Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-02-27

"Pozdrowienia z Noworosji" Paweł Pieniążek

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 30 stycznia 2015

Liczba stron: 205

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Mglista anatomia wojny

W zalewie informacji oraz komentarzy dotyczących dramatycznej sytuacji na Ukrainie brakuje nam prawdziwych świadectw - nie tych tworzonych w spokoju  domowego zacisza, z tezą odpowiadającą tym mediom, które zdecydują się wywody opublikować. Oto książka młodego reportera, który z dużą sumiennością opisał kilka miesięcy ukraińskiego konfliktu przez pryzmat własnych doświadczeń, wysłuchanych rozmów, podglądanych zdarzeń i niezrozumiałych dla niego sytuacji, dla których brak zrozumienia także tam, gdzie wojna toczy się z największym zapałem. Paweł Pieniążek wie, o czym pisze i jest mocno w to pisanie zaangażowany. Zrezygnował z promocji swojej książki, by ponownie udać się do Donbasu. Być w centrum wojennego konfliktu i umieć go nazywać - to niewątpliwie sztuka podwójna i by jej sprostać, trzeba mieć także pewne predyspozycje. Tym bardziej że bierze się udział często w bratobójczej masakrze. Walczą ze sobą ci, którzy do niedawna byli sobie w stanie wiele wybaczać i równie wiele zrozumieć. Stali się dla siebie wrogami tylko przez nazwanie.

W "Pozdrowieniach z Noworosji" Pieniążek opisuje liczne absurdy tej wojny. Ukazuje konflikt nawet z groteskowej strony. Bada mechanizmy wpływające na to, że działania agresywne tak szybko się eskalują i ukazuje impulsy nasilające antagonizmy. Zbyt wiele może komentuje i nazbyt często sugeruje wnioski jak choćby w przypadku dopisku o tym, co wynika dla Ukrainy z faktu, iż na pewnym etapie nie dopilnowała wschodniej granicy z Rosją. Być może dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że układ sił to ciągle jakaś zmienna. Walczący zmieniają fronty, poglądy, zapatrywania, działają chaotycznie. Daleko nam do pełnego zrozumienia tego, co się obecnie dzieje na Ukrainie, ale jedno jest pewne i to akurat ważny komentarz Pieniążka, który warto przytoczyć: "Jeszcze żaden podział na Ukrainie nie wstrząsnął tak mocno społeczeństwem jak obecny konflikt". Skutki tego wstrząsu mogą być nieprzewidywalne. Już teraz można zadać sobie pytanie o to, czy regiony w ogniu wojny, które walczą o suwerenność, mają jakąkolwiek koncepcję, jakikolwiek najmniejszy plan na to, co zrobić ze sobą po wojnie. Przede wszystkim pojawia się pytanie o to, kto odbuduje zniszczone tereny i co konstruktywnego ma w ich granicach zaistnieć, gdy - chce się wierzyć - konflikt kiedyś się zakończy...

Tytułowa Noworosja to pojęcie z XVIII wieku, które na długo zniknęło ze świadomości, by pojawić się niespodziewanie właśnie teraz, razem z detonacjami na froncie. Geograficznie Noworosję kreślić ma osiem ukraińskich obwodów. Jak wiemy, tylko dwa pogrążyły się w regularnej wojnie. Paweł Pieniążek przygląda się temu, jak to się stało, że pozostałe sześć unika konfliktu i pilnuje, by jakiekolwiek jego objawy dusić w zarodku. To czasem jest tak, że ledwie kilkanaście kilometrów dzieli w jednym kraju miejsce spokojne, miejsce normalnego życia od piekła, jakie gotują sobie sami wszyscy ci, którzy na pewnym etapie swojej buntowniczej działalności zagubili się wśród tez, teorii i priorytetów. Bo wojna w Donbasie to czas grozy i niedopowiedzeń. Mieszkańcy ostrzeliwanych miast czasami gubią się w tym, kto im to robi - swoi czy wrogowie. Regiony w ogniu zdają się nie mieć żadnego planu na przyszłość, bo o przyszłości nie myślą także ich mieszkańcy. Pieniążek zwraca uwagę nie tylko na agresję, apodyktyczność i żądzę niszczenia innych, ale także na coś, co posiada równie silną destrukcyjną moc - na obojętność ludzką wobec rozgrywających się zdarzeń.

Nie można mieć pretensji do ludzi w Donbasie, że chcieliby ten konflikt widzieć gdzieś poza sobą. Nie można mieć pretensji o proste pragnienia w obliczu wojny - spokojne życie, które kiedyś się wiodło. A Donbas był długie lata na swój sposób spokojny, bo ludzie tam przyzwyczajeni byli w swych postindustrialnych miastach i miasteczkach do żywota zwyczajnego, bez większych pretensji, w podporządkowaniu rodem z sowieckiego systemu. Teraz ci wszyscy ludzie muszą się za czymś opowiadać, przyjmować jakieś stanowisko, obserwować nieustannie wrogów i zwolenników, patrzeć na świat zmieniający swe polityczne i ideologiczne ramy nadzwyczaj często. Tam, gdzie przebywa Pieniążek, racji jest tyle, ilu wypowiadających się o nich. Jak opowiedzieć się za jedną z nich, która jest racją najważniejszą?

Bierność, zachowawczość i nieufność to trzy cechy człowieka ze wschodu Ukrainy, które dla Pawła Pieniążka są być może dowodami na to, iż zaogniony już konflikt można ciągnąć w nieskończoność, bo cierpiąca ziemia i jej mieszkańcy podporządkują się każdemu zarządzeniu, każdemu prawu. Czy tak jest do końca? Niewątpliwie mnoży się dużo pytań, kiedy czytamy te gorące relacje, które zamykają się w październiku ubiegłego roku, i prawdopodobnie tylko dzięki solidnej redakcji Kingi Dunin tak szybko trafiają do nas w postaci gotowej, uporządkowanej książki. Pieniążek stara się przede wszystkim ukazywać konsekwencje wojny. To, że doprowadziła ona do katastrofy humanitarnej, potwornych zniszczeń i niewyobrażalnie wielkich okaleczeń - fizycznych wśród tych, którzy przeżyli spotkanie z odłamkami pocisków, i psychicznych pośród wszystkich słyszących nad głowami złowrogi świst. Do niego można się już przyzwyczaić, co widać w poruszającym wstępie do książki. Odnosi się wrażenie, że wojna została w pewien sposób usankcjonowana jako coś, co się wydarzyło, dzieje i być może będzie dziać. To przekonanie pobrzmiewa czasem w ustach rozmówców Pawła Pieniążka. Dla niego zbyt wiele i nazbyt często jest po prostu niezrozumiałe.

"Pozdrowienia z Noworosji" to wędrówka po mieście wygłodniałych, po polu zwłok pasażerów zestrzelonego malezyjskiego boeinga, po ulicach opustoszałego Doniecka i po śladach tych, którzy eskalują konflikt, mnożą sytuacje pełne napięcia i gubią się w swych własnych działaniach, bo przecież na tym froncie nierzadko można się pomylić co do definicji wroga czy zagrożenia. Paweł Pieniążek opowiada nam swoją historię wojny na Ukrainie. Wojny, w której silnym orężem jest kwestia języka, narodowości lub przekonania o własnej tożsamości, do której dorabia się ideologię. Od każdego z nas zależy, jak tę historię przyjmiemy, jak przyswoimy i jakie wyciągniemy wnioski. Chciałoby się, żeby książki takie jak ta po prostu nie powstawały...

2015-02-25

"Gdybym wiedział. Rozmowy z Ryszardem Krynickim"

Wydawca: Biuro Literackie

Data wydania: 15 grudnia 2014

Liczba stron: 266

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Poznawanie poety

Od wierszy Nowej Fali dyskredytowanych dzisiaj częściowo przez nadanie im jedynie znamienia politycznego po ascetyczne haiku wydane dość niedawno. Droga poetycka, droga twórcza i wędrówka ze słowem, które ważone było niezwykle często - to całe intensywne życie Ryszarda Krynickiego, twórcy znanego z długich okresów milczenia, poety intymnego i w dużej mierze osobnego. Publikacja w opracowaniu Anny Krzywani to dość niezwykłe spotkanie z człowiekiem, którego krępuje omawianie własnej twórczości i który z dużym dystansem oraz pewną nieufnością nazywa siebie poetą. Dwadzieścia siedem rozmów z Ryszardem Krynickim odsłania go i prezentuje w szerszym kontekście. Wywiadom być może brak datowania, bo wówczas lepiej rozumiałoby się tę wędrówkę po życiorysie twórcy. "Gdybym wiedział" to jednak wyraźne świadectwo istnienia, odczuwania, rozumienia świata i wiecznej drogi poszukiwań swego miejsca wraz z tożsamością, do których - ze względu na jej intymność - nie zawsze jako czytelnicy mieliśmy i mamy dostęp.

Zaskakujące jest to, jak za każdym razem inaczej Ryszard Krynicki odpowiada na powtarzające się pytania o Nową Falę, istotę własnej twórczości, kondycję współczesnego języka poetyckiego czy działalność związaną z przekładami poezji lub prowadzeniem wydawnictwa. Nie ma tu powtórzeń w sensie ścisłym, bo kwestie te są za każdym razem omawiane w sposób odmienny. To nie tylko związki rozmówcy z pytającymi oraz różny stopień ich dociekliwości świadczą o różnorodności wywiadów z tej publikacji. Myślę, że to za każdym razem i przy każdej nowej okazji inna zaduma nad sprawami już raz przemyślanymi, ale domagającymi się wciąż nowych wniosków, być może uzasadnień; rodzącymi nowe wątpliwości i zmuszającymi do poszukiwania nowych odpowiedzi. Ryszard Krynicki jawi się w tych rozmowach jako poeta świadomy własnych ograniczeń oraz poeta wysoce dyskretny. Nieśmiało potwierdzający ważność swoich wierszy i jednocześnie śmiało mówiący o sprawach ostatecznych, z powodu których wiele z tych wierszy powstawało.

W dwugłosie z Marcinem Świetlickim pojawia się wyraźne rozróżnienie poety wrzeszczącego i milczącego. Duża jest siła milczenia Krynickiego i sporo na jego temat sam twórca mówi. Wbrew stałej pokusie, by unikać słów w przestrzeni publicznej, powstaje jednak ta książka. Jest w niej wiele mądrych, gorzkich i poruszających zdań o tym, w jaki sposób rzeczywistość pozajęzykowa nie daje się nagiąć do lingwistycznych zasad, oraz o tym, w jaki sposób osiąga się autonomiczność własnego języka poetyckiego, co za tym stoi i z jak dużymi zagrożeniami się to wiąże. W wywiadzie z Ewą Sonnenberg i Radosławem Liévrem Krynicki zaznacza, że zawsze oraz świadomie stara się uciekać od autobiografizmu w pisaniu. To, z czym kryje się w poezji, wywiady odsłaniają czasami z dużą łatwością. Wystarczy umiejętne stworzenie atmosfery intymności, w której dojdzie do zwierzeń, opowieści spoza poezji i w tej poezji zanurzonych. Tak dzieje się podczas rozmowy z Katarzyną Kubisiowską czy Renatą Gorczyńską. "Gdybym wiedział" to zbiór osobistych refleksji nad własnym warsztatem pracy - poetyckim i tym związanym z tłumaczeniami. Zbiór opowieści o trudnej drodze akceptacji siebie jako poety, wszak Krynicki nigdy zasadniczo nie dążył do tego, by być tym, za kogo uważa go opinia publiczna, a same rozmowy o statusie poety - jak wspomniałem - wpędzają go chwilami w lekkie zakłopotanie i konsternację. To, co być może zawsze go wyróżniało, to uporczywy perfekcjonizm - ustawiczne poprawianie własnych tekstów, nawet tych już wydrukowanych. Może też dlatego określanie siebie mianem poety nie jest dla Ryszarda Krynickiego niczym łatwym.

W tej publikacji znajdziemy także żywe opowieści o różnych rodzajach bliskości z innymi polskimi twórcami. Ważna jest rozmowa z Justyną Sobolewską o pracy nad spuścizną Herberta. Anna Bikont i Małgorzata I. Niemczyńska pytają o losy ostatniego zbioru Wisławy Szymborskiej, a w rozmowie z Marią Anną Potocką dowiadujemy się, z jaką czułością i nostalgią Krynicki traktuje wyklejanki poetki. Dużo jest rozmów o tłumaczeniach, tych życiowych zmaganiach z Rilkem, Celanem czy Nelly Sachs. Jako tłumacz Krynicki odsłania się dużo bardziej niż jako poeta. Zawsze starał się tłumaczyć wiersze mu bliskie, charakteryzujące się tym, iż traktują o sprawach i problemach, których nie nazwał sam Krynicki. W rozmowie z Marianem Stalą jest mowa o współważności tłumaczeń i własnej twórczości poety, w wywiadzie z Andrzejem Bernatem zaś Krynicki podkreśla, iż proces tłumaczenia to możliwość lepszego poznania własnego języka.

Powraca chwilami uciążliwe tłumaczenie się z Nowej Fali, nieznośność wiecznego wyjaśniania, czym jest jej etykieta, a czym naprawdę była twórczość z tamtego okresu. Bo Ryszard Krynicki wtedy i teraz podążał własną drogą, drogą osobistych poszukiwań oraz prywatnych zdziwień. Dziś wspomina o fascynacjach, dla których w innym systemie nie było miejsca. Opowiada o dorastaniu i o Krakowie, do którego przeniósł się z Poznania. Jednocześnie w rozmowie z Krzysztofem Myszkowskim dyskretnie sygnalizuje jeszcze jeden z problemów, własne niezadomowienie. Jest o noszeniu wierszy - ze sobą i w sobie. O kondycji rynku wydawniczego i o problemie braku uczestnictwa w życiu literackim tak często utożsamianym z rynkiem książki i dyktatem silnych wydawców oraz mediów. Za każdym razem Krynicki dyskretnie przygląda się z boku tym wszystkim zawirowaniom, dla których jedni poeci znajdują mocne słowa, inni zaś je ignorują, rzadko który jednak stosuje postawę uważności i wnikliwości z takim trudem skrywaną gdzieś między kolejnymi wersami intymnej poezji.

"Gdybym wiedział" to spowiedź i krytyka. To jednocześnie podkreślanie własnej odrębności oraz sytuowanie siebie wraz z własną twórczością w zmieniających się warunkach i kontekstach, także językowych. Każda z tych rozmów to uczciwe i sumienne opowiadanie siebie. Niewielu jest do tego zdolnych. Niewielu z takim szacunkiem i niezwykłą empatią może potraktować każdego z rozmówców zadających często trudne, a często niewygodne pytania.

2015-02-23

"Regina zamyka drzwi" Jacek Melchior

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 5 lutego 2015

Liczba stron: 286

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Silna, niezależna, pokonana

Parę lat temu Jacek Melchior mocno mnie znużył narracją o prowokacyjnym tytule "XXL". Jego nowa książka gwarantuje napięcie, wzruszenia i całe pokłady ukrytych treści, bo to traktująca o życiu niepokornej kobiety opowieść, w której kryją się: historia emigracji (najpierw wewnętrznej, potem tej rzeczywistej) oraz pytania o polskość, możliwości wymknięcia się życiowym uwarunkowaniom, a także o silną relację matki i syna, w jakiej tkwią bolesne ślady życiowych zależności. "Regina zamyka drzwi" to historia ustawicznej walki o siebie. Opisuje heroizm i upadek. Siłę oraz porażającą bezsilność. Zadaje pytanie o to, czy to aby wszystko, co można zdobyć i wyrwać życiu, kiedy w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat jest się karmionym kawiorem i skazanym na wspomnienia, bo czas teraźniejszy z jego ułomnością nie jest do przyjęcia.

Regina cierpi. Wycięto jej żołądek, zabrano niezależność, tym razem jest zmuszona boleśnie uczestniczyć w życiu i nie wypierać się go, bo przyparło ją bezradnością i taką formą ułomności, z jaką Regina nigdy nie musiała się mierzyć. Mierzyła się za to z losem i wciąż na nowo zaczynała. Życie nabrało blasku dopiero po pięćdziesiątce, ale przedtem trzeba się było pożegnać ze stygmatem rodzinnego Hajborka, z mężem biegającym w kalesonach po domu, z Polską szarą i ograniczającą oraz z trudami początku emigracyjnego życia, gdzie pracowała ciężko i zdobyła prawie wszystko. Wszystko poza wiecznością. Dzisiaj cierpi nie tylko dlatego, że jest fizycznie słaba. Oczekując na przyjazd syna, odbiera telefony od rozhisteryzowanych sióstr, które wciąż powtarzają jej imię tak, jakby tożsamość Reginy była obecnie czymś poddanym w wątpliwość. Ona sama nigdy nie odpuszczała. Żegnała się bez żalu z tym, co niewygodne i uwierające. Z chorobą pożegnać się nie sposób. Czas na spotkanie z synem, który zmuszony będzie po raz pierwszy sam podejmować decyzję za siebie i matkę, sam zmierzy się ze wstydem własnym i osamotnieniem Reginy, której nie pomogą teraz paznokcie umalowane na czerwono, szykowna ruda fryzura czy sześć rąk do pracy, bo zwinność i siła to już wyznaczniki tego, co było.

Regina ugrzęzła pośród trójek. Triada życia. Wcześniej trzy wsie. Potem trzy życiorysy, trzy nazwiska. Trzy siostry, od których stroni, i które boleśnie przypominają jej o prozie życia. Trzy rodzaje alkoholów, którymi raczy się na przemian, usiłując zapomnieć o upokorzeniu choroby. W końcu trzy dni z synem, dla których starała się jeszcze trzymać gardę, ale przyszły z nimi tylko problemy, przedefiniowanie pewnych pojęć i pogodzenie z losem, przynajmniej częściowe. Bo trzeba przyjąć to, z czym godzić się nie sposób. "Podtrzymanie, pozostanie, pokaranie". Jacek Melchior zbudował narrację w pewien sposób prowokującą, gdyż tytułowa postać nie jest jednoznaczna i kiedy czuje się złość na jej starcze oczekiwania i zachowania, nie można nie myśleć o sile prowadzącej ją przez długie życie, z którego nigdy nie musiała się tłumaczyć.

Dramat utraty niezależności rysuje się bardzo wyraźnie, ale nie tylko o tym jest ta powieść. Stale silna, wiecznie młoda, wciąż przepełniona energią i konsekwencją w działaniu kobieta staje się nagle stara i ułomna. Żadnej ułomności nie pozwoliła zwyciężyć. Przeżyła tyle, że z jej biografii można by było dać sporo tak szarym i przyziemnym istotom jak jej siostry, które postanowiły się nie wychylać. A Regina wraz ze swoją ciotką zawsze były czarnymi owcami w rodzinie, zawsze widziały więcej i rozumiały tyle, by nie zgadzać się na życie w takiej postaci, jaką oferowała Polska - kraj pożegnany i kraj do zapomnienia. Tyle że o pewnych sprawach zapomnieć się nie da.

Kim jest Regina na emigracji? Dobrą czy złą Polką? Porzuciła system czy rojenia innych, by do tego systemu ją dopasować? To dobrze, że matka jedynaka pozostawia go w Polsce, sama będąc hojną rodzicielką z Wiednia, w którym zdobywa coraz więcej i wreszcie czuje, że oddycha pełną piersią? Polskość Reginy jest jak jej tożsamość - ma rysy, bolesne i niezaleczone rany, jest wciąż kipiąca złością i niezgodą na brak poszanowania wolności, stale udręczona wszystkim, co się straciło, oraz niewiarygodnie silna przekonaniem o słuszności decyzji pozostania poza własnym krajem. Ale Regina to także matka. Melchior rozgrywa przed nami trzyaktowy dramat spotkania ludzi, którzy muszą diametralnie zmienić łączące ich zależności. Regina umiera, Paweł toczy przy niej swe wewnętrzne walki. Dała mu wszystko, co mogła dać. On sam nie jest w stanie zdobyć się na wiele. Nie jest tego nauczony, bo wciąż przytłacza go autorytet witalnej matki, która przewraca się, potyka, mówi z trudnością i prosi o pomoc częściej niż przez całe swoje życie. Relacje dwojga intensyfikują się. Nabierają innej wartości. To dramat ze stopniowanym napięciem; obojgu trudno ze sobą, ale są jednocześnie od siebie zależni. Pojawia się pytanie o to, czy w tej powieści nie kryje się jeszcze kilka niewyjaśnionych tajemnic. Bo życie Reginy wręcz prześwietlamy, a jej relacje z synem na przestrzeni lat zdają się skryte w mroku przeszłości. Wiemy to, co mamy wiedzieć. To, co niedopowiedziane, skryje się boleśnie gdzieś między tymi trzema dniami, w których Paweł będzie zmuszony do opieki nad kobietą samowystarczalną i przepełnioną gniewem na swą ułomność.

To odważna i bezkompromisowa opowieść o tym, w jaki sposób naprawdę bierze się życie w swoje ręce, oraz o tym, że jest możliwe objęcie tego życia, zaszachowanie go, wyznaczenie własnych celów i realizowanie ich bez względu na trudności. To też historia kobiecej niezależności wciąż konfrontowanej ze złymi ludźmi, złymi miejscami i złymi okolicznościami. Historia walki do końca. Przedstawiająca anatomię tej walki. Jacek Melchior napisał książkę o nagłych utratach i o ciągłym zdobywaniu czegoś nowego. O nienasyceniu życiem i o bolesnej chwili konfrontacji z własną słabością. To historia trudnych relacji, zauroczeń, fascynacji oraz gniewu. Jest o wstydzie, jest o słabościach. Jest też o wybaczaniu i porozumieniu. Rzecz warta uwagi ze względu na wszystkie możliwe interpretacje rodzące się wprost z tekstu i kryjące gdzieś między kolejnymi zdaniami. 

2015-02-20

"Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" Ida Linde

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 18 lutego 2015

Liczba stron: 76

Tłumacz: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Bliskość i odchodzenie

To jedna z tych kameralnych opowieści - jak chociażby "Okna" Anny Arno - o naprawdę wielkich sprawach. Ida Linde wprowadza nas w niepokojący świat kilku końców, ale przede wszystkim prezentuje sceny zintensyfikowanego bycia razem. To poetycka opowieść o utracie naznaczona śladami, które zapisują się w pamięci dzięki barwom oraz zapamiętanym obrazom. O nostalgii w kolorze blue... Justyna Czechowska - tłumaczka książki - przeprowadziła nas przez świat wyobraźni chwilami naiwnej, ale za to wyobraźni totalnej. Takiej, która usiłuje zatrzymać każde odbicie rzeczywistości. Wytrzeć z niej niepokojące ciemne plamy. Pozostawić przy życiu umierających i zapisać na zawsze wspomnienia o życiu. "Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" to dramat rozpaczliwego zatrzymania czasu we dwoje. Takiego, który przemija zupełnie inaczej, w swoim rytmie, niespiesznym i bliskim melancholii. Łatwo opowiadać o śmierci jako czymś nieuchronnym czy bezlitosnym. Sztuką jest stworzenie poetyckiej etiudy z okresu, w którym nazywa się wszystko zbyt wcześnie i zbyt pospiesznie, byle tylko w pamięci pozostał czas, kiedy zmienia się kształt rzeczy, myśli i uczuć.

Larsson i dziadek chcieliby może wznieść się gdzieś poza pole grawitacyjne, które każe im być dokładnie w tym miejscu, w jakim się znajdują. "Dwa samoloty, które nie potrafią wystartować", te słowa bawią dziadka, ale też dyskretnie sugerują ułomność nie do pogodzenia. Świat istnienia tej dwójki to rzeczywistość naznaczona niepokojącymi snami na zmianę z bezsennością i wspomnieniami o tej, która już odeszła. Narratorka kompulsywnie bada ślady po zmarłej babci, utwierdzając się jednocześnie w przekonaniu, że dziadek musi być wiecznie. Odbicia babci w starej twarzy, chropowatych dłoniach, w słowach wypowiadanych powoli i z namysłem stają się obrazem osobistych pragnień. Bo przecież czas, który spędzają razem, musi zostać jakoś uwieczniony. Musi przestać się dziać, aby można było odczuć przynależność do drugiego człowieka, do miejsc przez niego naznaczonych. Linde zadaje pytanie o to, co można zrobić, aby zasłużyć sobie na bliskość. Potem tę bliskość zatrzymać i nigdy więcej nie wspominać. Bo nie ma gotowości do utraty, nie ma pogodzenia z brakiem; wciąż ma trwać zbawienny czas teraźniejszy.

Ida Linde obrazuje w sposób bardzo plastyczny. Jest w tym subtelność, która musi mierzyć się z czymś okrutnym. Pośród nazw drobnych cudów przyrody pozostaje dwoje ludzi. Ta poetycka rozprawa z odchodzeniem daje nam także kilka definicji tego, co naprawdę bliskie. Jest się zaczarowanym przez bajkowy wręcz świat wokół. Ale w świecie tym pojawiają się mrok i cienie, krew i bezradność, jest też dużo grozy stopniowanej w taki sposób, że czujemy, iż każda kolejna scena to bolesne wołanie o to, by jutro nadeszło prawdziwe, spełnione i piękniejsze od tego, co dzieje się wokół dzisiaj.

Zaskakująca jest symbioza zdań i słów, które wzajemnie się uzupełniają, przecząc czasami swym znaczeniom. Linde łagodzi napięcie nie w dialogach, lecz w opisach. To tak, jakby słowa były kojące i zawsze oczyszczały. Słowa są gwarantem pełnego kontaktu emocjonalnego między ludźmi z różnych pokoleń połączonych wspólnym doświadczeniem wspominania rzeczy niewygodnych. Wzajemna troska i poczucie, że świat wypełnia się tylko sobą, idzie w parze z konkretyzowaniem oczekiwań na przyszłość. Czas przyszły nastąpi, choć tak bardzo chce się go zakwestionować. Bohaterowie prozy Idy Linde nie są w stanie sprzeciwić się upływowi czasu. Czytelnik nie jest za to w stanie się uchronić przed finałową katastrofą. Bardzo więc bolesna jest w swej delikatności ta książka. Chce się zatrzymać nad niektórymi zdaniami, by nie podążać w tę przyszłość zagłady.

Linde odmalowuje coraz to nowe oblicza strachu. Lęk sygnalizują zmiany w świecie dookoła ludzi. Kiedy nadchodzi prawdziwy strach, nie można się już od niego uwolnić. Jest i złość, wściekłość nawet, są wszystkie możliwe stany emocjonalne od euforii i poczucia szczęścia po rozczarowanie, i bezsilność wobec czegoś, na co nie ma się wpływu. Czytać można tę historię fragmentami i niespiesznie zmierzać ku zakończeniu. Odbierać można świat przedstawiony za pomocą wszystkich zmysłów i w tym odbiorze poczuć zagubienie, bo wieloznaczne metafory wprowadzają niepokój w tych wszystkich momentach, kiedy czujemy się przez poetycki język Idy Linde przytulani.

Metafora nauki pływania być może częściowo odda stopień wewnętrznego zagubienia narratorki. Ta książka ma zatrzymywać ślady i stygmatyzować wspomnienia. "Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" to niezwykła rzecz o osobistej potrzebie zatrzymania w sobie drugiego człowieka i tych wspomnień, dla których czasami nie ma miejsca, bo zbyt mocno bolą, zbyt silnie kaleczą. Piękna rzecz o mało pięknym świecie. O znikaniu i o odejściu, którego przecież być nie może, a jednak się staje. To taka lektura dla wszystkich, którzy potrafią docenić subtelną formę i bolesny przekaz. Albo dla tych, którym uda się po drabinie metafor Linde udać tam, gdzie nie ma straty, śmierci czy odchodzenia. Bo szwedzka pisarka opowiedziała też o kilku wymiarach podróżowania - w głąb siebie, ale także tam, gdzie tkwi się w innych, w ich opowieściach, ich życiorysie i przeżyciach.

Ida Linde bardzo szybko zajmuje wyobraźnię. Długo też w niej pozostaje, bo te proste z pozoru sceny i mało dynamiczne opisy, dają możliwość zakotwiczenia się w pamięci na stałe. Lubię takie kameralne książki o mocnym przekazie. Lubię, jak zostawiają we mnie ślad. Nawet w kolorze blue...

2015-02-18

"Pod schodami" Alison Maloney

Wydawca: Bellona

Data wydania: 5 lutego 2015

Liczba stron: 184

Tłumacz: Krzysztof Cieślik

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Pośród cichych i niewidocznych

Książka Alison Maloney to dość przyzwoity esej obrazujący życie codzienne angielskiej służby domowej. Autorka analizuje pierwsze kilkanaście lat minionego stulecia, stawiając dość czytelną granicę końca opisywanego zjawiska, które po wybuchu pierwszej wojny światowej z kilku powodów nie było już tak częste. Nie jest to esej bardzo dobry, bo skupia się głównie na wymienianiu kolejnych zagadnień, omijając społeczne uwarunkowania tychże oraz nie wnikając głębiej w strukturę obu światów - zapracowanych do upadłego służących i ich pracodawców, którzy żyją od jednego do drugiego posiłku czy przyjęcia w szerszym gronie nakładającego na grupę "pod schodami" jeszcze większe niż na co dzień zobowiązania.

Czyta się tę publikację szybko, albowiem nosi znamiona dosyć szkolnego kompendium. O ile wewnętrzny podział w hierarchii służących nie stanowi dla nikogo nowości, a nomenklatura jest powszechnie znana i rozpoznawana, o tyle warto przeczytać, w jaki sposób na przykład religia była narzędziem kontroli pracujących często ponad ludzkie siły. Autorka wyjaśnia przyczynę licznego zatrudniania służby w sposób dość prozaiczny. W 1911 roku pracowało w takim charakterze dużo ponad milion ludzi. Maloney uzasadnia ich jedyne czasem życiowe wybory powszechną nędzą i ogromnym rozwarstwieniem społecznym, które pogłębiało się tym silniej, że pracujący w bogatych domach traktowani byli czasem jak podludzie - na przykład nie wolno im było bezpośrednio podać gazety, używali do tego celu srebrnej tacy, dotyk dłoni pracodawcy nie był wskazany. Służba stała się wyznacznikiem wyjątkowości w czasach, w których bieda naznaczała niemal każdą rodzinę. To z biedy zrodziła się służalczość i to nędza warunkowała w Anglii początku XX wieku bardziej liberalną formę niewolnictwa, wszak wszyscy usługujący otrzymywali wynagrodzenie.

Pytania mnożą się same. Jak naprawdę wyglądała wewnętrzna hierarchia usługujących? Jakie relacje między nimi panowały? Dyskretne nakreślenie sytuacji, w jakich służba romansowała albo wymieniała się prozaicznymi komunikatami to jednak za mało, gdy chce się zrozumieć codzienność ponadmilionowej grupy wykorzystywanych na własne życzenie. Czym kierowano się w doborze służących? Jak wprowadzano ich w tajniki domu? Maloney ogranicza się do zdawkowych relacji o rozmowach kwalifikacyjnych oraz do wypunktowania najczęściej powtarzających się zaleceń dla służby. Wśród nich imperatyw dyskrecji. O tym wiemy z pierwszego lepszego filmu i niepotrzebny nam do tego angielski kontekst. Służący każdego szczebla musieli być niewidzialni, wtapiać się w tło, nie wchodzić w żadne relacje z pracodawcami, unikać z nimi nawet kontaktu wzrokowego. To nie są jakieś szczególnie odkrywcze ani zaskakująco nowe refleksje. A jednak na tego typu konstatacjach zbudowana jest ta książka. Esej z dużym potencjałem, ale bardzo wybiórczo traktujący temat. A może celem autorki było li tylko wypunktowanie wszystkiego, co dotyczy codzienności służących, bez ambicji nakreślenia kontekstu, bo do niego należałoby użyć mniej wyraźnej kreski?

"Pod schodami" opowiada o marnej cenie ludzkiego życia w atmosferze wielkiego luksusu. To historia wyzysku i jednocześnie opowieść o dylematach życiowych ludzi, dla których wystarczającą motywacją do utrzymania się w zawodzie był fakt otrzymywania wiktu i opierunku, na jakie nie mogli liczyć w swoich biednych domach. Czytelnym symbolem oddzielenia od siebie dwóch całkowicie różnych światów są wspominane kilkakrotnie zielone drzwi. Oczywiste jest, iż Maloney nie zagląda za nie uważnie. Problem polega na tym, że portretowanie codziennego życia służby jest dodatkowo dość mizernie gruntowane przez materiały źródłowe. Pojawią się pewne smaczki, jak porady dotyczące pielęgnacji włosów, przygotowania dlań właściwej pomady czy poradnik czyszczenia zastawy stołowej albo rozbudowane menu odbywających się późnym wieczorem obiadów. "Pod schodami" to też dowód dbania o detale. Tak jak dbała o nie angielska służba. Nie ma sfery, którą Alison Maloney pozostawiłaby niewyjaśnioną. Śmiało informuje także o przypadkach molestowania seksualnego służby przez pracodawców i o naturalistycznych detalach życia na granicy ludzkiej wytrzymałości, także tej psychicznej. Nie ma jednakże dostatecznie silnego zaangażowania się w przedstawianą problematykę, co skutkuje rozczarowaniem, bo życie "pod schodami" jawi nam się jako zbiór liczb, wzorów, definicji i porad. To tak, jakby autorka eseju nie zajrzała dostatecznie głęboko pod tytułowe schody. Buduje za to nadzwyczaj proste porównania, by ukazać przepaść między tymi, co służą a tymi, co posługę zlecają.

Koncentruje się to przede wszystkim na prezentowaniu nakładów na posiłki. Bogata angielska rodzina przejada podczas wystawnego obiadu wielokrotność rocznych pensji tych, którzy potem dojadają resztki, a właściwie konsumują znaczną część żywności przeznaczonej przecież do wyrzucenia. I to właściwie jedyna figura podkreślająca tezę o nierówności. Jedyna naprawdę wyraźna. Najwięcej jest w gruncie rzeczy o szeregach różnych hierarchii, za wymienianiem których nie stoi żaden rozbudowany komentarz. Możemy jedynie rozmyślać o tym, czym naprawdę było życie zapracowanych od świtu do zmroku służących. Możemy być świadkami podziału majątkowego i społecznego na korytarzach oraz w pokojach bogatych domów. Snobów i cierpiących, których naprawdę rzadko wiązało coś więcej niż stosunek pracy.

"Pod schodami" ma pewną wartość poznawczą. Istotne są wspomniane już zbiory liczb, szczegółowe przeliczenia. Pojawiają się także głosy tych, którzy angielską służbę początku XX wieku znają z autopsji. Maloney sygnalizuje także, że czasami biedni zapominali, z czego wyrośli. Pokazuje ogromną determinację w trwaniu na stanowisku służącego, gdy tak niewiele było możliwości awansu i niewielu udawało się zbliżyć do zielonych drzwi, pod którymi przecież nie wolno było podsłuchiwać. Esej Alison Maloney dość sprawnie prowadzi nas przez czas, który minął. Dzisiaj służba w brytyjskich bogatych domach to praca świetnie opłacana. Nie tylko pieniądz lub jego brak wpływał na zmienny status domu ze służącymi. Autorce nie udaje się tej płynności pokazać. Prawdopodobnie dlatego, że bardzo rzetelnie skupia się na wspomnianych we wstępie latach, cofając się w czasie tylko w razie najwyższej konieczności, aby udowodnić tezę lub poprzeć myśl. Wybieganie w przyszłość odpuszcza całkowicie. Cisi i niewidzialni są dla niej chwilami przedmiotami, a nie podmiotami rozważań. A może tylko odnosi się takie wrażenie w tej mnogości tabel, wykresów, wyliczeń i ilustracji.

2015-02-16

"Dom z witrażem" Żanna Słoniowska

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 lutego 2015

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Lwowskie historie

Oto narracja, którą jednogłośnie uhonorowaliśmy pierwszą nagrodą w konkursie Wydawnictwa Znak "To się musi POWIEŚĆ". Mogę o tej niezwykłej książce napisać jako juror, czytelnik i patron medialny. Już sam wybór spośród wielu jest dowodem na to, że "Dom z witrażem" to opowieść wyróżniająca się. Czas napisać o tym, co stanowi o jej niewątpliwej wartości i dzięki czemu uznałem ją za najlepszą.

Rzecz rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, ale zasadniczą tezą, do której Żanna Słoniowska nawiązuje, jest przekonanie o tym, że nikt z nas nie może stać obok Historii - ona się na pewnym etapie życia upomni o swoje prawa, o swą obecność i o bolesny ślad, który pozostawia w każdym, kto zrozumie, iż tworzą ją skryte pragnienia oraz zgubne namiętności. Z pewnością można i należy czytać tę powieść jako dzieje czterech kobiet, którym Historia wyznaczyła role i zadania, kazała się ustosunkować do panujących warunków oraz wybrać rodzaj buntu, bo to zawsze był czas kontestacji i niepokoju. Jako opowieść o kobietach w sidłach wielu namiętności "Dom z witrażem" jest po prostu powieścią obyczajową, ale siła książki tkwi w czymś innym - w uwarunkowaniach i kontekstach, w jakich kobiety Słoniowskiej muszą zmierzyć się z własnymi potrzebami oraz rekompensować sobie braki.

Jest także tytułowy dom oraz witraż, jedenastometrowe dzieło sztuki nieznanego twórcy, czytelna alegoria trudów losu i jego zmienności, obiekt fascynacji mężczyzny wiążącego się najpierw z matką, potem z córką. Nazwany "membraną kulturową miasta" opowiada historię Lwowa - tygla różnych nacji, światopoglądów i miejsca pokornie godzącego w sobie wojnę, pojednanie oraz te wszystkie dwuznaczności, jakie odczytać można choćby z metafory pochowanych na Cmentarzu Łyczakowskim. Książka Żanny Słoniowskiej to historia różnych odczytań i niepokojących niedomówień. Można porządkować ją interpretacyjnie, można także dać się ponieść żywiołowi słowa autorki, dla której snucie opowieści to uwodzenie czytelnika.

Prababce los odebrał kiedyś mężczyznę, w związku z tym przez całe życie rygluje drzwi, a dźwięk dzwonka wciąż brzmi dla niej okrutnie. Prababka żyje w czasie przeszłym, pozwala sobie na zgorzknienie, na prywatne histerie oraz na półżycie w mroku i zaduchu. Męskość jest jej jednoznacznie obca. Ofiarowała serce komuś, kto odrzucił miłość. Przywiązała się do tego, którego zabrano. Konflikt z wnuczką to zderzenie rezygnacji i strachu ze specyficzną formą kontestacji rzeczywistości, której poznanie jest nie tyle dramatem, ile punktem wyjścia do zdecydowanego buntu. Aba, córka Prababki, swoje cierpienia chowa gdzieś głęboko w duszy. Zamordowali jej ojca i pewnego lipcowego dnia 1988 roku mordują córkę. Abie nie udało się sprzeciwić matce, w związku z czym pożegnała się z marzeniami o rozwoju malarskiej pasji i pożegnała w sobie Polskę. Bo Aba czuje się Polką, choć ojczyzna nie zabrała jej ze sobą na zachód, kiedy żegnała się z Lwowem. Marianna, jej niepokorna córka, jest za to Ukrainką z wyboru. To scena jej pogrzebu otwiera tę narrację. Marianna decyduje się świadomie na samotne macierzyństwo, potem oddaje się przeklinanej przez Prababkę muzyce, by na końcu śpiewać na ulicy, bo w teatrze nie walczy się z systemem i niesprawiedliwością oraz ślepym losem, który kieruje w jej stronę kulę snajpera przeznaczoną dla kogoś innego...

Po zabitej śpiewaczce pozostaje jedenastoletnia sierota. To ona zmierzy się z zadaniem opowiadania historii o tym, co minęło, i o tym, co w dzisiejszym Lwowie wciąż jest pamiątką po dramatach kobiet z jej rodziny. Owinięte w ukraińską flagę zwłoki Marianny wyznaczają dość wyraźnie kierunek, w jakim podążać będzie najmłodsza z rodziny, poznając ten najbliższy Lwów, ale też Lwów wielu minionych dziesięcioleci, którym przyglądał się barwny witraż, tak bardzo przykuwający uwagę Mikołaja. To jedyna męska postać w tej książce i dodatkowo postać dość dwuznaczna. Mikołaj jest zachowawczy, nie buntuje się, stoi gdzieś obok silnych kobiecych osobowości i uznaje, że jego narodowością jest narodowość lwowska. Postać Mikołaja otwiera w opowieści Słoniowskiej kilka furtek interpretacyjnych i stawia parę intrygujących pytań. Jednym z nich jest pytanie o motywacje córki, która zbliża się z kochankiem matki, pozwala sercu kierować sobą i po niedługim czasie dramatycznie pyta siebie i Mikołaja o to, co zrobić z tym, co powstało między nimi.

Młoda narratorka buduje wizerunek Lwowa w samej sobie. Podąża śladem matki w każdy możliwy sposób. Zbliża się z Mikołajem, szuka wraz z nim odpowiedzi na nurtujące ją pytania, wędruje z nim po Lwowie ze swoimi tajemnicami. Ale to nie wątek miłosny ma przykuwać uwagę, choć Żanna Słoniowska pisze także o tym, jak radzić sobie z uczuciami w obliczu zmian świata nieczułego na uczucia. Kochanka Mikołaja, pozostałość po tej pierwszej, bolesny ślad wspomnienia i alternatywa dla zagubienia, staje obok niego naprzeciw kilku ważnych dylematów. Mikołaj to człowiek wiecznego pogranicza, bez jednoznacznej tożsamości. To postać nieco rozmyta; ważna, ale znajdująca się jakby w tle. Nie ma Mikołaja w przejmującej scenie kończącej książkę. Czy tkwi w życiu narratorki wystarczająco silnie, by pomóc jej zrozumieć motywacje matki, a może nawet podjąć trud walki o wolność, której tak bezgranicznie się oddała w okresie przed swoją śmiercią?

"Dom z witrażem" to bolesna opowieść o Ukrainie, gdzie żyją ze sobą w trudnej symbiozie narody, przekonania, wątpliwości, różne formy buntu i niewyrażalny smutek do pary z rozczarowaniami. Historia Lwowa, historia kobiet w czterech pokoleniach, odważne kroki i oznaki konformizmu. Wybory, dla których nie ma uzasadnienia i decyzje śmiałe, od jakich nie ma już odwrotu. Tytułowy witraż opowiedziałby o wielu sprawach, dla których wyrażenia wcześnie pozbawiona matki kobieta musi znaleźć słowa. Żanna Słoniowska opowiada o ludzkich wyobrażeniach, które rozpadają się przedwcześnie. O namiętnościach niekontrolowanych i tych nie do końca świadomych. O trudnym czasie historycznym i o konsekwencjach zdecydowanej obrony własnych poglądów. Boleśnie zbliżona do dzisiejszej rzeczywistości fikcja literacka Słoniowskiej to nie tylko zręcznie spisana historia walki, upokorzenia, cierpienia i siły. Wieloznaczność tej narracji to jej zasadnicza siła. Ona wyróżniła tę powieść w konkursie. Myślę, że wśród czytelników sama się obroni.


PATRONAT MEDIALNY

2015-02-14

"Nie taka dziewczyna" Lena Dunham

Wydawca: Czarne

Data wydania: 4 lutego 2015

Liczba stron: 280

Tłumacz: Dobromiła Jankowska

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Walka, odkrywanie i brak konturów

W omówieniach tej książki skupia się uwagę na Lenie Dunham, ponieważ o samej publikacji nie da się napisać zbyt wiele. Moja jednorazowa przygoda z tą ekscentryczną postacią polegała na tym, że przed kilku laty z dużym zainteresowaniem oglądałem offowe "Mebelki", zastanawiając się nad tym, ile złego w tej historii neurotycznej dziewczyny oferuje jej nieprzyjazny świat, a ile złego czyni ona sama światu. Film to intrygująca historia nieprzystawalności na własne życzenie warunkowana licznymi niefortunnymi zbiegami okoliczności. Rolę Aury Lena Dunham zagrała koncertowo. Sama napisała scenariusz i wyreżyserowała film. Kiedy czytam jej książkę, zastanawiam się nad tym, ile z tamtej niemożliwie biernej abnegatki kryje się w ekspresyjnej opowieści pozbawionej przede wszystkim celu i właściwości. Bo "Nie taka dziewczyna" ma być dowodem na to, że zawsze trzeba walczyć o uwagę, umiejętnie opowiadając własną historię. Swoją opowieść Dunham buduje w bardzo uporządkowany sposób. Oto bowiem wkraczamy we wszystkie święte sfery kobiecości, które sensownie podzielone są na rozdziały o miłości, seksie, przyjaźni i pracy. Czytamy rzecz, w której dygresyjność prowadzi donikąd. To taka złośliwość innego oblicza Aury z "Mebelków", efekt nadmiernej pewności siebie i ogromna wybiórczość tematyczna do pary z nieznośnie wylewną narracją.

Chciałoby się znaleźć w tej książce kilka złotych myśli, wartościowych sformułowań i oryginalnych opinii. Skoro rzecz sprzedała się i nadal sprzedaje w tak dużych nakładach, musi być o czymś. O czymś ważnym. Może wypunktowanym. Dunham punktuje co innego. Choroby, których się boi. Rady ojca. Powody, dla których jest przywiązana do Nowego Jorku, bo tę wielkomiejskość w sobie ustawicznie podkreśla. Poszukując wartościowych fraz, natrafia się głównie na jedną, która dość wyraźnie nakreśla charakter "Nie takiej dziewczyny". Lena Dunham stwierdza bowiem: "Żyję w świecie, który jest wręcz obsesyjnie wolny od tajemnic". Taka jest też ta książka. Autorka odziera się z prywatności. Sfera intymnych doznań i przeżyć zdaje się dla niej nie istnieć. Opowiada o tym, co ma pod bluzką, co w torebce, kiedy spóźnia się miesiączka i dlaczego dopada ją chroniczny ból pochwy. Snuje opowieści o komplikacjach i oczekiwaniach związanych z własną seksualnością oraz o najbardziej skrytych lękach, którym psychoterapeuci wychodzą naprzeciw już w czasie, gdy Dunham jest nastolatką. Czy to wszystko ma udowadniać, iż rzeczywiście jej historia warta jest opowiedzenia? Nie, jeżeli spojrzeć na tę książkę tylko przez pryzmat często chaotycznych opowieści o nieznośnych stanach zanurzonych w intymności. Trudno jednak szukać czegoś innego w narracji mocno przegadanej i niestety dość płytkiej, gdyż umieszczanie czegokolwiek w jakimś kontekście jest dla Leny Dunham czynnością niemożliwą, a to być może ratowałoby tę książkę.

To jednak mimo wszystko narracja kobiety odważnej i zdecydowanej podążać naprzód mimo przeszkód, z jakimi musi się mierzyć, bo przecież nie jest doskonała, na pewno umrze, nie może dojść do porozumienia ze swoim ciałem i myśli też niekoniecznie są jej podległe. Nie chce się oddać tej lektury, zdecydowanie się od niej odwrócić, tylko wykpić i wytknąć absurdalność wielu zwierzeń. Lena Dunham dość inteligentnie prowokuje do dyskusji o tym, co w dzisiejszych czasach warunkuje szczęście. Opowiada o takiej kobiecie, dla której poszukiwania kolejnych granic, jakie można przekroczyć, to nie tyle priorytet, ile dość skomplikowana konieczność. Dunham z jednej strony wciąż walczy ze zmieniającymi się nastrojami i uporczywie zmaga z wątpliwościami różnej natury. Z drugiej jednak - zdobywa się na odwagę bezpardonowej walki i przekazuje swą energię wszystkim tym czytelniczkom, którym ta książka może być niezwykle potrzebna. Takie opowieści mają swoją moc. Zmieniają nie tylko opowiadających, ale przede wszystkim niezdolnych do samodzielnej batalii o siebie odbiorców. "Nie taka dziewczyna" nosi znamiona poradnika, ale z pewnością nie udziela żadnych konkretnych odpowiedzi na pytania o to, jak żyć. Chodzi tu bardziej o fakt ustawicznej walki i o zwycięstwa - te małe i te kolosalne, dostrzegane przez innych, nagradzane akceptacją i oklaskiwane, bo zmiany widać gołym okiem, a wewnętrzna batalia umyka uwadze otoczenia.

Świat otaczający Lenę Dunham to rzeczywistość niewyraźnych konturów. Nowojorskie zagubienie skutkuje dość wczesnym poczuciem tego, że nie jest się wartościowym. Wartość samej siebie Dunham wciąż kwestionują zmienne relacje z innymi ludźmi. Ale inni są jakby tłem, bo przecież autorka rozprawia się z samą sobą. Ze swoim ciałem na przykład. Jego historię zapisuje w krótkich rozdziałach, tak jak opowiada o relacjach z płcią przeciwną - jest w nich wieczna chęć rekompensowania różnych braków, są oszustwa emocjonalne, flirt i walka oraz bardzo dużo energii, którą pochłania poszukiwanie siebie w innych. Rozważania o seksie kierują na drogę rozmyślań o własnej tożsamości. Dunham rozpaczliwie próbuje nazwać swoje wątpliwości, ale też w wątpliwy sposób używać siebie i życia tylko po to, by udowodnić, iż każde kolejne wyzwanie niesie w sobie stratę i żal.

Autorka nie będzie wypatrywać białego żagla na mglistym widnokręgu, jak czyniła to pani Bovary, wtapiając się w szarość egzystencji i nie walcząc o siebie. Lena Dunham chce mieć właściwie wszystko oraz wszystkiego doświadczyć. Nie można się jednak zdecydować, co ma być zasadniczym atutem "Nie takiej dziewczyny". Są w niej bowiem bardzo obszerne fragmenty naprawdę o niczym. Jedna z najbardziej mglistych części - by nawiązać do Balzakowskiej symboliki mgły - to rozważania o przyjaźni, które nie są czytelne i nie obiecują nam niczego poza refleksjami o tym, iż mamy tu do czynienia z czymś na kształt alternatywy dla seksualności.

Przyznam, że chęć zapoznania się z tą książką szła u mnie w parze z prostym oczekiwaniem. Chciałem poznać spójną wizję siebie, jaką stworzy Dunham. Mogłem tego oczekiwać. Tak, zauważyłem cudzysłów w opisie na okładce. Wiedziałem, że to nie będzie poradnik o tym, czego życie naprawdę nauczyło. Mimo wszystko rozczarowanie jest spore. Odnalazłem fragmentami inspirujące, ale w dużej mierze jałowe koncentrowanie się na fizjologii, atawizmach i na działaniach, za którymi rzadko stoi refleksja i - o czym wspomniałem - jakikolwiek wyraźny kontekst. "Nie taka dziewczyna" to z pewnością rzecz energetyczna oraz nietuzinkowa, ale tymi dwoma określeniami można określić tę książkę tylko dlatego, że bez względu na wszelkie łzawe rozczulenia i wyznania mamy do czynienia z autorem dosyć wyraźnym. Problem tej osobowości tkwi w braku konkretyzowania oczekiwań i działań ku spełnieniu celów. Powstaje zatem książka rozmyta. Przynosząca rozczarowanie.

2015-02-10

"Córki marionetek" Maria Ernestam

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 28 stycznia 2015

Liczba stron: 432

Tłumacz: Magdalena A. Kostrzewska

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dobrzy ludzie, niedobre sprawy

Tych, którzy przeczytali wydany przed rokiem wstrząsający reportaż Görana Rosenberga "Krótki przystanek w drodze z Auschwitz", z pewnością zainteresują "Córki marionetek" - poruszająca opowieść o losach uchodźców wojennych w Szwecji. Maria Ernestam w bardzo kameralny sposób opowiedziała historię o ludzkim cierpieniu i okrucieństwie. O tym, że wojna, choć daleka od Szwecji, także i w tym kraju miała swoje miejsce, pokazując przerażające oblicze. Ono jest czytelne, bardzo wyraźne mimo upływu lat i wciąż niebezpieczne, wciąż groźne... Ta książka zadaje kilka fundamentalnych pytań, między innymi o to, ile zła w nas tkwi i jakie okoliczności powodują, że je z siebie wydobywamy. To także rozprawa z małymi miasteczkami i dobrymi ludźmi w nich. Rzecz o zmowie milczenia i o konsekwencjach tejże zmowy, wciąż odczuwanych w kolejnym pokoleniu.

Nic nie jest w tej książce przypadkowe, nic nie jest elementem bez znaczenia. Pośród okrutnych baśni, pośród lalek i obok karuzeli, które niosą w sobie wyraźną symbolikę, rozgrywa się opowieść o pamięci i zapominaniu. O tym, co wydarzyło się w kraju umiejętnie trzymającym się z dala od wojny. W kraju, w którym zaznać można było równie wielkiego okrucieństwa i uprzedzeń, ale w sielankowej wręcz scenerii. "Córki marionetek" to nie jest książka sielankowa. Świetnie skonstruowana i doskonale stopniująca napięcie. Stale stwarzająca wrażenie, że znaleźliśmy się w świecie, w którym nic nie jest tym, na co wygląda.

Mariana w 1981 roku zapamiętała na całe życie potworny obraz. Znalazła ciało zabitego ojca, któremu założono białe rękawiczki i posadzono go na jednym z koni rodzinnej karuzeli. To dające radość urządzenie Maria Ernestam ukaże z zupełnie innej strony nie tylko dlatego, że to właśnie na karuzeli pozostawiono zwłoki mężczyzny borykającego się ze śladami mrocznej przeszłości i wrogami w małym miasteczku. Bo małe miasteczka nie są takie urocze, jak się to wydaje na początku. Przywiązują do siebie, to fakt. Wiele lat po tragedii Mariana wciąż mieszka w rodzinnym domu, wciąż eksploatuje karuzelę i nadal poświęca się temu, co stanowiło pasję jej ojca, a mianowicie marionetkom i innym antycznym drobiazgom, sprzedawanym w sklepie rodzinnym, do którego jest szczególnie przywiązana. A pamięć o ojcu wciąż jest żywa. Ponoć ci, którzy go zamordowali, dawno już opuścili Szwecję, nie ma po nich śladu i nigdy nie powrócą. Zaskakujące, z jaką siłą i jakim natężeniem dawne zło może wrócić w każdej chwili do tych, co zupełnie się tego powrotu nie spodziewają...

Mariana ma dwie siostry, każda z nich inaczej niesie w sobie pamięć po zabitym ojcu. Elena i Karolina niewiele pamiętają. Dużo pamięta ich matka, ale nie zdradza się ze swą mroczną wiedzą. Mariana pozostała wierna zajęciu, przy którym odnajduje swoje miejsce oraz cel. Rozstaje się z mężem i córką szukającymi miejsca za oceanem. W oddaleniu kochanek, do którego Mariana pisze płomienne maile. Tuż obok siostry, każda odmiennie zakorzeniona w rzeczywistości, każda związana z miasteczkiem i nieświadoma grozy, jaką w sobie kryje.

A groźnie zaczyna być w momencie, w którym ktoś rozbija szybę sklepu Mariany. Potem mają miejsce kolejne niepokojące incydenty, które główna bohaterka ignoruje. Mariana jest dobra z natury i ufa ludziom. Nie podejrzewa nikogo z najbliższego otoczenia o to, że mógłby jej lub komukolwiek w pobliżu zagrozić. Tymczasem dzieje się wiele złego, ale nie znamy źródła tego zła. Sporo kryje się w życiorysach mieszkańców miasta, portretowanych dość oszczędnymi, ale wywołującymi ciekawość środkami. Pośród ludzi z otoczenia Mariany znajdują się tacy, którzy - tak jak ona sama- nie pogodzili się z pewnymi faktami z lat minionych, a tę pamięć ożywia dodatkowo urlopowany amerykański dziennikarz, który przybywa do miasteczka, by odnowić okoliczną piekarnię. Amnon wzbudzi zaufanie Mariany, bo ona tak naprawdę zaufać może każdemu. Do czego doprowadzi wizyta Amnona? Jakie mroczne sekrety wyjdą na jaw i czy zbrodnia sprzed lat wreszcie zostanie wyjaśniona?

Ivo, niemiecki kochanek Mariany, w jednym z maili pisze dość istotne słowa. "Ważne wybory rzadko dokonują się między dobrem a złem - zazwyczaj między strachem a bezpieczeństwem". O tych wyborach będzie między innymi książka Marii Ernestam. O ładzie, który był sankcjonowany pewnymi niepisanymi ustaleniami i o zburzeniu tego status quo, za czym idą umiejętnie skrywane tajemnice. W miasteczku tej powieści żyją przecież sami dobrzy ludzie. Tak samo dobrzy jak Mariana. Widać wyraźnie, że to obiegowe powiedzenie nie odnosi się ani do nadmiernie ambitnego koniarza, z którego wręcz tryska testosteron ani też do skrytej i zakompleksionej nauczycielki czy matki jednej z dziewczynek, która ma zwyczajnie dość macierzyństwa. Coś jest nie tak w miejscu, w którym się znajdziemy, i dopiero po pewnym czasie dowiemy się prawdy. Wszystkie uczucia i wszystkie myśli, spowite przez mroki przeszłości, ujrzą się na nowo w innym świetle. Prowincjonalna Szwecja w narracji Ernestam ma w sobie wiele grzechów i do wielu nie chce się przyznać. A to dopiero początek. Bo do miasteczka w czasie wojny trafili ci, dla których niekoniecznie było miejsce pośród tych wszystkich dobrych ludzi i w tym wspaniałym kraju trzymającym się tak dzielnie z dala od wojny.

"Córki marionetek" to thriller, w którym miłośnicy wartkiej akcji i spektakularnych zdarzeń na pewno się nie odnajdą. Chodzi przede wszystkim o historię. Tę zafałszowaną i tę przemilczaną. O wszystko to, co kryje się w gestach i zachowaniach, a nie wyraża w słowach. Tak jak w przypadku lalek, które odgrywają swoje nieme role, a największą nawet tragedię i grozę pokazują w taki sposób, że odbiorcy spektaklu się śmieją. Marionetki w teatrze Ernestam przemówią wtedy, gdy już nic nie będzie dla nas tym, czym zdawało się wcześniej. Powiedzą prawdę.

Książka napisana została pod wpływem fascynacji pewną rodzinną historią autorki. To nie jest zatem fikcja nieprawdopodobna. Ta książka wstrząsa i wciąż na nowo prowokuje do dyskusji o tym, na ile zła w życiu mogą sobie pozwolić pojedynczy człowiek i zbiorowość ludzka. A może opowiada przede wszystkim o tym, na ile pozwolili sobie tak naprawdę i w rzeczywistym świecie...

2015-02-07

"Pierwsza na liście" Magdalena Witkiewicz

Wydawca: FILIA

Data wydania: 14 stycznia 2015

Liczba stron: 345

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Dobro jest najważniejsze

Lubię pisanie Magdaleny Witkiewicz, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie pisze dla mnie. Śledzę co którąś tam z kolei jej powieść, bo nie nadążam za tempem, w jakim autorka wydaje następne. Ta jest jedenasta. Prosta historia o tym, że ważne jest w życiu, by czynić dobro, i o kobiecej przyjaźni, która zwalczy wszelkie przeciwności losu, niestraszny jej będzie upływ czasu i uda jej się udowodnić, że każde pęknięcie ludzkiej duszy można cudownie wyleczyć. "Pierwsza na liście" nieco mnie rozczarowała. Narracje Witkiewicz, które poznałem, wyróżniały się w zalewie tak zwanej literatury kobiecej naprawdę przemyślanymi konstrukcjami i dość kontrowersyjnymi tezami. W tej książce jest po prostu za słodko, mimo że opowiada o bardzo dramatycznych wydarzeniach, a jej bohaterki na różnych poziomach i w różnych okresach życia muszą mierzyć się ze śmiercią kogoś z najbliższego otoczenia. Powieść dla ludzi czyniących dobro prowadzi nas przez szereg komplikacji, by dość lekko, a na pewno nazbyt łatwo złożyć te skomplikowane życiowe puzzle, które rozsypuje przed nami autorka, pisząc rzecz o niezwykłej determinacji w walce o szczęście.

Ina to kobieta sukcesu. Świadoma swojej wartości i wykorzystująca własne atuty, które pozwalają jej usidlić każdego upatrzonego mężczyznę. Jako dziennikarka tkwi w czymś na kształt zawodowego rozdwojenia jaźni, bo w brukowcu zarabia, a w ambitnym piśmie szlifuje warsztat. Ina prezentuje dość infantylne podejście do życia, albowiem jest przekonana o tym, że skoro los latami był dla niej mało łaskawy, nie ma żadnego powodu, by ułatwiać egzystencję innym. Na złość życiu odmraża sobie... duszę. Kiedy pewnego wieczoru w jej drzwiach staje mokra od deszczu Karola, Ina nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele zmieni w niej opowieść dziewczyny i jak błyskawicznie przełączy ją w tryb skorej do pomocy i oddanej innym.

Karola ma swoją historię i swój ból. Nastolatka z problemami dorosłego człowieka. Dojrzała zdecydowanie przedwcześnie i świadoma strat, jakie być może za chwilę nadejdą. Zdeterminowana, by walczyć w kilku możliwych znaczeniach. Karola wie, czego pragnie, i zdaje sobie sprawę, co może zmienić, a z czym ma się pogodzić. To ona uświadamia Inę, że są sprawy, za zaniedbanie których można płacić całe życie. Ona też pokieruje nową znajomą tak, by odzyskała sporo z tego, co zabrała jej mroczna przeszłość.

Grażyna mierzy się ze śmiercią męża i wciąż nie może pogodzić się z bezsensowną utratą. Róża jest już pogodzona, ale wcześniej utrata rodziców była dla niej traumą. Obie zbliża hospicjum oraz pokora wobec śmierci. Takiej, której nie sposób zapobiec, ale którą można oswoić. Obie zbliży nie tylko świadomość nieodwracalnej utraty, lecz także coś innego. Wszystkie wymienione kobiety spotkają się przy ognisku, a to spotkanie stanie się prologiem, wyraźnie sygnalizującym dobre zakończenie powieści. Bo przecież książka o czynieniu dobra nie może się kończyć źle, prawda?

Jeśli uznać, że Magdalena Witkiewicz w każdej kolejnej powieści kreuje zupełnie inny świat przedstawiony całkiem świadomie i że są to książki bez związku z pozostałymi, można zrozumieć zastosowany w "Pierwszej na liście" zabieg dramatyzowania fabuły poprzez męską zdradę, kilkukrotną zresztą; napiętnowaną tym mocniej, że zdradzający to jednoznacznie sportretowany niebieski ptak i wolno mu zabrać głos tylko w liście, w fabule nie ma dla niego fizycznie miejsca. Jeżeli natomiast patrzeć na bogatą twórczość autorki jako odzwierciedlenie jej poglądów i uzupełnianie wyrażanej filozofii życia, coś mi tu we wspomnianym zabiegu nie pasuje. "Opowieść niewiernej" nie tyle sankcjonowała zdradę, ile przede wszystkim dorabiała do niej dość interesującą filozofię. Zdradzająca dawała sobie prawo do romansu. Co więcej - utwierdzała sama siebie w przekonaniu, iż jest to słuszna droga, że takie poszukiwania mają sens i są wartościowe. Ten, który zdradza w "Pierwszej na liście", potraktowany został przez Witkiewicz dość okrutnie. Mężczyzna pozwalający sobie na skoki w bok nie znajduje u autorki takiego zrozumienia. Właściwie żadnego zrozumienia. I to nie jedyny dowód na to, że w powieści o sile kobiet siła ta dość czytelnie potrafi zmiażdżyć drugą płeć. By nie było to czytelne, mamy także poczciwca - kierowcę, rycerskiego wobec Karoli, usłużnego i szanującego, dość szybko stapiającego się z tłem, bo podzielającego wszelkie poglądy oburzonej życiem młodej znajomej, a potem partnerki.

Ale to nie o płciach i ich rolach jest ta książka. "Pierwsza na liście" ma być w dużej mierze o wybaczaniu. O uwalnianiu w sobie pozytywnej energii mimo nagromadzenia dramatów i o tym, że trudno być dobrym przede wszystkim dla samego siebie. Pomimo, że ta narracja każe nam mierzyć się z problemami przerastającymi wielu, niemiłosiernie szybko przeradza się w coś na kształt współczesnej bajki, w której zacierają się kontury tego, co rzeczywiste na rzecz szybkiego udowodnienia tezy, że dobro jest czymś nadrzędnym i warto o nie walczyć.

Magdalena Witkiewicz niebezpiecznie szybko przechodzi od dramatyzowania do sielanki. Zaskakująco prosto ukazuje dość skomplikowane przemiany wewnętrzne oraz upraszcza motywacje bohaterek, czyniąc niektóre z nich postaciami raczej papierowymi. Czyta się to oczywiście szybko i bez większego obciążenia, jednak po raz kolejny odnoszę wrażenie, iż pewien typ książek kreuje iluzję dla tej grupy docelowej, która tą iluzją chce być oszukiwana. To jedna z nich. Bolą truizmy stanowiące o przesłaniu tej pozycji, jak przekonanie o tym, iż nigdy nie można bać się marzeń oraz że należy wierzyć, iż szczęście i miłość to wartości zdecydowanie dominujące w życiu. W nowej powieści Witkiewicz zabrakło mi dwuznaczności, wyrazistości i zwyczajnego pazura, które tak bardzo zapadały w pamięć przy jej poprzednich książkach.

2015-02-04

"Motory rewolucji" Grzegorz Szymanik

Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 stycznia 2015

Liczba stron: 184

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Gdy nie można zastygnąć...

Grzegorz Szymanik jest młodym i ambitnym reporterem. Rzeczy już opublikowane połączył w zbiór opatrzony słowami padającymi w rozmowie z jednym z ukraińskich opozycjonistów. Książka sama w sobie jest dobra, choć chwilami odnieść można wrażenie, że te pierwsze reportaże, spisane już sześć lat temu, nie kryją jakiejś zasadniczej tezy, stworzono je pospiesznie. Szymanik nie działa jednak po omacku i jest wszędzie tam, gdzie ludzki gniew oraz bezsilność mieszają się w okrutnym tyglu, doprowadzając do przewrotów z niebagatelnie dużą ilością krwi przelanej za złudne idee, zupełnie niepotrzebnie. "Motory rewolucji" to rzecz badająca pęknięcia w samym człowieku. Zwracająca uwagę na stany, w jakich doświadcza on mrocznych metamorfoz, stając się trybikiem zbrodniczej machiny, do której tak naprawdę nie chce przynależeć. Widać to szczególnie w Syrii, gdzie rozmówcami reportera są rolnicy, którym przyszło zamienić motyki na kałasznikowy. Widać na Ukrainie, gdzie spokój to stan duszy dzisiaj chyba wymarzony i gdzie trzeba opowiedzieć się po jednej ze stron, by stanąć przy którejś barykadzie wojny domowej.

Szymanik dobrze wie, do kogo dotrzeć i jakie pytania zadać. Właściwie jest ich niewiele. Sama forma jego reportaży jest bardzo oszczędna, komentarze zastępują czasem metafory, symbole zrównują się ze słowami o okrutnej prozie życia. Jesteśmy w tych miejscach, gdzie rewolucja kipi albo zebrała już swoje tragiczne żniwo. Także w takich jak Mauretania - tam wciąż na nowo wybuchają rewolty, ale można także szybko i sprawnie ugasić palącego się desperata, który byłby w stanie wywołać nadprogramowy niepokój. Najciekawsze są jednak podróże do krajów byłego Sojuza. Jakkolwiek odmienne od siebie byłyby konflikty, przed jakimi stają te państwa, wszystkie łączy swoista tęsknota za ładem i porządkiem pozwalającymi na niewiele, ale zapewniającymi wszystkie małe stabilizacje. W Azerbejdżanie padają słowa, pod którymi mogliby się podpisać rozmówcy Szymanika z Białorusi, Ukrainy czy Czeczenii. "Wszyscy jesteśmy odpadami ZSRR". Wszyscy noszący stygmat rozpadu i pragnący porządku warunkowanego jeszcze przed nim. To dla nich iskra rozpalająca drastyczny konflikt może być naprawdę maleńka i może pojawić się w każdej chwili. Brak przystosowania do warunków, w jakich współczesne społeczeństwa budują świat konkurencji, a nie świat wojen, niewątpliwie każe opowiedzieć się za tym drugim, bo to rozwiązanie łatwiejsze.

Tymczasem Grzegorz Szymanik wybiórczo przedstawia nam punkty widzenia na sprawy, o których warto byłoby porozmawiać być może z jeszcze kilkorgiem ludzi. Konfrontacji poglądów nie jest za dużo. Jest taki moment, w którym sam autor łapie się na własnej słabości, gdy zaczyna podzielać poglądy obu stron konfliktu w zależności od tego, z kim rozmawia. Bezstronność Szymanika zdaje się stanem wypracowanym, ale czasami wiemy trochę za mało i budujemy sobie obraz danego konfliktu na podstawie jednej tragicznej biografii.
Najsolidniej chyba wypada prezentacja ukraińskiego Majdanu i wszelkich jego dalszych konsekwencji, włącznie z zestrzeleniem malezyjskiego boeinga skrytym w tle najbardziej chyba poruszającego reportażu "Koniec świata w słonecznikach". Kiedy Szymanik rozmawia na początku 2014 roku z Tetianą Czornowoł, słyszy od niej, iż rozpad kraju Ukrainie jeszcze nie grozi. Tymczasem kilka miesięcy później można napisać na ten temat zupełnie inną narrację i te różne od siebie reportaże sygnalizują dramatyczny puls Ukrainy, dla której podział mentalnościowy na wschód i zachód jest przeszkodą nie do pokonania. A autor nie boi się i jedzie w sam środek wojny; rozmawia w Doniecku z tymi, którzy są przeciwni Majdanowi i z tymi, którzy jakiś czas potem wyznaczają porządek samozwańczej republiki. Mamy opisaną strukturę buntu Majdanu wraz z zarysem działań posiadaczy aut, ale otrzymujemy także gorzki rewers - pokłosie dwóch wizyt na wschodzie Ukrainy, gdzie niektórzy marzą o podziale kraju i gdzie mentalności oraz oczekiwania bywają skrajnie różne od tych kijowskich, początkujących rewoltę. Jest też Odessa, rysy na jej obliczu, płonący budynek i dramatyczne pytanie o to, za kim opowiadać się będą miasta takie jak to.

Na Bliskim Wschodzie problemy wydają się podobnie skomplikowane. Jest Egipt - państwo Mubaraka w wiecznym stanie wyjątkowym, którego obywatele mieli dość. Jest płonąca i szarpana zbrodnią Syria. Jest także pozornie spokojna Białoruś rządzona twardą ręką przez charyzmatycznego Tatkę, któremu być może kiedyś zabraknie charyzmy i siły przekonywania. Bo reżimy upadają. Tak jak ten libijski, który skutkuje utworzeniem obozu dla uchodźców w Tunezji. Takich cennych dla Kaddafiego, ale już zupełnie zbędnych po krwawym przewrocie. Grzegorz Szymanik jest tam, gdzie być go nie powinno, i zapisuje słowa, których nikt nie chce słuchać. Powstaje z tego obraz człowieczeństwa rozdartego w namiętnościach. Obraz okrucieństwa i siły, o jakich na co dzień nikt nie ma pojęcia. Są w tych reportażach ludzie, dla których walka staje się imperatywem. Ci, co nie chcą już wierzyć w ewolucyjne zmiany, i ci, którzy zdają sobie sprawę z tego, że tylko bunt - okupiony krwią - ma rację bytu i jest konieczny.

"Motory rewolucji" to także zbiór tekstów ujawniających reporterską wrażliwość, której specyfikę zdradzają motywy i obrazy umieszczane gdzieś w tle opowieści o przewrotach. Jest pole słoneczników, utrata wzroku, jest także żelazny wagon pociągu i jest symbolika raju, nad którym co rusz zawiesza się złowrogi cień przypominający o przeszłości. Szymanik podróżuje wszędzie tam, gdzie rozmówcy pełni są żalu i złości. Nie znajdują sposobu na to, by te emocje gdzieś pozostawić. Wewnątrz są rozgrzani do czerwoności i wściekli. Takie motory rewolucji z bijącym sercem, które można stracić zupełnie nieoczekiwanie. To książka mimo wszystko bez zasadniczej tezy, bo zawarte w niej reportaże różnią się formalnie i kompozycyjnie, ale jest ważna i jest potrzebna każdemu czytelnikowi, któremu udało się "zastygnąć" (słowo Myśliwskiego z motta książki) i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo nietrwały może to być stan.