Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-08-31

"Powrót" Izabela Sowa

Wydawca: Znak

Data wydania: 28 sierpnia 2014

Liczba stron: 270

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Z dystansu

Skomplikowana powieściowa konstrukcja postaci Dorotki wzbudzała niepokój tych, którzy przed dwoma laty sięgnęli po książkę Jolanty Kwiatkowskiej "Przewrotność dobra". Dorotka z nowej powieści Izabeli Sowy jest wręcz odwrotnością tej, z której dylematami zderzyła nas Kwiatkowska. Córka państwa Paciorków z "Powrotu" to kobieta przedstawiona w najprostszej możliwej postaci. Wyraźna, określona oraz czytelna, ale skryta gdzieś między wydarzeniami i rozmowami wokół niej, bo Sowa postawiła na konstrukcję powieści obyczajowej, w której bohaterka okopuje się gdzieś z dala od wszystkiego i ten przyjemny dystans daje jej szansę na to, by w nic się nie angażować. W samą siebie także. "Powrót" opowiada o tym, że rozwój - o nim Dorotka myśli nader często - to nie pęd ku przyszłości i rojenie planów, lecz rozumne rozważenie tego, co minione. Dorosła bohaterka ani razu nie nazwana jest Dorotą, jej dorosłość jest kwestią dyskusyjną; kobieta Sowy jest trochę niczym polska Amelia, choć nie zamierza uszczęśliwiać świata jak Audrey Tautou, lecz tylko uważnie mu się przyglądać. Z dystansu.

Dorotka wykonuje tatuaże, zostawia na ludzkiej skórze trwałe ślady, w żaden jednak sposób nie chcąc pozostawić po sobie śladu w ich myślach. Z racji swojego zawodu wysłuchuje wielu różnych historii, w których nie musi się odnajdywać, bo płyną obok niej. Klienci oraz ludzie z najbliższego otoczenia rzadko proszą Dorotkę o to, by wyraziła zdanie na temat tego, co mówią. Słuchanie jest formą wewnętrznej terapii, bo bohaterce Sowy nie chce się już mówić, werbalizować stanów ducha czy zwierzać się z niepokojów. Tego wszystkiego pełno jest wokół niej. Dorotka marzy tylko o tym, by za wszelką cenę żyć bez wzlotów i upadków, w spokoju i harmonii, bez zmian i bez wyzwań. Wyzwaniem jest dla niej za to mentalny powrót do miejsca, w którym chce odnaleźć stabilność po sześciu latach europejskiej tułaczki. Po niej ma dość wędrówek w jakimkolwiek sensie i znaczeniu.

Dorotka nosi w sobie prawdziwy świat, który z czasem uporządkował się na tyle, na ile mógł się uporządkować. Ma czas, by słuchać innych i się im przyglądać. Kształt świata w szerszej perspektywie skrywa się w opowieściach znajomych i członków rodziny - każde z nich daje własną definicję rzeczywistości wokół, a Dorotka wchodzi sobie do ich światów i bezpiecznie je opuszcza, bez większej szkody dla stabilności tego własnego, do którego nikt nie ma prawa się wedrzeć. Tyle możemy powiedzieć o bohaterce Sowy, ile sami wywnioskujemy, przyglądając się uważnie kalejdoskopowi zdarzeń, w jakich pozornie tylko uczestniczy Dorotka. Ta książka lepi się z detali, bo to na nie zwraca uwagę bohaterka. Ogląd całości - czymkolwiek miałaby być całość - Izabela Sowa pozostawia czytelnikowi. Niczego nie sugeruje, choć stara się zaznaczyć, czyje poglądy i postawy życiowe mogą być bliskie jej dorosłej inaczej; kobiecie świadomej porządku wokół siebie i starającej się za wszelką cenę zachować ów porządek bez zbędnych emocji oraz zawirowań, jakich doświadczają wszyscy dookoła.

Rodzina jest centrum, ją obserwuje się najlepiej i z nią tak trudno jest się zgodzić. Babcia przeżyła niejedno. Rodziców łączy pozornie niewiele, a mimo wszystko od lat trwają w silnej symbiozie gdzieś między tworzonymi witrażami Tatka a reanimowanymi rzeźbami Kariny. To matka nazywa córkę nie w pełni dorosłą. Stara się na niej wymóc sposób postępowania, który w jej rozumieniu zapewnia szczęście. Dorotka nie chce już jednak niczego zawdzięczać rodzinie, woli sobie ją bezpiecznie obserwować, a sprawą dla czytelnika będzie rozstrzygnięcie z kim jest najbliżej i co na to wpływa. Poza rodziną i przypadkowymi ludźmi z pracy bohaterka Sowy stara się mierzyć z dylematami przyjaciół oraz znajomych, oswajać ekscentrycznego modela blisko niej i wszystkie te ważne sprawy pędzącego do przodu świata, na które nie ma się wpływu i o których wystarczy jedynie posłuchać. Samotność wśród bliskich jest takim stanem wybranym i akceptowanym. Dystans stworzony został po to, by zapewnić sobie spokój. Dorotka jest więc blisko tych, którzy do niej mówią, ale odpowiadając im, oddala się na bezpieczną odległość, bo ów dystans jest absolutnie pożądany, by poczuć się niejako przezroczystym, niezakorzenionym nigdzie.

Wszyscy radzą Dorotce, jak powinna zagospodarować swój ogródek. Każdy ma inną wizję, inny plan, inne patrzenie na ten osobisty i prywatny kawałek ziemi. Ogródek Dorotki to czytelna metafora jej życia. Inni chcieliby je umeblować, przekopać grządki, posadzić własne rośliny, zadbać o przestrzeń widzianą ich oczami. Życia bohaterki nie da się zagospodarować. Ona sama podjęła już pewne kroki, by wokół ogródka zbudować niewidzialny mur. Z furtką, a jakże, bo czasami warto zaprosić bliskich i pozwolić im na iluzję współtworzenia czegoś, do czego nie mają wstępu.

Jak to wszystko jest napisane? Nijak w zasadzie i tu jest pewien problem. Bo o ile doskonale rozumiem, że nie jest to książka nastawiona na spektakularny rozwój akcji, o tyle zaciera się jakakolwiek wyraźność w tym świecie przedstawionym. Ludzie Sowy wydają się ludźmi tymczasowymi i bez właściwości. Teza o tym, iż Dorotka ma silną osobowość, nie do końca się tu jednak broni. Czyta się "Powrót" z poczuciem bycia gdzieś obok całej tej opowieści. Nie tyle przejmuje się perspektywę braku zaangażowania samej bohaterki, co zwyczajnie nie wchodzi się z tą historią w jakąkolwiek zależność.

Izabela Sowa ukazała kobietę znającą swoją wartość, która nie osadziła się w dzisiejszych czasach. "Powrót" nie osadza się nie tyle w czasie, co też w przestrzeni. Bezpieczny dystans Dorotki przechodzi też na czytającego. Jesteśmy obok. Autorka część z nas może pozostawić w przykrej obojętności, niektórym na pewno uświadomi znacznie więcej niż to wynika z pospiesznych rozmów i przypadkowych zdarzeń. Bo to mimo wszystko interesująca książka o tym, jak w dzisiejszym świecie mód wieść spełnione i spokojne życie odbiegające choćby od narracji blogów lajfstajlowych. Za pomysł na historię - zasłużone brawa.

2014-08-29

"Śmierć w Pont-Aven" Jean-Luc Bannalec

Wydawca: Czarne

Data wydania: 23 lipca 2014

Liczba stron: 304

Tłumacz: Elżbieta Kalinowska

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Niemiecka opowieść o Bretanii

Jednym z mistrzów współczesnej francuskiej literatury z dreszczykiem jest Pierre Lemaitre. Dreszcz w debiutanckiej powieści kryminalnej "Śmierć w Pont-Aven" wywołać może głównie silny wiatr owiewający w środku lata bretońskie klify. Nie znaczy to wcale, że rzecz ukrywającego się pod pseudonimem Jean-Luc Bannalec prozaika nie jest warta uwagi. To kryminał w znanym klasycznym stylu. Napisany po niemiecku, ale na wskroś francuski. Może odrobinę przewidywalny i staroświecki, ale w tym prawdopodobnie tkwi jego urok. Nieprzypadkowo przecież książka świetnie się sprzedawała przed dwoma laty. "Śmierć w Pont-Aven" to ujmująca kolorytem wiekowej Bretanii opowieść o rodzinnych tajemnicach, nieznanym obrazie znanego malarza, o ludzkiej naturze zdeterminowanej chęcią ogromnych zysków i o małomiasteczkowej prowincji, w którą wbity zostanie paryski komisarz z niejasną dla nas przeszłością. Czyta się to bardzo dobrze, pozostając z poczuciem obcowania z rzetelnie zmyśloną książką o zdarzeniach co najmniej prawdopodobnych i zamieniających lokalną sprawę w intrygę, która wstrząsnąć może całą Francją.

Dzisiejsi twórcy kryminału bardzo dbają o to, by prowadzący ich śledztwa byli postaciami wyraźnymi. Komisarz Georges Dupin taki nie jest. Szczątkowe informacje o jego dotychczasowym życiu i poczynaniach nie spowodują, iż zbytnio się doń przywiążemy. Dupin jest wyobcowany na prowincji, gdzie przebywa już od kilku lat. Właściwie z nikim nie jest blisko, denerwują go współpracownicy, posypał mu się wieloletni związek z kobietą poznaną jeszcze w Paryżu i ma gdzieś tam siostrę, z którą wiąże go pewna bliskość, ale do której jest w stanie zadzwonić tylko wtedy, gdy mu się nudzi - na przykład podczas oczekiwania na złoczyńcę mającego wpaść w zastawione przez Dupina sidła. Ot, taki pan Nikt, który dodatkowo ma wybiórczą pamięć i musi wciąż notować w swym czerwonym kajecie, co niektórych z otoczenia doprowadza do pasji. Nic to jednak, Dupin we właściwym momencie przypomni sobie to, co najważniejsze; nie zawiedzie go ani pamięć, ani intuicja i pomoże rozwikłać zagadkę utrudnioną o tyle, że wszyscy, których przesłuchuje, zmyślają jakieś dziwne historie po to tylko, by komisarz nie poznał skrywanej prawdy małego bretońskiego miasteczka.

Trup zostanie nam podany na tacy już na pierwszych stronach. Niespotykane jest to, iż morderca postanowił zabić naprawdę leciwego staruszka, który na dodatek - co potwierdza w trakcie śledztwa jego lekarz - mógł umrzeć śmiercią naturalną dosłownie w każdej chwili. Po co komuś takiemu przyspieszać śmierć? Po co zabijać legendarnego wręcz hotelarza, który dla mieszkańców Pont-Aven był uosobieniem cnót, mądrym mecenasem i wnikliwym obserwatorem rzeczywistości? Podejrzani zaczynają być członkowie najbliższej rodziny. Denat w różny sposób oddziaływał na ich życia. Dupin będzie musiał poznać rodzinne relacje, a gdzieś poza nimi rozszyfrować, dlaczego ktoś naraża na szwank turystyczną miejscowość u progu sezonu, dokonując okrutnego zabójstwa w jednym z najbardziej ekskluzywnych hoteli miasteczka, w którego pokojach mają się spełniać wszelkie marzenia turystów przybywających do miejsca będącego od wieków mekką artystów.

Bretania Bannaleca to kraina jak z obrazka. Z obrazu - tak rzec by należało, bo właśnie wokół malarstwa snuć się będzie kryminalna intryga. Rozgrywające się na przestrzeni zaledwie kilku dni zdarzenia wstrząsają w sensie symbolicznym tą granitową i stabilną ziemią, w której można się zakochać i której uroki portretuje nie tylko zmienność oraz dzikość lokalnej przyrody, ale przede wszystkim malownicze osadzenie gdzieś poza czasem i światem wokół. W oddaleniu od tego, co symbolizuje wielkomiejski Paryż, którego mieszkańców - i Dupina także - senni Bretończycy uważają za przybyszów z innego świata, innej Francji. Lokalny koloryt powieści zaznaczają nie tylko zgrabne (bo niedługie) opisy przyrody, ale przede wszystkim klimat nadmorskich miasteczek, które ze spokojem przyjmują najbardziej nawet dramatyczne fakty związane bezpośrednio ze śmiercią hotelarza Penneca.

Świetnie się to czyta. Przede wszystkim dlatego, że na wstępnym etapie dochodzenia stróżów prawa nikt z przesłuchiwanych niczego nie widział, nie słyszał i zupełnie nie wie, dlaczego stało się to, co się stało. A każdy coś ukrywa! Nieprzewidywalna jest też kolejna śmierć. Sprawy komplikują się coraz bardziej do momentu, w którym poczciwy Dupin nie zorientuje się, iż jest manipulowany przez otoczenie. Takie historyjki utkane z opowieści o skrywanych gdzieś na prowincji tajemnicach poliszynela przykuwają uwagę w sposób wyjątkowy, bo od początku czytelnik może się mierzyć z problemami prowadzącego śledztwo i być może wcześniej niż on sam przewidzi, co się wydarzyło. Feralnego lipcowego poranka odkryto trupa, ale poszukiwania sprawcy nie prowadzą jedynie w czas przeszły, jak to dzieje się normalnie w każdej dobrze skrojonej powieści kryminalnej. Ważna będzie przyszłość i plany poczynione przez tych, którzy maczali palce w zabiciu staruszka chcącego zmienić zapis w testamencie i wykonującego dwa telefony do paryskiego muzeum w sprawie, o jakiej - co wychodzi nam potem - wiedzieli wszyscy poza biednym Dupinem i jego ekipą śledczą.

Jean-Luc Bannalec udowadnia, że w prostocie jest siła. Ta historia naprawdę iskrzy, dodatkowo kusząc pięknem otoczenia - niemego świadka wyjątkowo paskudnych zdarzeń. To opowieść o umiłowaniu sztuki i tradycji, o rodzinnych więziach i czarnych charakterach w rodzinie, o wyklętych i samotnych oraz o tym, jak trudno być wiernym przodkom. Zmienność bretońskiej aury jest taka sama jak losów bohaterów i zwrotów akcji, bo choć intryga do skomplikowanych nie należy, Bannalec udowadnia, iż zawsze można czytelnika zaskoczyć. I zauroczyć. Mimo braku wyraźnego bohatera.

2014-08-27

"Walizki hipochondryka" Mariusz Sieniewicz

Wydawca: Znak

Data wydania: 28 sierpnia 2014

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Polski stan chorobowy

"Walizki hipochondryka" uznaję za swego rodzaju lustrzane odbicie poprzedniej powieści Mariusza Sieniewicza. W "Spowiedzi Śpiącej Królewny" nieco neurotyczna Emila uciekała w sen przed własną przeszłością pełną nietrafnych wyborów i nieudanych związków. Emil - główny bohater nowej książki - od czasu przeszłego ucieka w wieczne chorowanie, użalanie się nad sobą i w wyimaginowane cierpienia ciała będące odzwierciedleniem tych rzeczywistych, rozdzierających duszę mężczyzny zagubionego w swoim średnim wieku i uwięzionego w polskości. Warto zwrócić uwagę, że Emil jest także pisarzem, sfrustrowanym i zmęczonym, czyżby niebezpiecznie bliski samemu autorowi?

Nie jest to książka nowatorska, Sieniewicz nie chce już chyba zaskakiwać każdą kolejną. To nie kwestia formy, wyeksploatowanego w poprzedniej książce monologu wewnętrznego silnie zacierającego kontury między sprawami rzeczywistymi a wyimaginowanymi. Bardziej martwi mnie to, że autor podejmuje tematykę kolejnej rozprawy z tym, co polskie, wiecznie nękające, smutne, martyrologiczne i przygnębiające tak jak zanurzenie w przeszłości wojen, walk, niesprawiedliwości, w katolicyzmie wszechobecnym oraz wiecznym poczuciu gorzkiego losu. Plus pisarska niemoc. Czyta się wynurzenia Emila Śledziennika z nieustającym poczuciem, że już to wiele razy powiedziano, że w tej wtórności nie ma niczego niezwykłego i że sam bohater pogrąża się nie tym, iż wiecznie utyskuje, lecz samą swoją postawą wobec życia, takim wycofaniem antybohatera obserwującego i punktującego rzeczywistość, do której przemiany ręki nie przykłada.

"Dorastałem wśród pijusów i babskich dupsk kolebiących się miarowo na kartofliskach, na polach obsianych koniczyną i owsem". Emil jest duchowo starą babą z mentalnością pijusa. To, co przeżył, było ciągiem nieudanych doświadczeń, na drodze których nie udało mu się zbudować silnego poczucia własnej wartości. Emil właściwie wciąż ją kwestionuje. Czytelna jest symbolika stanu chorobowego, w jakim - w mniemaniu bohatera - wciąż znajduje się udręczone ciało i dusza intelektualisty mierzącego się z upływem czasu, w którym nie znalazło się nic, co można uznać za doświadczenie zdrowe, budujące, krzepiące w jakiś sposób, podnoszące morale. Emil Śledziennik doświadczał różnego rodzaju utrat i wciąż tkwi w stanie samotności generującym niejako kolejne lęki, a te - urojone choroby. Mamy tutaj do czynienia z czymś na kształt mitologizowania ułomności, własnej i świata. Bo Emil tylko tej niedoskonałości wiecznej doświadczał. Długa jest lista spraw, jakie uznaje za porażki. Jego podstawowym doświadczeniem egzystencjalnym jest lęk przed chorobą, ale to przecież niezmiennie wzmacniane w sobie poczucie strachu przed życiem. Tym w Polsce, tak opresyjnej i tak nieznośnej dla bohatera. Polsce, którą można przeżywać tylko w znieczuleniu. Ketonal, tramal - iluzje nieodczuwania zamknięte w kapsułkach. Emil powinien być naprawdę zadowolony, gdy trafia do szpitala, bo tam farmaceutycznego szczęścia czeka go pod dostatkiem.

Sieniewicz przenosi nas w przestrzeń szpitala, równie umowną i symboliczną co hipochondria Emila Śledziennika. Tam bohater próbuje skontaktować się z enigmatyczną cudowną kapłanką. Telefon milczy. Nie odwiedza go ani ukochana, ani też matka. Emil w przerwach między odurzeniem środkami przeciwbólowymi próbuje poskładać w całość to, co przeżył. Mierzy się z czasem minionym zamkniętym w tytułowych walizkach. Szuka odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego stał się takim człowiekiem, jakim jest obecnie. Jednocześnie nie opuszcza gardy, chce walczyć, nie pozwoli zrobić z siebie bezwładnego manekina w tej poczekalni śmierci, gdzie dodatkowo grasuje banda wyłudzająca kasę od wszystkich tych, dla których środki znieczulające warte są i zadłużenia, i wejścia w relacje ze szpitalną szajką przestępczą.

Obok Emila dodatkowy bolesny wyrzut sumienia. Pacjent-kadłubek, umęczony martyrologią i tkwiący w niej słowiański Hakawati. Zdewociały wyrzut sumienia społeczeństwa, które musi się nim zajmować i dawać mu namiastkę nadziei na to, iż jest potrzebny. Emil męczy się i dusi, ale pokornie znosi towarzystwo, bo sam ze sobą pewnie długo by nie wytrzymał. Przeszłość wydaje się nie do zniesienia. Bohatera charakteryzuje nieuregulowany stosunek do służby wojskowej i do czasu przeszłego, w którym wciąż na nowo próbuje znaleźć te momenty, kiedy zaczęła się obecna równia pochyła. Tam kryje się odarta z godności męskość, którą Sieniewicz deprecjonuje dodatkowo opisami przeprowadzanej kolonoskopii czy próbą cewnikowania, jakiej bohater jednak dzielnie się nie poddaje. A tę męskość coś utworzyło, by potem odbierać jej tyle, ile tylko się dało. W przemijaniu - jak wspomina Emil - nie ma niczego oryginalnego, ale Śledziennik oryginalnie, bo po swojemu się z tym przemijaniem mierzy. Nabierając sił i zdrowia, co bardzo ważne. Tylko co czeka go po opuszczeniu szpitala?

Opowieść Sieniewicza jest takim pewnym samograjem, ale przeszkadza w niej to, że sama siebie tłumaczy. Wiemy już na wstępie, iż będzie to historia zanurzonego w swą tożsamość bez właściwości bohatera, który mierzy się przede wszystkim z wieloma życiowymi stratami i poczuciem bezwartościowości. Siebie i życia. Swojej literatury. Emil śle nam dziennik pustki i rozpaczy. Wpadając w choroby, stara się alarmować otoczenie, że on właśnie wymaga uwagi i opieki, jemu należy się wreszcie coś od świata, który go nie zauważał. Jego przewrażliwienie jest metaforą przewrażliwienia świata w ogóle i czytając o przeszłości Emila, wydobywamy z jego biografii wszystkie niemal cechy dystynktywne wciąż wołającej o zainteresowanie polskości.

Wszystko jest w "Walizkach hipochondryka" nad wyraz czytelne. Jego egocentryczny cierpiętnik to znana już figura stylistyczna, dzięki której wielokrotnie rozprawiano się z paskudztwami polskości tonącej w kompleksach i zacofaniu. Czyta się tę książkę nieźle i widać w niej wszechobecną u Sieniewicza groteskę, którą bardzo sobie cenię, ale wydaje mi się, że tu nie ma niczego pobudzającego wyobraźnię w równym stopniu, co w poprzednich książkach. Ta powieść jest wyraźna, a jednocześnie rozmyta - tak jak Emil rozpływa się między tym, co już przeżył a wyzwaniami szpitalnymi, w tym także rebelią w piżamach. Mariusz Sieniewicz opowiada o emigrancie wewnętrznym, dla którego ani cierpliwości, ani sympatii nie można z siebie wykrzesać za wiele. Jednocześnie jego żywot ogniskuje to wszystko, co zwykle nas w przeżywaniu świata przez innych absorbuje. Trudno orzec, na ile jest to trafna diagnoza współczesności, która kultywuje zdrowych, aktywnych i pewnych siebie. Na ile wiarygodna figura wykluczenia z tego świata. Bo to przede wszystkim książka o samotności, ale nie wywołuje empatii. Przeszła gdzieś obok mnie, zamiast wejść w myśli i pozostać tam na dłużej. Na każdą kolejną rzecz autora czekałem niecierpliwie i się nie zawodziłem. Tutaj jest nieco rozczarowania, i formą, i tematyką.

2014-08-25

"Betonowy pałac" Gaja Grzegorzewska

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 28 sierpnia 2014

Liczba stron: 508

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Nadmiar testosteronu

To ma być wydarzenie. Oczekiwana nowa powieść Gai Grzegorzewskiej, która jest najodważniejszą w jej dotychczasowym dorobku literackim. W "Betonowym pałacu" autorka sprowadza do parteru swą dotychczasową postać pierwszego planu. Julia Dobrowolska pozornie tylko skryje się w cieniu Profesora, bo to on jest narratorem tej bardzo dynamicznej książki. Można się zastanawiać nad tym, kto tu błyszczy na wskazanym pierwszym planie. Julia i Profesor dzielnie walczą o uwagę. Ten drugi generalnie nawet nie śpi, nie je i nie odpoczywa, by tempo akcji wciąż było wartkie. Warto zastanowić się jednak, dla kogo jest ta książka. Przeszarżowana. W konstrukcji bohaterów, w ich języku i w kalejdoskopowo przedstawianych zdarzeniach, gdzie krew oraz trupy są na porządku dziennym - odrobinę karykaturalna, bo wyolbrzymiona. Nie znaczy, że opisuje niemożliwe. Zdecydowanie przegadana, część dialogów ma nikłe znaczenie dla fabuły i niepotrzebnie męczy. Chciałoby się napisać, że słaba, ale przecież jest piekielnie energetyczna, krwista i może zwalać z nóg. Stąd też pewnie spodoba się wielu, ale ja do tej grupy nie należę.

Myślę, że to rzecz dla koneserów. Mnie zmęczyła. Mroczną wizją Krakowa, w którym panuje syf i malaria, skorumpowani stróże prawa układają się z bandytami, zginąć można ot tak, a jeśli jest się kobietą, to finezyjnie z rąk psychopatycznego Rzeźnika. Konstrukcją samego głównego bohatera, jego sposobem myślenia oraz działania, słownictwem i poglądami. Językiem scen pełnych przemocy, gdzie wulgaryzm ratować ma każdą teoretycznie zmierzającą ku czemuś wymianę zdań. Zamysłem, w którym nie oczekuje się żadnego zwrotu akcji, a jeśli już - są to ograne wielokrotnie chwyty, a sama intryga kopiowaniem sfatygowanych już klisz lepiących choćby filmy sensacyjne drugiej kategorii.

"Betonowy pałac" to mimo wszystko rzecz wymagająca dyscypliny i zawziętości. Pisarka ma zapewne jedno i drugie, choć chwilami prowadzi nas na manowce dużo bardziej mętne niż podejrzane dzielnice Krakowa. Takiej powieści nie pisze się w sposób prosty - Grzegorzewska jest konsekwentna i wie, o czym chce opowiedzieć. Wpada w pułapki schematyzmu, ale być może nie jest ich świadoma, bo wczuwając się w męskie gry, przesiąka testosteronem i jest w stanie euforii przypominającej tę wywołaną jednym z wielu halucynogennych środków. W tej euforii, w maksymalnym zaangażowaniu i z wielką mocą pisze o okrutnym świecie, który nie tyle stworzyła w wyobraźni, co wręcz w nim zamieszkała. Każda strona to pot, krew i łzy, solidny warsztat pisarski mieszający się z co najmniej karkołomnym wizjonerstwem. Ale przecież ma to być proza życia. Brutalna i bezkompromisowa jak jej bohaterowie. Na tym będzie bazować i pewnie dzięki temu się przyjmie. Ja nie byłem w stanie przyjąć tego, co jest w tej powieści zaoferowane. To nie tylko kwestia wrażliwości i estetyki, ale przede wszystkim wiarygodności. Nie uwierzyłem w ten zarysowany bardzo wyraźną kreską świat. W aż tak wielkie nagromadzenie okrucieństwa. Odpadłem gdzieś po drodze, śledząc poczynania Profesora z narastającym znudzeniem. Kiedy zorientowałem się, że kolejnego rozbebeszonego trupa traktuję jak opis przyrody w funkcji retardacyjnej, zrozumiałem, że nie udało mi się wejść do "Betonowego pałacu". Zdarza się. Szkoda tylko romansu z pięciuset stronami bez żadnej satysfakcji z tego procesu. A przecież to powieść, w którą Grzegorzewska włożyła naprawdę wiele. Tak się powinno pisać - dosadnie, bez skrępowania, bez żadnych hamulców i uczciwie. Nie wiem, co tu nie zagrało. Pozostał dystans i zmęczenie.

Trzydziestodwuletni Łukasz zwany Profesorem przybywa do Krakowa po tym, jak zadekował się gdzieś na egzotycznej wyspie po aferach, w wyniku których część jego wrogów jest już w ziemi, a część za kratkami. Pierwsze chwile w rodzinnym mieście z rozmachem nakreślają charakter mężczyzny. Rycerska obrona szczęki leciwej prostytutki, teatralna przemowa gieroja nad ledwie dychającym napastnikiem, górnolotne określenia w rodzaju "nadszedł czas na..." i już wiemy, że mamy oto przed sobą bezkompromisowego, twardego zawodnika, którego natychmiast trzeba wbić w jakąś paskudną intrygę, bo długo spokojnie egzystować nie zamierza, a Kraków wzmaga wydzielanie się u niego adrenaliny.

Profesor trafia na Osiedle żyjące w doskonałej symbiozie ze stróżami prawa i realizujące swoje kryminalne potyczki w ściśle zamkniętym gronie, a szefem mrocznego półświatka jest niejaki Opiekun, dwuznacznie portretowany do samego końca i intrygujący chyba najbardziej ze wszystkich. Opiekun zleca Profesorowi odnalezienie swojej żony Sophie. W zleceniu jest haczyk, nawet niejeden. Związana z inspektorem krakowskiej policji Aaronem Goldenthalem Julia staje się gwarantem przeżycia dla Profesora. Dopóki nie ma żony Opiekuna, Julia może żyć. Profesor wraz z Dobrowolską zostaną zmanipulowani, a wokół poszukiwania Sophie rozejdą się wątki poboczne, krwiste i mroczne. Do tego dostaniemy jeszcze trzynastoletnią młodą gniewną, która wpakuje się Profesorowi do jego mety oraz parę wątków obyczajowych. Plus dwuznaczności jak na przykład ambiwalentny stosunek głównego bohatera do homoseksualizmu. Poza tym wszystko to, co męskie, brutalne, spektakularnie uwypuklone, ale gdzieś w tym wszystkim tkwi skryta wrażliwość. Profesor wielbi przecież "Casablankę", cytuje Tacyta i jest egzegetą Szymborskiej, ma wyraźnie sentymentalny stosunek do Julii i gdzieś w tej całej makabrze co rusz mordowanych pozostaje przekonanie, iż działa się w słusznym celu, w imię życia, wiary w lepszą przyszłość i w imię szczątkowej formy miłości oraz przywiązania do drugiego człowieka.

Grzegorzewska pozwala sobie na niejedno. A może aż na nazbyt wiele. Opowiada o świecie przestępczym i strukturach kryminalnego półświatka w sposób wiarygodny, aczkolwiek wtórny. To nie jest jakaś nowa jakość. Nie jest to objawienie. To proza, która być może ma wzbudzać skrajne odczucia - zachwycać lub męczyć. "Betonowy pałac" jest okrutną fantazją. To książka z jednej strony przesycona niemożliwymi do zniesienia hiperbolami, z drugiej jednak mogąca porwać, bo rytm ma wartki, niejednego zwiedzie. Tym bardziej jeśli spojrzy się na nią jak na opowieść o powrocie w rodzinne strony, które ukształtowały bohatera w taki, a nie inny sposób i teraz nie pozostaje mu nic innego, jak mentalnie pozostać wiernym Osiedlu, dbając jednak o to, by walczyć w słusznej sprawie. Warto się z tą historią zmierzyć choćby po to, by sprawdzić, czy odpadniemy wcześniej niż zdeterminowany i bezkompromisowy Profesor. Mnie to nie uwiodło, nie wzburzyło, nie porwało. Dość wyraźna historia przeszła mi koło nosa. Napisałbym, że szkoda, ale nie jestem pewien, czy to byłaby prawda.

2014-08-23

"Jalo" Iljas Churi

Wydawca: Karakter

Data wydania: 25 sierpnia 2014

Liczba stron: 384

Tłumacz: Marcin Michalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Ślad wojny

"Jalo" to powieść okrutna i bezkompromisowa. Osadzona w realiach powojennych, gdy w Libanie rozlicza się z byłymi bojownikami, a dzisiaj więźniami. Jednocześnie mocno tkwiąca w minionym czasie, gdzie wojna naznaczyła piętnem każdego, do kogo życia wdarła się zbyt wcześnie. Kimś takim jest Daniel Dżalu, który nazywa siebie Jalo. Kiedy miał 14 lat, świat wokół zmienił się w scenerię walk i zabijania. Jalo wojna naznaczyła na zawsze. Teraz, kiedy torturowany w więzieniu musi mierzyć się z oskarżeniami i spisywać historię swojego życia, nie jest w stanie odnaleźć w sobie słów. Między słowami a rzeczami i zdarzeniami, które trzeba za ich pomocą opisać, tkwią silne dysonanse i lęki samego Jalo. Iljas Churi opowiada historię o tym, czego uczy i co odbiera wojna. To książka o okrucieństwie czynów, ale także samej pamięci o nich. O silnym osadzeniu w rodzinnych lękach, mistyce i strachu dziadka-kapłana, o matczynym zagubieniu, o losie zapisanym gdzieś między wiarą a splotem niewyobrażalnie smutnych okoliczności. "Jalo" kryje w sobie liryzm skażony brutalnością życia. To książka-wyznanie, spisana na kilka sposobów, z kilku punktów widzenia, często zaprzeczająca sobie. Powieść o rozdźwięku między życiem a opisywaniem go, o dramacie wyboru między wiarą w siebie a religią, w końcu o samotności i wojnie, która raz rozpoczęta, nigdy już się nie zakończy.

Jalo znajduje się w więzieniu, gdzie razi go biel śledczego. Musi odpowiedzieć na zarzuty gwałtu, rozbojów, wyjaśnić swoje powiązania z gangiem terrorystów. Dla przesłuchujących jest psem. Oni już wydali wyrok. Oni wiedzą więcej niż sam Jalo, starają się udręczyć go torturami na tyle, by zaprzeczył swemu człowieczeństwu. Churi konfrontuje bohatera z przymusem spisania swoich losów, opowiedzenia własnej historii. Jalo staje bezbronny wobec słów, którymi nie jest w stanie wyrazić przeszłości. Wojna nauczyła go, że ufa się oczom, a nie słowom, choć przecież to słowa właśnie pluć zaczęły z okrutną siłą, pogłębiając konflikty i chaos. Był bojownikiem, stał się ofiarą. Kim jest Jalo? W jaki sposób weszła w niego wojna? Czy rozumie swoje winy i wie, do czego ma się przyznać? Widzimy wielki dramat mężczyzny ograbionego z życia, któremu znaczenie nadawała wojna. Czujemy lęk i zagubienie Jalo, ale nie jesteśmy w stanie mu współczuć. Wraz ze śledczymi chcemy poznać przeszłość. Jalo konfrontuje się z minionymi zdarzeniami po raz drugi, odkrywając ich prawdziwe znaczenie.

Najważniejsza jest rodzina. Bohater wychowywał się bez ojca. W jego rolę wszedł Czarny Dziadek, Asyryjczyk, kapłan żyjący w strachu i w wierze upatrujący namiastki czegoś pewnego. Jalo przez pewien czas jest przewodnikiem tracącego kontakt z rzeczywistością dziadka, ale to postać chwilami dużo bardziej istotna niż wnuk, bo w jego wewnętrznej frustracji, zagubieniu wiary, pochodzenia i języka, widzimy podłoże libańskiej gehenny, która kosztuje życie wszystkich tych, co poglądy i świadomość zamieniają na broń. Dziadek to symboliczna figura wewnętrznego zagubienia się w świecie, który nie respektuje jednego prawa, jednej religii. Jalo nie rozumie syriackiego, którym posługuje się Czarny Dziadek. Nie pojmuje tego, co ów starzec próbuje mu przekazać w przypowieściach, wskazywanych religijnych tropach. Jest on mu jednak bliższy w swym zagubieniu o wiele bardziej niż wycofana do wewnątrz matka, która nie potrafi dostrzec swego odbicia w lustrze. To postać jakby drugiego planu, ale widać wyraźnie, jak silne są relacje z matką, tą nieobecną i oddaloną. Rodzina to stygmat i źródło opresji dla Jalo, ale jednocześnie środowisko, z którego pochodzi i przestrzeń, jakiej zabrano znaczenie wówczas, gdy bohater ruszył na wojnę.

Wojenna nomenklatura jest obecna w jego myśleniu nawet wtedy, gdy chce opowiadać o subtelnościach. Jalo mówi, że został rażony miłością. Do Szirin, która teraz zeznaje co innego niż Jalo pamięta. Miłość idzie w parze z upokorzeniem, a Szirin stara się uczyć delikatności tego, któremu wojna odebrała wszelką delikatność. We wspomnieniach pojawia się także ucieczka do Paryża, powrót do kraju, posada strażnika madame Randy i kolejne namiętności, które prowadzą do zła. Jalo wydaje się poddawać wszelkim możliwym wpływom z zewnątrz, bo one gwarantują mu poczucie ładu w świecie, który jest chaotyczny i przypadkowy. Mężczyzna dokonuje grabieży, gwałci i niszczy - ze świadomością, iż wszystko to można usprawiedliwić. Kiedy w więzieniu ma sam zmierzyć się ze sobą, swoim postrzeganiem losu i prawdy o świecie, wykorzystuje do tego wszystkie zapamiętane sytuacje, gdyż tylko w nich może się odnaleźć. W Jalo wojna nadal trwa, nadal panuje w nim chaos i wciąż ufać może tylko własnej sile oraz broni. Tymczasem bohater jest bezbronny, podlega okrutnym torturom, jest zmuszany do ujrzenia siły przemocy z innej perspektywy. Z perspektywy ofiary, przyjmującego ciosy i razy. To nowe doświadczenie. Bolesne w każdym możliwym sensie.

Iljas Churi konfrontuje swojego wojennego bojownika z doświadczeniem ekstremalnym i nie są to bynajmniej więzienne tortury. Największą torturą okazuje się pisanie o swoim życiu. Pamięć, zapisywanie, naiwne przekonanie o słuszności używanych słów. Czy można opisać życie, w którym słowa wciąż walczyły z tym, co się widziało? Czy jest szansa na zwerbalizowanie instynktownych działań, opisanie strachu, nazywanie zagubienia? "Jalo" to powieść o wielu rodzajach utraty. To także utrata zdolności do tego, by nazwać czas miniony. Ten, w którym Czarny Dziadek wymazywał historię i język. Gdzie matka wodą zmywała swój wiek. Gdzie smak soli i rachatłukum mieszał się dodatkowo z wszechobecną krwią. Gdzie Jalo zagarnęła wojna i nigdy nie opuściła. Teraz pozostaje wyznanie win i przyjęcie kary. Pokornie schyla głowę przed więziennymi oprawcami, ale do końca chce powalczyć o resztę godności, jaką w sobie nosi.

Churi stworzył przerażające studium wewnętrznej niepewności, pustki i napisał o rozpaczliwych próbach tłumaczenia się z okrucieństw, dla których nie ma usprawiedliwienia. Wojna to piekło, także to wewnętrzne." Jalo" obrazuje losy wszystkich tych młodych Libańczyków, którym zbyt wiele idei, myśli, przekonań i słów oferowano zbyt wcześnie. Obrazuje skutki decyzji sięgania po broń i panoramicznie ilustruje libańskie niepokoje kulturowe, religijne, pozostające w tym narodzie na zawsze. Jalo jest tragiczny, samotny i osobny. Churi kreśli tym samym metaforę wykluczenia w najbardziej gorzki z możliwych sposobów.


PATRONAT MEDIALNY

2014-08-21

"Jetlag" Michał R. Wiśniewski

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 4 lipca 2014

Liczba stron: 262

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Furrysi, nieistnienie i chaos

Młoda proza polska przestała być gniewna. To, co opisuje, to świat chaosu, smutku, rozwlekłej melancholii i bycia bez znaczenia, bez celu, bez iskry witalizmu tak przecież charakterystycznego dla młodości. "Jetlag" wpisuje się w to utyskiwanie na świat bez konturów i ludzi bez charakteru. Dodatkowo wbija się również w modny od lat nurt powieści o doświadczeniach pokoleniowych tych wszystkich młodych, których łączy być może jedynie czytanie danej książki albo i nie. Zaskakująca jest ta tendencja nazywania problemów w konwencji przeżycia jakiejś grupy. Pokolenia nazywane były różnie albo też funkcjonowały bez nazwy. Wiśniewski próbuje opowiedzieć o doświadczeniu rzekomo pokoleniowym po Nahaczu, Czerskim czy po autorkach jednego tytułu jak Ożarowska i Porębiak.

"Jetlag" jest z pewnością pewną panoramą i przygnębiającym obrazem poszukiwania sensu w świecie relatywizmu oraz złudy, ale trudno jest mi orzec, do kogo autor kieruje tę książkę. Bo że odbiorcą ma być czytelnik, świadczy bezpośredni zwrot do niego już na początku. Grupa docelowa może być dość nikła tak jak wątła jest cała fabuła oparta na poszukiwaniu sensu i odkrywaniu tajemnic spotkań grupy furrysów, gdy jedna z ich przedstawicielek - z maską królika na głowie - pozostawia ślad... w ścianie. Takie to zabawy nowoczesnych i kreatywnych, bo współczesne listy w butelce to wmurowane w beton elektroniczne nośniki danych, do których z niewiadomych powodów mają podłączać swoje przenośne urządzenia ci, co nie widzą innych rozpaczliwych znaków SOS nadawanych z otoczenia, z jakiego są wyjęci tak jak wszyscy bohaterowie tej opowieści.

Główny bohater jest nieszczęśliwym i zagubionym w sobie dzieckiem miasta, które wynajmuje dwadzieścia metrów kwadratowych własnego szczęścia, a czas spędza głównie w pracy, gdzie klikając na klawiaturze, zwiększa PKB. Powiększają się także kompleksy i irytacje. Towarzystwo, które otacza bohatera, wydaje się przewidywalne; to wciąż ci sami ludzie, snujący te same jałowe opowieści i tak samo starający się wydać oryginalnymi w świecie, w którym nie ma już oryginalności, bo wszystko jest powtórzeniem, wtórnością, wszystko z czegoś wynikło i donikąd zmierza. Nasz prowadzący przez tę narrację jest mistrzem zapominania w nadmiarze bodźców. Bo tylko tak można egzystować w świecie, który rodzi się i umiera w ciągu jednej doby, nie niosąc za sobą niczego trwałego, wartościowego, godnego uwagi. Bohater ściąga więc dane z nośnika, który ktoś zainstalował w ścianie, by odkryć tajemnicze zdjęcie. Znajomi chętnie zaangażują się w odkrywanie, kim jest dziewczyna w masce królika, bo nie pozostaje już nic innego niż wkręcenie się w czyjąś ekstrawagancję i dziwność. Budowana intryga nigdzie jednak nie prowadzi, a chaotyczne działania sportretowanej grupy znajomych i ich znajomych, mają w sobie niemoc wirtualnych awatarów, które domagają się działania ze strony mocy z zewnątrz, jaka je stworzyła i nimi kieruje.

Co łączy większość z tych za późno młodzieńczych i za wcześnie dorosłych? "Nigdy się nie spotkacie, nigdy nie dowiecie się o swoim istnieniu. Dzielą was kilometry światłowodu, łączy zaś ślepy los maszyny losującej graczy do bitwy online na serwerze sieci playstation". Rzeczywistość redukowana jest do praw rządzących w sieci. Marionetkowość tych, co żyją, staje się odbiciem iluzorycznych bytów, za które starają się być odpowiedzialni przy komputerach. Elektronika, chaos i pustka. Pokolenie dorastających mężczyzn, co nie zaznali służby wojskowej, walczy w wymyślonych wojnach paintbolowych. Dorośli po hobbicku, czyli dopiero po ukończeniu trzydziestego trzeciego roku życia, żadną miarą nie są dorośli. Zabawy w koniec świata, w przebieranki, wirtualne boje. W świecie szczątkowej komunikacji, gdzie mailowanie jest już archaizmem, bo o czymś takim jak list nikt nie pamięta. W świecie, w którym jedynym buntem może być usunięcie swojego profilu na fejsbuku i gdzie panuje deficyt osobowości, bo żeby ją mieć lub odzyskać, trzeba zdobyć kostium... człowieka. Wzorce osobowe dołączane gratis. Nie dla każdego dostępny.

W tym świecie egzystują gdzieś na peryferiach ludzie, o których Wiśniewski tylko przelotnie wspomina, ale wprowadzanie tych postaci do fabuły niewątpliwie ma wyraźne znaczenie. Mamy dziewczynę gardzącą człowieczeństwem i miłującą zwierzęta tak mocno, jak mocno uwiera ją traumatyczne przeżycie z dzieciństwa, kiedy to zabiła kurczaka. Mamy młodzieńca-dziecko wolności, urodzone w chwili upadku komunizmu, wybierające w sposób wolny i nieskrępowany... grzmocenie w Bombermana przy komputerze. Są onaniści - niespełniony pisarz czy marynarz z dala od domu. Jest nękający ojca w Internecie syn. Sporo jest, nie ma tak naprawdę nic. Bo świat z "Jetlag" jest nieświeży, wczorajszy jakby, nie zasadza się w przyszłości. Pojawia się moda na nieistnienie. Nie ma nas, choć staramy się ze wszystkich sił udowodnić przede wszystkim sobie, że jest inaczej. Interesująca teza w tej niezbyt ciekawej narracji. Pytanie brzmi: stworzone przez Wiśniewskiego nieistnienie ma być kolejnym przejawem smutnych mód czy jedynie pozą, na której zasadza się cała jego książka?

Jedna z bohaterek zadaje następujące pytanie: "Mamy technologię i informacje o wszystkim. Czemu jest coraz gorzej?". Tak jakby z nowinkami technologicznymi miał do nas docierać dobrobyt i poczucie sytości świata, a życie miałoby stawać się lepsze. Technologie są martwe, natłok informacji czyni w mózgach spustoszenie. Walczący o samych siebie bohaterowie książki mają poczucie, że ktoś okrutnie się zabawił, projektując ich świat i pociągając teraz za sznurki, bo przecież wszyscy jesteśmy marionetkami w teatrze tajemniczego reżysera. "Jetlag" to dowód na to, że wciąż powtarza się to samo, mając nadzieję na wysłuchanie. I przecież to bardzo smutne, że nadal wydawane są książki o podobnej tematyce i niczego one nie zmieniają. Co jest celem portretowania wciąż pokoleń, które nie czują żadnej jedności? Alarmowanie? Diagnozowanie bez konieczności działania? Może zwyczajne wyżywanie się na własnej niemocy twórczej? Michał R. Wiśniewski próbuje być może wszystkiego jednocześnie. Żadna z jego motywacji nie jest dla mnie czytelna.

2014-08-19

"Owca w krzaku dzikiej róży" Katarzyna T. Nowak

Wydawca: Szara Godzina

Data wydania: 31 lipca 2014

Liczba stron: 160

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 24,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec zniknięcia

Do nowej książki Katarzyny T. Nowak podchodziłem jak do jeża. Co to za tytuł? Jak ma się do tego okładka? O czym to właściwie ma być i ku czemu zmierza? Bardzo sobie cenię takie powieści, które najpierw uwierają i irytują, bo coś w nich się rozmywa, skrzeczy, męczy też chwilami... a potem się wie, że można zapomnieć o całej reszcie, bo taką książkę ratuje świetne zakończenie i autorka właśnie czymś takim mnie uraczyła. "Owca w krzaku dzikiej róży" to przewrotna, pełna niedopowiedzeń, inteligentnie napisana powieść z kluczem. Buduje doskonałą figurę wykluczenia i symbolicznie pokazuje, do czego prowadzi nierozwikłana zagadka. Stawia pytania o wolność wyboru i wolność w ogóle. Mocną kreską zaznacza przestrzeń, w której żyje się dla wygody, a tak naprawdę w niewygodzie spędza czas jałowy jak codzienność pośród pasteli, idealnie wyprofilowanych willi, doskonale skrojonych wnętrz oraz całkowicie obojętnych wobec siebie ludzi.

Motyw zniknięcia dość ciekawie wykorzystała ostatnio Małgorzata Warda i mam tu na myśli jej książkę "Jak oddech". U Katarzyny Nowak jest zaskoczenie, bezradność i niepokój Wardy, ale potem wszystko idzie w zupełnie innym kierunku. Znika małżonek, za którym nikt nie płacze. Żona prezentuje dość zachowawcze pierwsze reakcje na to, iż przepadł bez śladu. Senność, alkohol, niezborność ruchów. Mijające kolejne dni. Dużo wina i rybne posiłki, które powoli wychodzą bokiem. Brak miejsca na rozpacz, brak przerażenia i zagubienia. A przecież znika nie tylko mąż. Człowiek odpowiedzialny za dom w odizolowanej od świata Osadzie, jedyny żywiciel dwuosobowej rodziny żyjącej luksusowo, pan i władca przestrzeni oraz czasu swojej żony, ostoja porządku w miejscu uporządkowanym do granic możliwości. Anna, bohaterka Nowak, zamiast rozpaczliwie gubić się w chaosie, zacznie wbrew oczekiwaniom otoczenia, by cierpiała i wbrew zdrowemu rozsądkowi budować coś stabilnego i pewnego. Coś, czego tak naprawdę nigdy nie doświadczyła, leżąc i pachnąc wśród pastelowych pustych wnętrz i obok mężczyzny, z którym nigdy nic ją nie łączyło. Coś, czego istoty być może nie rozumiała, bo nie miała do tej pory pojęcia o tym, kim jest jako kobieta u boku tego, co zniknął i przestał liczyć się w świecie każącym jej mierzyć się z samotnością oraz odtrąceniem.

Marek zawsze był osobny, samotny. Taki też osobny dom kupił dla siebie i żony w Osadzie. To mała miejscowość nad morzem, nad które nikt z mieszkańców się nie zapuszcza. Ostoja ładu oraz gwarant odcięcia się od tego, co w otaczającym świecie chaotyczne i niepewne. Osada to miejsce, gdzie bogaci, osobni i tragicznie zatomizowani żyją w rytmie niespiesznych rytuałów izolujących od całej reszty. Zabudowani, w idealnie przyciętych ogródkach, z doskonałymi minami, świetnymi zarobkami i wszystkim, co prywatne, zamknięci we własnych czterech ścianach, ale takich nowoczesnych, bez firanek. Osadę wymodelowano na potrzeby tych, którzy chcą się odciąć. Marek wciąż modeluje Annę, ale nie jest zadowolony z efektów swej ciężkiej pracy, w związku z tym po męczącym dniu ucieka w ramiona kochanki, a ta stanie się po jego zniknięciu dobrą koleżanką jego żony. Wariactwo? Bynajmniej. Katarzyna Nowak prowokuje, bawi i zmusza do zadumy. Przede wszystkim jednak prowokuje. Buduje postać cukierkową i przesłodzoną do granic możliwości, by nadać jej charakterystyczne rysy dopiero wówczas, kiedy nastąpi jakieś zdarzenie przełomowe. Nie jest ono traumą, nie jest tragedią. Marek znika. Anna zaczyna poznawać siebie. Nie ma już tego razem, którego świadectwem był wspaniały dom w Osadzie. Osada zaczyna być niepewna siebie. Jedna z jej mieszkanek buntuje się. Działa wbrew niepisanym zasadom. Normalnieje i nie należy już do tej enklawy, do której przywiózł ją kochający spokój mąż.

Anna wraz z pamięcią Michała odrzuca iluzję i fasadowość, w jakich żyła na własne życzenie. To taka kobieta bez właściwości, której charakter nakreślać ma mężczyzna z aspiracjami. Marek aspiruje do tego, by stworzyć dom idealny. Pojawiają się pęknięcia, coraz bardziej widoczne rysy. Mężczyzna u Nowak nie jest zadowolony z siebie samego ani z kształtu świata, który podporządkowuje się jego dyrektywom. I znika. To zniknięcie jest początkiem zaskakujących zdarzeń. Budują je krótkie, rwane dość mocno i mało wiarygodne sceny. Pozornie. Pośród tych drętwych dialogów, przewidywalnych spotkań, spędzania czasu na niczym i opowiadaniu o codziennej nudzie autorka "Owcy w krzaku dzikiej róży" kryje wybuchową mieszankę ironii, dobrego humoru i złośliwości trochę, bo życie nikogo w tej książce nie oszczędza, ale niewielu wpada na tak proste rozwiązania jak bohaterowie, by po prostu temu życiu się nie dawać.

Pojawiają się tropy budzące niepokój i intrygujące na tyle, żeby przykuć skutecznie do lektury. Co tak naprawdę się wydarzyło? Jaki charakter ma relacja Anny z Beatą, do której życia i łóżka Marek uciekał przez sennością Osady? Mamy w tej książce kilka w zasadzie historii, kilka ważnych tropów i wątków obrazujących bezgraniczne wręcz umiłowanie wolności własnej, której w żaden sposób nie można osiągnąć. Powodów blokujących poczucie spełnienia jest kilka. Czasami na drodze do osiągnięcia szczęścia stoi coś będące tego szczęścia rzekomym gwarantem. Nowak buduje też ciekawą metaforę samej Osady, z której ktoś ucieka ze wszystkimi tego konsekwencjami i ktoś staje w opozycji do ustalonych zasad. A wszystko zmierza do wspomnianego już zakończenia, które jest świadectwem i czarnego humoru, i przede wszystkim ironii oraz zmysłu obserwacyjnego życia samej autorki.

Czyta się zatem "Owcę w krzaku dzikiej róży" z wciąż zmieniającym się nastawieniem do tej dość enigmatycznej historii. Katarzyna T. Nowak opowiada pozornie prostą historię o utracie i zysku z tej utraty, ale jednocześnie wciąż puszcza do nas oko i każe traktować świat przedstawiony z dość dużym dystansem, bo w tej książce naprawdę nic nie jest tym, czym się wydaje. To opowieść o pewnych szczelinach w naszym życiu, które ujawniają fałsz i niezadowolenie, każąc nie tyle spoglądać wstecz oraz wyciągać wnioski, co przede wszystkim uwierzyć w przyszłość, gdzie można spełnić marzenia przy jednoczesnej niepewności tego, jak to się robi. Sprytne i wiarygodne, choć początkowo zupełnie niezapowiadające skrytego potencjału. Ale takie książki biorące z zaskoczenia lubię bardzo. Mimo tego, że nie odkrywają przede mną prawd objawionych. Nowak umie za to zadawać pytania, a potem pozostawiać czytającego bez odpowiedzi i za to cenię sobie jej krótką powieść o kobiecej metamorfozie.

2014-08-17

"Ofiara" Pierre Lemaitre

Wydawca: MUZA

Data wydania: 4 czerwca 2014

Liczba stron: 352

Tłumacz: Joanna Polachowska

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Nieprzewidywalne

Ci, co przeczytali "Alex", z pewnością sięgną po kontynuację losów paryskiego policjanta Camille'a Verhoevena, bo Lemaitre pisze bardzo dobrze, choć w nowej książce zastosuje nieco inną technikę narracyjną niż w opowieści o tajemniczej pannie Prévost. "Ofiara" to rzecz rozgrywająca się na przestrzeni kilku dni. Śledzimy wydarzenia godzina po godzinie, a narzucone przez autora tempo nie pozwala analizować tego, co przyswajamy. To dobry pomysł na powieść kryminalną. Nie jesteśmy w stanie odrzucać błędnych tropów, trafnie rozpoznawać sytuacji, nie będzie nam dane nawet wzięcie którejś ze stron w obronę, utożsamienie się z kimś, trzymanie za kogokolwiek kciuki, a już na pewno nie będziemy w stanie przewidzieć finału historii.

Pierre Lemaitre po raz kolejny napisał o zemście i mrocznej przeszłości, jaka dopada Verhoevena. "Ofiara" to książka o wydarzeniach przełomowych, o mylącej intuicji i o niemożności przewidywania tego, co za chwilę się wydarzy. Zdrowy rozsądek mierzy się z instynktem, zagrożenie ma niejedno oblicze, wciąż coś na nowo każe nam myśleć o nieprzewidywalności losu. O tym także, iż możemy zostać zmanipulowani nawet wtedy, kiedy jesteśmy całkowicie pewni tego, że panujemy nad sobą i nad rzeczywistością.

Francuski pisarz z pewną obsesją pisze o tajemniczych kobietach, które kryją się z pewnymi misjami, nieodgadnionymi zamierzeniami, niosą zniszczenie i same temu zniszczeniu ulegają. Po Alex Prévost na drodze Verhoevena ponownie staje femme fatale. Tym razem w zupełnie innej roli. Camille poznaje Anne Forestier przypadkowo, ale ich związek nie będzie jednak dziełem przypadku. Cztery lata po zamordowaniu żony, dwa lata po wyjściu z depresji, Verhoeven odważnie decyduje o tym, że wejdzie w kolejną bliską relację. Anne jest rozwódką z Lyonu. Nie chce być przywiązana do Camille'a, ale dobrze się z nim czuje. To bliskość ze świadomością tymczasowości. Oboje pragną siebie, ale zdają sobie także sprawę z tego, iż trudno jest im być z brzemieniem czasu przeszłego. Anne szybko zdobywa zaufanie Verhoevena i wydaje się, że policjantowi uda się - w pewnym tylko stopniu - rozpocząć nowe życie, zbliżyć się do fascynującej kobiety, uwierzyć w namiastkę szczęścia, poczuć się spełnionym.

Porządek i harmonię burzą zdarzenia z galerii handlowej. Anne pojawia się przypadkiem przy sklepie jubilera, gdzie planujący napad bandyci brutalnie się z nią rozprawiają. Kobieta zostaje zmasakrowana, ale udaje jej się przeżyć. To cud, że mimo odniesionych ran jest jeszcze w stanie uciekać napastnikom. Kiedy Verhoeven dowiaduje się, kim jest poszkodowana, natychmiast podejmuje środki, by przejąć śledztwo i poszukiwać sprawców napadu powiązanych dość szybko z wydarzeniami sprzed czterech lat oraz bossem świata przestępczego, do którego czym prędzej trzeba dotrzeć. Okaże się jednak, iż pobicie Anne, jej obecność w galerii, cały ciąg następujących po tym zdarzeń oraz mroczna intryga nie są dziełami przypadku. Camille zostanie wplątany w ryzykowną grę. Anne, bliska mu dotychczas Anne, wraz ze swoimi sekretami i bólem po otrzymanych ciosach, będzie się od niego oddalać. Okaże się, iż nigdy tak naprawdę nie byli blisko. Verhoeven w ciągu kilku dni przekona się, iż nic nie jest takie, jak mogło się wydawać. Postawi na szali spokój, bezpieczeństwo, swoje stanowisko i ład, którego rozbicie nastąpi nie tyle błyskawicznie, co zupełnie zaskakująco. Nawet dla kogoś takiego jak Camille, który potrafi przewidzieć wszystko i ze wszystkim dzielnie się mierzyć.

Pierre Lemaitre w swojej najnowszej książce stara się pokazać, iż wszystko wokół może być ze sobą ściśle powiązane, ale często nie potrafimy odpowiednio stawiać pytań i przez to wikłamy się jeszcze bardziej w splot wydarzeń, jakie trudno zrozumieć. Verhoeven wykazuje się czujnością, ale traci też poczucie tego, co jest słuszne. Nie wie, kim jest i w którą stronę podąża. Ukrywa przed przełożonymi fakt bliskiej relacji z poszkodowaną w napadzie, przez pewien czas działa po omacku, po raz pierwszy od śmierci żony mierzy się z bezradnością, jakiej nie jest w stanie zaradzić. Następujące po sobie wydarzenia toczą się spektakularnie i w tym wszystkim coraz mocniej przywiązujemy się do tego, w co wierzy paryski policjant. Motywy jego działania są dość czytelne, ale sprawa, w jaką się wikła... to ciąg działań udowadniających, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, choć dość często wnioskujemy, iż wydarzy się najgorsze. W "Ofierze" nie najgorsze może być przerażające. Lemaitre komplikuje sprawy w taki sposób, że jesteśmy wyłączeni z przewidywania, choć oddech złoczyńcy czujemy na karku mimo tego, iż Verhoeven długo go nie rozpoznaje. Fabuła mknie do przodu, a bohaterom wciąż umyka coś niepostrzeżenie. Działania intuicyjne są naznaczone przypadkowością. Ktoś jednak ma wszystko pod kontrolą i niestety nie jest to Camille.

To powieść o determinacji w miłosnym zauroczeniu i o zdrowym rozsądku, który wciąż musi walczyć z przeczuciami. "Alex" - powieść dużo bardziej niejednoznaczna i przerażająca - ukazywała długą drogę cierpienia wynikłego z chęci zemsty. Tu także będzie mściciel, będzie dużo bolesnych ran, ale tym razem Lemaitre każe nam być tu i teraz, śledzić tylko zdarzenia bieżące; rozwikłanie zagadki będzie możliwe dzięki temu, że Verhoeven to policjant wnikliwy i nigdy nie odpuszcza, ale tym razem będzie musiał poświęcić dużo więcej niż przy poprzednich śledztwach. Kto wie, czy nie wszystko. Bohater konfrontuje się z wydarzeniem przełomowym. Autor "Ofiary" stawia już na wstępie pytanie o to, czym tak naprawdę jest takie wydarzenie. Z wnikliwością buduje intrygę, która ma udowodnić, że nigdy nie możemy być pewni obecności oraz charakteru zdarzenia, po jakim nic już nie będzie takie samo. Lemaitre być może kiepsko buduje finał, czyniąc go przegadanym, ale na pewno po raz kolejny udowadnia, że jest świetny w konstruowaniu fabularnych intryg oraz we wskazywaniu tropów, które doskonale zaciemniają to, co wydaje się oczywiste od początku. Warto!

2014-08-15

"Białe. Zimna wyspa Spitsbergen" Ilona Wiśniewska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 6 sierpnia 2014

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Tymczasowość i przywiązanie

Wydawnictwo Czarne lubi zabierać w środku lata do mroźnych krain. Ubiegłoroczny sierpień dał nam poznać fragment Syberii w znakomitym reportażu "Jakuck. Słownik miejsca", którego autorem jest Michał Książek. W tym roku odwiedzamy Spitsbergen wraz z Iloną Wiśniewską, która postanowiła opowiedzieć swoją historię życia gdzieś daleko na północy. "Białe" opowiada o wspólnocie tymczasowej, ale silnie ze sobą zżytej. O ludziach, którzy są przewodnikami nie po swojej ziemi. Znajdziemy się w miejscu, w którym nie można się urodzić ani umrzeć, a pobyt tam warunkuje zdolność do tego, aby zadbać o siebie, bo w Longyearbyen, stolicy Svalbardu, mogą żyć jedynie sprawni, odporni na trudne warunki atmosferyczne i zdeterminowani, by tworzyć społeczność wielokulturową w miejscu, gdzie wszystkich jednoczy białe.

Ilona Wiśniewska opowiedziała o miejscu, do którego nie należy, ale z którym związała ją silna więź oraz poczucie, iż właśnie tu - pośród polarnych nocy i wiecznego słońca w porze letniej - można odnaleźć nie tylko własną tożsamość, ale zrozumieć potrzeby i pragnienia wciąż konfrontowane z wiecznymi niedoborami, bolesnymi brakami. Longyearbyen przyjęło ludzi z prawie pięćdziesięciu krajów. Żyją zgodnie i szanują się, bo mają świadomość, w jakich warunkach dane jest im egzystować. To miejsce jest gdzieś poza czasem. Kiedy zapada noc trwająca tutaj długie miesiące, ufność trzeba pokładać w zegarze, bo czas - ten rzeczywisty i ten skryty, biologiczny - płynie inaczej, pochłania i obezwładnia, pozwala stawiać czoło wyzwaniom albo obojętnie stać obok nich. Tam, gdzie przebywa autorka reportażu, nie można jednak poddać się senności, zwątpieniu i własnym słabościom. Dzika natura tuż obok i surowe warunki atmosferyczne od razu weryfikują, kto nadaje się do mroźnej symbiozy, a kto powinien poszukać sobie innego miejsca do życia. Do Longyearbyen przybywają rzesze turystów sezonowych. Robią zdjęcia, oglądają, dziwią się mieszkańcom i odpływają po spełnieniu wszelkich turystycznych powinności, z pozostawieniem na Svalbardzie sporych pieniędzy włącznie.

Autorka "Białego" chce nas oprowadzić po Spitsbergenie zupełnie inaczej. Wędrujemy wśród opowieści, bo przecież jest ich mnogość - różne nacje, rozmaite zwyczaje, odmienne sposoby adaptacji do trudnych warunków i historie świadczące o zakorzenieniu tam, gdzie przecież jest się na chwilę. Wiśniewska oddaje głos ludziom ze swojego otoczenia, ale przede wszystkim opowiada o niezwykłej miłości do miejsca, które jej nie odwzajemnia. Miejsca akceptującego przybyłych na bardzo surowych warunkach. "Białe" to świadectwo determinacji i pokory jednocześnie; wielu ludzi z rozmaitymi biografiami, którzy Longyearbyen traktują jak raj, krótki przystanek w dalszej drodze, miejsce rozejmu po walce z losem oraz przystanek, gdzie pośród śniegu można żyć z gorącym sercem.

Tam, gdzie jesteśmy, czytając ten reportaż, można być w zasadzie każdym i wejść w różne role. Nie można jednak udawać. Północna surowość każe spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Jeśli to miejsce jest tylko namiastką prawdziwego świata, dlaczego tak wielu odkrywa w nim prawdę o sobie? Co jest magicznego w miejscu, w którym trudno jest mierzyć się z samotnością i ciemnością? Gdzie wszystko powinno być podwójne... To taka podwójność rzeczy, spraw, uczuć i relacji. Można być samotnikiem na lodowatym odludziu i Ilona Wiśniewska opowiada o kimś takim, ale w większości trzeba w czymś lub kimś mieć oparcie. Jest się z jednej strony osobnym i postawionym wobec potęgi natury, z drugiej zaś - rozpaczliwie chwilami trzeba się czegoś lub kogoś uczepić. Opowieści rozmówców autorki nie są opowieściami samotników. Każdy z czegoś wyrósł, do czegoś tam dojrzał, z czymś się mierzył i czegoś nowego o sobie dowiedział. Bo Longyearbyen jest miastem specyficznego doświadczenia. Wiśniewska zabiera nas tam na rok. W rytmie zmieniających się leniwie pór roku i warunków atmosferycznych próbujemy zrozumieć motywacje tych, dla których Spitsbergen to właściwe miejsce. Tam nie odnajdą się niezdecydowani, poszukujący. Tam trzeba się konkretnie określić. Trzeba być hardym i silnym. Jednocześnie świadomym tego, iż tkwi się w miejscu wyjątkowo silnie sprawdzającym odporność - nie tylko na trudne warunki atmosferyczne.

"Białe" to zbiór pasjonujących opowieści. Poznajemy miasto widmo, które kiedyś było chlubą Rosjan. Jesteśmy w polskiej stacji badawczej, zbliżamy się do Banku Nasion, obchodzimy różnorodne święta i wchodzimy w rytm dwóch pór. Ta naznaczona słońcem wydaje się łatwiejsza i przyjemniejsza do przetrwania, ale co dzieje się w momencie, kiedy po miesiącach mroku przychodzi witać światło słoneczne pozostające już na stałe? Żeby zrozumieć tamto miejsce, trzeba pojąć pewne sprawy. Choćby taka hytta - to nie tylko określenie domku, lecz także stanu umysłu. Ludzie - wciąż ci sami obok, trzeba się z nimi dobrze ułożyć, ta mikrospołeczność wymaga harmonii jak dzika natura wokół. Oznaką szacunku do niej jest myślistwo. Rytuał oprawiania zabitego renifera na oczach pięciolatków to norma. Dziwić nie może nic, co zaszczepia w nas daleki świat, bo Spitsbergen rządzi się swoimi prawami i bezwzględnie każe dopasować siebie do rzeczywistości.

Ilona Wiśniewska stara się odpowiedzieć na pytanie o to, co kieruje człowiekiem skłonnym zamieszkać na dalekiej Północy, gdzie przede wszystkim trzeba nauczyć się być samemu ze sobą i uśmiechać się do siebie w lustrze. Czy Longyearbyen to miejsce przeznaczenia? Może punkt mierzenia się ze swoimi słabościami? A może jest to skrawek świata, w którym można zrozumieć, czym jest pokora i twórcza samotność? "Białe" tworzy panoramę punktową - sami wybieramy sobie z tych opowieści to, co może być nam bliskie i do nas przemówić. Biel ma zbawczą moc, ale i niepokoi, nie daje spać, harmonijnie i zaskakująco może skierować ku odrętwieniu i marazmowi. Świat, jaki poznajemy w tym reportażu, jest światem licznych konfrontacji. Miejscem, gdzie człowiek staje się mały, ale jednocześnie niesamowicie silny, bo udaje mu się wytrwać. Tymczasowość jest paradoksalnie zaletą, nie wadą. Z Longyearbyen nie można się związać na zawsze w takim znaczeniu, by pozostać w mieście do śmierci. Wiśniewska pokazuje inne, równie silne i wieczne związki z miejscem, którego biel może być błogosławieństwem. To opowieść o związku człowieka z naturą i o ludzkiej naturze każącej szukać czegoś intensywnie i z pasją tam, gdzie oddech zastyga i gdzie życie toczy się w innym, specyficznym rytmie. "Białe" pozwala nam oswajać to, czego nie mielibyśmy odwagi oswoić naprawdę.

2014-08-12

"Czarne krowy" Roland Topor

Wydawca: Replika

Data wydania: 27 maja 2014

Liczba stron: 174

Tłumacz: Michał Krzykawski

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 25,90 zł

Tytuł recenzji: Monologi i złe przeczucia

W tekstach stanowiących ostatnią książkę Rolanda Topora przebija się dość ponure diagnozowanie autorskiej kondycji w świecie, który wcześniej czy później się skończy. "Czarne krowy" nie ujawniają także do końca tego specyficznego czarnego humoru Topora, bo o samym śmiechu, jego wzbudzaniu i o uśmiechaniu się w ogóle autor pisze ze śmiertelną, zdaje się, powagą. Sporo w tym zbiorze osobistych rozliczeń z tym, co się przeżyło i z tym, co doświadczone w różny sposób, a pozostawiające w duszy bolesny ślad. Można doszukiwać się wątków autobiograficznych, analizować opisane sytuacje pod kątem doświadczeń egzystencjalnych jesieni życia. Można równie dobrze poddać się temu specyficznemu rytmowi oraz frazie, które prowadzą ku skomplikowaniu rzeczy prostych, z jakimi niekoniecznie możemy się zmierzyć, bo to kod opisu rzeczywistości autora - ani jasny, ani nadmiernie czytelny.

Rzeczywistość Topora jest jak rozpędzony samochód bez hamulców, który każe gonić przez życie przy narzuconym gdzieś odgórnie rytmie tej pogoni. Bohaterowie "Czarnych krów" nie chcą się już ścigać, chcą zwolnić i przyjrzeć się sobie. Wtedy jednak dopada okrutna refleksja, którą wypowiada jeden z nich: "Obserwując odbicie mojej twarzy w lustrze, odczuwam więcej powodów do niepokoju niż radości. Delikatne warstewki gówna, pozostawione przez czas, tworzą na niej gruby podkład, pod którym znika moja prawdziwa fizjonomia". O znikaniu i o zanikaniu - wartości, przedmiotów, ludzi, potrzeb i uczuć - będzie w dużej mierze ta książka skrojona na miarę groteskowego kalejdoskopu czasów, w jakich nikt nie chce się już przeglądać.

Jest właściwie tak, że można sobie z tego zbioru wybrać teksty lepsze i odrzucić te gorsze. Zakotwiczyć się w niepokoju jednych i odrzucić pure nonsens drugich. Przyznać autorowi rację albo stwierdzić, iż opisuje coś w sposób wtórny. "Czarne krowy" są zatem zbiorem bardzo niejednoznacznym. Stylistycznie szaleńczym. Chwilami nadmiernie dydaktycznym, a czasami nazbyt w swej grozie lekkomyślnym. To głównie sytuacje, których opisanie wiąże się z ukazaniem tego fragmentu rzeczywistości, jaki wzbudza zdziwienie bądź niepokój. Długość tekstów też jest różna. Niektóre rozbijają porządek świata przedstawionego jednym słowem, jedną frazą. Są także karkołomne gry słów, nieprzetłumaczalne językowe igraszki odznaczone w przypisach. Jest mroczna atmosfera niepokoju bijąca z każdego tekstu. Im więcej szyderstwa, ironii i specyficznego poczucia humoru, tym większa w tym wszystkim niezgoda na coś, czego nie warto już opisywać wprost, bo wszyscy tego doświadczamy. Nasz świat jest takim cywilizowanym zoo, a my wszyscy zagrożeni wyginięciem gatunkiem, który nie boi się końca, bo o nim nie myśli.

Inaczej w rozumieniu Topora upływa czas, który jest dobry, a inaczej czas złych doświadczeń. Tak czy owak ucieka nam wszystkim i celem literatury jest być może nie relacjonowanie tego, co już było, a skrywanie pod maskami sugestii o tym, co się dzieje gdzieś wewnątrz. Bo Roland Topor buduje monologi swych bohaterów, które kieruje do samego siebie. Nie ma w tym niczego z ekstrawagancji, jest rozpaczliwa próba oswajania się z nieuniknionym. Starość zajmuje Topora niemalże obsesyjnie. Figurami, które tego dowodzą, są fragmentaryczne ciała i opowieści o oderwaniu się od całości. Mamy zatem wyzwolonego fallusa, który symbolizuje męskość poszukującą i niespełnioną oraz nieszczęsny nos, pozostałość po ciele z opowiadania, gdzie Topor kłania się Proustowi i Gogolowi jednocześnie.

Świat, w jakim wszystko się starzeje, to rzeczywistość znikającego pieniądza oraz Bóga, a te zniknięcia stygmatyzowane są przez rozwarstwienie, niesprawiedliwość i niepewność boleśnie naznaczające ludzki żywot. Topor wskazuje, że jest nam razem za ciasno; jest za mało miejsca dla każdego i zbyt wiele interakcji wynika z ciasnoty. Ciasno bywa także w umyśle, który nie analizuje, lecz wchłania. Takie popkulturalne śmieszki jak Myszka Miki czynią więcej szkody niż pożytku tym, że osadzają się w świadomości. Widać też tęsknotę za jakąkolwiek wspólnotą, której - mimo ciasnoty - wcale nie tworzymy. U Topora każdy jest osobny i dumnie przekonany o wyjątkowości. Łączy nas wspólna eksploatacja toalet, paniczne lęki i prawa natury, którym wszyscy w identycznym stopniu podlegamy. Świat jest mieszaniną goryczy porażki i niespełnionych pragnień. Świat jest coraz bardziej mroczny i coraz mniej ma do zaoferowania. Topor zdaje sobie sprawę z tego, że ten świat przede wszystkim się kończy. Dla niego oczywiście. Diagnozowanie tego, co będzie potem, nie jest chyba potrzebne. "Czarne krowy" bardzo mocno osadzają się w absurdalnej rzeczywistości, czyniąc z niej przestrzeń, w której trzeba się odnaleźć, odpowiednio rozepchać łokciami, nie utonąć w banale i prymitywizmie, nie dać się prostocie rzeczy i zdarzeń.

Dlaczego smakowanie potraw zbliża do orgazmu? Po co pewien człowiek gwałci drzewa? Czym się charakteryzuje topowa sekta? Czemu ma służyć gotowanie sekretarki? Dlaczego schody wywołują lęk? Czy stół może nam odpowiedzieć, kiedy odpowiednio będziemy naciskać nań pytaniami? Tak, groteskowości i żywiołu nieposkromionej niczym wyobraźni można odnaleźć w tym zbiorze bardzo dużo, bo to przecież Roland Topor ze wszystkim, co dla niego charakterystyczne. Dla nas zaś - pozostające zagadką, zdziwieniem, wzbudzeniem bądź źródłem rozrywki. "Czarne krowy" są w tonie pretensji i oskarżeń, ale jest w nich przede wszystkim dużo różnorodnego lęku. Topor oswaja go poprzez humor i ironię. My nie dotrzemy chyba do tego, co naprawdę skryte w tych tekstach, niemniej jednak opowiadania te pozostawią nas w niepokoju i niedosycie. Tym bardziej że to już ostatnie słowa Topora i niczego potem nie będzie już szkicować ani wyjaśniać.