak już sił na tę walkę. I o sprawiedliwości, jakiej wciąż się szuka. Shannon napisała jednak przede wszystkim historię o dojrzewaniu do tego, by być wyjątkowym. O sile, którą przeklina się i wielbi jednocześnie. Dotknęła trudnej problematyki egzystencjalnej osadzonej w przyszłości, ale jednak tak dobrze nam znanej z tego, co widzieliśmy lub widzimy teraz, nie w 2059 roku. Nade wszystko jest to świetnie skrojona powieść fantastyczna z elementami grozy i sensacji, od której nie sposób się oderwać. I dynamika zdarzeń będzie zapewne siłą napędową tego tytułu. Zachęcającego, by sięgać po kolejne.

Wejdź w mroczny świat Samanthy Shannon, jeśli masz odwagę. Pamiętaj, że tam kontroluje się wszystko – przede wszystkim dusze i umysł. I nie można tego świata opuścić! Ta fantastyczna wizja może nie tylko uwodzić, ale także uwięzić. Obok tej książki nie można po prostu przejść obojętnie.


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-18

"Zgorzkniała pizda" Maria Sveland

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 25 września 2013

Liczba stron: 262

Tłumacz: Maciej Muszalski

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Kobieca martyrologia

Książka Marii Sveland nawojowała się już medialnie tylko z racji swojego tytułu. Na okładce widnieje informacja, że to światowy bestseller i potem spróbuję znaleźć odpowiedź na pytanie o to, dlaczego powieść literacko mierna nim się stała. Ponieważ nie lubię gier opartych na prostych chwytach, postanowiłem zajrzeć do środka i zastanowić się nad tym, czy Sveland rzeczywiście ma jakąś magnetyczną moc przyciągania i czy stoi za tym jakość. Nie stoi. Obawiam się, że jest to pozycja robiąca dużo szumu, ale niewiele tak naprawdę wnosząca. Do dyskursu o płciowości, wolności, sprawiedliwości czy podziale zajęć w taki sposób, by realizowały się obie strony związku oraz by męskość uzupełniała kobiecość i odwrotnie. O tym przecież ma być ta książka. O problemie niemożności pojednania.

Sveland prezentuje nam kobiecość opresyjną; stłamszoną i deprecjonowaną wciąż przez mężczyzn. Taką, która nie wychodzi naprzeciw światu, bo obsesyjnie skupia się na sobie. Na historii ukształtowanej przecież w konkretnych warunkach i przez konkretnych ludzi. To manifest subiektywny, taki feminizm w populistycznej wersji. Maria Sveland wie, czym z łatwością przyciągnąć uwagę czytelniczek, by identyfikowały się z główną bohaterką. Sztuczki są proste i łatwe do zdemaskowania. Powieść sama w sobie nieznośnie monotonna. Szykująca rewolucję w zakończeniu i tym zakończeniem mocno rozczarowująca, bo wszelkie problemy banalizuje i  czyni je produktem umysłu kobiety, która wścieka się o to, iż… narodziła się kobietą, ma kobiece pragnienia i czuje, że świat lepiej się ułożył mężczyznom; że to oni dyktują, jak należy żyć i że w takim życiu można się dusić.

Duszna jest atmosfera tej książki. Niesie jedynie kilka naprawdę odkrywczych myśli. Męczy stronniczością i faktem, iż kwestionuje wszelkie możliwe sposoby osiągnięcia szczęścia i spełnienia. Jest skomplikowana równie jak XXI wiek, ale z drugiej strony ucieka od czegoś, co współczesność stara się docenić w każdym dyskursie. Od obiektywnego przedstawienia problemu, który czyniłby tę książkę naprawdę ważną. Jest natomiast powieścią, którą część czytać będzie z wypiekami na twarzy, a część odrzuci po kilkunastu stronach. Nie tędy droga, by pokazać, iż stworzyło się literaturę. Nie można też całkowicie skrytykować tej książki, bo podejmuje ważny problem kobiecej izolacji, poczucia pustki i obrazuje zgubny wpływ patriarchatu na codzienność relacji damsko-męskich. O czym jednak naprawdę pisze Maria Sveland? Pewnie o gniewie, o złości, o zagubieniu i zniechęceniu. O tłumieniu własnych potrzeb i braku umiejętności wyjścia poza własny narcyzm. Bez względu na płeć, naprawdę.

Sara wychowywała się w domu, jakich wiele. Jej matka była bierna i wycofana. Na każde skinienie męża. W wiecznej gotowości, by wyjść mu naprzeciw. To córka, już dorosła, uznaje z pełnym przekonaniem, iż to ona może jej życie zrozumieć, ocenić i na jej przykładzie snuć rozważania o ciężkim losie kobiety. Los matki Sary był ciężki. Mąż stale nieobecny, tatuś doskonale niedostępny; zarówno małżonka, jak i córki stale walczyły o jego zainteresowanie, a dorastająca Sara była zdolna do podstępów, by zdobyć jego troskę, czułość, bliskość przecież należną, a wciąż deficytową. Sara pragnęła szczęśliwej, chrześcijańskiej rodziny. Otrzymała model niedopasowania, w którym najpierw trudno jest się ze sobą komunikować, a potem już się nie chce. Pamiętając ojca jako skupionego tylko na sobie, przejmuje po nim tę kompulsywną wadę, wypowiadając wojnę światu mężczyzn i przeklinając swoją w nim rolę, wciąż niedocenianą, wciąż krytykowaną.

Teraz Sara kończy trzydzieści lat i żeby zrozumieć, kim się stała, wyjeżdża na Teneryfę, zostawiając dwuletniego synka i męża Johana, z którym żyje od wielu lat, a ich małżeństwo jest nowoczesne w tym znaczeniu, iż każde robi swoją karierę i starają się wzajemnie nie ograniczać. Nie jest tak do końca. Sara uważa, że nie ma szczęśliwych małżeństw. Że troski, nieporozumienia, wszelkie konflikty kryją się za fasadą uśmiechniętej rodziny, która nie dzieli się z nikim swoimi troskami. Bohaterka Sveland ukazuje małżeństwo jako stan opresji. Chce też skończyć z mitem szczęśliwego macierzyństwa, bo nie była szczęśliwą matką, wiele cierpiała, nazbyt wiele znosiła. Do samolotu lecącego w styczniu na słoneczną Teneryfę zabiera „Strach przed lataniem” Eriki Jong i książka ta stanie się jej bliska, towarzysząc rozmyślaniom i przemianie, jaka ma się dokonać, by Sara wróciła do swojego życia szczęśliwsza.

Tymczasem szczęśliwa nie jest. Dlaczego swój stan określa tak dramatycznie? „Bo kiedy przepaść między marzeniami a rzeczywistością jest zbyt duża, kobieta zmienia się w zgorzkniałą pizdę”. Bohaterka ma trudność z oddzieleniem swoich pragnień od warunków życia, w jakich te pragnienia można zrealizować. Atakuje męskość jako stan dominujący. Determinujący drogę kobiecości ku samorealizacji. Punktuje bezlitośnie. Mężczyźni szybciej robią karierę, mają łatwiejsze życie. Oderwanie się od małego dziecka jest u nich czymś normalnym, nieobecność matki się piętnuje. Kobieta jest przez nich określana mianem dziwki zawsze wtedy, gdy chce okazać podniecenie, do którego ma takie samo prawo jak oni. Nazywana jest dziwką nawet i bez tego. Na jej głowie znajduje się domowy etat, to ona doradza i kieruje życiem rodzinnym oraz dziecka, nie otrzymując za to wdzięczności. Mężczyzna ma prawo zamknąć się w sobie, kobieta to czyniąca jest wytykana palcami. Sara wymienia mnóstwo sytuacji, w jakiej życie kobiety jest podłe i niedoceniane. Ona sama staje się zakompleksiona i zła. Zła na świat i zła na siebie. Nierówność społeczna czyni ją osaczoną. Sara nie dostrzega w męskości niczego więcej ponad to, z czym trzeba walczyć. Utyskuje, narzeka. Niczego nie proponuje w zamian. Jej monolog to wizja świata nieszczęścia, w jakim kobiety cierpią dlatego, iż nimi są. Bohaterka Sveland wygłasza opinie nie tyle skłaniające do refleksji, co przetarte już przez schemat i powtarzalność. Choćby taka - „Za każdym odnoszącym sukcesy mężczyzną stoi kobieta ze zmęczonymi nogami i migreną. A za każdą odnoszącą sukcesy kobietą jest rozwód”. Prawda objawiona? Nie wydaje mi się.

Też mogę napisać o własnych doświadczeniach. O tym, że znam zawody i znam sytuacje, w  których mężczyzna jest dyskryminowany. O tym, że poznałem matkę odrzucającą dziecko i dramat ojca, który bezskutecznie o nie walczył. Nawet o tym, że istnieje coś takiego jak przemoc, gdy w domu żona potrafi uderzyć męża albo słowami zadać mu rany gorsze niż od jakiegokolwiek narzędzia. Mogę o tym opowiadać, ale po co? Z takiego snucia myśli wynika tylko tyle, co z monologu Sary. Niewiele. Nie ma miejsca na dyskusję, na przemyślenia, na ujrzenie problemu w szerszym spektrum. Dlatego „Zgorzkniała pizda” bazując jedynie na prostych emocjach, zdobywa popularność, bo mówi o krzywdzie. Czy w jakikolwiek sposób krzywdę tę ukazuje szerzej? Czy Sara jest w stanie wyjść poza samą siebie? Czy to wartościowa książka? Wątpię. Nie ze względu na to, że jestem mężczyzną. Powodem jest fakt, iż lubię rozważać problem przedstawiony wielowymiarowo. Tu wszystko jest płaskie, przewidywalne; nie ma ujęcia problemu, jest gniew, krzyk, żal i emocje. Emocjami nie opowiada się o problemach, jeżeli naprawdę pragnie się zwrócić na nie uwagę.

2013-10-16

"Miedza" Andrzej Muszyński

Wydawca: Czarne

Data wydania: 1 października 2013

Liczba stron: 136

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Powroty

Takie pisanie, takie książki są nam bardzo potrzebne. Żyjemy w czasach wykorzenienia totalnego, a może i fatalnego zarazem. Pamięć się skraca. Miejsca umierają. Wędrowanie nie pozwala już przypomnieć sobie punktu, z którego się wyruszyło. Andrzej Muszyński udowadnia w swych dziewięciu opowiadaniach, że bez pamięci o miejscach nie jest się sobą do końca. Jeden z jego bohaterów, i on sam zapewne, to taki współczesny Noe z arką, która kryje w sobie czas miniony i czas niezmienny, na zawsze. „Miedza” jest nie tyle intymnym świadectwem własnej tożsamości, co przede wszystkim opowieścią o przywiązaniu i bliskości z miejscem. Jeśli przycupnie się na miedzy, tej swojej miedzy, oglądanie spektaklu umierania świata nie będzie napawać lękiem. Umiera bowiem to, czemu umrzeć pozwolimy. Muszyński odważnie podkreśla, iż bez korzeni nie istniejemy, oddając nam książkę przepełnioną nie tylko tęsknotami, ale przede wszystkim mądrością bycia sobą. Prowincjonalnym i związanym z prowincją na zawsze.

Całość tekstu na stronie artPapieru             

2013-10-13

"Zaklinacz słów" Shirin Kader

Wydawca: Lambook

Data wydania: 14 października 2013

Liczba stron: 316

Oprawa: miękka

Cena det: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Opowiedz swoje życie…

Życie każdego z nas składa się z opowieści. Sztuką jest nie tylko zauważyć to, ale także przeżyć je świadomie. Chodzi o zdolność odkrywania w sobie narracji, które mają szansę stać się zapisane. Wtedy nasze historie tracą coś, ale także zyskują. Bo przecież „powieść traci wolność z chwilą, w której zostanie zapisana, zyskując w zamian życie wieczne”. O życiu wiecznym w opowieściach, o ich odnajdowaniu, przekazywaniu i rozmyślaniu nad nimi jest właśnie książka Shirin Kader. Pozornie kusząca orientalnym pięknem. Tak naprawdę osadzona jednak w świecie, w którym mało kto chce zrozumieć swoje opowieści i niewielu pragnie ocalić je od zapomnienia.

„Zaklinacz słów” rozgrywa się na ulicach multikulturowego Londynu; tam główna bohaterka pozna wiele tajemniczych historii i tam właśnie będzie starała się zrozumieć najważniejszą, swoją. Bo słuchanie opowieści będzie poszukiwaniem własnej tożsamości i stanowieniem swojego losu. Polka z Lublina stanie się współczesną Szeherezadą, która nie tyle opowiada, co gromadzi opowieści. Tym, którzy opowiadają swoje życie samodzielnie i z rozmysłem, Szeherezada dzisiaj nie jest potrzebna. Warto jednak przyjrzeć się temu, w jaki sposób Shirin Kader wychodzi od narratora, skupia się na bohaterze, a ostatecznie nadaje znaczenie historiom, które się opowiedziały. Tak po prostu, chociaż sporo w nich magii, orientalnego czasu i tajemnic, do których nie mamy dostępu.

Nina Czaplińska była specyficznym dzieckiem. W dzieciństwie, a właściwie jeszcze przed urodzeniem, kształtowały ją orientalne baśnie. Odkąd w wieku pięciu lat zaczęła czytać, zrozumiała, iż jest kimś napisanym, tylko nie była do końca pewna tego, czy sama się pisze, czy też może potrzebny jest ktoś, kto za to pisanie się weźmie. Bo spisywać życie można tylko z pełną jego świadomością. A młoda Nina miała przede wszystkim świadomość tego, iż otaczająca ją rzeczywistość jest światem niepełnym, daleko niedoskonałym, wybrakowanym nawet, bo wyzutym z prawdy narracji, które kryją się w życiorysach. Bohaterka – jak Sara Crewe – postanowiła polegać na wyobraźni i dzięki niej czuć się lepiej w świecie, w którym ludzie nie chcą znać siebie, nie wierzą we własne opowieści, nie mają świadomości, iż w nich są mikrokosmosem. Nieprzypadkowo Nina podejmuje się badań nad rolą bajarzy w arabskim średniowieczu. Kiedy staje przed okazją wyjazdu do Londynu, nie waha się. Z Lublinem nie jest związana; tam ludzie zamykają się w sobie, nie opowiadają, nie fantazjują, nie wierzą w życie ukryte w słowach. W Londynie Nina pozna kogoś, kto zwie się zaklinaczem tychże słów. Stanie się na nie bardziej otwarta i uczulona. Odkryje, że w słowach zapisana jest ona sama i jej przeznaczenie, ale tylko wtedy, kiedy kierowane do niej opowieści zrozumie w pełni i w sposób dojrzały.

Stający na jej drodze Gabriel Stork jest enigmatycznym hakawatim, także człowiekiem mediów ofiarującym im orientalny smak historii z symbolicznymi odniesieniami. Gabriel jest efemeryczny. Nieprzewidywalny. Nina wiąże się z nim, nie znając jego przeszłości i nie mając pojęcia o tym, czego oczekuje w ich związku. To związek bardzo specyficzny. W nim ujawnia się szczególna wrażliwość Niny; wrażliwość na szczegóły, ulotne drobiazgi, zapachy i dźwięki. Gabriel zaczyna być wszędzie i jest jednocześnie wszystkim. Tymczasem Nina nie ma jeszcze świadomości tego, że dzięki niemu ma odkryć samą siebie. Tę, która kiedyś skryła się przed światem w świecie baśni i tę, która teraz powinna z nich na chwilę wyjść, by – bogata o przeczytane mądrości – napisać siebie naprawdę. Gabriel prosi ją, by napisała o nim, a Nina dopiero potem zrozumie prawdziwe przesłanie tej prośby. Tymczasem będzie chłonąć Londyn taki, jakiego jego mieszkańcy na co dzień nie dostrzegają. Londyn wiecznych opowieści, które snują się po kawiarniach, straganach, księgarniach czy gabinetach wielbicieli sztuki. Nina kroczy drogą ku samopoznaniu, ale najpierw poznać musi kilka symbolicznych przypowieści, dzięki któremu zrozumie i częściowo Gabriela, i samą siebie, w gruncie rzeczy niedostępną dla świata przez dłuższy okres czasu.

Poznamy historię egipskiego sklepikarza Abu Zaida, u którego klienci otrzymują dokładnie to, co mają w sercu. Będziemy podążać drogą jordańskiego włóczęgi o hipnotyzującym spojrzeniu, którego nieszczęśliwa dusza domagać się będzie uwolnienia od klątwy okrutnego dżinna. Wysłuchamy opowieści Marokanki Jasminy o ucieczce przed zbrodniarzem z namiętności i o tym, że można okraść kogoś z miłości i szczęścia. Stawimy czoła zarzutom pewnej Hinduski, która neguje chrześcijańskie przywiązanie do cierpienia, snując jednocześnie opowieść o cierpieniu wielowymiarowym i to w dwóch pokoleniach. Co te opowieści dają Ninie? Na co mają ją naprowadzić? Okazuje się, że nie są to spotkania przypadkowe i poprzedzają dramatyczny zwrot akcji, po którym bohaterka nie będzie w stanie określić tego, co się dzieje wokół niej i w niej samej.

Shirin Kader rozpisuje na kilka głosów przejmującą narrację o dorastaniu do życia świadomego; o znalezieniu w nim swojego miejsca, o które nie będzie łatwo, jeśli nie ukonstytuują go życiowe opowieści. Każdy z nas bowiem może być opowiedziany i powinien zostać spisany. Każdy kryje w sobie historie, dzięki którym można pomóc innym. „Zaklinacz słów” jest zatem o wysiłku opowiadania i o roli, jaką opowiadanie może mieć na drodze zrozumienia tego, po co i przede wszystkim dla kogo się opowiada.  To także – o czym nie wspomniałem – piękna historia miłosna, która ucieka od ckliwych, banalnych rozwiązań. Autorka zamyka swe narracje w egzotycznym kręgu, bo tylko dzięki bliskości z Orientem, może tę historię – europejską przecież – opowiedzieć w sposób pełny i wyraźny. Na kartach książki spotkamy ludzi, ale i magiczne przedmioty, które za nich będą opowiadać. Tajemniczy portret, rozpadająca się filiżanka, szron w upale i mnóstwo zestrojonych ze sobą drobiazgów, które czarują i zachęcają do poznania – historii Niny i tego, ile jest w niej dla nas samych do wzięcia. Bo życie wciąż się opowiada; czasami tylko potrzebujemy Szeherezady, aby opowiedziało się naprawdę.

PATRONAT MEDIALNY

2013-10-09

"Eli, Eli" Wojciech Tochman

Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 października 2013

Liczba stron: 136

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Bóg tak chce?

Biedę zobaczyć może każdy. Może się jej przyjrzeć, podejrzeć ją bezrefleksyjnie, szybko schować się w sytym świecie i pomyśleć, że inni mają gorzej, dużo gorzej. Tak biedę widzi każdy z nas. Widzi i nie rozumie. Nie każdy potrafi o niej opowiedzieć tak jak Wojciech Tochman. On biedy nie podgląda, on w niej się zanurza cały; czuje ją z jej ogromem, beznadziejnością, z jej siłą i okrucieństwem. „Eli, Eli” to reportaż, w którym okrucieństwo losu właśnie zostanie wyeksponowane najwyraźniej. Nie po to, by nim epatować. Od takich reporterskich zagrań Tochman odcinał się już w "Dzisiaj narysujemy śmierć", kiedy próbował opisać, jak wygląda normalne życie po ludobójstwie w Ruandzie. Jego najnowsza książka współistnieje ze zdjęciami Grzegorza Wełnickiego, tworząc całość i pragnąc zmusić odbiorcę do tego, by nie tylko spojrzał i podejrzał, ale przede wszystkim zrozumiał – to, co widzi oraz komentarz do obrazu.

Tochman i Wełnicki wybrali się do Filipin. Chcieli pokazać, że ten kraj to nie „zielone islands i turkusowy ocean”. Zagłębili się w filipińskich slumsach, które rozrastają się w Manili tuż obok nowoczesnych wieżowców i dzielnic sytości, krainy wiecznego kupowania w centrach handlowych i bogacenia się w nieświadomości, obojętności wobec biedy obecnej tuż za rogiem. Za sygnalizacją świetlną przy Paseo de Roxas – biedni dobrze wiedzą, że granicy świata sytych przekraczać nie mogą. Do tego nie jest potrzebny żaden mur, żadne ogrodzenie, żaden strażnik. Bieda slumsów zna swoje miejsce. Zna swe przeznaczenie. W beznadziei próbuje znaleźć jakiś sens. Przetrwać kolejny dzień. Nie dać się następnemu wyzwaniu, jakim jest zdobycie czegoś do jedzenia czy uniknięcie przypadkowej śmierci na ulicy. Reporter i fotograf – dwa syte białasy przekraczają granicę umowną, docierając do piekła, którego tylko mały fragment są w stanie nam pokazać.

Życie manilskiej biedoty koncentruje się przy rozległej ulicy Onyx. Co to za miejsce? „Ulica śmieci, czarnego dymu, smrodu palonej izolacji, gumy, smarów, uryny i kału, wszelkiego rozkładu, trucizny, syfu”. Stamtąd pochodzi Edwin, który wpadł kiedyś na genialny pomysł, by turystom pokazywać prawdziwe oblicze filipińskiej stolicy. Zabiera więc żądnych doznań do slumsów, pokazuje junk shopy, loobany; pozwala się fotografować z nędzą, umieraniem, z beznadzieją i pustką. Edwin rozwija prawdziwy biznes, dzisiaj jego fanpage True Manila na facebooku lubi ponad 2700 osób. Można tam zobaczyć zdjęcia, jakich nie znajdzie się w „Eli, Eli”. Uśmiechnięte twarze turystów, którzy zobaczyli biedę i chwalą się tym przed światem. Tochman i Wełnicki zobaczyli dużo więcej. Pokazują nam to, co uznają za ważne. Fotografie mają kontekst; ten kontekst jest najistotniejszy. Dzięki niemu nie widzimy manilskich slumsów poprzez szczegóły, jakich nie wiążemy ze sobą. Wbrew przeciwnie – z tego materiału rodzi się zaskakująco spójna opowieść. Zaskakująca dlatego, że nie ma ładu, nie ma logiki, nie ma żadnego punktu wyjścia ani też miejsca, w którym można postawić ostatnią kropkę, kiedy opisuje się dramat skazanych na biedę w Manili. Pojawia się jeszcze pytanie o to, czy zdobyty materiał można wycenić. Ile dać tym, co pozwolili się fotografować? Ile dla tych, co opowiadali? Czy uratuje ich zastrzyk finansowy, skoro są i pozostaną jedynie w tym, co mają na swym biednym tyłku? A może rola opowieści o nich ma być zupełnie inna? Tochman ironizuje, pisze z przekorą i prowokuje – przede wszystkim stawianymi na kartach „Eli, Eli” pytaniami. Między nimi snuje opowieści.

Kto lepiej opowie o filipińskich slumsach? Owrzodzona Josephine, która byłaby atrakcją cyrku ludzkiego albo eksponatem osobliwości do badań i eksperymentów medycznych? Jo jest pogodzona z tym, że wygląda jak monstrum. Nie ma o to pretensji. Los przyjmuje z pogodą ducha. Ma proste marzenia. Jednym z nich jest zobaczyć morze. I to właśnie stojąca w nim z matką Josephine znajduje się na zdjęciu, które towarzyszyć będzie nam stale przy lekturze. Na tej fotografii widać bezgraniczne szczęście. Mimo bólu. Mimo szpetoty. Mimo skazania na wegetację. Niewyobrażalne szczęście, jakiego nie potrafi zaznać niejeden bogaty mieszkaniec tego sytego świata.

A może lepiej skupić uwagę na tych, co żyją wśród zmarłych? Może ciekawsza będzie historia Angeliny, która mieszka na cmentarzu i jest biedną opiekunką mogił? Może wyraźniejsza będzie opowieść o Christianie, trzynastolatku cmentarnym, jaki żyje w grobie i dla którego najlepszym miejscem jest właśnie cmentarz? Dziecko żyjące tam, gdzie leżą zmarli – toż to przecież światowa hańba. A Filipiny jej nie ukrywają. Nie ukrywają niczego tak, jak inni rozmówcy Tochmana. Na przykład Danilo – były skazaniec, teraz skazany najbardziej boleśnie, bo na życie w slumsach. Troskliwy ojciec, który nigdy nie uderzył synka, choć bicie dzieci jest na Filipinach powszechnie praktykowane.

Może te dzieci będą wdzięcznym materiałem, bardziej wzruszą? Na Filipinach żyje dwa miliony sierot. Dzieci manilskich slumsów żyją w ciągłym strachu – wśród przemocy, głodu, uszkodzeń ciała, dziesiątkujących je chorób. Są jednak dowodem boskiej ingerencji; są tymi, którzy przedłużają życie, zapierają się cywilizacji śmierci. Bo przecież po katolicku jest rodzić mimo świadomości, że noworodek pewnie umrze z głodu. Megakatolicy filipińscy tak wytresowali swoich obywateli, że mimo znoju i biedy, wierzą oni w to, iż znaleźli się w najlepszym z możliwych światów i że Bóg ma w opiece ich nieszczęścia, wiedząc dokładnie, ku czemu zmierzają.

Tu warto zatrzymać się nad lamentacyjnym tytułem, prowokacyjnym także i zmuszającym do kilku prostych refleksji. Bo jak to jest, że filipiński naród kocha Boga, a ten prawdopodobnie nie zagląda nigdy tam, gdzie zajrzeli Tochman i Wełnicki? Ten Bóg zaiste stworzył raj – raj dla umierających i dla seksturystów; dla brudu, nieprawości, przemocy i bólu. Ale to przecież wszystko będzie wynagrodzone, przecież po śmierci czeka tych wszystkich nieszczęśników godne życie w niebycie. Tak, w to można wierzyć. Może katolicyzm jest jednym z tych czynników, dla których bieda na Filipinach ma i będzie mieć się dobrze? Bo przecież mieszkańcy tego kraju bierność przyjęli najpierw od Hiszpanów, potem od amerykańskich okupantów. W swej bierności żyją bezwolnie, krótko i w smutku. Onyx jest chyba jego kwintesencją. Tam łatwiej o krew i spermę niż o wodę. Tam też duchowni się nie zapuszczają, bo nie mają po co. Biedota wie, że pewnie Bóg tak chciał. Biedota przyjmie wszystko z pokorą. Nic gorszego poza to, co już przeżyli, spotkać ich nie może.

My natomiast stajemy przed możliwością niezwykłego spotkania ze światem nędzy, którego Tochman nie chce za bardzo nawet tłumaczyć, ale każe jednocześnie spojrzeć na tę przestrzeń jako na symboliczne miejsce, gdzie nigdy nie będzie odkupienia i gdzie los wiecznie będzie wielką niewiadomą jutra, pełną okrucieństwa zadawanego już nawet nie od drugiego człowieka. Bo ten drugi często na okrucieństwo nie ma już sił. A reporterowi brakuje czasem środka wyrazu, by przedstawić bezsilność. Wojciech Tochman nie tylko oprowadza nas po piekielnych kręgach filipińskiej rzeczywistości, co sam ze sobą toczy dyskusję o to, w jaki sposób pracować dalej, jak zdobywać kolejne doświadczenia; jak przekazać je innym, by pojęli, a nie westchnęli przez chwilę, odkładając książkę na półkę.

Filipiny stały się wyzwaniem, ale największym wyzwaniem jest dla Tochmana on sam. Szczerze zadający pytania, na które nie sposób odpowiedzieć. „Eli, Eli” to nie tylko wyprawa do azjatyckiego kraju o dwóch obliczach (tego sytego nie ma co portretować, bo to kalka Zachodu, w dodatku bezmyślna). To reporterska i fotograficzna rozprawa z tym, co nazywa się reporterską misją i co nakazuje pokazywać świat tak, by został zrozumiany, nie tylko obejrzany. Mocna i pozostająca w pamięci rzecz. Jeden z ciekawszych reportaży tego roku.