Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-04-25

"Krótka historia książek zakazanych" Werner Fuld

Wydawca: MUZA

Data wydania: 16 kwietnia 2014

Liczba stron: 352

Tłumacz: Bogdan Baran

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Książki zwycięskie

Czego bał się Nabokov, szukając wydawcy dla "Lolity"? Dlaczego aresztowano Diderota? Za co cesarz August wypędził Owidiusza z Rzymu? Dlaczego Puszkina śledził tak zwany III Oddział? Na te i wiele innych pytań odpowie znakomita publikacja Wernera Fulda, niemieckiego krytyka literackiego i badacza literatury. Książka napisana z pasją i rzetelnością. Z wyraźnie zarysowanymi tezami, jakie autor stara się obronić. Opowieść o wiekach prześladowania słowa pisanego, o książkach trudnych, niewygodnych, niebezpiecznych i dyskusyjnych. I o przemocy, o różnych systemach opresji oraz o tym, że słowo mimo wszystko zawsze zwyciężało nad przemocą. "Krótka historia książek zakazanych" to publikacja, dzięki której nie tyle poznamy tytuły zakazywane i palone, a które w większości dobrze znamy, co będziemy śledzić rozmaite mechanizmy działające na niekorzyść trudnych publikacji. Fuld wyraźnie nakreśla kontekst i czas, kiedy atakowano daną pozycję. Pozwala nam na zrozumienie różnych przyczyn, dla których wiele publikacji okazywało się niewygodnymi i siejącymi szeroko pojęte zgorszenie.

Autor - co naturalne - ze szczególnym naciskiem analizuje sytuację niemieckich aparatów opresyjnych, które blokowały wydawanie książek albo stawały na drodze ich kolportażu. Dla mnie najbardziej interesujące były najnowsze dzieje zakazu książek. Wiek XX musiał wypracować sobie nowe, sprawniejsze oraz inteligentniejsze narzędzia do blokady wydawania tego, co niezgodne było z zamysłem panującego systemu. Rytualne palenia książek odchodziły już do lamusa, ale dużo większe wrażenie robi np. śledzenie toku ingerencji w procesy twórcze, które miały miejsce w NRD. Warto także dowiedzieć się, jak współcześnie w Niemczech walczy się z publikacjami rzekomo demoralizującymi młodzież. Niemieckie systemy opresji względem książek wydają się jednak nad wyraz stonowane, kiedy porówna się je z amerykańskimi, francuskimi czy rosyjskimi.

Fuld opisuje, jak szkodził książkom ruch Cromstocka za oceanem. Opowiada o paranoicznych zapędach senatora McCarthy'ego. Pisze o szaleństwie cenzury w Bostonie i o roli, jaką w społeczeństwie odgrywały organy decydujące w USA o stosowności wydawanych książek. We Francji zakazywano Heinego, Stendhala, Balzaca, Flauberta i wielu innych. Werner Fuld przedstawia długą listę cenzurowanych pisarzy rosyjskich. Przypomina o dramatycznych losach "Doktora Żywago" czy niepozornej a demaskatorskiej książki "My" Zamiatina, której wydania w ojczyźnie autor nie doczekał. Nie on jeden. Niemiecki badacz snuje opowieści o tragizmie Bułhakowa. Losy tego znakomitego twórcy polski czytelnik poznał już w fascynującej publikacji "Dziennik Mistrza i Małgorzaty". Przenosimy się także do ocenzurowanej Irlandii po drugiej wojnie światowej, śledzimy zakazy hiszpańskie będące pokłosiem dyktatury Franco.

Werner Fuld nie prowadzi nas przez historię książek zakazanych w sposób chronologiczny. Każdy z rozdziałów zawiera tezy, które autor popiera przykładami. Poznajemy losy publikacji fatalnych i okrutnie traktowanych. Od starożytności i pism Owidiusza, przez kościelną walkę z wiatrakami późnego średniowiecza, po tworzone w XVIII i XIX wieku coraz to nowe indeksy publikacji zakazanych w Europie i powojenne metody opresji względem książek, które i tak czekały wiele lat na to, by mógł je poznać czytelnik.

Z tych opowieści, często barwnych anegdot, faktów i ich analizy powstaje obraz książki zwycięskiej. Mimo okrucieństw, mniej lub bardziej szalonych zakazów - książka zawsze zwyciężała w walce o prawdę, jaką zacierali ci, co palili, niszczyli, blokowali nakłady i narzucali klątwy, bo przecież Salman Rushdie jest klasycznym przykładem współczesnego twórcy wyklętego. Fuld pochyla się nad tragediami książek z wielką uwagą i szacunkiem do tych wszystkich pisarzy, którym nie dane było uzewnętrznić swoich przemyśleń, a tylko w książkach mogli wypowiadać się szczerze i bez żadnych ograniczeń.

To że stworzony przez kościół w 1559 roku spis książek zakazanych do tej pory ewoluuje i nie jest niczym anachronicznym, wie być może niewielu. W ostatnim rozdziale Werner Fuld podaje liczne przykłady atakowania publikacji w czasach rzekomej wolności i równości, gdzie określenie "książka zakazana" jest już tylko chwytem marketingowym odsyłającym do nie zawsze dobrze rozumianej przeszłości. Tam zawarte fakty oraz ogólne przesłanie tej publikacji mogą obrazować następujące słowa: "Lista zakazanych książek nie ma końca, a tytułów ciągle przybywa. To nic nowego - nowe jest to, że się o nich dowiadujemy".

Dowiemy się od Fulda, dlaczego dziwnym trafem tak kontrowersyjne w swoich czasach publikacje jak "Cierpienia młodego Wertera" Goethego czy "O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego" Darwina nie znalazły się na liście książek zakazanych. Zajrzymy do wstydliwych działów biblioteki, które zawierają remota i secreta. Dowiemy się, czemu miało służyć plądrowanie bibliotek i kto był najmocniej zaangażowany w różne rodzaje książkowych krucjat. Razem z autorem zastanowimy się nad czymś w gruncie rzeczy nie do pojęcia. Fuld bowiem pokazuje, że rządy wciąż mimo lat wierzą w to, iż zakazy mogą skryć prawdę. Prawdziwe jest zaś zaangażowanie w liczne śledztwa bibliofila, dzięki którym otrzymujemy barwną, zaskakującą i wieloaspektową rozprawę o książkach napiętnowanych, jakie dzisiaj możemy czytać bez świadomości ich bolesnej historii. Zacna, ważna i inteligentna publikacja Fulda zainteresuje czytających nałogowo, ale także tych, którzy dla samego procesu czytania mają szacunek. Taki jak szacunek Fulda do książek. Z niego i pasji badawczej powstała bardzo dobra książka - "Krótka historia książek zakazanych".


PATRONAT MEDIALNY

2014-04-22

"Sto dni bez słońca" Wit Szostak

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 31 marca 2014

Liczba stron: 464

Oprawa: twarda

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Tożsamość, kreacja i samotność

Podczas studiów spotykaliście profesorów, którzy upajali się każdym wypowiadanym przez siebie słowem, niewiele zwracając uwagi na audytorium? Mieliście do czynienia z osobą, która wynosiła pod niebiosa twórczość jakiegoś pisarza, czyniąc z niego boga, a każde jego słowo śladem doskonałości i geniuszu? A może obserwujecie pisarzy ukrywających się pod pseudonimami albo samo nadawanie sobie pseudonimu artystycznego jest dla was interesujące? Jeśli tak, wyborna będzie lektura "Stu dni bez słońca". Czytana oczywiście dość dosłownie. Głębiej kryje się znacznie więcej.

W swojej najnowszej powieści Wit Szostak gra konwencjami. To powieść z jednej strony nieznośna i trudna do zaakceptowania, z drugiej zaś - mistrzowsko dowcipna, nieprzyzwoicie kpiąca z akademickiego tonu, dosadnie wyrazista i jednocześnie bardzo smutna. Autor swojego bohatera konfrontuje ze światem, który - osadzony gdzieś w geograficznym niebycie - cały czas odstaje od tego, co wyobraża sobie Lesław Srebroń, wędrowny wykładowca, w swoim mniemaniu genialny naukowiec, "Jonasz polonistyki", urzeczony twórczością niejakiego Filipa Włócznika. Bohater Szostaka na początku bawi i irytuje na przemian, potem w swej naiwności i samotności wzrusza. Jest kwintesencją widzenia rzeczywistości taką, jaką chciałoby się ją widzieć. Oderwania od niej. Bycia samemu ze sobą. Naiwnej wiary we własne ideały i porządek, który ustanawiają wymyślone przez Srebronia zasady.

Krakowski humanista przybywa na wyspę w archipelagu Finnegany. To nieistniejący archipelag, gdzie naukowiec ma odbyć cykl zajęć dla studentów i zintegrować się z tamtejszym środowiskiem naukowym. Z dala od cywilizacji i z dala od świata, któremu grozi duchowa i moralna katastrofa, Srebroń chce przekonać do siebie ludzi o niejasnej przeszłości, niejasnych zamiarach i równie enigmatycznym podejściu do samej nauki. Pośród kolegów uniwersyteckich znajdzie się kusząca swymi wdziękami Sadhbh O'Sullivan, kobieta z blizną Jadranka Vidović i rosyjski humanista Lew Protopopow. Nasz nieszczęsny bohater chłonie atmosferę niewielkiego miasteczka, w którym przebywają - w jego mniemaniu - umysły światłe i obdarzone nieprzeciętnym darem analizy skomplikowanej rzeczywistości. Ta komplikuje się coraz bardziej, kiedy odkrywamy, jak sam Srebroń jest traktowany. Coraz trudniej jest ustalić także, co w tej opowieści jest fikcją, a co rzeczywistością, bo sam polski anachroniczny naukowiec żyje nie tyle tradycją, dawnymi wartościami i uporządkowaną przeszłością, co fantastyczną twórczością nieznanego nikomu pisarza, którego wielbi ponad wszystko i któremu chce poświęcić naukową rozprawę swojego życia.

Sporą część pamiętnika Srebronia zajmują streszczenia kolejnych genialnych powieści Włócznika. Ten polski fantasta urasta do miana duchowego przewodnika dla polskiego humanisty, który przez pryzmat jego powieści obserwuje otaczającą go rzeczywistość. W niej wszystko ma być takie, jak pomyśli o tym bohater. Opowieści Srebronia irytują nieznośnym patosem, śmieszą górnolotnością wzruszeń i uniesień. Męczą także, bo nasz humanista tak uporczywie dbający o porządek w swoim pisaniu, ukazuje jedynie groteskową bezradność wobec świata, do jakiego rzekomo dane jest mu zbliżyć się. Donkiszoteria bohatera Szostaka boli, uwiera i bawi. Widzimy zapatrzonego w siebie, swoje wizje i własne przekonania czterdziestolatka, który kiedyś tam odbiegł od rzeczywistości jak powieści Włócznika i stał się samotną wyspą pośród ludzi, którzy traktują go pobłażliwie, lekceważąco i z bolesną obojętnością, której Srebroń zdaje się nie zauważać.

"Sto dni bez słońca" to inteligentna rozprawa o tym, czym naprawdę jest ludzka tożsamość. Pisarz i odbiorca stają się jednością, wykreowane światy ożywają i komplikują ogląd tego, co wokół. A to wszystko dużo bardziej skomplikowane niż myślenie o tym zabawnego i poczciwego idealisty, któremu nic nie jest w stanie uświadomić, iż rzeczy mogą być inne niż on o nich myśli. Szostak ośmiesza akademicki ton oraz przekonanie o własnej słuszności. Jednocześnie ośmiesza bezwzględne przekonanie o wielkości własnych dokonań. Obserwujemy bowiem bohatera wrzuconego gdzieś na margines świata naukowców, o jakich wypowiada się z taką emfazą. Być może zesłanie na Finnegany było karą. Tymczasem Srebroń czuje, iż znajduje się w miejscu i czasie, które będą znacząco wpływać na dalsze losy świata. Formułuje nawet projekt "Nowa Iona", dzięki któremu przeżarty moralną zgnilizną Zachód odzyska swe prawe oblicze. Naukowiec usiłuje stać się jednym z Finnegańczyków, ale tweedowa marynarka i kaszkiet to nie wszystko. Stoi obok świata i obok ludzi, którzy go otaczają, a jakiekolwiek próby wpłynięcia na jego naiwną wiarę we własną doskonałość kończą się fiaskiem i nie pozostaje nam nic innego jak czekać na finałową katastrofę, do której zmierzamy wraz z nieświadomym niczego bohaterem.

Można się zastanawiać nad tym, co takiego naprawdę chciał wyeksponować i ośmieszyć Wit Szostak. Naukowy bełkot? Akademickie układy? A może bałwochwalcze umiłowanie do twórczości tyleż dwuznacznej co dającej do myślenia, czy jej autor rzeczywiście istnieje? Problemem jest także konstrukcja głównego bohatera i jego stosunek do samego siebie oraz do Filipa Włócznika, jaki w swych narracjach tworzy swobodnie światy równoległe do rzeczywistości. Pamiętajmy, że to rzecz autora znanego z powieści fantastycznych i nagradzanego. Gdzie leży prawda o nakreślonym w tej powieści świecie? Srebroń wie doskonale. Dobitnie stwierdza: "Prawda jest po mojej stronie".  Prawd jest tu więcej niż jedna, a może się okazać, że cała powieść jest sprytną mistyfikacją, w której autor drwi nie tylko z samego siebie, ze sposobu pisania o świecie, ale częściowo także z odbiorców, jacy myląc tropy, odczytywać będą "Sto dni bez słońca" tak jak Srebroń odbiera mylnie sygnały z otoczenia o nim samym, jego poglądach i ekscentrycznym przecież zachowaniu.

Dramatem bohatera Szostaka jest przejmująca samotność i to, iż świadomość o niej nie jest dopuszczana do umysłu Srebronia. Jego życie w przeszłości jawi się jako samotna walka o przekonania. Na wyspie wszyscy śmieją się za jego plecami, kpią ze sposobu bycia i wysławiania się. Marna grupa pięciu studentów, którzy w mniemaniu naukowca spijają z jego ust każde słowo, nie rozumie, co do nich mówi i chowa się za ekranami laptopów. Środowisko naukowe dystansuje się do wszystkiego, co Srebroń czyni. Udaje mu się jedynie zaczerpnąć nieco rozkoszy z płomiennego romansu, ale i ten zostaje wpisany w naukowe ramy i sztywny gorset poglądów nieszczęśliwego samotnika. To sam Srebroń jest jak oddalona od świata wyspa. Jego pisarz-fantasta może być kolejną szaloną imaginacją umysłu, który broni się przed światem, bo ten świat nie mieści się w wyobrażeniach i oczekiwaniach. W takim znaczeniu nasz emigracyjny Don Kichot jest po prostu małym, zawiedzionym rzeczywistością chłopcem. Kreuje byty, idee, teorie i poglądy, by coraz bardziej okopywać się w świecie, jaki stworzył na własne potrzeby. To zapewne największa bolączka i wielu naukowców, i pisarzy. Szostak nie będzie mieć litości dla tego wszystkiego. Nie będzie też tak, iż zasygnalizowane problemy zostaną w tej książce jedynie potraktowane ostrzem ironii. Bo to szalenie wieloznaczna książka i to jest jej zasadniczym atutem.

2014-04-20

"Rok w Jemenie" Jennifer Steil

Wydawca: Lambook

Data wydania: 8 kwietnia 2014

Liczba stron: 480

Tłumacz: Tomasz Illg

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Jemeńskie opowieści

Jemen. Jeden z najbiedniejszych krajów arabskich. Jednocześnie jeden z najbardziej zainteresowanych, by walczyć o demokratyczne standardy. W nim Sana, wiekowe miasto. Miejsce, które biblijny Noe rozpoznałby bez problemów, bo w Jemenie czas jakby się zatrzymał i nie widać w nim zmian, a to przecież o zmianach jest autobiograficzna książka amerykańskiej dziennikarki Jennifer Steil. Ona to, z dziesięcioletnim doświadczeniem zawodowym w "The Week" podjęła się ryzykownego zadania modernizacji i unowocześnienia pracy w sanijskim "Yemen Observer", którego redaktorem naczelnym stała się na rok.

To był dla niej ważny rok. Rok przemian wewnętrznych przede wszystkim, bo tego, co wokół Steil zmienić jednak nie mogła. Udało jej się jednak kierować gazetą, której dziennikarze za nic mieli jakiekolwiek normy. Zdyscyplinowała uzależnionych od katu mężczyzn, którzy w patriarchalnej kulturze poddali się wpływowi kobiety. Pomogła znaleźć się na dziennikarskiej drodze tym kobietom, dla jakich poznawanie tajników warsztatu pracy było jednocześnie procesem poznawania swoich możliwości i gruntowania się w poczuciu, iż są dobre w tym, co robią. Opowieść Steil jest niezwykła z wielu powodów. Wątek pracy dziennikarskiej wysuwa się na pierwszy plan, ale to nie jest tylko opowieść o modernizowaniu prasy w kraju, w którym większość obywateli to analfabeci, a jakiekolwiek media są stronnicze i uzależnione od władzy. To historia niebywałej determinacji, zarażającego innych optymizmu; historia wytyczanej przez siebie drogi, opowieść o kobiecej zadziorności, konsekwencji i miłości życia. Bardzo pozytywna narracja o tym, jak w odległym kulturowo kraju można odnaleźć siebie, przy okazji pomagając także innym w tym, co wydaje się niemożliwe - pełnym wyrażeniu swoich potrzeb i pragnień.

Steil miała przebywać w Jemenie tylko trzy tygodnie. Jej amerykańscy koledzy z "The Week" nie podzielali pasji, z jaką kobieta opowiadała o tym dalekim państwie. Wielu nie miało pojęcia, gdzie położony jest kraj, którego stolica to piernikowe miasto. Sana od początku jawi się jako miejsce niezwykłe i wbrew pozorom bardzo przyjazne dla samodzielnej, energicznej kobiety z Zachodu. Kiedy Steil decyduje się na roczny pobyt w Jemenie, całkowicie poświęca się nowym obowiązkom, usiłując przekonać Jemeńczyków do tego, iż w ich trudnym do życia kraju można - choć też z trudem - wydawać obiektywnie przedstawiającą fakty gazetę. Zadanie, jakiego podejmuje się autorka książki, mogłoby przerastać wielu. Jemeńskie dziennikarstwo jest czymś kalekim i nieprofesjonalnym. Nowa redaktor naczelna musi najpierw dyscyplinować pracowników, wybijać im z głowy plagiatowanie, walczyć z brakiem chęci weryfikowania podawanych informacji, ale przede wszystkim dać swemu zespołowi pojęcie o rzetelnym dziennikarstwie. Twórczym, zaangażowanym i dążącym do prawdy. Jaka jest jednak prawda o kraju, w którym Steil chce przeprowadzić dziennikarską rewolucję?

W obserwacjach życia codziennego wyróżnia się wątek kobiet, które w Jemenie traktowane są przedmiotowo i którym nikt nie daje praw, jakie z woli losu i Boga otrzymują mężczyźni. Najbardziej jaskrawym przykładem biografii kobiety zmierzającej ku wyzwoleniu jest historia najbliższej współpracowniczki Steil, Zuhry. To scena jej wesela, w jemeńskim stylu, ale i z dźwiękami hitu z "Titanica" w tle, rozpoczyna narrację "Roku w Jemenie". Niezwykle zaangażowana w pracę dziennikarską Zuhra stara się udowodnić - przede wszystkim sobie - że po latach krzywdzenia i upokorzeń, gotowa jest stawić czoła losowi, podjąć nowe wyzwania i spełnić się na drodze, na której jemeńscy mężczyźni nigdy nie widzieliby kobiety. Zuhra buntuje się wyraźnie wobec opresyjnego systemu traktowania zasłoniętych przez światem kobiet. Dojrzała do tego, by decydować o sobie i podejmuje się działań, na które jemeńskie kobiety by się nie zdobyły. Emancypacyjna historia Zuhry wraz z wieloma gorzkimi spostrzeżeniami, jakie zapisuje Steil, obserwując sanijskie kobiety, czyni z tej książki tekst głęboko zaangażowany w losy tych, dla których nie ma miejsca w kulturze dominacji samca, w kulturze męskich przywilejów i standardów, jakie wyraźnie wytyczają kobiecie gorsze miejsce w społeczeństwie.

Sam Jemen jawi się Steil jako miejsce, w którym można się zakochać i w którym chciałoby się zatrzymać tak, jak zatrzymuje się czas choćby na jemeńskiej Sokotrze, której mieszkańcy niekoniecznie wiedzą, co wydarzyło się 11 września 2001 roku oraz kim jest Britney Spears. To kraj mężczyzn - nadpobudliwych, niespokojnych, często prymitywnych i zwykle nieuznających żadnych autorytetów. Steil może zapomnieć o swej wysoko uniesionej głowie i ciekawskim spojrzeniu. Musi nauczyć się pokory, ale niespodziewanie dobrze radzi sobie z mężczyznami, którzy uznają ją za równą sobie. Codzienna praca narratorki powieści przepełniona jest licznymi walkami o drobiazgi i z oczywistościami, jakie tworzą jemeńską normę, której nie sposób pojąć. W kraju, do którego przybyła, prasa wyraża przekonania, nie przedstawia faktów. Kierowana jest do wąskiej grupy odbiorców, jacy potrafią czytać i pisać. Dziennikarstwo jest fachem niebezpiecznym, bo za publikację skreślonych i skrytykowanych karykatur Mahometa, właściwy redaktor naczelny - bo musi nim być mężczyzna - trafia do więzienia i grozi mu bardzo surowy wyrok.

Zuhra zadaje swojej przełożonej dwa zasadnicze pytania. "Czy można jednak pisać tak, jakby opowiadana historia nas nie obchodziła? Jak wyłączyć emocje?". O ile Steil uczy swój zespół rzetelnego i obiektywnego przedstawiania faktów, o tyle w swej szalenie emocjonalnej narracji daje nam skrajnie subiektywny obraz świata, w którym narażona jest przecież na wiele niebezpieczeństw. Steil zaraża optymizmem, ale przeraża też zbytnią naiwnością. To, że sama - dzięki wielu szczęśliwym zbiegom okoliczności - nie doświadcza w Jemenie niczego złego, nie oznacza, iż znajduje się w kraju bezpiecznym i gotowym uwierzyć w nią tak, jak ona wierzy w swych redakcyjnych podwładnych. Jej przesłodzona chwilami wizja życia w państwie, któremu daleko od cywilizowanych norm życia, momentami wydaje się mało przekonująca. Nie jest tak, że Jemen sportretowany jest subiektywnie. Autorka stara się ukazać dzikość, piękno i grozę tego kraju. "Rok w Jemenie" to jednak zapis rzeczywistości widzianej wybiórczo, choć chce się temu wszystkiemu wierzyć, chce się wraz ze Steil zakochać w Jemenie, chce się tam być i chłonąć niezwykłą atmosferę tego kraju.

W kraju, gdzie przyszłość to wola boska i gdzie wszelkie możliwe tragedie usprawiedliwiane są tą wolą, amerykańska dziennikarka chce przekonać o sile własnej woli. Jej historia jest intrygująca, bo pokazuje, w jaki sposób zwykła ludzka serdeczność i otwartość może wpływać na otwieranie się innych ludzi, tak przecież ograniczonych kulturowo w okazywaniu komuś serdeczności. "Rok w Jemenie" jest o wielkich przyjaźniach i o cieple ludzkiej życzliwości. O przekraczaniu wielu granic i o znalezieniu miejsca swojego szczęścia. O Jemenie dalekim i dla wielu niedostępnym, ale jednocześnie serdecznym i otwartym. Niezwykła orientalna wędrówka mówiąca o uniwersalnych mimo wszystko prawdach - o potrzebie szczęścia, spełnienia, miłości i szacunku, jakie tkwią w człowieku bez względu na czas, miejsce, kulturę i geopolitykę. Świeża, odkrywcza książka. Warta poznania.




PATRONAT MEDIALNY

2014-04-17

"Dziennik zimowy" Paul Auster

Wydawca: Znak

Data wydania: 3 kwietnia 2014

Liczba stron: 222

Tłumacz: Maria Makuch

Oprawa: twarda

Cena det: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Przyjąć zimę życia...

Paul Auster pisze osobisty dziennik. Jest rok 2011, zima. Nadchodzi także zima jego życia, które rozpoczęte w 1947, teraz domaga się podsumowania, refleksji. Auster nie będzie pisał o swoich książkach czy filmach, choć w przeświadczeniu o tym, jak często los go ranił, pojawia się stwierdzenie, iż krwawił na papierze. Ta książka jest zapisem procesu przyglądania się swemu odbiciu w lustrze, co sygnalizuje specyficzna narracja. Auster widzi na swej twarzy blizny i wspomina ich historię, ale opowiada także o bliznach na duszy, tych nadal obecnych oraz tych, co dają świadectwo zranień wciąż żywych i wciąż bolesnych. "Dziennik zimowy" jest o trudzie życia, trudzie dojrzewania do samego siebie. To książka opowiadająca o ludzkim losie w taki sposób, że można się w niej przejrzeć, coś swojego zobaczyć, z czymś się identyfikować, przeżyć ją osobiście. To opowieść osadzona w kontekście przemian, jakich wraz z upływem życia Austera doświadczały całe Stany Zjednoczone i jego miasto, Nowy Jork. Zapis frapujący, niezwykle osobisty, zanurzony we wspomnieniach i stworzony ze świadomością przemijania, któremu trzeba się podporządkować.

Chociaż autor od pierwszego do ostatniego zdania skupia się (obsesyjnie niekiedy) na samym sobie, mnie najbardziej zapadło w pamięć zdanie, które świadczy o osadzeniu tej opowieści w losach innych, ważnych dla niego ludzi. Auster pisze: "Wszyscy jesteśmy obcy dla nas samych i jeśli mamy jakiekolwiek pojęcie, kim jesteśmy, to dzieje się tak tylko dzięki temu, że żyjemy w oczach innych". Ci inni to przede wszystkim dwie kobiety jego życia - matka i żona. Pierwsza z nich żyła w lękach, wciąż doświadczana przez brak i utratę, nieszczęśliwa w relacjach z kolejnymi odchodzącymi mężczyznami. Matka, po której nie płakał, ale której odejście pozostało jedną z tych najbardziej bolesnych blizn na duszy. Tymczasem jest żona, żyjąca obok i dająca mu spełnienie. Trzydziestoletnie małżeństwo Auster uważa za najcenniejszy dar od losu, a miłość - opowiada o niej w różny sposób i za każdym razem inaczej - jest gwarantem bezpieczeństwa, jest wybawieniem od fatalizmu, od mrocznych myśli i od tej strony życia, której być może nadzwyczaj często dotykała jego matka. Autor "Dziennika zimowego" próbuje o sobie jako synu i mężu opowiedzieć inaczej, bardziej osobiście. Nie jest sobie obcy, choć chce się od siebie zdystansować. Snuje rozważania o błędach, pomyłkach, o niefrasobliwości swego charakteru i swego losu oraz o zmianach, które mimo wszystko doprowadziły go do pewnej stałości - stabilizacji w miłości, jaka zwycięża wszystko.

Miłość konfrontowana jest z doświadczaniem śmierci, bo o licznych spotkaniach z nią i o strachu przed śmiercią własną Auster opowiada chyba najbardziej przejmująco. Rodziców śmierć zaskoczyła zbyt wcześnie. Do jego znajomych przyszła przypadkiem. Sam autor o mało nie został sprawcą śmierci najbliższych, powodując wypadek samochodowy, po którym nie usiadł już za kółkiem. Rozważania o odejściach różnorakich są kluczowe nie tylko dlatego, iż jest to przecież książka o upływie czasu i opowieść o godzeniu się z odchodzeniem. Auster widzi w śmierci przede wszystkim jej przypadkowość, niesprawiedliwość i zaborczość wobec tych, co chcą wciąż żyć, wciąż doświadczać czegoś na nowo, wciąż przekonani o własnym szczęściu i spełnieniu. Próbuje mierzyć się z czymś, co prawdopodobnie przypadkowo ominęło go kilka razy w życiu. Z czymś najbardziej pewnym, pewniejszym nawet niż wyzwalająca miłość, niż bliskość i poczucie trzydziestu lat spędzonych u boku kogoś, kto nadawał mu pełnię wartości i stabilizację.

Niestabilne było życie pośród ciągłych przeprowadzek, zmian miejsca zamieszkania. Paul Auster z niewiarygodną dokładnością punktuje dwadzieścia tymczasowych adresów. Opowiada o miejscach i o ludziach, z jakimi stykał się też na chwilę, choć pozostali przecież w jego pamięci na zawsze. Snując opowieści o tym, gdzie szukał stałego miejsca dla siebie, autor "Sunset Park" udowadnia, iż jego mieszkaniem był tak naprawdę cały świat. Skrupulatnie wylicza dni spędzone w różnych krajach i wskazuje cztery, jakie połączyły go z Polską. W tej wiecznej wędrówce szuka siebie od nowa, bo każda przeprowadzka i każda zmiana miejsca zamieszkania były znaczące dla tego, kim potem się stał, a czego jeszcze przecież nie oczekiwał.

"Dziennik zimowy" to także opowieść o Nowym Jorku, do którego Auster dojrzewał i z którym zidentyfikował się przecież tak silnie. We wspomnieniach między innymi pierwszy nieudany seks przy Upper West Side. Opowieść o problemach z orientacją przestrzenną i gubieniu się w swoim, oswojonym już przecież mieście. O spacerach po ulicach, które niosą w sobie po latach duży ładunek emocjonalny. Auster opowiada o trudnej drodze zakorzeniania się w konkretnym miejscu i o świadomości tego zakorzenienia, która każe mu wracać do miejsca, do jakiego przynależy. Jest więc to też opowieść o stałości pośród zmian. Bolesna jest niepamięć losów swoich przodków i tego, że trudno określić, skąd się przybyło. Ważne jest jednak miejsce,  w którym się jest. W które się wrosło. Gdzie łatwiej wspominać niepewności losu, kiedy poza pewnością śmierci i miłości pozostaje pewność przynależenia do miasta, które daje namiastkę poczucia bezpieczeństwa.

Paul Auster rozlicza się sam ze sobą bardzo drobiazgowo, chwilami z jakąś neurotyczną dokładnością. Zaskakujące jest, jak wiele pamięta. Sam siebie zaskakuje tym, co pamięta doskonale, a co czas zatarł już zbyt mocno i nie można do tego dotrzeć, nie można nazwać, nie można z tym rozliczyć. "Dziennik zimowy" jest opowieścią o czasie minionym nadal wciąż obecnym. O ludziach, doznaniach, o niepewności i szczęściu. O złudzeniach, jakie dawało życie i o tym, że już najwyższy czas, by przestać się łudzić. Nadchodzi zima życia. Trzeba się do niej przygotować. Trzeba ją godnie przeżyć. Trzeba pogodzić się z tym, do czego wrócić już nie sposób.

Mądra, głęboka i poruszająca książka. Wyznanie śmiałe oraz bolesne. Prawdziwe i poszukujące jakichś prawd ukrytych. Opowieść o trudnym życiu i o tym, że jeszcze trudniej znieść to, co być może przed nami niż to, co kiedyś się przeżyło i co domaga się we wspomnieniach swego miejsca na zawsze.

2014-04-14

"Kobierki" Grzegorz Franczak

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 25 marca 2014

Liczba stron: 264

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 32 zł

Tytuł recenzji: Etylicznie, lingwistycznie, karkołomnie

Mieliśmy "Tworki" Marka Bieńczyka i pracownika szpitala psychiatrycznego, którego szpitalna przestrzeń chroni przed wojną. Mamy dzisiaj "Kobierki" Grzegorza Franczaka - rzecz rozgrywającą się w dużej mierze pod Krakowem, w podobnym szpitalu. Tym razem nie pracownik, a pacjent jest w centrum zainteresowania. Przed czym kryje się bohater Franczaka? Przed niezdefiniowanym złem tego świata, które wpędziło go w nałóg. Przed okrucieństwem losu i własnej jaźni, jakie odrywają tak boleśnie od życia. "Kobierki" to lingwistyczny traktat o upadku, próbie ratowania siebie, ale przede wszystkim o pastwieniu się nad samym sobą, nad uległym nałogowi i ułomnym ciałem, nad głodem picia i głodem życia w piciu warunkowanym na czas określony.

Mam problem z tą książką. Duży problem. Jako literaturoznawca autor w języku daje z siebie wszystko. Przekracza nawet granice, które przekroczyć można tylko w stanie delirium, niekoniecznie alkoholowego. Językowo to książka rozbuchana, sarmacko rubaszna, drapieżna, prowokacyjna, irytująca i wychodząca językowi naprzeciw w takim znaczeniu, iż to w dyskursie akademickim, którego rozpaczliwe resztki chce zachować pijany bohater błądzący po rzeczywistości słów prostych i dosadnych, rozgrywa się dramat tej etylicznej epopei. Ona chce skryć w języku to, co najintymniejsze i jednocześnie podaje nam na tacy świadomość obnażoną, boleśnie małą, niepewną siebie i niebędącą w stanie pojąć grozy, jaką ma w sobie klatka alkoholowego uzależnienia. O ile zatem wierzę językowi i wiem, od kogo powieść wychodzi, o tyle opisana historia bolesnego samosądu, jaki wymierza sobie podczas terapii na oddziale otwartym bobohater z alkoholu i kości, nie jest dla mnie przekonująca. Mam wrażenie, że w tej dramatycznej spowiedzi walczącego z nałogiem alkoholika kryją się szepty pijaczków z krakowskiego Kazimierza, słowa poznanych w Kobierzynie terapeutów, wyimki z prac walczących o siebie pacjentów i ogólnoludzkie rozumienie głodu w nałogu, jakiego przyczyny i konsekwencje Franczak opisuje w sposób encyklopedyczny, zbyt oczywisty oraz zbyt schematyczny po prostu. Nie ma natomiast osobistego przeżycia. A może jest, ale mocno skryte i dla mnie nie do odczytania.

Nie uwierzyłem więc tej książce, ale starałem się ją czytać z uwagą. Nie tą czytelnika, który nieznajomy prawideł terapii grupowych na oddziałach otwartych, będzie sobie notował, czym jest WOTUW, ZT czy PTPT. Interesowała mnie bardziej budowana w języku egzystencjalna kondycja dojrzałego rzekomo mężczyzny, który musi poznać i zrozumieć nowe kategorie poznawcze, by dotrzeć do wnętrza siebie, swoich problemów i braków, jakie rekompensował latami alkoholem. W Kobierkach, wraz z wieloma podobnie uzależnionymi, musi zmierzyć się ze swoimi lękami w grupie. Konfrontować doznania i przeżycia z tymi, którzy przecież są mu bliscy jedynie dlatego, iż znajdują się w jednym miejscu, w jednym czasie i z jednym problemem.

Robert był pewien, że ułożył sobie życie. Pewien, że zamiótł pod podłogę braki, niedosyty i traumy doświadczeń z młodości. Skłonność do nadmiernego spożywania alkoholu to bolesny ślad po tacie - wymierzającym sprawiedliwość za ciemnej komuny w sobie doskonale zorganizowany sposób. Śladów po biciu i poniżaniu nie da się dostrzec. Da się zauważyć głód picia. Życia w znieczuleniu. Z przerwami na tak zwane uporządkowane życie wykładowcy akademickiego, który nawiązuje płomienny romans ze studentką i rozwiązuje swą bliską więź z krakowską pętlą Wieczysta, niepotrzebną i zużytą, z Kazimierzem ciemnym jeszcze, mrocznym, często pijanym, a jeśli nie, to na pewno mocno zawianym. Bo może głód picia ukrył się gdzieś w miejscach porzuconych, gdzie niechęć i brak były tłem jedynie, a dzisiaj, po latach, stają się treścią, która boli, niszczy i nie pozwala na normalne życie.

Normalnie zaczyna być w Kobierzynie. Tam, gdzie teoretycznie normalność żegna się w drzwiach wejściowych. Bohater Franczaka wraca do rodzinnego miasta, wraca do przeszłości, konfrontuje się z zapomnianym i zapitym ego, ale przede wszystkim funkcjonuje ze swą trzeźwiejącą boleścią pośród innych, równie tragicznie trzeźwych. Janko Policjant, Siemko Sokolnik czy Mieszko Dendrolog - oni i kilku innych będą starali się uświadomić Robertowi, iż nie jest tak dramatycznie osobny w nadmiarze i natłoku. W grupie jest silnym filarem. Poza nią - ucieka wciąż na nowo przed tym, co nie do zniesienia. Wyznania terapeutyczne muszą się mieścić w klarownym języku, w pełnych zdaniach, od wielkiej litery po diabelską kropkę, która nigdy nie oznacza końca. Poza tym bohater Franczaka ucieka w język, w stylizowane zaciemnianie - rzeczywistości  i swoich własnych odczuć. To mimo wszystko bolesna zabawa, choć język wydaje się dla niego jedynym azylem. "Tu mogę sobie tkać do woli swój paczwork z odrzutów, odpadków i gałganków. Splatać dowolnie wątki, urywać nici, bawić. Przeplatać dla niepoznaki feerię fikcji z grozą zaszyfrowanego, pseudonimowanego realu". Franczak opowiada o dramacie uzależnienia, ale również o rozpaczliwych próbach sankcjonowania patologii w sobie jako czegoś normalnego. Jego historia porusza i jest żywa, ale staje się w finale standardowym opisem przypadku, którego losy można  w pewnym momencie przewidzieć.

Jest w "Kobierkach" Krzysztoń, Pessoa i Barthes. Jest barokowa składnia. Jest piwo, burdel, są zwierzenia obolałego kuracjusza. Jest Pilch i Pismo święte. Mecze euro i boleść rozstania z kobietą. Jest poetycka fraza i wulgarne Polaków niekoniecznie nocne rozmowy. Jest językowa bezradność i lingwistyczne szyderstwo z tej bezradności. Jest "histeryk" literatury i histeria językowej stylizacji tworząca melanż dla mnie nie do zniesienia. Pożyczę zdanie od samego bohatera i nim zakończę niniejsze omówienie. "Za dużo tego naraz. Nie ogarniam". Nie wiem, czy ta opowieść ma być śmiertelnie poważna czy groteskowo śmieszna. Nie wiem, jaką prawdę o istocie uzależnienia i trudach walki z nim mam tu uznać za rzecz, która mi otworzy oczy szerzej na problem. Problemem jest dla mnie odbiór "Kobierek". To z pewnością książka, z którą trzeba się zmierzyć. Powodzenia!

2014-04-12

"Święta noc" Tahar Ben Jelloun

Wydawca: Karakter

Data wydania: 2 kwietnia 2014

Liczba stron: 200

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 35 zł

Tytuł recenzji: Przekleństwa przeszłości

Niebywale smutna jest kontynuacja "Dziecka piasku" Tahara Ben Jellouna. Na początku daje nadzieję i o nadziei związanej z szeroko pojętym wyzwoleniem opowiada w niepowtarzalny, liryczny sposób. "Święta noc" ma być opowieścią o stawaniu się na nowo, o końcu fatalnej transgresji oraz o spełnieniu pragnień i potrzeb. Czym jest w gruncie rzeczy? Ben Jelloun pozostawia nas z intymnym wyznaniem. Odchodzi bowiem od różnych punktów widzenia i opowieści bajarza, który rekonstruował dzieje Ahmeda vel Zahry, sugerując wiele punktów widzenia i wielość interpretacji. Tym razem głos oddany zostanie samej ósmej córce szalonego Marokańczyka, który postanowił mieć syna i w córce tego syna dla siebie stworzył. Zahra żegna się z narzuconą rolą w momencie dramatycznego wyznania ojca na łożu śmierci, który prosi ją o wybaczenie i wyzwala z piętna narzuconej płci, społecznej roli i roli, która wewnętrznie niszczyła, bo była więzieniem dla duszy. Nie spodziewamy się, iż będzie to książka o uwięzieniu właśnie. Historia Zahry, ta opowiadana przez nią samą, jest pułapką, w jakiej zamykamy się wraz z narratorem, który zmienia zarówno rytm, jak i tonację opowiadania, by zaskoczyć opowieścią może nawet bardziej przygnębiającą niż opowieść o dziecku z piasku, które dla nikogo nie było tym, kim narodziło się naprawdę...

Dwudziestej siódmej nocy ramadanu marokański garncarz wzywa do siebie córkę, której życie zamienił w grę pozorów i której ramy tożsamości sam wyznaczał w swych chorych wizjach. Ojciec prosi o wybaczenie. Ono ma konstytuować prawdziwą tożsamość Zahry. Tej, której nikt już niczego nie narzuci i która będzie zdolna pokochać siebie, bo będzie sobą naprawdę i na zawsze. Ben Jelloun opowiada o pewnej mocy sprawczej - jego kobiecość stała się poprzez akt łaski. Potęguje się jednak rodzinne wykluczenie i po pożegnaniu z umierającym, ósmej i naznaczonej przez ojca córce nie pozostaje nic  innego jak odejść, by zacząć żyć w wolności. Wiosenny dzień przynosi katharsis po mrocznej nocy wyznań. Zahra jest gotowa do tego, by naprawdę być kobietą. Musi zapomnieć, by móc odrodzić się na nowo. Fatalizm Ben Jellouna jest jednak porażająco wielki, bo niszcząca moc dawnego życia nadal będzie prowadzić do destrukcji. Tyle tylko, że postępować ona będzie stopniowo, a dramatycznego finału życia w upojeniu pozorną wolnością nie będziemy w stanie przewidzieć...

Wymowna jest symboliczna wizja pobytu narratorki w miejscu, gdzie radośnie wzrasta pewna pajdokracja zapomnienia. Zahra nie może zatrzymać się w tym azylu dla pokrzywdzonych przez los, bo niesie w sobie coś, czego nie mogą znieść wszyscy osiągający wolność ciała i duszy. Wędrówka trwa więc nadal i kończy w domu niewidomego Konsula. Konsulem nazwała go siostra, bo panuje nad wymyślonym miastem i wymyślonym krajem. Konsula i Krępę łączy pewien intymny pakt, a Zahra zaczyna odgrywać w życiu ślepca coraz ważniejszą rolę. Szukając swojej kobiecości i otwierając się na nowe doznania, wyzwala z symbolicznego mroku męskość Konsula. On sam czuje ogromną bliskość z kimś, kto kryje w sobie tajemnice. Podległa i zależna Krępa, która nosi w pamięci traumę przeszłych zdarzeń, postanowi zawalczyć o brata ulegającego wpływom. Dojdzie do okrucieństwa, które będzie związane z czasem minionym, od jakiego nie można się uwolnić. Pojawi się pokuta, pojawi zdolność odczuwania wolności tylko i wyłącznie w kolejnym zniewoleniu...

Tahar Ben Jelloun poetycko opowiada o ryzyku przekraczania wielu możliwych granic. O ryzyku powrotu do samego siebie i niemożności trwania bez łączności z tym, co minęło. Bohaterka "Świętej nocy" wierzy w to, iż uda jej się osiągnąć spełnienie i że zrozumie, jak wiele pragnień, potrzeb, myśli i emocji tkwi w tym nowym ciele, wolnym rzekomo, pozbawionym ograniczeń - także tych religijnych. Ta historia na kilka możliwych sposobów opowiada o dramacie ludzkiego niespełnienia. O tym, że trzeba pogodzić się z samotnością, jeżeli nie można się z nią pożegnać. O sile jednostkowego buntu i o konsekwencjach zagubienia wynikłego z buntu. Świat pełen mroku nie jest sygnalizowany jedynie przez ślepotę Konsula. Świat, jaki czeka na Zahrę po pozornym wyzwoleniu się, kryć będzie jeszcze więcej ciemnych barw niż dotychczasowe życie, które było życiem na żądanie, z rolą do odgrywania i z uczuciami, jakie tłumiło się na siłę.

"Święta noc" uwodzi językiem, który zmienia się wraz z dramatycznymi zdarzeniami. Język zawodzi, kiedy trzeba oddać bezmiar rozpaczy w samotności; samotności zmierzającej ku więzieniu. To historia wędrówki, która nigdy się nie rozpoczęła, nie miała więc prawa się skończyć. Ben Jelloun wyraziście kreśli dramaty zamkniętych w sobie bohaterów i sugestywnie wprowadza w coraz to nowe, jeszcze bardziej skomplikowane rewiry drogi ku spełnieniu. Niespodziewana jest ta namiastka spełnienia finałowego i niezwykle smutny cały obraz symbolicznej wędrówki, poszukiwań siebie, świadomości zmierzającej ku dramatowi końcowemu, ku utracie woli oderwania się od tego wszystkiego, co nie pozwalało żyć naprawdę.

To wyrazista książka o tym, iż nasze życie jest wiecznym doświadczaniem wyobcowania w świecie, który nie pozwoli zatrzeć przeszłości i nie da nam komfortu decydowania o tym, kim chcemy być oraz kim się stawać. Jednocześnie to liryczna opowieść o niespotykanej wrażliwości, dla której nie ma miejsca w świecie naznaczonym przez prawa, zwyczaje, logikę i rytuał. Noc Przeznaczenia pokieruje swą wędrowniczką tam, dokąd sama nie zamierzała dotrzeć. Ben Jelloun zarysuje niemożliwe, swą fabułę rozpinając między wielką nadzieją a równie wielkim rozczarowaniem. "Dziecko piasku" i "Święta noc" to książki o niemocy, zniewoleniu i o niespełnionych pragnieniach. Trudno orzec, która z nich jest bardziej przejmująca. "Święta noc" jest chyba bardziej wizyjna. Miesza konwencje baśni, przypowieści, moralitetu i symbolicznego traktatu o skomplikowanej strukturze ludzkiej natury. Dużo bardziej wieloznaczna niż można byłoby podejrzewać na początku lektury, oferuje jej niepowtarzalną przyjemność. Bo w tej tragicznej opowieści urzeka przede wszystkim jej język. Zapada w pamięć i zniewala. Niebywale głęboka i mistrzowsko napisana rzecz!


PATRONAT MEDIALNY

2014-04-09

"Powieść o ojczyźnie" Dzwinka Matijasz

Wydawca: Biuro Literackie

Data wydania: 3 marca 2014

Liczba stron: 142

Tłumacz: Bohdan Zadura

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34 zł

Tytuł recenzji: Ojczyzna wewnątrz...

Poetycka proza Dzwinki Matijasz jest wyzwaniem i wymaga skupienia. To książka, w której brzmią polifonicznie głosy kobiet kilku pokoleń. To niezwykły dowód na to, jak głęboka jest kobieca wrażliwość, jak wiele skrywa w sobie nastrojów, jakimi obrazami poetyckimi jest w stanie te nastroje zobrazować. "Powieść o ojczyźnie" to poruszający traktat o poczuciu wyobcowania, o tęsknotach, o niespełnionych snach i rzeczywistości jak ze snu, którą charakteryzuje przede wszystkim szeroko pojęte poczucie braku. Taka to jest ojczyzna Matijasz; nie ma w niej wiele i trudno w niej o spełnienie, skoro zasadniczym poczuciem jest poczucie niepełności świata, a uzupełniać go mogą jedynie emocje i uczucia. Niewielu myśli o tym, co czuje, niewielu swoje uczucia analizuje. Bohaterki tej książki - od małej dziewczynki pragnącej być sprzedawczynią cukierków do starszej kobiety mierzącej się z przemijaniem i siwizną - zanurzone są w swoich uczuciach na tyle, że przez ich pryzmat widzą rzeczywistość taką, jaką chciałyby mieć przy sobie. Marzą, fantazjują, szukają siebie i innych. Nawołują w trudnej miłości miejsce, do jakiego chciałyby przynależeć. To bardzo skomplikowane. Wszak "ojczyzna jest tam, gdzie rodzimy się i gdzie przebywamy długo, czasem krótko, to drogi, którymi chodzimy, drogi, którymi uciekamy i nigdy nie wracamy. ojczyzna jest tam, gdzie nas może nie być. gdzie nas już nie ma. tam, gdzie chciałoby się umrzeć".

Ta subtelna narracja jest osadzona w konkretnym miejscu i w konkretnych czasach. Wszystko zaczyna się od zapowiedzi ojca, który przyklejony do odbiornika, z jakiego płynie głos Radia Swoboda, zapowiada rychłe nadejście Krasnej Armii. Ukraina jest miejscem, w którym nie wszystkim jest ze sobą po drodze. Czasem, w jakim giną tęsknoty i pragnienia, wypierane często przez pragmatyzm, niekiedy przez niechęć do życia wewnętrznego. Ludzie wokół noszą czarne skórzane kurtki i szare płaszcze. Ludzie wokół są niedostępni albo niechętni, by się do nich zbliżyć. Narratorki Matijasz próbują zatem zbliżyć się do samych siebie, w sobie poszukiwać miejsca nazywanego na wiele sposobów ojczyzną. Ich uczucia to ich właściwości. Stają się w pełni sobą przez siłę wyznania. Wyznają, że są samotne, że oddalenie od innych jest bardzo duże, że tkwią w szczęśliwych snach i że wyrażają się poprzez symbole. Szukają kontaktu z Absolutem. Szukają siebie - w sobie, zanurzone w troskach, kłopotach, frustracjach, lękach i nadziejach.

Bez względu na wiek, przeżycia i sposób mówienia o nich, są stale jak dziewczynki ze szkła. Kruche, delikatne, ale też przezroczyste. Ludzie z otoczenia mogą przejrzeć się w nich i próbują tam znaleźć siebie. Są różni i pojawiają się w różnych momentach życia. Jest Genek, który za nic ma ojczyznę. Jest menel Boria o oczach zbitego psa. Jest Julia, która potrafi wyczarować piękne fryzury, jest Oleh - substytut przyjaciela i bliskości trudnej do zrealizowania. Ale przede wszystkim jest świat wewnętrznych przeżyć, w którym ci ludzie pojawiają się oraz znikają, który uzupełniają i poprzez kontrast zacierają. Nic bowiem nie jest oczywiste w kobiecych wyznaniach - tych najbardziej dramatycznych i tych najsilniej przepełnionych żalem za stratą. I tęsknotą, bo o niej - jak już wspomniałem - w dużej mierze jest ta książka.

Matijasz zarysowuje świat kobiet, którym coś odebrano i które czują się w tym braku niepełne. Kobiet zmagających się z opuszczeniem i ze śmiercią, jaka pojawiła się obok i niesprawiedliwie rozdzieliła tych, co się kochali. To książka o najtrudniejszej formie bycia, bo bycia z samymi sobą. Kobieca samotność idzie w parze z ogromną wrażliwością na szczegóły. "Powieść o ojczyźnie" buduje się z wizji przepełnionych szczegółami - interpretowanymi na nowo, nabierającymi nowych sensów. Liryczne wyznania są wyrazem poszukiwań sensu w świecie, którego braki uniemożliwiają utożsamienie się z tym, co jest wokół. Dzwinka Matijasz w swojej narracji wędruje zatem do wewnątrz. Tam zadaje się pytania, tam poszukuje, tam cierpi i raduje się; tam także kryje się to, co na kilka sposobów próbuje być nazwane ojczyzną.

Pustka i brak - one podkreślane są bardzo często. To obcość wewnętrzna, ale i poczucie porzucenia - przez matkę, życiowego partnera. Zaciera się granica między wiekiem kobiet, bo naiwna narracja dziecka z samego początku jest tym samym, co opowieść o przeżywaniu świata kobiety dojrzałej, doświadczonej przez los. Matijasz buduje skomplikowaną narrację, w której odnaleźć możemy rozpaczliwe próby buntu wobec zastanego świata i widzimy równocześnie spolegliwość w smutku - wszystko naznaczone piętnem życia w miejscu, w którym wciąż czegoś brakuje, wciąż czegoś się szuka i stale za czymś tęskni.

"Powieść o ojczyźnie" jest książka szalenie emocjonalną. Ta opowieść rodzi się i uśmierca w kolejnych akapitach. Nie dba o logikę, nie dba o spójność. Ignoruje zasady interpunkcji, bo rozgrywa się w swoim rytmie, poza wszelkimi ograniczeniami. Dzwinka Matijasz pisze o kobiecości naznaczonej smutkiem, ale i o kobiecości świadomej. O marzeniach wynikłych ze stanu oczekiwania na zmianę. O życiu, które toczy się gdzieś wewnątrz. O świecie, do jakiego przynależy się i jest się w nim jednocześnie obcym. To także książka o sile płaczu, o sennych rojeniach i o rzeczywistości, nad którą nie jest się w stanie panować. O próbach kontaktu z Bogiem, bo przecież Bóg to wszystko stworzył, we wszystkim jest i nie może oszukać, nie może pozostawić w pustce i bezradności.

Kobiece monologi stają się chwilami teatralne, momentami nieznośnie patetyczne albo też pretensjonalnie ckliwe. Te narracje żyją, rozrastają się, osaczają czytelnika i gubią go w sobie. To nie jest książka, przy której można odpocząć. Matijasz mocno angażuje nas w świat wielu subtelnych przeżyć, wielkich traum i tak rozpaczliwego cierpienia, dla którego wciąż szuka się możliwych usprawiedliwień. To opowieść o wrażliwości naznaczonej przez utratę i o sile, którą daje poczucie, że wszystko, czym się stajemy, zapisujemy w sobie od wewnątrz. To wędrówka po światach uczuć, dzięki którym znajduje się swą trudną ojczyznę. Swoje miejsce, do którego można dotrzeć. Swoją tożsamość, okaleczoną brakami, tęsknotami i niespełnionymi miłościami. Proza gęsta, trudna w odbiorze, ale przesycona wieloma subtelnościami. O trudnych emocjach, trudnym życiu i o kobiecej sile, jaka pomaga przetrwać.

2014-04-07

"Martwe ciała" Waldemar Ciszak, Michał Larek

Wydawca: Simple Publishing

Data wydania: 25 marca 2014

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Portret dewiacji

Polska Ludowa miała być krajem bezpiecznym, bez drastycznych przestępstw, bez dewiantów. Szokiem w komunistycznym kraju okazał się przypadek Edmunda Kolanowskiego - gwałciciela, mordercy i nekrofila. Waldemar Ciszak i Michał Larek w swoim wstrząsającym reportażu wracają do wydarzeń z lat osiemdziesiątych minionego stulecia i starają się zrekonstruować czas, w którym pojmano Kolanowskiego, przesłuchiwano go, badano psychiatrycznie i sądzono po to, by ostatecznie 28 lipca 1986 roku wykonać na nim jedną z ostatnich kar śmierci w Polsce. "Martwe ciała" to nie tylko dowód wnikliwości autorów, ale także książka, która ukazując działania milicji, zadaje po latach nowe pytania w sprawie, która wstrząsnęła całą Wielkopolską. Autorzy w sposób surowy, ascetycznie dramatyczny i rzeczowy, rekonstruują czas, w jakim przestępca mierzył się z samym sobą i dojrzewał do tego, by przyznać się do zbrodni, które nigdy nie wywołały w nim wyrzutów sumienia.

Czy przesłuchania Kolanowskiego prowadzone były właściwie? Co naprawdę chciał powiedzieć, a co wyznał wbrew swej woli? Czy rozpoznanie psychiatryczne było trafne, gdy uznano go za poczytalnego? Skąd wzięły się makabryczne skłonności zaspokajania seksualnego popędu przy odciętych narządach rodnych i piersiach zmarłych kobiet? Kto wiedział o czynach dewianta jeszcze zanim schwytała go milicja? Jakie znaczenie w sprawie miał sposób, w jaki wywierano na podejrzanym presję w trakcie trwania śledztwa? Czym kierował się Kolanowski, czy był w stanie się kontrolować? Dlaczego tylko w stosunku do matki czuł się winny? I w końcu - czy kara śmierci rzeczywiście była w jego przypadku koniecznością? Sprawa Kolanowskiego pozostała na zawsze w pamięci wielu. Przede wszystkim Jerzego Jakubowicza, z którym rozmawiają autorzy książki. Jako młody porucznik został oddelegowany do tego, by złamać przestępcę, zmusić go do mówienia, wywrzeć nacisk i pokierować śledztwem tak, by potwór, za jakiego miała oskarżonego opinia publiczna, odpowiedział za wszystkie swoje uczynki.

Ciszak i Larek przytaczają protokoły z przesłuchań, opierają się na materiałach milicji i sądu, rekonstruują zdarzenia w taki sposób, by ukazać kilka niejednoznaczności. Pochylają się przede wszystkim nad postawą Kolanowskiego po aresztowaniu. Publikują fragment jego listu do matki i wstrząsające wyznania konkubiny, która była świadkiem palenia kobiecych narządów rodnych w piecu. Odtwarzają rytm przesłuchań - chwilami powolny, monotonny, powracający do tego, co już zostało powiedziane. Zatrzymują się na istotnych dla nich szczegółach. Na słowach, gestach samego Kolanowskiego. Przerażającej postaci, której motywacji nie zgłębiono wówczas dokładnie. "Martwe ciała" przypominają cały poruszający proces wyznawania win i zaprzeczania im. Ożywianie się w sytuacjach, w których oskarżony był w centrum zainteresowania. Autorzy publikacji próbują dotrzeć do tego, co działo się w jego życiu, że w pełni świadom tego, co robi, zaspokajał się seksualnie przy manekinie, do którego przyszywał srom i piersi nieżyjących ofiar.

Czytanie tej książki może być przeżyciem ekstremalnym. Jej rytm jest bardzo stabilny. Autorzy w żaden sposób nie chcą oddziaływać na emocje. Po prostu rekonstruują zdarzenia. Zadają pytania, stawiają tezy. Czy Kolanowski miał na koncie tylko trzy zabójstwa kobiet? Kiedy właściwie zaczął swą działalność dewianta? W jaki sposób otoczenie wpływało na niego tak, że kierował swój pociąg seksualny ku martwym ciałom - wygrzebywanym z grobów, profanowanym w kaplicach cmentarnych?

Palacz i zwłoki - prawie jak u Fuksa. Tyle że tutaj nie mamy do czynienia z konwencją opowieści literackiej, lecz z przypadkiem do dziś poruszającym wyobraźnię. "Martwe ciała" to świadectwo potworności ludzkiej natury, której nie chciano do końca zgłębić, bo wszystko to przerastało zapewne możliwości komunistycznej milicji oraz powołanych do śledztwa biegłych lekarzy. Jerzy Jakubowski po latach nie jest w stanie opowiadać o tej sprawie bez emocji. Autorzy książki starają się przedstawiać rzecz w sposób suchy, bez zbędnych komentarzy. Ukazują sylwetkę zaburzonego psychicznie człowieka, który staje przed koniecznością odpowiedzialności za zbrodnie. Mamy do czynienia z niespotykanie rzadkim połączeniem brutalności i dewiacji. Widzimy jednocześnie, iż głównym bohaterem jest człowiek mocno skrzywdzony przez życie, z ogromnymi zaburzeniami, z całą gamą objawów zachowań neurotycznych, które przez lata nie były dostrzegane. Obserwujemy skomplikowany proces rekonstrukcji zdarzeń, w których wiele jest niejasności i równie dużo przerażającej prawdy o ludzkiej naturze.

Sprawa Edmunda Kolanowskiego została dawno zamknięta. To jedno z najbardziej mrocznych świadectw tego, iż Polska Ludowa - wbrew temu, co głosiła władza - nie była państwem bezpiecznym i państwem, w którym zdarzały się jednak brutalne przestępstwa. "Martwe ciała" to także reportaż o próbach podejrzenia Zła w najbardziej ludzkiej postaci. Próba zajrzenia do piekła, jakim było dla Kolanowskiego jego życie i jakie zgotował swym ofiarom, które atakował znienacka i bez cienia wątpliwości. Protokoły i nagrania to za mało, by ujrzeć tę sprawę taką, jaka naprawdę była. Waldemar Ciszak i Michał Larek podążają mroczną drogą, na której zestawiają fakty, podejrzenia, insynuacje i tezy. W gruncie rzeczy nie mówią niczego nowego o tym, co zamknięto. Czy aby na pewno? Tropów jest kilka, to śledztwo i proces ożywa na nowo. Czytelnik sam może postawić sobie pytania, jakich być może zabrakło, zanim Edmund Kolanowski w dość szybkim trybie został skazany na śmierć...


PATRONAT MEDIALNY

2014-04-04

"Na Pragę nie wrócę" Elżbieta Wichrowska

Wydawca: MG

Data wydania: 3 kwietnia 2014

Liczba stron: 236

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Praskie wycieczki

Jakiś czas temu po Warszawie oprowadzał mnie Michał Cichy. Nie była przekonująca celowość tej wędrówki, forma opowiadania o niej i rodzaj wrażliwości, jakie oddalały mnie od "Zawsze jest dzisiaj". Dużo ciekawiej o stolicy opowiada Elżbieta Wichrowska w swojej powieści "Na Pragę nie wrócę", ale to też książka z mankamentami. Mnogość wątków nie tyle jest nieuzasadniona, co ku niczemu nie prowadzi. Trudno bliżej określić, dokąd tak naprawdę narratorka tej historii nas prowadzi i w jakim kierunku sama autorka podąża wraz z opowieściami i pokaleczonymi emocjonalnie przez życie bohaterami. Nasuwa się pytanie o to, kto dzisiaj potrafi o Warszawie opowiadać naprawdę frapująco, ale ta książka mimo wszystko warta jest uwagi. Dość wiarygodna psychologicznie historia o poszukiwaniu swojego miejsca, o braku poczucia tego miejsca gdzieś wewnątrz siebie, o próbach radzenia sobie z przemijaniem i o dylematach, w jaki sposób ukazać ciągłość historyczną miasta, które nie chce już mieszać ze sobą przeszłości i teraźniejszości.

Magda dorastała w Nowym Dworze Mazowieckim, a potem kazano jej na siłę stać się warszawianką. Ponieważ do pierwszej szkoły dojeżdżała z Warszawy, tę drugą - średnią - wybrała tylko dlatego, że było blisko. W licealnej trzynastce o niezbyt dobrej sławie poznała dwie przyjaciółki, z którymi potem przez dwadzieścia lat dzieliła troski i radości codziennego życia. Magda próbuje po latach zrozumieć, czym tak naprawdę była dla niej Praga i czym jest teraz, kiedy młodzieńcze wspomnienia blakną, a dzielnica mająca tak wielu przeciwników oraz uznawana za śmierdzącą i poranioną stronę Wisły, tkwi w niej bardzo silnie, choć nie jest już jej Doliną Issy, bo takiej prawdopodobnie nigdy nie miała.

Bohaterka chce napisać książkę o swojej Warszawie. Powiązać przeszłość niedającą jej spokoju, odnajdując jednocześnie czar współczesności, jaka wdziera się na Pragę; ożywia ją, czyni miejscem przyjaznym i takim, w którym Magda - chcąc oderwać się od dorosłej już córki - chce kupić mieszkanie, ponownie znaleźć się w magicznej dla niej przestrzeni i po raz kolejny rozmyślać o tym, jak wiele zmieniło się w miejscu, gdzie żył przed wiekami Szmul Zbytkower czy biskup Kossakowski. Książka o ukochanym mieście wciąż tkwi w Magdzie, nie jest napisana. Kobieta uważnie przygląda się ludziom, ulicom, odwiedza praskie knajpy i zachwyca kamienicami, którym nie jest straszny upływ czasu. W gruncie rzeczy nieco rozpaczliwie szuka samej siebie w tym wszystkim. W opowieściach rozpiętych gdzieś między XVIII wiekiem a dniem dzisiejszym, w którym Praga ma inne oblicze, ale nadal jest miejscem, z którego się wyrastało.

Przyjaciółki Magdy mają różne zdanie o owej Pradze. Wspólna nauka w liceum i wspólne inicjacje wszelkiego rodzaju w tej mrocznej kiedyś i niebezpiecznej dzielnicy to za mało, by nadal kochać Pragę całym sercem. Justyna żyje szybko i intensywnie. Jest wziętym adwokatem, ma swój styl, trzyma odpowiedni poziom. Równie niezależna jest Beata. Pani neurochirurg z mocną głową, która zawsze chciała mieć syna, żyła w nim jeszcze nienarodzonym i podwójnie ciężko znosi jego brak. Beata wyraźnie określa, kim po latach są przyjaciółki z praskiego liceum. "Ja ze słuchawkami na szyi, Justi z kodeksem w ręce, a ty z Biblią Gutenberga pod pachą". Jest im dobrze. Samym ze sobą i wspólnie razem. Każda boryka się z traumą wspomnień po nieudanym związku z mężczyzną. Magda jest w stanie w pełni uwiarygodnić męskość w osobie jej przyjaciela-geja. Zdzisław to bankowiec i bibliofil, ogląda z Magdą filmy o Bondzie i skrywa przed przyjaciółką niejedną tajemnicę. Potrafi także wykazać się siłą perswazji, ale mimo serdeczności wciąż jest tajemniczy.

Mężczyźni Elżbiety Wichrowskiej dają ciała na całego, ale jej dzielne bohaterki w wieku średnim mimo udręk z płcią przeciwną dają radę, w każdym możliwym wymiarze. Magda jest z nich najbardziej chyba sentymentalna, z zawodu historyk, umiłowała czas miniony i chce go wpleść w ten wciąż dla niej trwający. Kobiece trio to silna grupa po przejściach. Przedstawione życiorysy są nie tyle skomplikowane, co przede wszystkim naznaczone pasmem porażek, z którymi mimo wszystko można dać sobie radę. Największą porażką dla Magdy jest chyba fakt, iż nadal nie jest w stanie znaleźć swego imago mundi; nie jest pewna Pragi, choć ją kocha i się nią zachwyca. Nie potrafi zdecydować, że przeniesie się do miejsca, od którego sama kiedyś odeszła. "Na Pragę nie wrócę" to zatem powieść w pewnym stopniu inicjacyjna, bo choć bohaterowie są w wieku średnim, mierzą się ze zdarzeniami i przeżyciami, które zmuszają do myślenia o tym, kim są naprawdę. Teraz, z bagażem doświadczeń i z poszukiwaniem śladów czasu minionego w tym, który jest teraz zawsze niepełny, bo naznaczony brakiem.

Ta powieść to dość ciekawy przewodnik, głównie po prawobrzeżnej części Warszawy. Klimatyczne lokale, pamiętające przeszłość cmentarze, historie osadzone na Pradze i z Pragi wyrastające. Pomniki, autobusy, przechodnie, siląca się na oryginalność symbolika. Dodatkowo coś na kształt kryminalnej intrygi, kilka tajemnic, trudne relacje międzypokoleniowe i historie, które mnoży już taksówkarz w pierwszej opisanej scenie. Wszystko napisane z gracją, subtelnie i z dużym dystansem oraz poczuciem humoru. Ale czegoś mi brakuje.

Ta opowieść nie jest do końca wiarygodna. Chce się tej Pragi, tej warszawskiej wrażliwości i zmienności - a jednocześnie wszystko jest takie dalekie, bo ma się poczucie, iż kierunek, w jakim zmierza powieść, od początku jest bardzo mglisty. Elżbieta Wichrowska usiłuje nas nieco na siłę zaczarować, zauroczyć - miejscami i opowieściami o nich. Paradoksalnie najlepiej wychodzą jej konstrukcje bohaterów - ludzi po przejściach i ze skrytymi tajemnicami, lękami, wątpliwościami i z zagubieniem. Warto powędrować śladami Wichrowskiej, ale jej warszawska, praska w zasadzie opowieść nie porywa mimo kilku zastosowanych inteligentnie chwytów narracyjnych. Dobrze napisana powieść, która pozostawia w niedosycie. Bo w tych historiach można się odnaleźć, ale nie można zakochać.