Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-10-30

"Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg" Anna Marchewka

Wydawca: Dodo Editor

Data wydania: 30 października 2014

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 58 zł

Tytuł recenzji: Pośród hipotez

W poszukiwaniu prawdy o Ewie Szelburg-Zarembinie Anna Marchewka z czułością, uwagą i niezwykłą empatią wychodzi poza paradygmat publikacji o charakterze biograficznym, bo "Ślady nieobecności" budowane są przede wszystkim z tego, co nieoczywiste. Ta książka to dowód na to, że każda próba podsumowania czyjegoś życia po latach staje się spektrum hipotez i wątpliwości, a sama autorka zdaje sobie sprawę z faktu, iż niemożliwa jest inna biografia niż ta nieobiektywna, wieloznaczna. Śledzimy tu nie tylko trudną drogę życiową pisarki naznaczonej przez dwie wojny, dwie ważne śmierci bliskich i przez dwóch różnych od siebie mężczyzn u boku. Wędrujemy z zapartym tchem wraz z autorką tej enigmatycznej próby rekonstrukcji życia Szelburg po śladach tego, czego nigdzie już nie ma.

Anna Marchewka wydeptuje ścieżki w taki sposób, że jej uważne odczytywanie pozostałości po przedmiocie rozważań idzie w parze ze śledzeniem śladów samej autorki publikacji. Piasek w sandałach, espresso pite podczas rozmowy, problematyczny kurz na przeglądanych publikacjach czy niemiłosierny żar, który - jak twierdziła Szelburg - w lecie uniemożliwia jakąkolwiek bliskość. Droga obsesyjnej pamięci i wnikliwego zainteresowania życiorysem pisarki szufladkowanej jako autorka książek dla dzieci czyni z rozważań Anny Marchewki publikację na pewno kontrowersyjną, ale przede wszystkim uważną na tyle, by być wiarygodną nawet w najbardziej zaskakujących tezach o życiu Szelburg-Zarembiny, jakie poznamy na kartach tej publikacji.

"Ślady nieobecności" to nie tylko fascynująca opowieść krakowskiej badaczki o kobiecie, która w gruncie rzeczy zacierała po sobie wszelkie możliwe ślady, zamiast zostawiać je na potrzeby kogoś kiedyś nimi zainteresowanego. Książka zawiera także ważne, a nieznane, bądź zapomniane teksty Ewy Szelburg-Zarembiny. Te teksty nie są do końca uzupełnieniem rozważań o Szelburg, to integralna część omawianej publikacji. Anna Marchewka postanowiła zebrać wszystko to, co do tej pory nie było uważnie analizowane i śledzone. Idzie wyznaczoną przez siebie drogą, na której znajduje się więcej pytań niż odpowiedzi. Literaturoznawczyni chce skrystalizować postać przepełnionej smutkiem i obsesją nigdy niedokonanego samobójstwa kobiety, która przeszła bolesną drogę od młodziutkiej Szelburżanki do gorzkiej bardzo i niedostępnej Zarembiny. Konsekwentnie i z uporem badane są te ślady, za którymi kryje się wiele niedopowiedzeń. Także poprzez przytoczenie tekstów, bo odnoszę się przecież stale do wstępu o charakterze eseju. Marchewka obala stereotypy, które przyjęliśmy przez lata, myśląc o najbardziej popularnych dokonaniach Szelburg. Własna droga poszukiwań prowadzi do swego rodzaju wewnętrznego monologu, w którym pisarkę i wita się na nowo, i żegna czule; umieszcza w kontekstach, o których mogłoby pomyśleć niewielu i w sytuacjach, w jakich Szelburg-Zarembina z determinacją walczyła o wewnętrzną wolność. "Ślady nieobecności" dają nam poznać nie tyle przepełniony czułością do strat i rozczarowań ton niecodziennej opowieści biograficznej, co przede wszystkim ujrzeć Ewę Szelburg-Zarembinę w życiowym potrzasku. Ogromna ambiwalencja, rozdarcie między stabilnością i potrzebą ucieczki - nie tylko o niej dotychczas zapominano. Nie tylko na ten element Anna Marchewka spogląda szczególnie uważnie. Celem może być wyrażenie własnego odczuwania Szelburg, ale w dużej mierze także wyrwanie jej z mrocznych kontekstów życia, z jakim nadzwyczaj często nie była w stanie sobie poradzić.

Rodzice zaplanowali jej życie zawodowe bardzo wcześnie. Wyobrażacie sobie siedemnastoletnią nauczycielkę? Jeszcze przed studiami na Uniwersytecie Jagiellońskim, przed wyzwaniami przerastającymi ówczesną kobietę formowaną wedle szowinistycznych wzorów i planów. Potem to była ta pani od "oślaków". Wyjątkowo dobrze pracowało jej się z dziećmi trudnymi. A może czuła dla nich zrozumienie i znajdowała bliskość w ich otoczeniu przede wszystkim dlatego, że sama była podobna? W którym momencie Szelburg-Zarembina zaczyna wykraczać gdzieś poza wyznaczony jej czas? Kiedy zdaje sobie sprawę z tego, że żyć to zbyt często znaczy udawać? Jaki moment biografii naznacza ją na tyle, iż pogodzona z wewnętrzną samotnością, wypatruje momentu końca, dla którego tak wiele musiała wycierpieć, tracąc ostatecznie ostrość wzroku i widoczność świata w jego nieuporządkowanych ramach?

Niewydana książka Szelburg z 1922 roku, "Król w wytartym paltocie", opisuje historię nadwrażliwca, który zamyka się bezpiecznie w kokonie szaleństwa. Autorka tej rzeczy sama musiała podejmować decyzje o tym, w którym momencie i na ile sposobów wycofywać się ze świata, do jakiego przestała mieć serce i czułość. Skomplikowane są zarówno jej relacje z rodzicami, których śmierć przeżyła głęboko, ale przede wszystkim z Jerzym Ostrowskim oraz ludźmi dającymi jej pewien kredyt zaufania na warunkach, które stawiała wbrew pozorom sama Szelburg-Zarembina. Czytamy o dystansie i szacunku, które jednocześnie wyzwalały w sobie młoda debiutantka oraz zainteresowana nią Zofia Nałkowska. Analizujemy wraz z Anną Marchewką skomplikowaną drogę stanowienia o sobie gdzieś wewnątrz - podążanie nią wywołały rozczarowania światem, narodem, zmierzającym ku jakiejś otchłani państwem oraz mężczyznami, dla których bliskość wydawała się reglamentowana i którzy nigdy nie zasłużyli na to, by zbliżyć się do Szelburg-Zarembiny naprawdę.

Te wszystkie kojące baśnie, naiwne i słodkie narracje dla najmłodszych... Komu i po co tworzone? Marchewka sygnalizuje, iż literatura dziecięca w PRL-u była jedyną możliwością realizowania misji mówienia prawdy o świecie i kondycji w nim człowieka. Można to było pisać do nieskażonych socrealistycznym stygmatem młodych odbiorców i można się było w tym wszystkim ukryć naprawdę. Tak jak w manekinie, obsesyjnym nieco motywie twórczości Szelburg-Zarembiny, gdzie chowały się ludzkie istoty w swym pełnym kształcie i gdzie o wolności wewnętrznej można było pomarzyć tak, jak autorka książek dla dzieci marzyła o pozostaniu gdzieś w dziecięcej konfabulacji, gdzie bezpieczniej jest nie tyle trwać, co chować się, wciąż się chować przed innymi.

"Ślady nieobecności" dają wiele estetycznej przyjemności przy lekturze. Podwójnej, bo czyta się rozważania Marchewki i samą Szelburg w wybranych do tej książki tekstach. Niełatwej przecież publikacji, która zbudowana jest przede wszystkim z hipotez, choć podparta tak licznymi i uważnymi studiami materiałów pozostawionych przez tą, która - co zostało wyraźnie zaznaczone - ślady chciała zacierać. Anna Marchewka proponuje nam rzecz odkrywczą, ale i przygnębiającą. Zbudowaną na faktach, ale mnożącą wiele tez. To taki unikatowy portret domyślny Ewy Szelburg-Zarembiny. Innego stworzyć nie można. Inny jest niemożliwy, gdy kuszą bardziej wątpliwości niż fakty podczas badań. 

2014-10-28

"Cesarzowa nocy. Historia Katarzyny Wielkiej" Ewa Stachniak

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 października 2014

Liczba stron: 480

Tłumacz: Nina Dzierżawska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Samotność i determinacja

Pasjonująco opisać Polakom postać Katarzyny II Wielkiej, która nie funkcjonuje najlepiej w naszej świadomości społecznej - to na pewno wyzwanie. Ewa Stachniak próbuje już drugi raz. I może dlatego niezbyt jej wychodzi, ale przypuszczam, iż to nie kwestia tematu, lecz stylu kolejnej książki o carycy Katarzynie. "Cesarzowa nocy" to autorska fantazja o życiu kobiety, którą - to wiemy z licznych opracowań - na zawsze naznaczyły dwa ważne momenty w życiu. Mam na myśli relacje z apodyktyczną matką oraz Piotrem III, rosyjskim "rycerzem w miękkich pantoflach" - by zacytować Herberta. Dramaty młodego życia swej bohaterki Stachniak kreśli pospiesznie, bo chce w swej narracji skupić się na czasie, w którym Zofia z Zerbst już jako Katarzyna Wielka musiała mierzyć się z atmosferą nieufności wokół siebie i wejść w grę otaczających ją oszustów, maskując wszelkie słabości oraz wydobywając z siebie coraz to nowe pokłady determinacji. Wszystko po to, by wziąć losy imperium w swoje ręce i udowodnić, iż prawdziwą władzę w Rosji stymuluje nie wiara i kreowane przez nie lęki, lecz wiedza, czujność i świadomość własnej wartości.

Ewa Stachniak tworzy narrację, która jest okrutnie nieznośna nie tylko przez swój dydaktyzm i liczne sentencje, jakie okraszają sceny z życia rosyjskiej carycy. Sentencjonalność stylu bardzo uwiera od początku do końca; wydaje się, jakby z fabularyzowanej biografii kobiety rzadko kiedy skłonnej do sentymentalizmu, tworzyła się przesłodzona historia zmuszająca do zastanowienia się nad tym, czy aby na pewno mamy tu do czynienia z rzeczą gdzieś z górnej półki. Odnosi się wrażenie, iż od początku do końca dawane jest nam do zrozumienia, że najważniejsze, co powinniśmy śledzić, to sercowe rozterki Katarzyny Wielkiej, albowiem deficyt prawdziwej miłości był zawsze naczelnym problemem w jej życiu. Życiu przecież bardzo skomplikowanym, w którym młoda Zofia nie została nauczona miłości. Nie odczuła jej ani od kostycznej matki, po której - zdaje się sugerować Stachniak - odziedziczyła niezdrowe przyzwyczajenie do częstej zmiany kochanków. Nawet namiastki miłości nie dał jej Piotr III. W sypialni wykorzystywał żonę do swych papierowych musztr i do obserwacji tego, w jaki sposób jego zabawy żołnierzykami imitowały wojny. Przyszła caryca najpierw zderza się ze stygmatyzowaniem oschłej matki, potem z odrzuceniem nie tylko w alkowie, ale na każdym możliwym poziomie porozumienia z równie młodym jak ona partnerem. Traktowana przez matkę Piotra jak chodzący inkubator, który nie spełnia swojej roli, dojrzewa do zemsty za brak czułości. Nauczy się determinacji przez wypieranie bolesnych wspomnień i na przekór rodzącym się uczuciom, jakie zawsze były deficytowe w jej życiu. Tak, Katarzyna II Wielka nie zaznała w życiu prawdziwej miłości, ale nie to chyba było jej największym dramatem wbrew temu, co sugeruje "Cesarzowa nocy".

Największym problemem bohaterki Stachniak było wychodzenie gdzieś do przodu poza czas, w jakim przyszło jej żyć. Niezwykle dyskretnie i gdzieś na marginesie portretowany jest w tej narracji problem osadzenia dalekowzroczności oraz inteligencji Katarzyny Wielkiej w sprawach prozaicznych i przesyconych szarością perspektywy dnia dzisiejszego. Szkoda. Tym bardziej, że wszystkie tezy Ewy Stachniak uwypuklone zostają już w pierwszej części książki, w związku z tym brnięcie do końca to nie tyle oczekiwanie na oczywiste, co bolesne poczucie rozmycia się dość ważnych kwestii na rzecz portretowania kolejnych scen z życia wielkiej carycy, która spogląda uważnie wokół, wojuje i osiąga rozejmy, modernizuje życie Rosji i zaznacza ją coraz wyraźniej na europejskiej mapie. Stachniak wydaje się zaniedbywać niezwykle istotny wątek - coraz trudniejszych relacji Katarzyny ze swoim synem, który odebrany jej tuż po urodzeniu, kształtowany był w duchu i manierach niezgodnych z tymi, jakie planowałaby dla niego matka. Paweł pogrąża się w coraz większej niechęci do Katarzyny, a ta zdaje się odrzucać emocjonalnie dziecko zaraz po tym, gdy zabierają jej Pawła i czynią z niego mężczyznę na wzór niezgodny z tym, jak męskość postrzega caryca. Z czasem projektuje wizje przyszłego rządzenia Rosją przez wnuka, na którego przenosi nigdy nie spełnioną miłość do syna. Ten wątek - gdyby został rozbudowany - uczyniłby książkę Stachniak dużo bardziej sugestywną i chyba głębszą także, bo mimo wszystko czyta się "Cesarzową nocy" jak literaturę rozrywkową.

To, co jeszcze może irytować, to pomieszanie patosu z nieznośną pretensjonalnością w ukazywaniu ostatnich chwil życia Katarzyny Wielkiej. Książkę otwiera scena pogrzebu i sugestia, że oto syn carycy stara się wymazać 34 lata rządów matki, bo na jej sumieniu są grzechy, jakich nie jest w stanie wybaczyć. Potem - w podziale niczym z klasycznego dramatu scenicznego - obserwujemy ostatnie godziny, gdzie rażona apopleksją bohaterka próbuje walczyć o resztki życia, gdy ciało odmawia posłuszeństwa, a umysł nadal funkcjonuje i analizuje wszystko wokół. Przedłużająca się w nieskończoność scena umierania staje się afektowana i męczy okrutnie. Jest coś w stylu pisania Ewy Stachniak, co ustawicznie z kwestii dramatycznych i egzystencjalnie głębokich czyni podwórkowy jarmark z maskami klaunów odgrywających swe smutne role.

"Cesarzowa nocy" to także książka, w której narastająca dynamika akcji staje się z czasem wymuszona. Są momenty, gdzie szczególnie widać, iż całość to fantazja autorki podparta faktami, do jakich ona sama czasem odnosi się niejednoznacznie. Fantazja nad wyraz sentymentalna. Trudno zachować równowagę, gdy chce się opisywać zdeterminowane do granic możliwości życie imperatorowej, która doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, iż tron jest samotny miejscem i opisać jednocześnie skomplikowaną sferę jej uczuć, do jakich dostępu broniła prawie wszystkim i na temat której można dzisiaj jedynie snuć domysły.

Powieść Ewy Stachniak to mimo wszystko świadectwo uważnego zanurzenia się w faktach; ta książka jest przekonująco osadzona w rosyjskich realiach XVIII wieku. Autorka doskonale przygotowała się do napisania tej historii i nawet to, o czym wszyscy wiemy, spod jej pióra zdaje się opowiadaniem jedynym w swoim rodzaju. Bardzo jednak żałuję, że odkrywanie tej książki kończy się tak szybko i zbyt szybko wdziera się niecierpliwość podczas dalszej lektury. Jest to niewątpliwie wyraźna powieść o walce wewnętrznej, przekraczaniu niemożliwych granic, o wiecznym niespełnieniu (także seksualnym) oraz erudycji wykraczającej poza czas i miejsce. Katarzyna II Wielka w prozie Stachniak to kolekcjonerka rzeczy, książek, wspomnień i kochanków. Stoi się wciąż gdzieś obok niej. Zda się, że to rzecz o portretowaniu czegoś niemożliwego. To tak jak z życiem Katarzyny. "Jak pogodzić ogień z wodą? Jak pływać sitem po morzu? Kiedy jesteś carycą, próbujesz". Ewa Stachniak próbuje stworzyć bohaterkę z krwi i kości, ognistą wewnątrz i skamieniałą na zewnątrz. Wciąż jednak pozostajemy z zagadką tego, jaka była naprawdę imperatorowa Rosji. Także z niedosytem, iż ta powieść nie porusza wyobraźni tak bardzo, jak być może chciałaby to zrobić.

2014-10-25

"Okna" Anna Arno

Wydawca: Fundacja Zeszytów Literackich

Data wydania: 30 września 2014

Liczba stron: 100

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 25 zł

Tytuł recenzji: Ślady istnienia

Niewielka rzecz niezwykłej urody i smaku. Chciałoby się takie książki nosić wciąż gdzieś przy sobie. Chciałoby się spotykać na swej drodze tak bacznych obserwatorów rzeczywistości jak Anna Arno. W jednym z opowiadań zbioru jest mowa o pewnym niezbyt udanym obrazie, którego autor ma problemy z pokazywaniem przestrzeni. Arno wychodzi ta sztuka znakomicie. Wykorzystując metaforę okiennej perspektywy i portretując przestrzeń, młoda wiekiem pisarka przygląda się temu, co z definicji stare, z przekonania bezużyteczne i z reguły niepotrzebne. "Okna" to podzielona na poetyckie fragmenty historia o tym, w jaki sposób świadomie należy wychodzić poza samego siebie. W jaki sposób ze świata zewnętrznego czerpać nie tyle inspiracje, co odnajdywać subtelnie wyłaniające się z niego odbicia duszy - wrażliwej, czujnej, uważnej i stęsknionej za wszelkimi przejawami życia, ale także symptomami śmierci oraz odchodzenia, którym nikt nie chce się przyglądać.

Pamiętacie, w jaki sposób rzeczywistość widzieli "straszni mieszczanie" Juliana Tuwima? "Że dom... Że Stasiek... że koń... że drzewo". Anna Arno wymienia i łączy elementy, które nieco metafizycznie przetwarza w materię znaczeń, jakich nie dostrzegamy. W jej opowiadaniach jest bliskość i oddalenie. Wielki szacunek, ogromna sympatia, baczność i szczera ciekawość. A także niepokój. Bo wszystko widziane z okna duszy wydaje się bliskie tylko wtedy, kiedy ujrzymy w tym znamię efemeryczności. Arno zatrzymuje tymczasowość w słowach. Usiłuje oddać nieznośne czasem napięcie między tym, co tworzy trudny do ogarnięcia świat zewnętrzny a naszymi jednostkowymi odczuciami. Napięcie owo kreuje się też między znakiem a jego znaczeniem, między elementem obserwowanym a refleksją wynikającą z obserwacji. "Okna" odsłaniają dwie perspektywy - tę bliską, oswojoną i tę daleką, gdzie jest się spragnionym nowych bodźców pielgrzymem, odpornym na upływ czasu, w tym upływie zatrzymującym fragmenty warte zatrzymania.

To książka o odnajdowaniu porządku w mnogości. Chociaż wydawca umieścił na okładce kilka kluczowych myśli zbioru, w moim odczuciu zabrakło tej zapisanej gdzieś być może w pośpiechu, w oddaleniu od własnego, krakowskiego okna, skąd widać więcej niż można sobie wyobrazić. "Nadmiar rzeczy, od których pęka świat. Nadmiar pogardzonych rzeczy, zbyt wiele świata, w którym poruszam się pomiędzy, zawsze na granicach". Anna Arno oswaja wielość bodźców, sama jednocześnie konfrontując się z wrażeniem ich przyciągania. Jest obok niej zbyt wiele rzeczy, ludzi, zbyt wiele zdarzeń, barw czy dźwięków. Tylko pozornie. Bo "Okna" są niezwykłą opowieścią o tym, jak wiele śladów pozostawia w nas życie i jak trudno o tych śladach jest napisać. Arno obserwuje, ale przede wszystkim porządkuje w wyobraźni to wszystko, czemu los i mijający czas odbierają jakąkolwiek formę uporządkowania.

W pierwszej części książki jesteśmy w Krakowie. Mieście, w jakim szczęśliwi mogą poczuć się ponoć tylko Amerykanie. Mieście skwerów, starych kamienic, starszych ludzi, zgrzytających tramwajów i przygód z nimi związanych. Arno podgląda wszystko to, co nie zdążyło się zasłonić przed wzrokiem innych. Podąża swoim tropem, zbierając ślady krakowskiego istnienia, krakowskiej melancholii. Pisarka jest uważna wobec rzeczy małych, gdyż tylko one interesują ją naprawdę. To wielki ukłon nie tyle w stronę kalejdoskopowej codzienności, co w kierunku wszystkiego przepadającego nam na co dzień bez śladu. Kraków wydaje się spokojny i uporządkowany, jeśli porównamy zapiski pierwszej części książki do tego, co znajdziemy potem - opisu mnogości i nieuważności świata zwiedzanego i podpatrywanego z ciekawością kogoś z dala. Tkwi w mieście Arno jednak dużo kontrastów, z jakimi mierzyć się może tylko baczny obserwator, zestawiający na przykład cud kwitnienia z powagą nieruchomych mogił.

Jest też sporo o różnego rodzaju końcach i odejściach. Niezwykła wrażliwość w opisywaniu wiekowych ludzi. Dla nich nikt już nie ma czasu, chociaż sami mają go dla siebie w nadmiarze. Starość w opowieściach Anny Arno przyjmuje różne kształty, ale za każdym razem obcowanie z nią daje odrobinę metafizycznej przyjemności. "Okna" pozwalają spojrzeć na rzeczy i ludzi nikomu już niepotrzebnych. Obok tych zapadniętych w sobie, którzy nie szukają już kontaktu z otoczeniem, znajdziemy melancholijny i rozpaczliwy nieco obrazek starych książek, jakich nikt już nie chce kupować. Niewielu chce przejmować historie innych, z jakimi wiążą się używane przedmioty. Anna Arno wchłania w siebie życie z zewnątrz w każdej, najbardziej nawet niedostrzegalnej dla innych formie. Autorskie zachłanne i rozpaczliwe niekiedy domaganie się pozaokiennych widoków jest podyktowane determinacją, by nie zapaść się w sobie i nie pozostawić świata bez refleksji.

A ten daleki świat może mieć kolor magenty. Może być nasycony maskami i ludźmi, którzy chowają się w fałszywych życiorysach. Może smakować orientalnie albo kusić egzotycznymi wizjami czegoś, co bliskie, lecz nieoswojone. "Okna" to piękna opowieść o możliwościach spoglądania na świat - ten bliski nam oraz daleki, zupełnie odległy i fascynujący inaczej niż przyległa kamienica, sąsiedzkie kłótnie za ścianą, niezauważone śmierci i porzucane po nich domy, które trzeba wywietrzyć z przeszłości. Anna Arno zdaje się wspierać swą podglądającą wszystko i wszystkich sąsiadkę. Chorą, bo "ma astmę, chore serce i niewydolność krążenia". Podgląda wbrew wszystkiemu. Widzi, ale nie dostrzega już uważnie. Trzeba jej pomóc...

W tych krótkich narracjach mieści się też duży kontrast między egzystencjalnym dramatem żegnania się ze światem a jego ciekawością, która czasem wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do czasu, w jakim można świat oglądać. "Okna" są zapiskami fragmentów życia wewnętrznego, które z wielką ochotą chce się znaleźć na zewnątrz. Niezwykła jest wrażliwość w opowieściach Anny Arno. Niezwykle prosta, a jednocześnie wyraźnie wieloznaczna metafora okna, jaką się posługuje, funkcjonuje w tym zbiorze znakomicie. To książka, która uczy spoglądania w głąb siebie - pozbawionego skłonności do egoizmu czy narcyzmu. I wszystko po to, by przechytrzyć czas. Na pohybel zapomnieniu. Na złość życiu, które zaciera kontury i nie pozwala się widzieć wyraźnie w szczegółach.

2014-10-23

"Księgi Jakubowe" Olga Tokarczuk

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 22 października 2014

Liczba stron: 912

Oprawa: twarda

Cena det: 69,90 zł

Tytuł recenzji: Czekając na Mesjasza...

"Księgi Jakubowe" to intelektualne wyzwanie. Czytelnicza przygoda, która zdaje się nie mieć końca. Wymagająca, bo trzeba jej poświęcić czas i uwagę, jakiej nie oferujemy większości lektur. Multum odniesień do historii, kultury, religii, obyczajowości osiemnastowiecznej na ziemiach polskich i nie tylko. "Księgi Jakubowe" są efektem fascynacji i chwilami, zda się, swoistej obsesji. Imponującym! Siedem ksiąg, sześć lat pracy nad nimi, ponad 900 stron i opowieść, która zadaje pytanie nie tyle o to, jak mimo różnorodności kulturowej i religijnej w XVIII wieku charyzmatyczny Jakub Frank zbudował wokół siebie rzesze wiernych zjednanych obietnicami godnego życia w tolerancyjnym świecie, ale o to, w jaki sposób swym stylem życia i przekonaniami udowadniał, że w Polsce, w której - to słowa jednego z bohaterów książki - "wolność i nienawiść religijna są sobie równe", możliwie będzie religijne pojednanie. Za nim zaś stać miało duchowe odrodzenie, niezwykła przemiana i rosnąca wiara w nowego Mesjasza, która dla jednych stanie się groźnym ekscentryzmem, dla innych zaś - jedyną nadzieją na łez padole, gdzie życie ludzkie usilnie domaga się transcendencji, by uwierzyć, że cierpienia i niesprawiedliwość społeczna są czymś warunkowane i wynikają z jakiegoś nieznanego planu bożego.

Olga Tokarczuk zabiera nas do świata, którego już nie ma, ale który w niezwykły sposób ożywa w narracji przesyconej szczegółami codziennego życia ludzi o różnym statusie majątkowym, różnych przekonaniach, różnej drodze życiowej - zbliżonych jedynie nadzieją oczekiwania na cud bez definicji, ale cud wykraczający poza rzeczywistość. Tą polską, rozpiętą między niebywale odległymi od siebie granicami. Między kulturami, religiami i miejscami, gdzie wielość języków symbolizuje barokową wieżę Babel. Nieprzypadkowo autorka wprowadza nas we mgle najpierw do Rohatyna - tam wśród kościołów, synagog i cerkwi mieszają się też języki, a tym polskim zdaje się mówić niewielu. Tam, w 1752 roku, rozpoczyna się epicka opowieść o człowieku, który otoczony przez innych ludzi, w samotności mierzył się z losem i wciąż pewien był niezwykłego na XVIII wiek przekonania, iż prawda wyzwoli nas gdzieś ponad religiami i podziałami. Jakub Frank - postać wieloznaczna, enigmatyczna, portretowana w powieści w niepokojący sposób; obserwowana przez innych, oceniana, skryta w różnych narracjach, mistycznych zapiskach dziennikarskich czy też w listach. Obecna prawie od początku do końca, ale także przez cały czas tajemnicza, bo z zagadką Franka Olga Tokarczuk mierzyła się latami na wielu różnych poziomach i postanowiła dać temu wyraz poprzez znaki zapytania, nie definicje czy interpretacje.

Lekcje z frankizmu należy odrobić jeszcze przed rozpoczęciem lektury. Czytelniejsze będzie dla nas to, co w tej monumentalnej powieści jest historyczną prawdą, a co autorskim zmyśleniem. Jakub Frank jest od początku postacią mocno kontrowersyjną. Usiłuje odgadnąć, co w każdej religii jest najcenniejsze dla ludzkości, wchodząc w nie i sięgając do źródeł wiary, dla których stara się dać nowe wykładnie. Niezwykłe są te poszukiwania Franka. Z roku na rok zdobywa coraz większe zainteresowanie, coraz większy szacunek. Prowadzi Żydów ku chrześcijańskiemu obrządkowi chrztu. Oczekuje szacunku i godnego traktowania tych, którzy stoją po jego stronie. Nie jest jednak łatwo wierzyć Jakubowi Frankowi, podążać za nim bezkrytycznie, zgadzać się z jego ekscentryzmem i pojmować myśl, która wybiega gdzieś dużo dalej w przyszłość. Życie Franka śledzimy od momentu ślubnego początku nowej drogi życia do śmierci w Offenbach - śledzimy tym samym drogę jego wędrówki, przede wszystkim w sensie geograficznym, ale w przemierzaniu kolejnych granic na mapie ważniejsze są jednak granice dojrzałości do misji duchowego przewodnika. Frank wciąż je przekracza, wciąż oferuje wiele, stale zaskakuje i nie może dziwić fakt, iż jego poczynania zafascynowały Tokarczuk tak bardzo, że poświęciła wiele lat na spisanie historii tego człowieka po swojemu.

Elisza Szor wyraża przekonanie, do którego wracać się będzie, analizując postępowanie Jakuba Franka. "Potrzebujemy mocarza, który wygląda na słabeusza, kogoś bez lęku. On nas stąd wyprowadzi". Podążanie za Jakubem wymaga wyrzeczeń i Tokarczuk celnie zaznacza te momenty historii, w jakich Frank jest całkowicie i świadomie odizolowany. Nie mam na myśli tylko trzynastu lat więzienia w Częstochowie. W bolesnej samotności Franka kryje się zagadka niezwykłego rozumu, który pojmuje dużo więcej i w dużo szerszej niż inni perspektywie. Jego biografia to nie tylko spektakularna próba połączenia tego, co najcenniejsze z trzech religii - muzułmańskiej, chrześcijańskiej i żydowskiej. Te księgi to bolesny traktat o zdobywaniu kilku rodzajów wolności. I o cenie - tej jednostkowej, ale też pewnych grup społecznych - jaką płaci się za wolność światopoglądową i wolność wiary w XVIII wieku.

"Księgi Jakubowe" to proza licznych opowieści i niesamowitych wątków, które mnożą się obok wydarzeń historycznych w magicznym, mistycznym i metafizycznym porządku. Olga Tokarczuk precyzyjnie rozdziela role swym historycznym i fikcyjnym bohaterom. Kreśli wyraziste sylwetki w taki sposób, że dość wyraźnie można odczuć, kogo darzy szczególną sympatią. Choćby ksiądz Benedykt Chmielowski, który w wielowyznaniowym i lingwistycznie zawikłanym Rohatynie, usiłuje nawiązać kontakt z Eliszą Szorem i swoje "Nowe Ateny" wymienić na księgę pozwalającą mu dotrzeć do Żydów, jakich nie zna i których świata nie potrafi opisać. Poczciwy Chmielowski wyłania nam się z mgły o zapachu końskiego łajna, by potem prowadzić drogą swoich myśli. Ksiądz zapisujący świat niczym kronikę. Obok niego zaskakujący i kontrowersyjny Frank, za którym podążają tłumy. A poza drogami rozumienia świata poprzez religię - ważna postać drugiego planu, medyk Aszer Rubin, lekarz-mizantrop, ustawicznie piętnujący ludzką głupotę. Także Nachman-Jakubowicz, mistyczny kronikarz, błądzący i oddający subiektywnie zdarzenia, w jakich często czuje się zagubiony. Moliwda-Kossakowski, nawrócony w Smyrnie, nękany wątpliwościami, naznaczony jakimś wewnętrznym tragizmem oraz niejednoznaczną motywacją w działaniu. Jest także ktoś, kogo sama autorka nazywa narratorem... czwartoosobowym. Staruszka Jenta, która nie umarła do końca. Żegnając się z życiem, nie rozstaje się z nim do końca. Widzi opisywane zdarzenia z niezwykłej perspektywy. Jest w tym dużo metafizyki. Potrzebnej tak bardzo, aby podkreślić niejednoznaczny charakter "Ksiąg Jakubowych". Powieści o różnorodności, jaka jest nam dziś daleka. O religijnym żarze i niepokoju zwątpienia. O ludzkim nieszczęściu i rozpaczliwej wierze w uporządkowany świat, który ktoś kiedyś poukłada wedle boskich praw.

Olga Tokarczuk napisała historię o świecie, jaki znamionuje ustawiczny brak i o człowieku, który był w stanie wielu brak ów rekompensować. Nieprzypadkowo narracja kończy się u progu oświecenia, z którego to początkowo drwi się i ironizuje.  Czy rozum zastąpi wiarę, w której skryło się więcej okrucieństwa niż mógł znieść wokół sam Jakub Frank? Czy jego historia nie daje nam do zrozumienia, że być może w historii wydarzyło się coś, czemu odebrano należne znaczenie i o czym warto na nowo opowiedzieć z kilku różnych punktów widzenia? "Księgi Jakubowe" to niebywale oryginalna rzecz, ale i powieść wymagająca dużo od czytelnika. Z pewnością jedno z wyraźniejszych wydarzeń na książkowym rynku wydawniczym tego roku. Niezwykła, trudna, wymagająca oraz pasjonująca opowieść zmarłych ożywionych przez Tokarczuk w wyraźnym celu i z czytelnymi motywacjami. Książka archaicznie niezwykła. Nie do czytania w pośpiechu. Z fragmentem Historii, o którym wciąż niewiele wiemy.

  KUP KSIĄŻKĘ

2014-10-16

"Wschód" Andrzej Stasiuk

Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 września 2014

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kierunek i czas

Proza wspomnieniowa Andrzeja Stasiuka zawiera coraz więcej gorzkich rozliczeń. To nie jest tylko sentymentalne pisanie o czasie przeszłym, którego znaczenie autor wciąż podkreśla. „Wschód” jest zapisem rozważań o tej części tego, co minione, z czym nie do końca się oswoiliśmy. Z czymś, co zostało zabrane przedwcześnie; niezrozumiane właściwie, wyparte z myśli, pożegnane wraz z etapem przełomowych zmian. Jest też wyraźnym spoglądaniem w przyszłość. Nie tylko wówczas, gdy na rosyjsko-chińskiej granicy Stasiuk z niepokojem spogląda na kapitalistyczne Manzhouli mające straszyć Rosjan zapowiedzią rozmachu i siły sąsiada. Nie tylko wtedy, gdy rozmyśla o własnej śmierci, konfrontując się z nagim, bezwstydnym i pozbawionym intymności jej obrazem na mongolskim stepie. Przyszłość to swoiste imaginarium Stasiuka, niepewny koniec losu tułacza, gdzieś zarysowany jedynie cel życiowej wędrówki i czas, który przecież jeszcze nie istnieje, ale zapowiada go wiele z tego, co kryje się w świadomie przeżytej przeszłości.

Całość tekstu na stronie artPapieru

2014-10-12

"Pod znakiem Saturna" Susan Sontag

Wydawca: Karakter

Data wydania: 22 września 2014

Liczba stron: 224

Tłumacz: Dariusz Żukowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Dzieła i życie w interpretacji

Siedem błyskotliwych i osobistych esejów Susan Sontag wydanych po raz pierwszy w 1980 roku kryje się w cieniu tytułowego Saturna. Intelektualistka nieprzypadkowo pisze o temperamencie saturnicznym Waltera Benjamina. Ta bowiem specyficzność będzie pod baczną uwagą intelektualistki rozważającej obecność sztuki i aktu tworzenia w obrębie sfery etyki oraz estetyki - nieodłączna zależność postrzegana wyraźnie w biografiach artystów ważnych dla Sontag. Benjamina cechowały liczne tajemnice melancholika, człowieka powolnego i apatycznego. Skupionego na rzeczach, a nie ludziach. Na aktach twórczych i jego konsekwencjach. Susan Sontag pisze o tych, którzy z różnych powodów są dla niej w specyficzny sposób poza czasem i poza przestrzenią; skupieni, zdeterminowani, godnie stawiający opór konformizmowi i całe życie zadający pytania o granice oddziaływania sztuki w kilku kontekstach. O jej możliwości, kondycję i o status przekazu.

Sontag wnikliwie analizuje działalność Paula Goodmana, Antonina Artauda, Rolanda Barthesa czy Eliasa Canettiego. Z równą uwagą także dzieła w związku z estetyką faszystowską - twórczość Reni Riefenstahl czy film Hansa Jürgena Syberberga. Wysuwa wyraźną tezę, wokół której koncentrować się będą jej rozważania. "Nie można interpretować dzieł pisarza, patrząc przez pryzmat jego życia. Można jednak zinterpretować życie za pomocą dzieł". Siedem esejów z tego zbioru to odważne i bezkompromisowe próby wyrażania śladów życia poprzez sztukę oraz analizowania sztuki w kontekście jej mocy - tej konstruktywnej, która warunkuje przetrwanie i tej demonicznej jakby, czasem okrutnej, czasem bezkompromisowej, skazującej na porażkę. Sontag analizuje drogę twórczą oraz wskazuje ważność aktu twórczego dla biografii i świata wartości, wobec którego dane dzieło i dany proces są wyraziście opozycyjne.

Zdecydowanie najwięcej uwagi Sontag poświęca Artaudowi. Obszerny esej o związkach cierpienia z tworzeniem i o dewaluacji wartości w akcie tworzenia zrodzonego z udręki Sontag wykorzystuje do stawiania pytań o to, w jaki sposób ogarnąć można tak zróżnicowaną i tak dramatycznie naznaczoną przez cierpienie twórczość Artauda, która paradoksalnie wynikała z niemocy, ale jednocześnie silnie była w niej zakorzeniona. Akt tworzenia Artauda wynikał bowiem z udręki i tym samym był dlań opresyjny, jednocześnie jednak udręka zawsze była źródłem siły twórcy poszukującego drogi wyrażenia własnego wewnętrznego dramatu poprzez literaturę, film czy teatr. Susan Sontag w bardzo złożony sposób oddaje problem separacji Artauda od kanonów piękna, które kwestionował świadomie przez całe swoje życie. Jego dzieła były niekompletne w tej tragicznej bezradności, która nigdy nie pozwoliła mu odnaleźć satysfakcji i jedyną metodą poszukiwania choćby jej fragmentu było szaleństwo, w jakie artysta popadł, na przemian miotając się w swej sile i bezradności. Artaud jawi się w eseju Sontag nie tyle jako kontestator, co twórca niedoceniony, niedokładnie osadzony w kontekście, w nieunikniony sposób szufladkowany; on sam wykracza poza wszelkie ramy, jego życie zaś stanowi świadectwo wielkiej walki wewnętrznej, która nie pozwalała nigdy oddzielić umysłu od sztuki (tak jak nie chciał oddzielenia widowni od aktorów). Artaud z trudem poszukiwał drogi zespolenia jednego z drugim.

Samotność jest cechą wyróżniającą Waltera Benjamina. Jego droga życiowa i twórcza nie była naznaczona aż tak wielkim ogniem ekspresji, bo w przeciwieństwie do Artauda Benjamin nie spalał się w artystycznej walce, lecz metodycznie i w odosobnieniu szukał swojego miejsca - jako artysty i jako człowieka z tożsamością bez miejsca. Tego miejsca, którego przede wszystkim w języku poszukiwał Elias Canetti. Intelektualista-tułacz to nieprzypadkowa figura stworzona w tym zbiorze esejów. Naznaczeni osobnością i siłą twórcy bliscy Sontag znajdują w jej oczach nowe przynależności. Są obecni nawet w tym, czego nie stworzyli, bo uwagę autorki zwraca między innymi nienapisana powieść Barthesa. Susan Sontag czyta i analizuje wspomnianych artystów w taki sposób, by mocno zaznaczyć tę ich wyjątkowość, kwestionowaną często, dyskutowaną. Interesuje ją ich indywidualna perspektywa patrzenia. Osadza w każdej z nich swoje spojrzenie nie tylko na dorobek, ale i na próby jego interpretacji. Przygląda się temu, co etyczne i co estetycznie ponadczasowe. Ze szczególną uwagą jednak Sontag traktuje estetykę faszystowską, dla której stara się znaleźć miejsce - gdzieś między ideałami piękna a pozbawioną wszelkich wartości ekspresją wciąż tak silnie osadzającą się w ludzkiej świadomości.

Reni Riefenstahl wzbudza zainteresowanie Sontag nie tylko dlatego, że rehabilitując się w oczach świata, nigdy tak naprawdę nie porzuca sposobu, w jaki spoglądała na świat skonstruowany w sposób precyzyjnie okrutny i jednocześnie nad wyraz czytelny. Sontag nie godzi się na relatywizowanie zła eksponowanego w różny sposób przez Riefenstahl. Nawet wiele lat po drugiej wojnie światowej jej optyka spoglądania na rzeczywistość zdradza nazistowskie uwiedzenie, od którego nigdy się nie uwolniła. Sontag wspomina o mistyce w przerażeniu i o przerażających projektach, które na zawsze zawładnęły świadomością Riefenstahl. W niezwykłym związku z kategorycznym potępieniem staje zaskakująca wieloznaczność eseju o filmie Syberberga - blisko siedmiogodzinnej fantasmagorii dotyczącej nazizmu, w której to aluzyjność i fragmentaryczność czynią estetykę filmu niepokojącą i wywołującą trudne pytania o to, w jaki sposób nazizm egzystuje po latach w granicach sztuki przyjmowanej przez społeczeństwa porażone potem bezkompromisowością komunizmu. Sontag jest krytyczna, zasadnicza i wieloznaczna jednocześnie. Estetyka faszystowska budzi ten specyficzny rodzaj zainteresowania, w którym trudno jest kwestionować i równie trudno akceptować w pełni.

"Pod znakiem Saturna" to eseje mocno zaangażowane. W życie i drogę twórczą tych, których Sontag w swoich tekstach żegna. W rozważania o tym, czym z perspektywy czasu może być twórczość nieosadzona wyraźnie w konkretnych ramach. Intelektualistka w swoich rozważaniach nie tylko stawia pytania, mnoży tezy - przede wszystkim prowokuje. Kilka biografii, kilka dróg twórczych. Zaskakujące pytania i prywatne wątpliwości. Estetyka i etyka. Dzieło sztuki i jego twórca. Sztuka wobec czasu oraz wobec zawirowań losu. Biografia jako odpowiedź na pytania o kontekst i sam kontekst uzasadniający biografię. Rozważania, dzięki którym Sontag zwraca uwagę na twórców, jakim być może poświęcono tej uwagi zbyt mało.

2014-10-08

"Przypadek Alicji" Aleksandra Zielińska

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 24 września 2014

Liczba stron: 256

Oprawa: twarda

Cena det: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Krakowskie gry z Carrollem

Życie studenckie w Krakowie niewątpliwie dostarcza wielu wrażeń. Dodatkowo problemów i sytuacji trudnych do rozwiązania, które tworzą coś na kształt przygrywki do dorosłości. Aleksandra Zielińska w swoim niepokojącym debiucie literackim osadza młodą bohaterkę pośród krakowskich bram, knajp, mostów i ulic. Nie oszczędza jej. Tytułowa Alicja będzie zmuszona zmierzyć się z tą stroną życia, którą Lewis Carroll zamknął w baśniowej konwencji. Zielińska umieści swą bohaterkę w świecie strasznym, śmiesznym, onirycznym i z jednej strony bardzo wyraźnie zarysowanym, z drugiej - tracącym swe kontury tak, jak bohaterka traci kontakt ze światem rzeczywistym, trafiając do króliczej nory i do mrocznej Krainy Czarów, na jaką sobie zasłużyła.

Motto do książki to słowa Łukasza Orbitowskiego o tym, że realne jest tylko to, co nam służy. Jeżeli dodamy do tego przekonanie samej Alicji, że prawda to jedynie jednostkowa opinia, będziemy mieli jasność, w jakim świecie się znajdziemy. Dwuznaczności, halucynacje, wizje z piekła rodem. Z drugiej strony uporządkowany świat, od którego bohaterka się oddala. Wpływ Orbitowskiego jest w tej prozie dość widoczny, bo chociaż perypetie Alicji nie przypominają zasadniczo doświadczeń Giełdziarza, mamy tutaj klimat jak z "Horror show". Kraków mroczny, duszny, wieloznaczny. Knajpy, barowe pogaduszki, atmosfera grozy i niejednoznaczności. Znaki, symbole, urojenia i fakty, które stają się hipotezami. Dużo krwi, przerażenia, poczucie osaczenia i odrzucenia. Bohaterowie zmienni oraz tajemniczy, nieprzychylni Alicji, ale jej ciekawi. Dodatkowo koty. Albo te masakrowane, albo też takie, które jak Czarnobyl kręcą się obok bohaterki, knując coś i planując niecne działania.

Nic w świecie Zielińskiej nie jest tym, czym się wydaje, bo nie jest to świat traktowany na serio. Bardzo serio są za to problemy tytułowej Alicji. Pierwszy, zasadniczy i nadrzędny to niechciana ciąża. Pasożyt w ciele, którego trzeba się pozbyć za wszelką cenę. Nowe życie, jakie nie chce poddać się zbrodniczym zamiarom Alicji. Ona sama ze swą awersją do macierzyństwa wpisze się w ten niewygodny literacki nurt matek potępionych, niechętnych dzieciom i kwestionujących ważność ich istnienia. Jedno wydaje się mi chybione. Aleksandra Zielińska mierzy swoją bohaterkę z doświadczeniem wchodzenia w dorosłość, pełną odpowiedzialności i umiaru. Nie rozumiem, dlaczego motyw zajścia w ciążę i perspektywa urodzenia dziecka mają być wyznacznikiem tej dorosłości, od której bohaterka będzie uciekać, także do króliczej nory. Za dużo w tej książce zbudowane jest wokół chęci pozbycia się płodu. Za bardzo sugerowane jest nam, iż bycie matką ma się wiązać z innym, odpowiedzialnym i dojrzałym etapem życia. Zielińska niewątpliwie wpędzi we frustracje nastoletnie matki albo te, które urodziły i po prostu przeszły nad tym do porządku dziennego. Prawdopodobnie jednak te matki nie przeczytają "Przypadku Alicji". Czytelnicy mogą być rozczarowani tak prostym kwalifikowaniem kobiety do miana dorosłej - nie biologia o tym decyduje, a u Zielińskiej jest to proces silnie powiązany, bo zmiany w macicy mają rzekomo iść ze zmianami mentalności i nabywaniem zdrowego rozsądku.

Tego ostatniego Alicja nie ma zbyt wiele. Młoda studentka farmacji za wszelką cenę zwraca na siebie uwagę. Wymiotuje w tramwaju, spektakularnie krwawi, miewa utraty świadomości, żyje kompulsywnie i stara się za wszelką cenę ukryć przed światem niską samoocenę i niemożność wybrania właściwej drogi życiowej. Na tej niepewności, emocjonalnej labilności i na lękach Alicji żerować będą postacie z pogranicza snu i jawy oraz ludzie z najbliższego otoczenia dziewczyny. Zielińska wprowadza swoją bohaterkę w świat, którego ramy wyznaczają coraz bardziej jej stany emocjonalne. Wskutek tego krakowska codzienność zawęża się i na przemian niebezpiecznie rozszerza. Na Alicję czekają ci, których nigdy nie chciałaby poznać. Nie wie, komu może ufać. Tajemniczemu Kotkowi, któremu ratuje życie? Tomaszowi, co odpowiedzialnie decyduje się na wzięcie na siebie roli ojca i męża? Oparcia na pewno nie daje rodzina. Siostra rodząca dziecko po dziecku, matka ze swoją ograniczoną świadomością i niemy ojciec, który nie potrafi zabrać głosu ani wyrazić własnego zdania. Alicja żyje w opresyjnym świecie, w którym ratunku szuka na oślep. Wędruje przez własną Krainę Czarów, w której pojawią się szczury, różnej maści życiowi nieudacznicy, a nawet spiskujący katole. Trudno przewidzieć, kto i o jakiej porze zechce biedną Alicję ściąć o głowę.

Proza Zielińskiej jest bardzo nierówna i momentami zbyt afektowana. Autorka nadużywa środków mających doskonale zakamuflować granicę między tym, co realne a tym, co wyimaginowane - nie tylko w umyśle Alicji. To gorzka opowieść o wchodzeniu w dorosłość, ale nie ma w niej niczego nowatorskiego. Mimo faktu gry z Lewisem Carrollem i budowania świata przedstawionego jako pola walki między tym, co realne a tym, co krwawe, duszne, przerażające i paraliżujące także postępowanie głównej bohaterki. Jest w "Przypadku Alicji" kilka scen wyraźnych. Jest również sporo banalnego przekazu skrytego gdzieś w surrealistycznej atmosferze grozy i oczekiwania na moment, w którym część zagadek się nam wyjaśni. Zielińska nie zamierza zbyt wiele wyjaśniać. Mnoży tropy i kumuluje je w finałowym rozwiązaniu będącym jednym z lepszych punktów tej książki. Cała opowieść sprawia jednak wrażenie zabawy - z tradycją literackiej makabreski, z samym Carrollem i jego dwuznacznościami, w końcu z odniesieniami do literatury inicjacyjnej, której wyraźne kontury autorka ironicznie zakrzywia w czasoprzestrzeni wrogiej tytułowej Alicji.

"Przypadek Alicji" to literatura próby. Sama w sobie dostatecznie wyraźna, by przykuć uwagę, ale już nie na tyle wyraźna, by stanowić jakąś wyrazistą nową jakość. Zielińska nie daje żadnych odpowiedzi, swoją bohaterkę konfrontuje z wiecznym lękiem. Jest w niej wiele gniewu, bo świat wokół nie pozwala się podporządkować. Wiele strachu, bo na drodze stają coraz to mroczniejsze postacie. Sam los wydaje się przesądzony. Los niechcianego płodu i niegotowej jeszcze do uporządkowanego życia dziewczyny, dla której ważniejsze jest podążanie za krwawiącymi szczurami niż głosem rozsądku - a nie ma go w tej powieści zbyt wiele. Sporo tutaj gier z czytelnikiem, wodzenia za nos i skrytego poczucia humoru. Całość dopełnia się jako rzecz zauważalna. Ani temat, ani jego realizacja nie są jednak czymś nowym. Wędrując po Krakowie z Alicją, można się zagubić tak, jak ona sama. Czytając tę gorzką prozę o doświadczaniu niechcianej dorosłości, odnosi się wrażenie, iż nie ma w niej niczego poza tajemnicą współczesnej króliczej nory. Wpada się w tę prozę na chwilę, ale nie pozostaje się z nią na długo. Taka to iluzoryczna Kraina Czarów debiutanckiej książki Aleksandry Zielińskiej.

2014-10-05

"Kompleks słowacki" Rudolf Chmel

Wydawca: Międzynarodowe Centrum Kultury

Data wydania: 18 września 2014

Liczba stron: 344

Tłumacz: M. Bystrzak, T. Grabiński

Oprawa: twarda

Cena det: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Słowackość w Europie

Eseje Rudolfa Chmela, które złożyły się na zbiór o dosyć prowokującym tytule "Kompleks słowacki", są ważne nie tylko dla zrozumienia mentalności naszych południowych sąsiadów. To świetny materiał do dyskusji o tym, czym jest perspektywa środkowoeuropejska. W dużej mierze to książka o świadomości i kompleksach danego regionu; wielu krajów, tych separujących się od siebie i żyjących w ciągłym strachu przed sąsiadami, w gruncie rzeczy patrzących na zjednoczoną Europę z dość podobnego miejsca. Chmel zwraca uwagę na mentalność, tożsamość i granice Europy Środkowej. W niej wyraźnie osadza Słowację - tak przecież niewyraźną, kojarzoną głównie z tym, że jest gdzieś tam na marginesie, zamknięta w kręgu swoich traum oraz trudności przeżywania własnej tożsamości narodowej, dla której nigdy nie było państwa i która wiecznie żywi się mitami oraz stereotypami, nieuważnie patrząc w przeszłość i z trudnością wyciągając konstruktywne wnioski z Historii. Chmel udowodni, że Słowacja nie jest ani niewyraźna, ani osobna. Bo te eseje nie traktują tylko o tym, co określa się mianem kompleksu.

Sporym problemem współczesnej Słowacji jest kondycja społeczeństwa obywatelskiego - nie tyle marna, co dość niesprecyzowana. Chmel wychodzi od problemu słowackiego liberalizmu, który jest dość rozmyty i nie ma żadnych tradycji, by potem wyraźnie zaznaczyć rozdźwięk między otwarciem a bezpiecznym tkwieniem w sidłach nacjonalizmów nadający Słowacji tak niejednoznaczny wizerunek w Europie. Powodem izolacjonizmu narodowego może być - nie tylko słowackie przecież - poczucie nieustannego zagrożenia ze strony tych najbliższych sąsiadów, obecne już od początku XIX wieku. Rudolf Chmel analizuje tendencje swego kraju do izolowania się od Europy przede wszystkim przez pryzmat historycznych doświadczeń państwa, któremu prawdziwa niepodległość dana jest od niedawna i które nie jest do końca świadome jej istoty, a już nagle musi swego narodowego ducha ulokować w Europie bez granic i podziałów.

Autor zwraca uwagę na to, czego nie dostrzegają ani obywatele, ani politycy - wiele odpowiedzi na pytania o słowacką tożsamość narodową skryły się w cieniu totalitaryzmów XX wieku, jakie paradoksalnie wyzwoliły w Słowakach siły i możliwości ku temu, by stanowić o sobie. Ważne jest jednak to, co teraz. A obecnie Słowacja rozdarta jest między porządkiem sankcjonującym jej wyjątkowość i osobność a tendencjami liberalnymi budującymi nową rzeczywistość, w której Słowacy odnajdują się z  trudem tak samo, jak we własnej państwowości. Chmel apeluje i podsumowuje: "Po plebejskim kolektywizmie musimy się dopracować nowoczesnego indywidualizmu, przejść od społeczeństwa zamkniętego lub półzamkniętego do wariantu otwartego, w którym ludzie mogą swobodnie okazywać swoje twórcze podejście - także wobec ojczyzny lub tożsamości narodowej".

Słowackie lęki przed istnieniem w nowym europejskim porządku to pokłosie czegoś charakterystycznego dla wszystkich krajów Europy Środkowej. Chmel nazywa rzecz po imieniu - to skłonność do wiecznego budowania skansenów narodowych w świecie, w którym istnieje narodowa wspólnota. W tym słowackim, ale także czeskim czy węgierskim, kryje się wyraźny brak wiary w siebie, rekompensowany tendencjami niebezpiecznie zbliżającymi się wciąż do tego, od czego Europa XXI wieku po doświadczeniach dwóch wojen stara się konsekwentnie uciekać. Trudno jest Słowakowi otworzyć się na wielość i znaleźć miejsce w tej wielości, skoro ustrój swego kraju w stanie dnia dzisiejszego zawdzięcza zbyt wielu bolesnym kompromisom, do których stosowania w dalszym ciągu nie jest już przekonany.

Czemu ufa Słowacja i jaka jest? Problemy zarysowane są wyraźną kreską - Chmel nie tylko je punktuje, ale osadza w czytelnym kontekście i stale szuka odpowiedzi na pytania o to, dlaczego jest dokładnie tak, a nie inaczej. Ojczyzna autora tkwi w dusznej mitologii, która nie zezwala jej na pełne otwarcie. To akurat specyfika nie tylko słowacka, o czym my, Polacy, wiemy doskonale. Słowacja osadza się niebezpiecznie w stereotypach i wydaje się bierna wobec tych wszystkich przemian, które oddalają ją od Europy. Rudolf Chmel pisze o braku tożsamości europejskiej, ale nie zawsze jest to zarzut. Często punkt wyjścia do rozważań historiozoficznych, bo ważne jest osadzanie w czasie tych momentów, w których współczesna Słowacja nabierała rozpoznawalnych dzisiaj cech. Problematyczne są zwłaszcza stosunki słowacko-węgierskie. W kraju żyje piętnastoprocentowa grupa mniejszości narodowych, w której to słowaccy Węgrzy stanowią wyraźną większość. Analizując skomplikowane relacje między sąsiadami i specyfikę wzajemnej komunikacji, Chmel wskazuje także te trudne kwestie, które uniemożliwiają Słowakom wyjście poza własne uprzedzenia. Wyjście poza kompleks, na który składa się bardzo wiele, ale który to termin - jak wspomniałem na wstępie - jest przez Rudolfa Chmela traktowany dość prowokacyjnie.

Eseje zawierają krytykę słowackiego życia intelektualnego, które w wielu sferach jest przepełnione marazmem. Z drugiej strony widzimy tendencje ożywiania dyskursu publicznego o istocie słowackości oraz poznajemy ważne dla rodzącej się świadomości narodowej kraju postacie z pierwszego planu życia publicznego na przestrzeni praktycznie dwóch wieków. Chmel wskazuje to, czego słowacka inteligencja może się wstydzić, ale punktuje również silne cechy - życia nie tylko politycznego. Sporo miejsca autor poświęca słowackiej krytyce literackiej i akcentuje, że słowacka literatura - jak literatura każdego państwa tworzącego sobie w Europie Środkowej skansen narodowy - jest mimo wszystko wyrazista i czytelna. Tyle że Słowacy nie zawsze sugerują się wyrazistymi i czytelnymi głosami, gdy wskazują one słuszną drogę w społeczeństwie otwartym.

"Kompleks słowacki" to publikacja z jednej strony nakreślająca to, co wyraźne, bolesne, często kontrowersyjne albo niepokojące w słowackim życiu na przestrzeni kilku wieków. Z drugiej natomiast - pasjonujące studium osadzenia lokalnej problematyki w problematyce regionu. Jest mowa nie tylko o tożsamości słowackiej, jest wyraźnie nakreślana tożsamość Środkowoeuropejczyka. Ze wszystkimi jego uprzedzeniami i lękami, ale również z otwartością, która rodzi się z pewnym trudem, ale rodzi na pewno. Słowacja ma własne kompleksy, lecz tkwią one w czymś, co dookoła - wśród sąsiadów także obecne. Rudolf Chmel analizuje, jak trudno jest być Słowakiem i z jakim trudem kształtowało się latami coś, co można nazwać dzisiaj otwartością i szacunkiem. Chodzi o otwartość i szacunek do własnego narodu. W gruncie rzeczy bowiem Chmel pokazuje nie to, czego należy się wstydzić, ale przede wszystkim to, z czego współczesny Słowak mimo wszystko może być dumny.

2014-10-01

"Pokrewne dusze" Virginia Woolf

Wydawca: MG

Data wydania: 25 września 2014

Liczba stron: 592

Tłumacz: Maja Lavergne

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Los samotnie zapisany

Listy Virginii Woolf zebrane w tym tomie to świadectwo istnienia rozpiętego gdzieś między kompulsywnym pragnieniem bycia wewnątrz życia a tego życia negowaniem. Między bliskością z ludźmi a oddaleniem od nich w czasie, gdy angielska pisarka oddalała się sama od siebie. Listy świadczą o życiu przepełnionym nieustanną troską o to, jak w pisaniu dotknąć prawdziwych emocji oraz jak je wyrazić. Są także świadectwem czasu, w którym pisanie było "jak przenoszenie cegieł przez mur", a bezbronność wobec słów była także bezbronnością kobiety cierpiącej w dwójnasób, bo w swej wielkiej empatii przejmującej troski ludzi z najbliższego otoczenia. Virginia Woolf pisze do siostry w 1909 roku: "Doszłam do wniosku, że listy ożywają, jeśli interesujemy się innymi ludźmi". Teksty zebrane w książce "Pokrewne dusze" są świadectwem mocnego zakotwiczenia w losach innych, ale stanowią przede wszystkim zapis tragicznego losu rozpiętego gdzieś między makabrycznym widokiem staruszka pod kołami pociągu, o jakim wspomina mała dziewczynka a czasem, gdy nad głową latały samoloty, w niej zaś czaił się coraz większy lęk. Bezradność. Ból, którego ślady korespondencja Virginii Woolf stara się zacierać. Uważna lektura uświadomi, jakie naprawdę było jej życie.

"Pokrewne dusze" to solidnie uporządkowany zbiór korespondencji Woolf, którą pisarka prowadziła przez całe swoje życie. Listy są różne - nie tylko w zależności od tego, do kogo je adresowano. Dostrzegamy widoczne okresy jej życia, w których potrafiła tworzyć afektowane i barokowo zdobione metaforami epistoły oraz ten czas, w jakim wypowiadała się lakonicznie, niechętnie jakby, wciąż pełna empatii dla innych, tracąca zainteresowanie samą sobą. Dominują teksty ekspresyjne, choć pisane w skrajnie różnych od siebie tonacjach. W tych zapisach zawiera się czułość siostry, rozczarowanie żony, klęski i triumfy rozwijającej się pisarki, dynamizm publicystki i hardość osoby publicznej dyskutującej z redaktorami znanych pism na temat kondycji oraz pozycji kobiet u progu XX wieku. Otrzymujemy też komentarze dotyczące znanych książek. Czytamy o tym, jaka burza emocji kryła się w "Orlando", kiedy pisarka przeżywała bardzo silnie romans z Vitą Sackville-West u boku coraz bardziej bezradnego wobec jej częstych schorzeń i napadów nostalgii męża. Do niego pisze w sposób bardzo rzeczowy, relacjonuje i dystansuje się do siebie. Pod koniec życia przekonuje, iż jest dla Leonarda udręką. Leonarda będącego przecież Żydem, obok kobiety maskującej swój antysemityzm.

Niełatwe były relacje Virginii Woolf z bliskimi, bo przez cały okres jej życia była w tych relacjach pewna ambiwalencja. Widać to wyraźnie, gdy pisarkę pochłaniają całkowicie nowe znajomości, zbyt szybko stające się bliskimi, rekompensujące ten niedosyt pozostawiany chyba przez samą pisarkę, bo względem innych wciąż nieustannie bała się bycia za blisko i jednocześnie uwielbiała te chwile intymne, dla których gotowa była czasem poświęcić wszystko. Ale "Pokrewne dusze" to przede wszystkim świadectwo tego, w jaki sposób Woolf dojrzewała do roli pisarki świadomej; to nie jest tylko kwestia wsparcia oraz coraz to większego uznania po kolejnej publikowanej książce. Lata twórczej pracy Virginii Woolf jawią się nam w jej listach jako czas, w którym borykała się nie tylko z nazbyt wieloma rolami, w jakich znalazła się czasem zupełnie nieopatrznie. Woolf analizuje swoją kobiecość. Niezwykła jest czułość wyrażana względem kobiet, zaskakująco konsekwentny dystans  budowany w relacjach z ważnymi dla niej mężczyznami. Jest jednocześnie ogromny optymizm, siła i wsparcie oferowane innym. Tyle że tuż obok skryty demon, który pewnego dnia zmusi Virginię Woolf do włożenia kamieni do kieszeni płaszcza i udania się nad rzekę...

"Nigdy nie myślałam poważnie o tym, żeby sobie odmówić przyjemności pisania, jakkolwiek by to szkodziło publicznej moralności" - te słowa padają w liście do Madge Vaughan z 1904 roku i mogłyby być swoistym mottem do całego zbioru listu. To pisanie było dla Woolf najważniejsze i nie chodzi jedynie o literaturę. Były przecież dzienniki - ważne i wyraźne. Obok drukowana w niniejszej książce korespondencja. Pisała, bo tylko w ten sposób była w stanie nawiązać pełny kontakt nie tyle z adresatami listów, co z samą sobą. Twórczość Woolf stawia wiele pytań, a jej listy mnożą je dodatkowo, będąc chyba bardziej wieloznacznymi niż dzienniki. I to nie jest tak, że "Pokrewne dusze" opowiedzą nam o Virginii Woolf to, co byłoby dla nas nowe i fascynujące. Fascynacja jej listami może brać się stąd, iż każdy z nich jest intymną spowiedzią z tego, co zamknęły w sobie książki, ale co na inny sposób akcentowane jest ponownie, bo wciąż nie jest należycie wyartykułowane. Listy to uzupełnienie twórczości, ale przede wszystkim świadectwo trudnej drogi życiowej, w której to, co nowe, witane było przez pisarkę z nadzieją. W tym, co awangardowe i wyprzedzające czas, Woolf widziała samą siebie i ludzi, z którymi weszła w intymne relacje. Widzimy ją szczęśliwą, zrozpaczoną, przygnębioną do granic i euforycznie wielbiącą czas spędzany z bliskimi. Widzimy Woolf w podróżach po Europie, ale przede wszystkim w podróży do własnego wnętrza -  z tym nie udało jej się rozmówić na kartach publikowanych powieści. "Pokrewne dusze" ukazują dodatkowo, jak wielu życzliwych ludzi ją otaczało i jak równie wielu bezbronnych było wobec ucieczek od świata pisarki - kochającej życie i kryjącej się przed nim.

Pamiętajmy także, że część zapisów była specyficzną grą pisarki. Już jako dziewczynka stwarzała alternatywne byty i kryła siebie lub innych pod skórą na przykład wyimaginowanych zwierząt. Znajdziemy listy, w których Woolf skrywa bardzo dużo i w bardzo różnorodny sposób. Czasami są bardzo długie, ale w pewnym stopniu asekuracyjne, skryte w niedopowiedzeniach. "Pokrewne dusze" to najbardziej intymne z wyznań Virginii Woolf. Równie bolesne i niejednoznaczne. Lektura dostarczająca zadumy i niezliczonych wzruszeń. Zdecydowanie warta poznania.


PATRONAT MEDIALNY