Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-05-28

"Londyn NW" Zadie Smith

Wydawca: Znak

Data wydania: 22 maja 2014

Liczba stron: 398

Tłumacz: Jerzy Kozłowski

Oprawa: twarda

Cena det: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Wrośnięci w miejsce...

Tym razem Zadie Smith nie przenosi nas gdzieś daleko. Zaprasza do peryferyjnych dzielnic Londynu. Do Kilburn, Willesden, do miejsca środka i centrum wszechżycia. Stamtąd pochodzą nakreśleni wyrazistą kreską bohaterowie, tam pozostają mentalnie i stamtąd się nie ruszają, choć każde z nich będzie próbowało mierzyć się z życiem po swojemu i częściowo zacierać to, co wydaje się niewygodne z przeszłości, czasu dorastania w tytułowym rewirze London NW.

Pisarka stała się już czymś na kształt ikony brytyjskiego pisarstwa z wyższej półki, nie dziwi więc zatem promocyjny hurraoptymizm i określanie tej powieści mianem, na jakie nie w pełni zasługuje. Arcydzieło? Niekoniecznie. Naprawdę dobrze skrojona proza obyczajowa, mroczna i drapieżna, balansująca między granicami stylów, wciąż te granice zacierająca i porywająca rytmem opisywanych dzielnic. Bardzo dobra narracja, iskrzy na każdej niemal stronie, zwodzi i zaciera czytelne sugestie. Jest jednak "Londyn NW" opowieścią o ludziach i sprawach, o jakich już wielokrotnie napisano. Zadie Smith zrobiła to po swojemu.  Zadała każdemu z nas pytania o to, do czego zdolny jest człowiek dążący do stabilizacji i ten, któremu nie jest dana. Kazała zastanowić się, czy na pewno zwykle każdy człowiek otrzymuje od życia to, na co zasłużył. Pokazała jak życie zmienia ludzi, ale nie zmienia śladów ich pochodzenia. Jak rozpaczliwie próbują oni wyzwolić się z czasu minionego, wyjść poza ramy i ograniczenia oraz kiedy zmuszeni są odpuścić i pogodzić się z losem. "Londyn NW" to nie tyle wielowątkowa powieść o tym, z czym należy się pogodzić, a czemu przeciwstawić, co przede wszystkim barwna historia wchodzenia w wiek średni, któremu barwy odbiera codzienność, lecz nadają ich jednocześnie wspomnienia. I czas miniony wciąż mimo wszystko żywy.

Mocny prolog wbija nas w chaos, jakiego nie sposób uporządkować. Ludzie, zdarzenia, słowa, gesty, zapachy, smaki i ukazana kalejdoskopowo mnogość wszystkiego. Wkraczamy do tej części Londynu, która oswoiła różnorodność i dała jej możliwości rozwoju. Jest tam dynamicznie, nowocześnie... i groźnie przede wszystkim, bo ten tygiel nie służy spokojowi, nie daje wytchnienia. Smith opowie o różnorodności na kilku ważnych płaszczyznach. Ta najbardziej czytelna i oczywista odnosi się do czterech życiorysów ludzi, których coś istotnego połączyło w przeszłości i coś równie ważnego ominęło wspólnie, bo każdy żyje już obok innych, w piekle własnych frustracji, żalu, skrywanych przed światem emocji i z poczuciem, że zawsze można żyć inaczej, lepiej.

Keisha Blake szybko stwierdziła, że nie będzie marnować czasu. Kiedy jej przyjaciele palili trawę, przejmowali się ekologią i angażowali w różnego rodzaju europejskie konflikty, Keisha - spoglądając na siostrę, której losu nie chciała podzielić - studiowała skrypty, oszczędzała pieniądze, wyznaczała sobie drogę rozwoju i krok po kroku realizowała plan idealnego życia. Jest wziętym adwokatem, ma idealnego męża, idealne dzieci, idealny dom i idealnie opanowane życie w zgodzie z własną hipokryzją. Keisha zmienia tożsamość i imię. Natalie żegna wszystko to, co w swojej dzielnicy ją frustrowało i blokowało. Gotowa jest na zmiany radykalne, bo odrzuca też boga, który nie jest już potrzebny. Pozostaje jednak zachowawczy stosunek Natalie do instytucji kościoła i do kilku innych instytucji także. Poza tym trzeba mierzyć się z wieloma rolami. Córki, siostry, matki, żony, prawniczki, bogaczki, Brytyjki, Jamajki i przede wszystkim przyjaciółki. Bo Keisha, która jest obecnie czarna na zewnątrz, a biała wewnątrz, musi dźwigać ze sobą balast bliskiej relacji z Leah, jaka kiedyś dzieliła z nią czas, dzielnicę i marzenia. Kiedyś. Dzisiaj ich bliskość wystawiona jest na próbę.

Leah Hanwell paradoksalnie jest dużo bardziej wyraźna niż Keisha, choć idealnym dla niej stanem jest bezruch i przekonana jest o tym, że gdy ona się stawała, wszyscy w międzyczasie już się stali; są teraz uformowani, unormowani, wbici w sztywny gorset przyzwyczajeń i przede wszystkim pewni tego, jak wieść stabilne życie, któremu niczego nie brakuje. Leah ma pozornie wszystko i nie powinna narzekać. Ma przystojnego, dynamicznego męża, który wielbi Londyn za to, że daje szanse afrykańskim imigrantom, czego nie dawała Francja, skąd przeniósł się do brytyjskiej stolicy. Być może będzie mamą, co ma jej dać szczęście i spełnienie. Ma spokojną pracę, w której może pozostać zwyczajna, niewidoczna, nierozwijająca się oraz cudownie empatyczna dla bliźnich, jacy tej empatii nie odwzajemniają. Bliskość z Keishą wydaje się przeszłością. Okazuje się, iż kobiety realizujące się w tak różny od siebie sposób, znajdą wspólny język, bo wspólne pochodzenie i niezwykła moc dzielnicy nie pozwolą im się od siebie za bardzo oddalić.

W oddaleniu żyją natomiast Felix Cooper i Nathan Bogle. Pierwszy chciał się spełniać jako filmowiec, a musi zadowolić się posadą mechanika. Felix jest szczęśliwy i imię do niego pasuje. Żyje chwilą, odwiedza szalonego ojca-rastafarianina i planuje stały związek, uprzednio pożegnawszy się z podstarzałą kochanką-kokainistką. Felix idzie dzielnie do przodu i nie spodziewa się, co go czeka. Nic nie zaskoczy już jednak Nathana, który żyje na marginesie i stawia sobie jeden cel - przetrwać mimo wszystko. Nathan sięga dna, Natalie wydaje się zdobywać wyżyny. Zadie Smith gorzko rozprawi się ze swoimi bohaterami, a nam pokaże, że nie wszystko w życiu tej czwórki jest takie, jak wynika z pobieżnej analizy.

"Londyn NW" to przepełniona sporą dozą goryczy opowieść o trudnym losie ludzi, którzy przekraczają trzydziestkę, granice własnych marzeń i planów i dla których życie pisze nieprzewidywalne scenariusze. Bliskość opisywana jest symbolicznie. Oddalenie Smith ukazuje za pomocą dość sporego wachlarza środków wyrazu. Jest to opowieść o miejscu, które naznaczyło biografie i o biografiach, jakie nie wychodzą poza miejsce. Peryferie Zadie Smith to mikroświat,  w którym jak w pigułce ukazane jest życie ze wszystkim, co w nim niewygodne i z trudnościami, bo praktycznie nigdy nie jest tak jakbyśmy chcieli, żeby było. Czy nie otrzymujemy jednak tego, na co zasłużyliśmy i co sobie wypracowaliśmy?

Życie staje się dla bohaterów problemem i wyzwaniem - każdy mierzy się z nim na swój sposób. Od uroku młodzieńczych wspomnień po dramat depresji i niespełnienia, w końcu po tragizm wegetacji mimo woli i przypadkowej śmierci. "Londyn NW" na początku kusi swą wieloznacznością ulic, miejsc, ludzi i gwaru. Potem zaś widzimy, że Smith pisze o polifonii uczuć, pragnień i oczekiwań, dla których miejscem realizacji musi być północno-zachodni Londyn, bo nigdzie indziej spełnienia nie będzie.

2014-05-25

"Zimne opowiadania" Virgilio Piñera

Wydawca: Universitas

Data wydania: 15 maja 2014

Liczba stron: 360

Tłumacz: Tomasz Pindel

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 36 zł

Tytuł recenzji: Kubańska groza życia

Virgilio Piñera nie żyje od trzydziestu pięciu lat. Właśnie ukazał się podwójny zbiór jego opowiadań - 24 teksty ze zbioru "Zimne opowiadania" (1956) oraz 22 składające się na "Tego, który przyszedł mnie zbawić" (1970). Nobliwy wydawca, czyli Universitas. Zasłużony tłumacz - Tomasz Pindel. Inauguracja serii literackiej "Nieznana Klasyka Literatury Latynoskiej". Wszystko wskazuje na to, iż jest to rzecz ważna i że należy ją poznać. Być może. Piñera na wiele sposobów próbuje ukazać nam piekło istnienia. Stara się oswoić z bezwzględnością upływu czasu, który niewiele daje i więcej zabiera. Przygląda się ludzkiemu ciału. Wszelkiej maści szarlatanom i dziwakom. Opisuje sytuacje skrajne i oddaje w nich dramaty, zatrzymując - to cytat z opowiadania "Konflikt"  - nasycenie. Ta książka nasycona jest grozą, drapieżną groteską i czarnym humorem. Rozsadza każde z opowiadań tym, iż nie przewidujemy jego końca, niezbyt też pojmujemy strukturę. Język igra niebezpiecznie między złowieszczą metaforą a okrucieństwem przyziemnych prawd. Całość nie dociera do mnie może tak, jak powinna, bo to estetyka mi obca i próbując wedrzeć się do światów przedstawionych Piñery, czułem się jak intruz, a lektura mnie męczyła.

Zacząć warto od pierwszego tekstu, w którym konwencja czarnej groteski służy ukazaniu symbolicznego rozpadu jednostki ludzkiej. Z dwóch wędrowców w "Upadku" pozostają tylko oczy i broda. Jeden ocala zmysł wzroku, którego znaczenie Piñera kwestionuje choćby w późniejszej "Miłości z widzenia" i który niebezpiecznie groźnie powraca w "Twarzy", gdzie bohater się oślepia. Twarz właśnie... Jej fragment ocalony zostaje w upadku. Tej części ciała Piñera poświęca dużo obsesyjnej uwagi. Ciało ludzkie koncentruje się na zmysłach, a kubański prozaik odwodzi nas jednak od nich, kierując ku biologii, rozkładowi oraz ku mrocznej wizji psucia się od wewnątrz i na zewnątrz. Czasem ze strachu. Niekiedy po prostu z powodu upływu czasu. Człowiek Piñery funkcjonuje tylko dzięki rozmaitym zrządzeniom losu, tylko pośród konkretnych wpływów, przede wszystkim zaś w klatce hipokryzji i fatalizmu.

Trafnym komentarzem do tego zbioru opowiadań są słowa, jakie padają w tekście "Pływanie". "Nauczyłem się pływać na sucho. Bardziej się opłaca niż w wodzie. Nie ma ryzyka utonięcia, bo człowiek już jest na dnie, więc bardziej nie utonie". Rozsadzając stereotypowe myślenie i wdzierając się w rejony absurdu, których nie da się połączyć z tym, co realne, Piñera mimo wszystko opowiada o świecie absolutnie prawdziwych przeżyć. To, co je ma wywołać, to zwykle zdziwienie i zaskoczenie. Swoich bohaterów - i niejednokrotnie dwuznacznego narratora - stawia w pozycji tych, którzy mają doświadczyć zmiany struktury dotychczas ustabilizowanej. Piñera rejestruje takie zdarzenia, gdzie ludzie całkiem nieświadomie stawiani są w sytuacji dla nich skrajnej. Tak może być w przypadku śmierci w autobusie, którą spowodował prawdopodobnie zatruty cukierek. Tak jest wówczas, gdy rodzice stają się dziećmi i konsekwentnie dążą do szczęścia w tym odwróceniu ról. To może też być wielomiesięczna sesja pokazywania i komentowania starych zdjęć przez pewną damę. Moment, w którym skazany na rozstrzelanie usiłuje zatrzymać chwilę i skupia uwagę oprawców na kwestiach,  o jakich nigdy nie myśleli. Piñera jest w tych sytuacjach cały zanurzony albo też zanurza w nich narratora, od którego raczej się odcina. Wychodzi z tego makabryczny voyeryzm jak w "Przypadku Akteona", ale to pozwala na chwilę oderwać się od mrocznej rzeczywistości stworzonej przez absurdy i nieprawdopodobne wypadki. Stajemy bowiem obok i obserwujemy.

Dużo bardziej sugestywne są w moim odczuciu miniatury literackie. Pośród opowiadań rozbudowanych i wielowątkowych pojawiają się narracyjne, mocno symboliczne skróty myślowe; tworzą one teksty nasycone napięciem w stopniu maksymalnym. Wrażenie może być piorunujące - jak w przypadku "W bezsenności", w której nawet śmierć nie jest w stanie zakończyć udręki braku snu. Ucieczkę w sen chcieliby praktykować prawie wszyscy zdegradowani przez autora bohaterowie jego tekstów. "Projekt snu" - najbardziej chyba oniryczne opowiadanie - każe nam wędrować pośród klatek i korytarzy, w których zamknięto wielu za cenę "nieskończonej miłości ludzkości". Czytając Piñerę, odnosi się wrażenie, iż ludzkość obdarzona jest nieskończoną wręcz nienawiścią. W świecie kubańskiego prozaika ludzie cierpią we śnie i na jawie, bo opresyjny świat przybiera ramy, w jakich nie mogą się odnaleźć ze swoimi pragnieniami. Miłość wydaje się szczątkowa. Kochankowie mają wycięte języki i oczy, innym razem oddają sobie własne twarze i tym samym pieczętują klęskę związku. Miłości przeciwstawiona jest śmierć, zbrodnia i zło. Tego jest więcej, dużo więcej. Duszny klimat każe spoglądać na "Zimne opowiadania" z dystansem, bo angażowanie się w nie może być bolesne.

Jest jeszcze kwestia natury ogólnej - co i w jaki sposób Piñera chce opisywać. Opowiadanie "Wróg" zawiera pewien znaczący sąd. "Poza tym, że opisujemy to, co przeżywamy, opisujemy także to, czego nie przeżywamy". Piñera pisze o możliwościach przeżywania świata w taki a nie inny sposób, a możliwości skryte są zazwyczaj w wielokrotnie otwartych zakończeniach, gdzie pozostajemy porzuceni tak samo jak kalecy bohaterowie tekstów. Wszystkie one - boleśnie przecież sygnalizujące doznania, które uczyniły życie Piñery mocno nieznośnym - tworzą chwilami niemożliwy do zinterpretowania zbiór, zbiór też bardzo hermetyczny, zbudowany wokół czytelnych motywów śmierci, przemijania, egzystencjalnego fatalizmu i ludzkiej biologii, jakie powracają z jakąś obsesyjną potrzebą nawrotu.

Piñera pisze w sposób trudny i jest to niewątpliwie rzecz, która stanowi wyzwanie. Osobiście poległem. Bez sił na rozmyślania o tym, czemu służy wymienianie cech dystynktywnych lokomotywy, opisywanie połknięcia przez psa smakosza dzieci, zamykanie filozofii życia w krokomierzu czy fantazji o ośmiu wariantach balu planowanego przez pewne małżeństwo. Są w zbiorze teksty wyraźne i mocne, to - obok wspomnianych wyżej miniatur - dłuższe narracje jak "Filantrop" czy "Kukła". Jest świat opresji osadzony w konkretnym czasie historycznym. Jest przejmujące poczucie dramatu istnienia. Jest jednocześnie maniera i styl, które do mnie po prostu nie docierają. Wiele razy łapałem się na tym, że Piñera po prostu się mną bawi. Że drwi sobie z mojego zaangażowania i ciekawości. Że nie jest to doprawdy aż tak wielkie dokonanie literackie i rzecz, której publikacji nie powinno towarzyszyć sugerowanie, iż oto mamy do czynienia z arcydziełem zapomnianym i z reprezentatywnym przykładem literatury kubańskiej minionego stulecia.

2014-05-22

"Wszystkie dzieci są zdolne. Jak marnujemy wrodzone talenty" Gerald Hüther, Uli Hauser

Wydawca: Dobra Literatura

Data wydania: 20 maja 2014

Liczba stron: 208

Tłumacz: Andrzej Lipiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czego nie dostrzegamy w dzieciach?

Skąd wziął się - prowokacyjny poniekąd - tytuł książki, którą wspólnie napisali niemiecki dziennikarz i profesor neurobiologii? Warto już na wstępie oddać głos samym autorom. "W obliczu niemożności jednoznacznego ustalenia źródeł szczególnych uzdolnień oraz wątpliwej jakości kryteriów ich oceniania nasuwa się tylko jeden wniosek: wszystkie dzieci są bardzo uzdolnione". Gerald Hüther i Uli Hauser próbują na kilka sposobów pokazać, jak nieograniczone uzdolnienia mogą tkwić w każdym z dzieci i jak szybko współczesny świat z obecnym modelem edukacji uzdolnienia te potrafi dusić w zarodku. Jest to książka, która w bardzo ogólnym sensie wskazuje naprawdę fatalną pozycję dzieci w XXI wieku. Zbyt wiele jest im odbierane, a otrzymują w zamian mnogość propozycji rozwoju, przy których pyta się często o to, jak kształcić i wychowywać, ale prawie nigdy nie zadaje pytania, czemu te procesy mają służyć.

Dzisiaj bycie niemieckim dzieckiem jest co najmniej opresyjne. Okolice żłobków, przedszkoli czy szkół nie są atrakcyjnymi miejscówkami dla spragnionych przede wszystkim spokoju Niemców, którzy z różnych powodów na dzieci się nie zdecydowali i dzieci mieć nie będą. Tymczasem te, które są - tak rzadko widziane na ulicach niemieckich miast - blokuje się bezustannie we wrodzonej ciekawości, pomysłowości i w sposobach, jakimi chcą poznawać świat oraz uczyć się go na swoich, obcych dorosłym warunkach. Zaczynam właściwie od tego, na czym autorzy tej publikacji kończą, ale wydaje mi się właściwe nakreślenie problemu nierozpoznawania u dzieci talentów i uzdolnień poprzez ukazanie kontekstu, w jakim one same muszą poznać świat. Współczesne technologie oferują dziecku tylko konsumpcję już zastanego świata, a nie jego kształtowanie. Za tym idą wszelkie możliwe nakazy, zakazy, ocenianie wedle sztywnych kryteriów, walka o punkty w licznych testach i odzieranie w edukacji ze złudzeń odkrywania rzeczywistości przez pomyłki i błędy. Współczesność dała dziecku niespotykane możliwości szybszego rozwoju i dojrzewania. W nich tkwi mnóstwo pułapek, o których na co dzień nie myślimy.

"Wszystkie dzieci są zdolne" to książka demaskująca przekonanie o tym, iż możemy z powodzeniem formatować dzieci wedle naszych wyobrażeń. W nich między innymi znajduje się błędne przekonanie, iż edukacyjna koncepcja "różnicowania talentów" oraz kostyczny system uczenia pod klucze testów to gwarancja właściwego rozwoju w świecie nastawionym na zysk, zdobywanie i posiadanie. Dziecko tymczasem chce poznawać, uczyć się po swojemu, błądzić, być we wszystko emocjonalnie zaangażowane i przede wszystkim nieprzewidywalne, bo to jego urok i dla wielu nieszczęście.

Hüther i Hauser o współczesnym modelu szkolnictwa wyrażają się w sposób bardzo zdecydowany. "Każdego, kto na początku wierzy, że sensem życia jest realizowanie wyższych celów, szkoła szybko nauczy przeciętności". To szkoła, która nie skupia się na potencjale, talentach i zainteresowaniach uczniów, lecz zmuszona jest ich wszelką aktywność wbić w sztywny gorset wyznaczonych odgórnie narzędzi sprawdzania postępu wiedzy i umiejętności. W takim modelu edukacji wyróżnia się wyraźnie proces sterowania dziecięcą kreatywnością, ale czy naprawdę taki proces jest możliwy? Czy nie łudzimy się tylko, że rozwijamy nasze dzieci i wtłaczamy im wiedzę tak, jak wydaje się to obecnie najlepsze?

Najlepsze i najwłaściwsze dla młodego człowieka jest przecież uczenie się tego, czego sam chce się nauczyć. Poprzez analogię do nauki raczkowania, stawania i chodzenia autorzy podkreślają wagę i znaczenie takiego sposobu uczenia się, który jest tłumiony i kierunkowany na wytyczne uznawane za właściwe do modelowania dojrzewającej świadomości uczącego się dziecka. Hüther i Hauser w ogóle dużo miejsca poświęcają analizie wczesnego życia człowieka, łącznie z okresem prenatalnym. Analizują prawdziwą naturę dziecka-zdobywcy świata i dziecka, które mierzy się z trudnościami, ucząc poprzez doświadczenia. Tę naturę cechuje przede wszystkim otwartość, która zamykana jest brutalnie w wyznaczone ramy - nie tylko w szkole, ale także w codziennym życiu wśród rodziców, jacy jeszcze przed urodzeniem potomka potrafią zaplanować jego życie i rozwój z najdrobniejszymi szczegółami.

"Wszystkie dzieci są zdolne" to publikacja, która zawierać może rozważania trywialne, niekiedy boleśnie banalne, zaskakująco oczywiste i równie zaskakująco wypierane z codziennego myślenia, w którym ważne jest, by wtłoczyć dziecko w instytucjonalne ramy oraz sprawdzić jego potencjał za pomocą testów, średnich i kryteriów oceniania. Autorzy pokazują procesy rodzenia się różnorodnych talentów i sugerują drogi ich rozwoju, ale nade wszystko zwracają uwagę na to, co talenty blokuje lub marnuje.

Wszelkie środki zastępcze w wychowywaniu, ciągłe kompensacje różnorodnych braków - dzisiejsze dzieci żyją w naprawdę smutnym i męczącym dla nich samych świecie oczekiwań, jakie stawiają przed nimi wszyscy ci, którzy nie potrafią zajrzeć do środka innego świata. Wewnątrz kryją się wciąż tłumione i modyfikowane dziecięce pragnienia przeżywania oraz uczenia się otoczenia zdecydowanie inaczej, niż chcieliby dorośli. Ta książka nie jest publikacją, która daje gotowe recepty, szczęśliwe rozwiązania i wskazuje, w którym miejscu popełniamy błędy, nakazując dziecku uczyć się wbrew temu, jak samo może i chce. To w gruncie rzeczy zbiór swobodnych przemyśleń na temat współczesnego systemu edukacji oraz wychowywania dzieci. Selekcjonowania ich. Wskazywania miejsc, jakie mają zająć w doskonale zorganizowanych społeczeństwach. To rzecz ważna z punktu widzenia pedagogicznego, ale także socjologicznego i filozoficznego po trosze. Gerald Hüther i Uli Hauser starają się udowadniać, jak bardzo możemy krzywdzić dzieci właśnie wtedy, gdy jesteśmy przekonani, iż działamy dla ich dobra. Warte przeczytania i przemyślenia!


PATRONAT MEDIALNY

2014-05-20

"Zbrodniarz i dziewczyna" Michał Witkowski

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 21 maja 2014

Liczba stron: 430

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Proza ze wszystkiego

Michał Witkowski od 2005 roku pisze wciąż tę samą książkę. Kolejne odsłony są lepsze i gorsze, ale nie można odmówić mu talentu literackiego, umiejętności żonglowania słowem, beztroskiego i celowego kaleczenia fraz, owijania sensów wokół produktów (ubocznych) popkultury i wiecznej prowokacji na granicy dobrego smaku. "Zbrodniarz i dziewczyna" może być jego odpowiedzią na bijące rekordy popularności kryminały maści wszelakiej, może być pokłosiem fascynacji filmem Janusza Nasfetera z 1963 roku i "Milczenia owiec", jest też wyraźnym znudzeniem samą literaturą (lecz nie procesem pisania) oraz ucieczką ku turpistycznej grotesce podążającej w stronę mody, którą Witkowski zajął się na poważnie.

Najnowsza powieść to wskrzeszenie i "Lubiewa", i "Drwala", przepełniona dygresjami w doskonale już znanym i ogranym stylu powieść śmiertelnie poważna oraz jednocześnie konsekwentnie parodystyczna, śmieszna w najmroczniejszym stylu, prowokacyjna i przede wszystkim przewidywalna. O ile do czasu wydania "Drwala" byłem w stanie akceptować i nawet chwalić kolejne pisarskie odsłony "Lubiewa", o tyle tym razem mam już chyba dość. Jestem zmęczony i nie udało mi się ani przerazić, ani ubawić, ani też jakoś głębiej zastanowić nad tym, co skrywa ten specyficznej urody kryminał. Specyfika urody to autoironia i narcyzm, lekkość i egzystencjalna zaduma, mnogość dygresji, ale przede wszystkim niezdecydowanie o tym, kim się ma teraz być. Michaśka z powieści kryje wstydliwie swe trofea za dokonania literackie, lecz jednocześnie prezentuje się jako uznana persona, której książki przeczytało pół Polski. A przynajmniej całe Międzyzdroje, gdzie autor wraca obsesyjnie, natrętnie i zupełnie z punktu widzenia tej narracji niepotrzebnie.

Michał Witkowski to obecnie mężczyzna po przejściach. Niemęski już całkowicie, bo poddany miazdze antydepresantów, które zwiększyły jego masę i zdecydowanie zmniejszyły atrakcyjność seksualną. Mordercze treningi z trenerem personalnym, jałowość codziennej egzystencji, zapaść emocjonalna i duchowa, zblazowanie i traktowanie świata z ironią, na jaką nie zasługuje... Tak, Michaśka to wrak i nadaje się już tylko do tego, by sensu szukać w bytach zastępczych - w ciuszkach, w ich projektowaniu i być może tworzeniu. Tyle tylko że lepszy w wyszywaniu jest pewien tajemniczy gość z wielkiej willi na Krzykach. Pan na pustych włościach, w szlafroku i z rękawiczkami bez palców. Wspominający terror matki, jaka sama się terroryzowała. Zapatrzony w przedwojenne trendy. W martwe ciała, które można zawłaszczyć i do nich zajrzeć. To ów archaiczny dyktator - niekoniecznie mody! - okaże się dla znudzonego życiem i sobą Witkowskiego śmiertelnym wrogiem. Tworzy krawieckie Arcydzieło dla swej pisarki, okrutnie pozbawiając życia i upiększając trupy niechcianych chłopców z marginesu, o których nikt się nie upomni i którymi po śmierci można się upajać do woli. A potem porzucać. Tu i tam. Wszystko jakoś się toczy do momentu, w którym seryjny zabójca nie pozbawi życia zbuntowanej gotki, córki dzianych wrocławian, dziewczyny mającej z jego krwawymi czynami więcej wspólnego niż się początkowo wydaje...

Walczy z tym zabójcą o palmę pierwszeństwa nasz główny bohater, oj walczy. Wejdzie w role, o jakich nigdy by nawet nie pomyślał. Dla dobra śledztwa - lecz nie dla dobra fabuły - ponownie znajdzie się w Międzyzdrojach, ponownie nakupuje lujowi tego i owego, znowu westchnie do tytułowego Drwala z poprzedniej powieści, ale przede wszystkim będzie się starał wskrzesić klimat i mikrośrodowisko z "Lubiewa", co ani nie przysłuży się sensownie aktualnej historii, ani też w żaden sposób jej nie wzbogaci.

Już sam początek jest okrutny. Wciąż te same podchody, takie samo lawirowanie, fascynacja niejakim Studencikiem i rozczarowanie, że to znowu nie pora na miłość, nie pora na namiętność i że pozostaje tylko katar od wystawania na zimnie pod oknem adorowanego oraz niesmak rojeń, które nie pozwalają dostrzec w nim tego, kim jest naprawdę. Książka zaczyna się generalnie gdzieś w okolicach setnej strony, kiedy zdruzgotana Michaśka orzeka: "Jak zwykle - miał być romans, miał być seks, a oczywiście tylko proza będzie coś z tego miała". Obawiam się, że ta proza na przydługiej introdukcji jedynie traci. Dalej jest nieco lepiej, ale to wciąż ograne chwyty i wciąż ta sama maniera. Nie pomaga patologiczny naturalizm, nie wzmaga napięcia poruszanie się tam, gdzie człek to tylko wnętrzności, krew, śluz, resztki mózgu i siarkowodór z odbytu. Człowiek w swej naturalnej obrzydliwości okrywany jest specyficznymi kreacjami. Witkowski człowieczeństwo degraduje, by wynieść resztki jego dumy gdzieś na piedestał modnych stylizacji, bo przecież nie jest ważne, co w środku (tam wszyscy mają te same paskudztwa), lecz to, jak jest ten środek opakowany. Opakowanie "Zbrodniarza i dziewczyny" jest niewątpliwie interesujące, ale od środka ta świeża przecież proza psuje się bardzo szybko i wywołuje znużenie.

Opowieść o ściganiu jakiegoś retropsychopaty idzie w parze z odkrywaniem kilku ludzkich patologii oraz wiecznym eksponowaniu chuci jako mocy sprawczej działania o niebywałej determinacji podmiotu działającego. Działa w tej powieści sam pisarz, przyjmując na siebie nowe obowiązki i wyzwania. Neguje siebie w swym pisarstwie, a jednocześnie wciąż zbiera do prozy zlepy, ścinki i drobiazgi niczym tajemniczy krawiec, który szyje kiczowate stroje dla ofiar, jakie pod nimi są tak samo obrzydliwe. O ile w poprzednich powieściach Witkowskiego można było bez trudu zauważyć, kiedy sam się bawi swoim pisaniem i kiedy chce coś ważnego przekazać, tutaj granice się zacierają. Bo nie wiem już, komu wierzyć - prozie, do której wrzuca się wszystko, bo się przyda czy autorowi jawnie kpiącemu z siebie, stylizującemu się gdzieś na nowej drodze, niedyskretnie puszczającemu do nas oko i każącemu się zastanawiać, po co  zaistniała książka taka jak "Zbrodniarz i dziewczyna".

I pozostaje jeszcze - czytelnie dość wyrażona - nowa forma opresji w pisaniu o tak zwanym środowisku. W czasie, gdy większe kontrowersje wywołują sensacje żołądkowe oraz metody ich leczenia niż faceci uprawiający seks oralny pod mostem, tęskni się za pisaniem o czymś, co było niezwykłe, może egzotyczne, na pewno konieczne do panoramicznego nakreślenia. Teraz zostaje wiara w modowe życie, pozostaje cięty język, choć już nieco stępiony dowcip i autoironia, która tym razem każe zadać proste pytanie: quo vadis, Michale Witkowski? Bo to dużo ważniejsze niż ścieżka, po której do spektakularnego finału wiedzie nas najnowsza powieść, jaka mocno mnie rozczarowała.

2014-05-18

"Sońka" Ignacy Karpowicz

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 22 maja 2014

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość, śmierć i opowieści

Połączyć poezję i okrucieństwo - to prawdziwe wyzwanie, bardzo niebezpieczne i mocno ryzykowne. Ignacy Karpowicz w swej nowej powieści podjął je i dał radę. Czyta się "Sońkę" z przerażającym uczuciem, że ludzkie życie jest rozpaczliwie kruche i z niepokojem, czy można ocalić własną tożsamość kiedy to, co nas przerasta, rujnuje cały świat wokół i nas samych także, przede wszystkim nas samych. Po kontrowersyjnych i ekspresyjnych "ościach" Karpowicz wraca do poetyki intymnego wyznania, do prozy kameralnej oraz pozornie spokojnej, do czegoś ujawnionego już w "Gestach", ale teraz niepokojąco wieloznacznego, bo "Sońka" nie budzi niczego tak bardzo jak niepokój i grozę, z którymi trudno sobie poradzić. To mroczna opowieść o bezradności miłości w czasach, kiedy wojna może się okazać czymś wartym pamięci. Bo żadna miłość nie ląduje w niebie, lecz w ziemi. Ziemia chłonie wszystko, co można by ocalić przed zapomnieniem. Bohaterowie tej książki chcą zapomnieć, ale jednocześnie nie mogą i nie wierzą w to, że pamięć im odpuści.

Matka dała Soni życie, a sama odeszła z tego świata. Diaboliczny ojciec przez całe życie wypominał córce, że odebrała mu małżonkę. Sonia dorastała w cieniu jego gniewu i okrucieństwa, wbrew sobie i być może nieświadomie, pielęgnując narastającą nienawiść. Chociaż ojciec ratuje jej życie, Sonia nie jest w stanie wybaczyć. Nie będzie miłosierna, nie będzie dobra. Będzie bezwzględna. Także w miłości, której zabrania jej okoliczna wieś, czas wojny i zdrowy rozsądek.

Obecnie kategorią odniesienia do wszystkiego jest dla starej Soni "dawno, dawno temu". Wtedy wiejska kobieta warta była mniej niż koza. Sonia odnalazła swą wartość w miłości. Niepoprawnej, niestosownej, niemożliwej do spełnienia. Sonia pokochała Niemca i choć była to miłość pośród nienawiści, nigdy nie pozbawił jej żaru ani upływ czasu, ani zmieniające się okoliczności. Druga wojna światowa wdzierała się od czasu do czasu do domostw w sąsiedztwie Soni, ale w niej samej pozostała przede wszystkim jako czas, który chciałoby się powtórzyć. Bo chociaż inni cierpieli, chociaż stu martwych, trzech żywych i muchy przypominały o potworności tego czasu i chociaż ukochany Joachim odszedł bezpowrotnie, ona sama kierowała się logiką własnego serca. Wbrew wojennym uwarunkowaniom, wbrew ostracyzmowi, wbrew skazaniu na samotność i temu, że szczęściem można było łudzić się przez chwilę - Sonia pozostała wierna miłości, wierna sobie i palącemu uczuciu światu na przekór.  W nim wina, w nim przekleństwo. W nim niesamowita siła trwania mimo wszechobecnej, dusznej śmierci. Sonia to kochanka fatalna, która żyjąc za karę, przyglądała się odejściu wszystkich tych odchodzących za szybko i niesprawiedliwie.

Do domu bohaterki trafia przypadkiem Igor Grycowski. Miejski królewicz, przepycha się w życiu, nie patrzy wokół, nie patrzy też w głąb siebie. Igor przeżywa miałkie cierpienia twórczej impotencji, zmaga się z obcością wokół i w sobie, ale przede wszystkim za wszelką cenę chce schować przed światem swą prawdziwą tożsamość, swoje pochodzenie, swoje świata poznawanie i świata odczuwanie. Igor zmuszony jest zostać w domu Soni. Słucha jej opowieści i pożera resztki życia, jakie tlą się w staruszce. Oboje jednoczy to, że nie mają tak naprawdę nic poza sobą. Nicość Igora jest metaforyczna, ta Soni jak najbardziej dosłowna. Poznając opowieść fatalnej kochanki, wiejskiej ladacznicy, uratowanej przez psa i ojca przed śmiercią kobiety, która dawno już duchowo zmarła, Igor pozwala na to, by przeszłość wróciła także do niego. Z historii starszej kobiety buduje sztukę teatralną. Poznając tożsamość rozmówczyni, wraca do tej swojej, zapomnianej. By oddzielić to, co ich łączy, poznane opowieści teatralizuje. Dystans się powiększa, ale nasza rola jako słuchaczy i obserwatorów, rośnie coraz bardziej. To my mamy bowiem ocenić, określić, uznać lub potępić. To my mamy zrozumieć piekło, w którym znalazła się Sonia i które nosiła w sobie tak wiele lat.

Karpowicz rozważa kwestię naszego niebytu i opowieści, które mają udowadniać istnienie. "Jak ktoś nie żyje, czy to znaczy, że kiedyś był naprawdę? Czy już nie? Nigdy?". Chce ocalić od zapomnienia to, czego nie da się zapomnieć, jeśli wciąż się żyje. Dramatycznie pyta o przeszłość i o fakt jej zacierania, o konieczność przypominania i o wątpliwość, co za tym wszystkim idzie. "Sońka" opowiada historię ocalenia i upadku w jednym, jest niemożliwie boleśnie dwuznaczna; to proza niepokojąca w taki sposób, że nie chce się być - w niej ani obok niej. To co pozostaje? Co było naprawdę? Co się wydarzyło, co jest zmyśleniem? Ile w miłości cierpienia i ile cierpienia w kłamstwie? Kto odpowie za to, że mamy złudzenia i możemy w nie uwierzyć? Kto uwiarygodni opowieść tej, którą wojna złamała, ale mimo wszystko nie zniszczyła?

Kiedy w listopadzie ubiegłego roku rozmawiałem z Ignacym Karpowiczem, powiedział mi coś niewygodnego, przejmującego i te słowa mocno we mnie pozostały. Rzekł, iż boi się, że przegramy pokój. Że skryta w testosteronie chęć do tego, by bić i zabijać, u niektórych powoduje żywsze bicie serca. Tutaj  widzimy bardzo wyraźnie, co może nas czekać w każdym czasie i w każdym miejscu. Wojna z tej historii pozornie odeszła, ale jej okrucieństwo naznaczyło na zawsze Sonię i naznacza nas, bo nie możemy po prostu zapomnieć, uznać czasu minionego za miniony naprawdę. Duszna jest atmosfera grozy, w której człowiek człowiekowi jest w stanie wyrządzić największą krzywdę, ale nie może zrozumieć uczuć i kwestionując je, krzywdzi w sposób najbardziej okrutny z możliwych. "Sońka" to książka, która czas wojny czyni czasem wciąż żywym i przerażająco teraźniejszym. Wojnę niesiemy w sobie cały czas i pozwalamy jej się ujawnić w chwilach słabości oraz cierpienia. Nieznośne to wszystko i zmusza to tego, by czytać "Sońkę" - niedługą przecież fabułę - z przerwami na oddech, bo jest za duszno, zbyt męcząco, nie do wytrzymania...

Miłość, śmierć, zdrady, ból i doświadczenie odchodzenia. Opowieść o przegranej i o fatalnych konsekwencjach życia wbrew zasadom i wbrew logice. Dość mocna i wieloznaczna rzecz. Czy cokolwiek można ocalić z historii, w której wszystko jest przeszłością, ruiną, bolesnym wspomnieniem? Czyta się nowego Karpowicza początkowo z niedowierzaniem, że to może być banalne i ograne, a niedowierzanie zamienia się potem na zdumienie. Kto jest w stanie unieść przesłanie tej powieści? Kogo "Sońka" złamie? Czy daje nadzieję? Na tyle przejmujące, że nie pozwala na żaden kategoryczny ton w omówieniu.

2014-05-15

"W gazetach tego nie napiszą" Taras Prochaśko

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 kwietnia 2014

Liczba stron: 168

Tłumacz: Renata Rusnak

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Lekcje ukrainoznawstwa

Wiecie, co to są biesagi? Taras Prochaśko porównuje do nich Ukrainę. Tułacz i wędrowiec zmieści tam wszystko, ale zazwyczaj trudno mu odnaleźć to, co w danej chwili zda się potrzebne. Biesagi to zbiorowisko różności wszelakich i wszystkiego, co się zawsze może przydać, więc nie można tego zgubić, pozostawić gdzieś, wyrzucić. Jest taki moment, który biesagi porządkuje. "A jeśli faktycznie przypili, to trzeba wysypać wszystko. Właśnie tak odnajdują się rzeczy konieczne". Prochaśko rozsypuje przed nami wszystko to, co o Ukrainie wie, co z niej rozumie i co w niej zobaczył. Stara się - mimo wielości elementów trudnych do ogarnięcia - wskazać rzeczy konieczne... dla zrozumienia kraju, o którym wciąż jest głośno, ale ten wielogłos niewiele nam mówi. Teraźniejszość i przyszłość Ukrainy to niezliczone znaki zapytania, mnożone pośród medialnej demagogii, stronniczych diagnoz i roszczących sobie prawo do wyłączności wniosków, które wciąż na nowo coś sugerują. Czas wreszcie poczytać o czymś, o czym gazety nie piszą, a co wypływa z głębi serca kogoś, kto da nam 34 prywatne lekcje ukrainoznawstwa, zabierze w sentymentalne podróże, opowie o różnorodności Ukrainy oraz o tym, co jest w niej na stałe i czego nie zmieni żadna skomplikowana sytuacja geopolityczna.

Ponieważ teksty Prochaśki malowniczo oddają krajobraz niepokoju, mamy w nich do czynienia z jednej strony z kategorycznymi sądami, z drugiej jednak - z liryczną narracją, która zaciera granice między tym, co jest obecnie a tym, co minione, oferując nam specyficzną podróż w głąb tego, co naprawdę ukraińskie. Prochaśko z pewnym dystansem opowiada o Ukrainie jako o państwie. Być może dlatego, że - jak sam twierdzi - stosunek do kraju jest uzależniony od jednostkowych doświadczeń Ukraińców. Dwadzieścia lat państwowości nie pozwoliły ani na to, by pożegnać się z przeszłością i radzieckim wspomnienie, ani na powitanie przyszłości pośród europejskich standardów, do jakich nie chce się dążyć, bo mimo wszystko są odległe i obce. Współczesna Ukraina jest takim poligonem do badań terenowych, gdzie wdziera się przeszłość i zaznacza swą obecność przyszłość. A Taras Prochaśko puentuje to tak: "Na razie i Europa, i Rosja prowadzą badania w naszym laboratorium. Eksperymentują, choć nie mają pojęcia o tym, jaki może być wynik tej syntezy". Jest w tym pewna doza ironii, ale dzisiaj nie można odmówić grozy temu stwierdzeniu...

Ukraina to miejsce dwuwiary ze swą niezwykłą urodą i specyfiką. Chrześcijaństwo wciąż ściera się z pogaństwem, a dogmaty i wiara rozchodzą się po wielkiej ziemi we władzy duchów. Ukraina w oczach Prochaśki jest przytuloną do karpackich pleców krainą kontrastów, absurdów, archaizmów, zmian i wiecznej niepewności. Ukraina wciąż staje na nowo, choć jest przecież w swej zmienności cały czas taka sama, od wieków dość czytelnie określona, od dawna swojska, nazwana i kochana. Czasami trudną miłością ludzi, których stosunki warunkuje kult krzywd i tendencja do łamania prawa, jakie samo często jest sprzeczne w sobie. Ukraina podzielona na wschodnią i zachodnią przypomina skłócone małżeństwo, impulsywny i silny jednocześnie związek, arenę konfliktów oraz zrozumienia w tym, czego nie rozumieją państwa i narody z przeszłości i przyszłości. Jest w niej i alkoholowe uzależnienie, i silne przywiązanie do tradycji, i dzikość natury, jaką symbolizują lasy.

Prochaśko-botanik łączy ukraińskość z roślinną zdolnością przetrwania. Bardzo mi się podoba myśl, w której autor dostrzega bezsens marnowania czasu w Europie na to, by roślinność modyfikować w tym, jak i gdzie rośnie. Ukraińska roślinność rośnie sama. Nikt jej nie przycina, nikt nie przesadza, nikomu nie chce się ingerować w siłę rozsądku natury, ale wielu podejmuje się wyrębu lasów, co w rozumieniu Prochaśki jest zieloną metaforą wciąż trwającej wojny. Jest więc dzikość, ale i prawo podległe naturze, nie ludzkiemu rozsądkowi czy ludzkim fanaberiom. Wkraczamy do kraju, co sam o sobie stanowił siłami innymi niż te, które ustanawiały kontynentalne porządki, zatwierdzały prawa, wyznaczały normy. Niepokorność i dzikość Ukrainy jest jej mocą trwania na przekór i mimo wszystko. Wedle porządku, który możemy obserwować nieco z boku, gdy wybierzemy się z autorem w podróże - geograficzne i sentymentalne jednocześnie. Dotrzemy do poleskiego Jeziora Pisoczne, znajdziemy się  w Mariampolu, odwiedzimy pokuckie kamienie i pomidory - wszystko pod rękę z niezwykłej urody i wrażliwości przewodnikiem, jakim jest Taras Prochaśko z sercem oddanym ziemi, po której oprowadza.

"W gazetach tego nie napiszą" to zbiór tekstów z jednej strony poetyckich, ciepłych i łagodnych. Z drugiej jednak widzimy wyraźne kategoryzowanie, poznajemy klarowne tezy, dostrzeżemy ślad buntu, może częściej gniewu. To wszystko jednak to ślady prawdziwej miłości - do miejsca, tożsamości, do nieobliczalnego piękna we wszystkim tym, co można jedynie opisać i poprzestać na opisie, darując sobie diagnozowanie oraz decydowanie za kogoś o tym, co ma z tak niezwykle opisanym światem zrobić. Tę książkę trzeba przeczytać i przeżyć. Nie jest stronnicza, nie jest egzotyczna. Jest napisana sercem i choć traktuje czasami o sprawach nam obcych, zbliża w tej obcości do zrozumienia tego, co w dzisiejszej Ukrainie może zależeć od ideologii i geopolityki, a co jest od nich bardzo dalekie. Kiszenie kapusty, zabawy w okopach, malowanie pisanek, przytulanie dzieci. Jesteśmy w stanie gdzieś to umieścić? Wyznaczyć perspektywę rozumienia opowieści o tym?

Prochaśko zabiera nas w miejsca, które mogą być marginesem, ale jednocześnie centrum. Powinniśmy, musimy znaleźć się tam choć przez chwilę. Po co? By uważniej dostrzegać, co jest za naszą wschodnią granicą. I nie spoglądać na to przez pryzmat tego, o czym pisze się w gazetach. Otrzymujemy od Prochaśki liryczne narracje, magiczne przypowieści, wzruszające historie i garść naprawdę sugestywnych wspomnień. Spojrzenie od środka - krytyczne i sentymentalne. Prawdziwe. Bo książka taka jak ta to przede wszystkim literatura prawdy, a nie faktu.

2014-05-13

"Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa" Simon Baron-Cohen

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 5 maja 2014

Liczba stron: 212

Tłumacz: Agnieszka Nowak

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zrozumieć okrucieństwo...

Simon Baron-Cohen, który jest profesorem psychopatologii rozwojowej na wydziałach psychologii eksperymentalnej i psychiatrii Uniwersytetu Cambridge, pisał tę książkę przez sześć lat i przy mocno skondensowanej formie zawarł w niej tezy oraz przemyślenia dotyczące istoty ludzkiego okrucieństwa. Ta publikacja wyrosła z pytań, które autor stawiał sobie od lat. Skąd bierze się ogrom owego okrucieństwa? W jaki sposób ludzie potrafią dehumanizować swoich bliskich, ignorować ich ból oraz lęk, zabijać bez wahania, torturować i straszyć? Baron-Cohen wychodzi od rozważań nad nazistowskim złem, ale jednocześnie unaocznia, iż tak wyjątkowe okrucieństwo nie jest niczym odosobnionym. Wskazuje na okrucieństwo Josefa Fritzla, nawiązuje do sytuacji w Ugandzie (choć to nie o rzeziach maczetami pisze), w końcu przywołuje wiek XIX i masowe mordy Ormian. Zło można banalizować i do teorii Hannah Arendt brytyjski naukowiec także nawiązuje w zakończeniu. Bo przecież wielu złoczyńców w sprawnie działających mechanizmach okrucieństwa wykonywało tylko polecenia, samemu będąc zwyczajnymi i normalnymi ludźmi. Baron-Cohen zajmuje się problematyką zła w sferze nauki, nie religii. To nauka jako jedyna pochyla się nad istotą zła, aby zbadać jego przyczyny i w miarę możliwości je wyjaśnić. Religia przyjmuje zło za oczywistość, z którą trzeba się pogodzić. Zanim przekonamy samych siebie, że od zła i okrucieństwa uciec nie sposób, zadajmy sobie - wraz z autorem - pytania o to, dlaczego je w sobie nosimy i dlaczego uwalniamy.

"Teoria zła" stawia jedną zasadniczą tezę, za nią idzie ciąg kolejnych, powiązanych ściśle z tym najważniejszym wnioskowaniem. Otóż ludzkie zło to efekt braku empatii, jej erozji. Dochodzi do tego ubytku w różnoraki sposób i Baron-Cohen uważnie to analizuje. Podkreśla jednocześnie, że choć nie jest to za często doceniana umiejętność, empatia w dużym stopniu pomaga nam porządkować relacje z innymi. Nie jest zagrożeniem fakt, że we współczesnym świecie ludzie skupiają się głównie na realizacji własnych celów i przez to sami obniżają swój poziom empatii, stając się mniej lub bardziej zatomizowanymi fragmentami rzeczywistości indywidualnych sukcesów i planów. Ogromna większość z nas, z empatią ograniczoną na kilka możliwych sposobów, nie staje się zła, agresywna ani okrutna. Problemem jest ignorowanie człowieczeństwa drugiej osoby idące razem z poważnymi zaburzeniami osobowości tego, który tej drugiej osoby właściwie nie postrzega.

Baron-Cohen po omówieniu mechanizmu empatii (to nie tylko współodczuwanie, ale często konieczne idące za tym działanie) oraz wskazaniu jej poziomów, wyraźnie określa grupy osobowości, u których brak empatii sprzyja rozwojowi okrucieństwa wobec innych. Omawia typy borderline, psychopatów oraz narcyzów. Wśród nich największe skłonności do wyrządzania zła innym mają oczywiście psychopaci. Psychopatia to najbardziej antyspołeczne zaburzenie osobowości, a w nim samym można rozpoznawać emocje innych, celowo czyniąc tak, by ranić. Za jedną z zasadniczych przyczyn utraty empatii w naszym dalszym życiu - niekoniecznie przy wskazanych wyżej zaburzeniach osobowości - brytyjski naukowiec wskazuje coś, co wydaje się oczywiste, a mianowicie odrzucanie przez rodziców i permanentny stres spowodowany stanem braku zainteresowania i braku przewidywania tego, w jaki sposób surowy rodzic zachowa się względem nas. Baron-Cohen metaforycznie nazywa problem brakiem napełnienia "wewnętrznego garnca złota". Deficyty emocjonalne i poczucie odrzucenia przez bliskich znacząco wpływają na psychiczne blokady w kontaktach z innymi, a tym samym na zamykanie się w sobie i nieuznawanie uczuć innych. Brzmi jak truizm? Zdecydowanie za rzadko o tym myślimy.

Publikacja wskazuje także dwa typy o zerowym poczuciu empatii, które jednak są typami pozytywnymi, bo pozbawienie współodczuwania problemów i emocji innych nie idzie u tych ludzi w parze z okrucieństwem. Co więcej - daje im możliwość realizowania samych siebie z pożytkiem dla ogółu. Nie zdradzę, o jakich ludzi chodzi. Zaznaczę jedynie, że rozważania na ich temat są bardzo sugestywne. Dodam też, iż Baron-Cohen zwraca dodatkowo uwagę na proces systematyzacji, dzięki której pewne umysły zyskują moralność, nie rozpoznając w sobie czegoś takiego jak empatia. Nie szkodząc innym. Bo nie w szkodzeniu innym kryje się natura człowieka, a jego okrucieństwo może zostać zapisane także w genach.

Analizując czynniki, które prawdopodobnie odpowiedzialne są za ujawniane przez ludzi zło, autor tworzy listę niekompletną; stawia sporo tez, wciąż pyta sam siebie oraz zadaje pytania czytelnikowi, do którego w swej publikacji zwraca się podmiotowo, ujawniając pełnię swej empatii. "Teoria zła" postuluje utworzenie nowej kategorii poznawczej dla psychiatrów. Zaburzenia empatii winny być uznane za zaburzenia osobowości. Baron-Cohen przedstawia przykłady ludzkiego okrucieństwa, które nie do końca mieszczą się w zaproponowanych przez niego teoriach rozwoju zła w człowieku. Pod koniec więcej pyta niż stwierdza. Czyni z tej książki publikację wieloznaczną, ale na pewno silnie zaangażowany jest w problem, przez wielu lekceważony, bo o okrucieństwie i tym, co złe, rzadko chce się rozmawiać.

Po lekturze można wykonać na własny użytek test na Współczynnik Empatii, który książka zawiera w dodatku. Który poziom empatii w sobie reprezentujemy? Który chcielibyśmy reprezentować? Czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się nad tak czytelnym przecież związkiem okrucieństwa ludzkiego z połączeniem braku umiejętności odczuwania potrzeb innych? Simon Baron-Cohen w przystępny i  - jak wspomniałem na wstępie - bardzo skumulowany sposób przedstawia problematykę zła, które gdzieś się rodzi i tym miejscem jest ludzki mózg. Dużo ważnych terminów, sporo odważnych koncepcji, intrygujące tezy, świetny styl. A w tym wszystkim wyraźnie humanistyczna zaduma nad kondycją współczesnych społeczeństw, którym brakuje empatii, by rozwiązać wieloletnie konflikty, jakie wydają się nie do rozwiązania. Zła i okrucieństwa nie unikniemy. Możemy - razem z autorem tej książki - zrozumieć, gdzie się rodzą i czy można je rozpoznać oraz wyjaśnić.

2014-05-11

"Myśl to forma odczuwania" Susan Sontag, Jonathan Cott

Wydawca: Karakter

Data wydania: 9 kwietnia 2014

Liczba stron: 160

Tłumacz: Dariusz Żukowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Żyć świadomie

W roku, w którym przyszedłem na świat, dziennikarz Jonathan Cott przeprowadził z Susan Sontag długą, głęboką i niezwykle inspirującą rozmowę o życiu jako drodze, na której w żadnej chwili nie jesteśmy zwolnieni z myślenia; o odczuwaniu rzeczywistości wewnątrz i pełnym otwarciu na to, co zewnętrzne. To inteligentny dialog nie tyle o pragnieniu, co wręcz imperatywie rozumienia świata poza sobą. Sontag szczerze, uczciwie i z dużym zaangażowaniem nakreśla swoje życie we fragmentach tylko po to, by w tej fragmentaryczności pokazać najważniejszy sens. "Myśl to forma odczuwania" jest w dużej mierze rozmową o tym, że dzięki fragmentom można rzetelnie zbadać rzeczywistość i żeby ją opisać, trzeba wszystko widzieć w wyraźnych szczegółach.

Ważny znak równości stawia tytuł tej rozmowy i idzie on w parze z przekonaniem Sontag o tym, iż życie jest jednocześnie sztuką. Oba te pojęcia wrastają w siebie i wychodząc z tego drugiego, na nowo się kształtują. Sontag dużo opowiada o tym, jak kształtowała się jej postawa intelektualistki, kobiety, pisarki i eseistki. Ten wywiad został przeprowadzony rok po wydaniu "O fotografii", krąży zatem wokół tej publikacji na równi z "Chorobą jako metaforą", bo Sontag w opiewając świadomą witalność, porusza również zagadnienia związane ze stanem zagrożenia życia, z jakim musiała się mierzyć po zdiagnozowaniu u niej choroby nowotworowej. Bycie chorą uczyniło ją otwartą na problemy, do których nie zbliżała się jako osoba zdrowa. W tej rozmowie Sontag mówi o silnym ludzkim zespoleniu z każdą sferą doznań i przeżyć, które dane jest nam odczuć na własnej skórze. My, czytający ją po 36 latach, nie tyle jesteśmy w stanie uwierzyć tym tezom, co przede wszystkim z pełnym przekonaniem przyznać, iż otwarcie Sontag na świat jako humanistki i jako człowieka w ogóle, staje się doświadczeniem już coraz mniej obecnym w świecie, który zwalnia nas z myślenia, zwalnia z wielu analiz i zbyt często daje gotowe recepty na problemy, z jakimi przez to nie mierzymy się świadomie.

A przecież doświadczanie życia w jego pełni to rzucenie wyzwania temu, co utarte i nazwane przez innych w stopniu niewystarczająco wyraźnym. Sontag z całą świadomością twierdzi przecież: "Jeśli nie rozmyślasz o różnych sprawach, stajesz się nosicielem bardziej lub mniej, lecz jednak stereotypowych twierdzeń na ich temat". Uciekając od tego, co powiedziane i nazwane, co gotowe i w rozumieniu Susan Sontag niepełne, intelektualistka opowiada o trudnościach stojących przed każdym, kto świadomie zechce analizować skomplikowaną strukturę rzeczywistości wokół siebie po wcześniejszym uświadomieniu sobie ram tej rzeczywistości wewnętrznej. Co w umyśle i o tym, co wokół niego, wpływające stymulująco lub destrukcyjnie - o tym wszystkim Cott i Sontag rozmawiają z pasją badacza własnych intelektualnych rewirów, które odkrywa się dzięki konfrontacji z myślą i przeżyciem innych.

Sontag porusza się w obrębie dość sprecyzowanych tez, niemniej jednak opowiada o swoim życiu jako o akcie twórczym na drodze zdziwienia tym, co zastane. Pełna i świadoma obecność we własnym życiu to także momenty bezradności - wtedy zwykle czas na prawdziwą twórczość, na częstokroć kompulsywne pisanie i na trud mierzenia się z niepewnością, a w gruncie rzeczy stawania się pełniejszym na drodze aktu pisania. Doświadczenie pisania jest przetwarzaniem siebie dla innych, ale również dojrzewaniem do samego siebie przez to wszystko, co od innych zostało zebrane, usłyszane, przemyślane przede wszystkim. W tej rozmowie Sontag jest inspirująca w tym znaczeniu, że wzbudza niepokój wszystkich tych, którzy zbyt wiele uznali za pewnik i zbyt rzadko chcą pytać, za często stawiają w swoich wypowiedziach ten fatalny spójnik "ale", bojąc się jednoznaczności i swobody mówienia wprost o świecie.

Ta z jednej strony lekka, z drugiej zaskakująco wieloznaczna wymiana zdań uczy samą Sontag tego, kim jest, gdy wyraża siebie w rozmowie z drugim człowiekiem, który jest w stanie wejść w jej sposób oglądu rzeczywistości. Na wywiad godzi się chętnie i jej otwartość czyni go wyborną ucztą intelektualną, która inspiruje i porywa. W przeciwieństwie do tych wszystkich, którzy w wywiadzie widzą zagrożenie dla własnej intelektualnej integralności, Sontag nie boi się naruszania prywatnej przestrzeni. "(...) W trakcie rozmowy mam okazję dowiedzieć się, co sama myślę". Nazywając siebie, swoje życie, swój sposób analizowania rzeczywistości i jej odbiór poprzez sztukę, Sontag czyni się w pewnym stopniu kimś, kto w tej rozmowie stawia znaki zapytania, a nie zaspokaja ciekawość stawianiem kropek i orzekaniem.

Przeczytać można między innymi o ważnym dla amerykańskiej intelektualistki poczuciu samodecydowania za siebie, bez wchodzenia w rolę ofiary i bez zrzucania odpowiedzialności za zaistniałe stany wewnętrznego niepokoju na innych ludzi. Sontag opowiada o macierzyństwie i o swoim feminizmie sprzeciwiającym się segregacji ze względu na płeć. O trudnych wyborach oraz o wiecznej gotowości na kolejne. O Nowym Jorku, który wybrała świadomie i o zmianach, jakie następują gdzieś poza jej świadomością. Mówi też o wspomnianych już publikacjach, wydobywając z nich te wszystkie dwuznaczności, o jakich warto porozmawiać. Żadna teza nie jest tendencyjna, żadna myśl nie kategoryzuje; Sontag otwiera się sama przed sobą, wierząc mocno w to, iż każdy kolejny dzień jest nowym wyzwaniem intelektualnym, dla którego można poświęcić to, co do tej pory uznało się za pewne, niezbywalne, za gwarancję myślowej stabilności i intelektualnej pewności.

Widać, że rozmówcy stawiają sobie coraz to nowe wyzwania. Interpretują rzeczywistość przez pryzmat zdziwienia i w przekonaniu o tym, iż należy zdjąć ciężar metaforyki na rzecz nazywania wprost i w tej bezpośredniości szukania kolejnych znaków zapytania. Czyta się "Myśl jako formę odczuwania" z nieustającym wrażeniem, iż to wszystko mimo upływu lat wciąż jest żywe - ta niesamowita chęć świadomego przeżywania samego siebie, to intelektualne i zadziorne przekonanie o niewiedzy, która wciąż jest dla każdego człowieka wyzwaniem. Susan Sontag żartuje, ironizuje, mówi ze śmiertelną powagą, ale przez cały czas ze świadomością, iż w rozmowie z Jonathanem Cottem oboje mają stanąć wobec braku definicji, wobec niemożności pełnego nakreślenia i nazwania problemów i wobec zagadki życia, które świadome musi być nieodłącznie związane z zadawaniem pytań, a nie udzielaniem nań odpowiedzi. Świeże mimo upływu czasu, chwilami kontrowersyjne  - rozważania o nazistowskiej wrażliwości - ale cały od początku do końca niesamowicie sugestywne. To wywiad złożony właściwie z samych pytań. Swobodny, naturalny i pełen podejrzeń. Życie w parze z myśleniem to zawsze podejrzenia i tropienie tego, co niejednoznaczne. 

2014-05-08

"Rówieśniczki" Katarzyna Tubylewicz

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 22 kwietnia 2014

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kobiety na rozdrożach

Ponoć dawna przyjaźń jest jak stara miłość i nie warto do niej wracać. Takie przekonanie żywi Zofia, jedna z trzech kobiet, które przed laty połączyła silna zależność, by potem odbić się im czkawką, niosąc resentymenty oraz powrót ukrytych złych emocji, tak skrzętnie ukrywanych, tak silnie kamuflowanych. Co się takiego wydarzyło, że trzy przyjaciółki z młodości, będąc już po czterdziestce, jadą szwedzką drogą w samochodzie, który ulega wypadkowi? Katarzyna Tubylewicz nie rozpoczyna swojej powieści spektakularnie. Co więcej, już od początku potrafi uśpić naszą czujność. Mamy bowiem wrażenie, iż oto rozpoczyna się fabuła, jakich wiele i opowieść, której tok można przewidzieć. "Rówieśniczki" to jednak powieść-zagadka, bo można ją odczytywać na kilka sposobów, ale przede wszystkim na wiele sposobów rozumieć. Chociaż operuje stereotypami i do stereotypowych sądów się odnosi, zabieg ten jest przede wszystkim ironiczny, a w swej hiperbolizacji nad wyraz czytelny. Bo Tubylewicz - jak Majgul Axelsson, którą autorka tłumaczyła i której świetna chłodna stylistyka pisania o emocjonalnych burzach bardzo jest w tej książce widoczna - chce pokazać liczne pęknięcia w ludzkich relacjach, każe wpatrywać się w te pęknięcia i niczego nie czyni jednoznacznym, a wszystko takim się wydające nie jest czytelnym tropem.

"W dziewczyńskiej przyjaźni trójka to nie jest dobra liczba. Trójka oznacza, że trzeba zachować czujność i bronić własnej pozycji, bo któraś zawsze wyląduje poza orbitą. Dlatego nigdy nie opuszczała ich podskórna rywalizacja. Nigdy od niej nie odpoczywały". Sabina zawsze decydowała za przyjaciółki. Dominowała, wzbudzała strach, była nieprzewidywalna i w swej nieprzewidywalności fascynująca. Teraz jest mistrzynią kamuflażu, jej emocji nikt nie jest w stanie rozszyfrować. Odrzucana przez matkę, narzucająca poglądy koleżankom, dzisiaj jest zgorzkniałą, ale i żarliwą katoliczką; jak na katoliczkę przystało sumiennie obdarowuje otoczenie jadem, zawiścią i nienawiścią. Sabina narzucała szkolnej trójce swój punkt widzenia i swoje działanie. Pozostałe były w cieniu. Zofia miała wszystko rozumieć. Pojmować niepojęte i akceptować to, do czego nie była przekonana. Jej późniejsza droga życiowa była drogą kompromisów. Zofia to taka dużo bardziej świadoma Przystupa Grażyny Plebanek. Wmawia sobie, że ma być silna i opanowana. Chce się wtopić w Szwecję ze swoim nowym życiorysem. Wykluczana przez córki obecnego partnera, buduje nową tożsamość, nie zgadzając się na stereotypowe traktowanie polskiej emigrantki zarobkowej. Stale walczy, w przeciwieństwie do Joanny, także przebywającej w Szwecji. Joanna w młodości miała się podporządkowywać. Temu, co narzucała Sabina i temu, co próbowała zrozumieć Zofia. Dzisiaj w porywie niedojrzałości romansuje z egzotycznym kochankiem, a na co dzień jako żona dyplomaty stanowi elegancki dodatek do wysokiego stanowiska męża - prostackiego karierowicza.

Dziewczyny stały się kobietami, a ich życia - pokłosiem wyborów, które nie zawsze zgodne były z ich wewnętrznym przekonaniem. Sabina nadal jest silna i dominująca. Stworzyła rodzinę, której rysy maskuje chyba sama przed sobą, uciekając w żarliwe modlitwy i ostoję pewności wiary katolickiej. Zofia wie, że wygrała sporo i że życie to bezustanny bój o lepsze jutro. Nie pojmuje, jak jej zadowolony z tego życia i szczęśliwy w prostocie szwedzki partner, może być tak naiwny w wierze, iż ludzka egzystencja jest z założenia lekka i wygodna. Joanna stała się marionetką w rękach losu. Nie oczekuje od niego już chyba żadnych zmian. Nie wierzy w szczęście, jakie mogłoby przynieść macierzyństwo. Nie może spoglądać bez odrazy na męża, który dąży jedynie do kolejnego awansu. Sabina wciąż jest wyniosła, Zofia skonfliktowana sama ze sobą, Joanna beznadziejnie bierna i równie beznadziejnie smutna sama ze sobą.

Co przynosi przyszłość? Ona modyfikuje nieco postawy życiowe dawnych przyjaciółek. Ta, która o to nie zabiegała, ma bowiem silną i niezachwianą pozycję, którą gardzi. Sabina nieoczekiwanie swą pozycję traci, ale nie traci rezonu i nadal jest w stanie niesprawiedliwość losu tłumaczyć  w swej dulszczyźnie okrutnej i teraz - wieki po Zapolskiej - mało zabawnej. Zofia wciąż walczy o jakąkolwiek pozycję - przybranej matki, kochanki, partnerki czy obywatelki Szwecji.

Tak, Szwecja to wyraźne socjologiczne tło tej skomplikowanej powieści o relacjach, które nadal spalają się w ogniu emocji, o jakich kobiety Tubylewicz chciałyby zapomnieć. Szwecja nie jest ani egalitarna, ani socjaldemokratyczna, ani krystalicznie doskonała w swej politycznej poprawności, bo nie było zamiarem autorki gloryfikowanie państwa, które dla wielu jest swoistym rajem, a który toczą wirusy międzyludzkich kalekich relacji w równym stopniu, co choćby Polskę, gdzie o negatywnych emocjach opowiada się na prawo i lewo. Dostaje się polskiej zaściankowości, ksenofobii i wszelakim ograniczeniom, ale Katarzyna Tubylewicz pokazuje także, iż jej bohaterki - oraz świetnie sportretowani bohaterowie drugiego planu! - wikłają się w sieć toksycznych zależności tam, gdzie zła, okrucieństwa i ludzkiej podłości ma być rzekomo mniej, dużo mniej.

"Rówieśniczki" operują czytelnymi kontrastami, ale świat przedstawiony nie jest przecież czarno-biały. Wikłamy się wraz z bohaterkami książki nie tyle w ich mroczną przeszłość, co w stany, do jakich doprowadziły same siebie, kierując się takimi, a nie innymi wyborami życiowymi. Żadnej z trzech kobiet Tubylewicz nie można bezwarunkowo polubić. Żadnej też nie można do końca współczuć. I chociaż doskonały rys psychologiczny Sabiny wybija się na pierwszy plan kosztem lekkiej papierowości dwóch pozostałych bohaterek, ani jedna z postaci tej książki nie pozostawia nas w obojętności. "Rówieśniczki" traktują o przerażającym rozziewie między sferą pragnień a rzeczywistością modyfikującą pragnienia. To książka o poszukiwaniu szczęścia i dramacie niespełnienia, bo niemożności zdefiniowania, czym szczęście jest naprawdę. O przesyconych gorzkimi wspomnieniami biografiach trzech okaleczonych kobiet, z których każda samodzielnie zadawała sobie rana po ranie.

Katarzyna Tubylewicz to pisarka wnosząca do literatury nowy rodzaj niepokoju. Odrobinę w stylu Margaret Atwood, choć więcej tutaj dwuznaczności Alice Munro. Nie martwimy się jedynie o to, dlaczego jej bohaterki stają przed takimi, a nie innymi problemami. Ich problemy każą zastanowić się nad tym, jak wiele przewrotności jest w ludzkim losie, jak wiele tkwi w nas niewiedzy o nas samych. To także polsko-szwedzka rozprawa ze stereotypami i gorzka pigułka dla wszystkich tych, którzy uznają tę narrację za nieznośną przede wszystkim przez jej przejaskrawienia. Takich książek - ugniatających gdzieś mocno, niespokojnych i złośliwie wieloznacznych - trzeba nam dzisiaj więcej. Bo dobrą literaturę obyczajową przeżywa się na kilka sposobów. "Rówieśniczki" dadzą szansę ich poznania.