Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-03-30

"Rosjanin to ten, kto kocha brzozy" Olga Grjasnowa

Wydawca: Czarne

Data wydania: 25 marca 2015

Liczba stron: 248

Tłumacz: Elżbieta Kalinowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Samotność i ucieczki

Olga Grjasnowa napisała rzecz o dość dużej mocy. Ta książka jest świadectwem rozgoryczenia europejskim światem wielokulturowości, która zapada się w sobie, zdaje się mroczna, odsłania rysy i pęknięcia. Gorzko i smutno młoda pisarka portretuje świat, w którym rzekomo jest miejsce dla wszystkich, ale gdzie tak naprawdę każdy chowa się w bezpieczną dla siebie przestrzeń wytyczaną przez język, kulturę, przekonania i uprzedzenia. W tym świecie tkwi Masza, główna bohaterka, wieczna uciekinierka - pozostawia za sobą mrok Azerbejdżanu w piekle ludobójstwa, by szukać schronienia w Niemczech, od których uciekała w panice babcia, ocalała z Zagłady. Masza najpierw podąża śladami rodziców zdeterminowanych, by przychylić nieba córce. Potem zaś porusza się już po omacku, kiedy zostaje jej jedynie wspomnienie nieżyjącej bliskiej osoby oraz okrutne poczucie straty wraz z niedostosowaniem do świata, do którego Maszy udało się dopasować. Albo może tak tylko myślała.

"Rosjanin to ten, kto kocha brzozy" jest książką o gorzkich rozczarowaniach młodości. O ludziach, którzy powinni cieszyć się z życia i czymś to życie zagospodarować, lecz błąkają się po świecie w poszukiwaniu czegoś niemożliwego do osiągnięcia, co jest stabilne, wolne od komplikacji, zwyczajnie swoje i naprawdę oswojone. Masza Kogan zna pięć języków, ale ta znajomość nie otwiera jej bram do wieloetnicznej i wielokulturowej Europy, bo języki nie mają w sobie życia. Przekonanie, iż znajomość języka daje pewną władzę nad rzeczywistością, jest w tej powieści brutalnie zakwestionowane, bo Maszy nie ma w tłumaczonych słowach, ona jest gdzieś wewnętrznie samotna i mocno udręczona tym bolesnym śladem nieprzystosowania. Bo nawet kochać może tylko na swój własny sposób, być może niedoskonale, być może zbyt zaborczo albo wręcz przeciwnie - naiwnie. Masza musi zmierzyć się z tym największym rodzajem utraty, gdy świat traci kontury rysowane wraz z najbliższą osobą, po której pozostaje tylko bolesne wspomnienie.

Kiedy umiera Elisza, a bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo bezsensowna jest ta śmierć, jej dotychczasowe życie rozpada się na kawałki. Nieudolnie próbują nadać mu kształtu ludzie z jej najbliższego otoczenia, sami naznaczeni samotnością i wyobcowaniem. Gdzieś obok jest turecki przyjaciel, któremu Niemcy nie dają prawa do wyjścia poza okrutną etykietę "kanake", choć Cem zasłużył na to, by czuć się pewnie w swej niemieckiej ojczyźnie. Jest były chłopak Maszy, Sami. Arab z Libanu, dla którego czas to przede wszystkim przyszłość. Ta umiejscowiona tam, gdzie można się rozwijać, zapominać o kulturowych stygmatach, szaleńczo szukać szczęścia i spełnienia. To postacie blisko Maszy w jej niemieckim rozdziale życiorysu. Gdy dziewczyna rusza do Izraela witającego ją rozstrzelaniem komputera na lotnisku, poznaje ludzi równie zagubionych. Inaczej myślących o świecie, ale zakorzenionych w nim poprzez niezgodę. Bunt, który każde z nich wyraża w inny sposób.

Masza od lat ćwiczyła się w zapominaniu, ale zapomnieć Eliszy nie jest w stanie. To tak, jakby pewna część wypracowanej przez lata tożsamości odeszła wraz z tym, który gwarantował spokojne życie u swego boku. Masza zawsze pragnęła spokoju, ale dziwnym trafem życie jej go nie dawało. Uciekając z Azerbejdżanu, pozostawiała za sobą ludzkie okrucieństwo. Potem spotkała się z czymś znacznie gorszym, bo z obojętnością. Europa bez granic, kontynent wielu kultur i narodów, jest miejscem rozpaczliwego zamykania się w samotności, która rzadko daje możliwość bycia szczęśliwym choćby we dwójkę. Bohaterka Grjasnowej czuje, że w mieszaninie języków, jakich używa, nie ma najprostszych słów do wyrażenia poczucia obcości i tego, że życie w pojedynkę to czasami stygmat, z którym trzeba się bezwzględnie pogodzić. I wszystko w świecie, w którym tak wiele jest możliwe. Tak wielu ludzi obok siebie, sporo różnic pokonanych i wciąż to przejmujące poczucie bycia osobno w morzu słów brzmiących tak różnie, tak groźnie i obco.

Olga Grjasnowa w swoją powieść wtłoczyła być może zbyt wiele problemów. Mamy Niemców, którym nie do końca chyba wychodzi integracja z emigrantami, i Izrael, gdzie nie można przeprowadzić żadnej rozmowy bez kontekstu społeczno-politycznego i rozmowy o ciągłym zagrożeniu.  Otrzymujemy obraz różnego rodzaju skrajności. Jest wspomnienie współlokatorki Maszy, naznaczonej bliznami za swą zuchwałość wobec muzułmańskich mężczyzn. Drugie wspomnienie - o okrucieństwie Rosjan z Azerbejdżanu. Jest izraelskie rodzeństwo krańcowo różnie naznaczone ciągłą mobilizacją i atmosferą niekończącej się walki o terytoria, przekonania, o zasady i o wiarę. Ori popada w lęki, jego siostra Tal w szaleńczą nadaktywność społeczną. W Izraelu pojawia się także były bojownik Hamasu. Każdy, kto staje na drodze Maszy, w różny sposób sygnalizuje swoje wewnętrzne problemy, rozdarcia i dylematy powstające w świecie własnych idei i zagrożeń, jakie czyhają właściwie na każdym kroku, pod każdą szerokością geograficzną. Mnogość problemów czyni powieść Grjasnowej chwilami nieznośnie męczącą, ale też bardzo boleśnie uświadamiającą, jak wiele różnych historii samotności i bólu można zmieścić na kartkach książki niekoniecznie pokaźnych rozmiarów. Odnosi się wrażenie, że autorka celowo komplikuje biografie swoich bohaterów, by udowodnić tezę o tym, iż życie spełnione ma miejsce niezwykle rzadko. Zdarza się chwila zastanowienia nad tym, skąd te wszystkie postacie się pojawiają i czy w otoczeniu Maszy nie przybierają jedynie postaci światopoglądu, nie życiorysu.

Różnorodność poglądów, jakie wyrażają młodzi ludzie w tej książce, idzie w parze z wielością perspektyw patrzenia na świat wymykający się jednoznacznym ramom. Przez chwilę trudno uznać, czym jest prawdziwe cierpienie, kto komu uczynił większą krzywdę i kto bardziej zasługuje na potępienie, komu zaś zasadnie pisana jest samotność. Rozmowy Maszy w różnych językach to lingwistyczny tygiel problemów nie do rozwiązania. Nie na dzisiaj. Nie na tym kontynencie. Wszędzie jest obecna obcość i zagubienie, ale najbardziej przejmująca jest próba szukania w tym wszystkim własnej drogi mimo utrat, upokorzeń i gorzkiego odczuwania rzeczywistości przez pryzmat ran, które nigdy się nie zagoiły.

Olga Grjasnowa napisała książkę oskarżającą i taką, w której kameralny dramat emigracji wewnętrznej bardzo czytelnie kontrastuje z żywiołowością świata ciągłych zmian. To opowieść o tym, że trudno jest być szczęśliwym dzieckiem, spełnioną dziewczyną, zadowoloną z siebie Europejką i pewną czegokolwiek kobietą. Historia życia i ucieczki, złudy pewności siebie i dramatu pozostania z sobą samym. Dotykająca wielu problemów opowieść o świecie, w którym wciąż nazywamy siebie za pomocą etykiet i wciąż na nowo poddajemy się stereotypom. One zamiast porządkować cokolwiek, komplikują rzeczywistość. I nasze samotne istnienie w niej także.

2015-03-28

"Miłość na szkle" Barbara Sęk

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 18 lutego 2015

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Dramaty i histerie

Barbara Sęk stworzyła postacie nadzwyczaj irytujące w każdym wymiarze. Oboje nie wzbudzają przez dłuższy czas współczucia, choć przecież na nie zasługują, bo doświadczają pierwszego w swoim uporządkowanym związku problemu, którego nie załatwią pieniądze czy sytuowanie. To para, która przechodzi przez gehennę niepłodności. Każde na swój sposób i każde osobno. Zda się, że znudzili się już wszelkimi możliwościami swobody i wolnością, pragną ograniczeń, nowego rodzaju odpowiedzialności oraz pieluch. Nie chciałbym, aby którekolwiek z nich było moim rodzicem. A to właśnie niemożność powicia potomka staje się cieniem, poza który nie mogą wyjść... by naprawdę ujrzeć siebie. To niewątpliwa sztuka, żeby tak stworzyć książkę, aby borykający się z dramatem bohaterowie nie wywoływali współczucia. Nie o to chodzi w "Miłości na szkle". Chodzi o zarysowanie w szerszej perspektywie trudności relacji partnerskich, które ułożone ugodowo i bezpiecznie, z trudem wytrzymują napięcia związane z zasygnalizowanym już problemem.

To dość istotny moment dla in vitro w Polsce. Mamy ważną ustawę. Mamy też ciekawe pozycje książkowe. Może para Barbary Sęk powinna przeczytać "Nie przeproszę, że urodziłam" Karoliny Domagalskiej, zamiast karmić się internetowymi mądrościami życiowymi. Wszak wiadomo, że do internetu siada się z bólem głowy, a zamyka przeglądarkę z przekonaniem, iż ma się raka. Barbara Sęk prowadzi nas przez świat ludzi doświadczonych przez rozczarowanie. Boleśnie dotkniętych tą smutną przypadłością, o której na co dzień się nie mówi i z którą mierzy się w domowym zaciszu, pośród łez, czasem kłótni. W małżeństwie Raczyńskich niepłodność wszystko intensyfikuje. Doznania stają się tym boleśniejsze, że z większością Aneta i Wojtek mierzą się po raz pierwszy. On z poczuciem niepełnej męskości, ze wstydem i brakiem możliwości wpływania na zastaną sytuację. Ona przede wszystkim z instynktem macierzyńskim, który tak bardzo chce zaspokoić, że z dynamicznej, pewnej siebie i atrakcyjnej w wielu wymiarach kobiety staje się nieznośną histeryczką mogącą manipulować nawet własnym mężem dla osiągnięcia efektu.

Oboje przez lata utrwalili pewne schematy zachowań. On postrzega ją w różny sposób, do odpowiednich sytuacji dopasowując określone miana. Ona jest w tej historii najbardziej papierowa nie tylko dlatego, że "Miłość na szkle" ma męską narrację i to oczyma Wojtka widzimy przedstawiony dramat, on go kreuje i on opisuje. Aneta staje się coraz bardziej zdeterminowana i nieznośna. Pragnienie dziecka staje się dominujące. Ponad wszystkim. Ponad porozumieniem, jakie wypracowali w małżeństwie w dość cieplarnianych warunkach. Bo Raczyńscy to ci, którym się udało. Mają dobrze płatne etaty, niezbyt uciążliwe kredyty, piękny apartament, dużo czasu dla siebie i przede wszystkim całą masę możliwości. Poza tymi, które gwarantowałyby posiadanie dziecka.

Trudności w związku naznaczonym niepłodnością rozwijają się podręcznikowo i Barbara Sęk nie zapomniała o żadnym etapie kryzysu małżeńskiego, niektóre z nich nawet nadmiernie dramatyzując i komplikując. Problem niemożności zajścia w ciążę ubarwiony jest dodatkowo wszystkimi dramatycznymi zwrotami w życiu, jakie mogą się zdarzyć reprezentatywnej grupie powiedzmy stu Polaków. Do tego dochodzą jeszcze niewiele wnoszące wykłady o istocie kapitalizmu oraz wątpliwej jakości poczucie humoru, które w swej niezborności przechodzi z jednego małżonka na drugiego. Sęk pisze w sposób dość schematyczny, czasami nawet upiornie wykorzystuje kalki ludzkich zachowań. Z jednej strony to prawdziwy obraz życia, z drugiej jednak - fasadowość przedstawionego związku czyni z niego coś na kształt małżeństwa na szkle. Nie do końca wiarygodnego mimo całego szeregu realistycznych przeżyć. Odnosi się wrażenie, że to pisanie intensyfikuje się przez ogrom dramatów, które czasem wynikają jedne z drugich, czasami zaś mnożą się gdzieś w tle. Stan bezdzietności jest udręką na wielu poziomach, ale dużo bardziej dramatyczna jest krucha anatomia związku bogatych i wykształconych ludzi, w życiu których dochodzi do poważnych przewartościowań, ale także przeniesień bólu gdzieś w rejon poza siebie. W walce o spłodzenie potomka Sęk kreśli wizerunki dwójki egoistów. Każde swój zdrowy egoizm pielęgnowany po to, by przetrwać, zamienia na egocentryzm nieznośnych rozmiarów, przy którym wszystkie wyznania miłosne brzmią mało przekonująco.

A jednak Raczyńscy dają radę. Wojtek zbiera cięgi za swą uległość i bierność. Aneta myśli już tylko macicą i jest w stanie brać pod uwagę coraz bardziej ryzykowne rozwiązania. Bo dziecka wciąż nie ma. Problem zapłodnienia in vitro jest przez Wojtka krytykowany już na wstępie. "Nie uznaję rozmnażania w laboratorium. Od tego jest łóżko. Jak ktoś nam zaproponuje jakiekolwiek in vitro, kupię sobie psa". Od tej deklaracji rozpocznie się długa droga akceptowania faktów, dla których do niedawna nie było miejsca w jego świadomości. Tak jak w świadomości Anety nie ma przez pewien czas miejsca dla Wojtka w innej roli niż tylko dawcy spermy.

Barbara Sęk starała się uwypuklić dramat tysięcy rodzin, dla których brak potomstwa może być czynnikiem destrukcyjnym związku. Prowadzi nas przez kolejne etapy medycznych starań o ciążę, w bardzo jasny sposób je tłumaczy, określa wzajemne zależności i zaznacza wynikające z nich wątpliwości. "Miłość na szkle" to fabuła dość zawikłana, ale przekaz ma zawierać jasny. Tyle tylko, że mnie w tej historii bardziej zafrapowało mierzenie się z odmiennym stanem rzeczywistości przez małżeństwo pewne jego ram niż problem niepłodności, który modeluje niezłą narrację obyczajową tak, by przypominała współczesną powieść tendencyjną z wyraźnie nakreślonymi tezami oraz odpowiedziami na ważne pytania.

Powieść bardzo na czasie. Konstrukcyjnie niezła. Zbyt często przewidywalna. Nieznośnie irytująca, i to już z przesadą. Kawał soczystej prozy, w której odnajdzie się wielu. Szkoda, że część scen chwilami przypomina spektakularne potyczki z show Ewy Drzyzgi, a dialogi w scenach miłosnych niebezpiecznie ocierają się o stylistykę bestsellera z pięćdziesiątką w tytule.

2015-03-25

"Café Hiena" Jana Beňová

Wydawca: Nisza

Data wydania: 3 marca 2015

Liczba stron: 126

Tłumacz: Marek Kędzierski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Bratysławskie niedostosowanie

Kameralna narracja Jany Beňovej jest opowieścią o ludziach, którzy rozpaczliwie walczą o resztki nonszalancji w świecie uporządkowanym wedle reguł, do jakich nie mają zamiaru się dostosować. Słowacka pisarka tworzy książkę, w której surrealistyczne obrazy łączą się z tym, co boleśnie rzeczywiste. Momentami granica między jednym a drugim jest bardzo wątła, ale to historia zdecydowanie osadzona w życiu - tej bratysławskiej codzienności tworzonej przez konkretne ramy. W nich słychać upiorny dźwięk skanowanych kodów kreskowych, w nich ludzie mieszkają w świecie z betonowej płyty, nieustannie podsłuchiwani z sąsiednich klatek, do których dali się zamknąć bezwolnie. Beňová opowiada o życiu wewnętrznym drążonym wątpliwościami spoza poukładanej do bólu rzeczywistości. To książka z odcieniem śmierci w tle i świadectwo brawurowej walki o kształt życia, który można formować samodzielnie.

Ian, Elza, Rebeca i Lucas spotykają się w tytułowej kawiarni, by jawnie kontestować rzeczywistość, do której nie chcą być dopasowani. Jedno z nich podejmuje się pracy zarobkowej, by pozostała trójka miała tak zwane stypendium. Za nie piją, jedzą, a poza tym rozmawiają o życiu. Gubią się w tym, co dla nich ważne, bo ważne może być wszystko, co odstaje od szarości i czego nie da się wypowiedzieć, ale można to poczuć i zrozumieć. To eskapiści i anarchiści po trosze. Elza umyka w świat fantazji częściej niż pozostali. Szuka autentyczności przeżyć w biografiach innych, choćby znanego tancerza Kalista Tanziego. Rebeca płaci najwyższą cenę za swoje nieprzystosowanie. Lucas w pewnym momencie odcina się od wszystkiego, co dotychczas robiła wspólnie czwórka. Ian widzi świat tylko jednym okiem, a jego perspektywa zawęża się jeszcze bardziej, kiedy musi wrócić do mieszkania z wielkiej płyty. W samym centrum niczego, gdzie ludzie mają twarze jak naleśniki.

Petržałka - to pewien smutny mikrokosmos dzielnicy osiedlowej, w której mieszkają ludzie szarzy i papierowi, gdzie Ian i Elza także muszą znaleźć swoje miejsce. Takie dzielnice miasta wypluwają gdzieś na obrzeża. Petržałka jest w centrum Bratysławy. Archipelag samotnych wysp za zamkniętymi drzwiami, który ogranicza horyzont i powoduje biegunkę, gdy Ian i Elza muszą wrócić tam, skąd wyruszają w świat - fascynujący, inny, urzekający poczuciem tymczasowości. Petržałka to labirynt i miejsce zmuszające do kontaktu z tym, co przyziemne. Elza pozostaje tam tylko ciałem. Ian przyzwyczaja się do własnej przestrzeni, ale jest to przestrzeń specyficznej opresji, w której nie można być do końca sobą.

Czy bohaterowie Beňovej są sobą? To raczej symboliczne postacie, w których kryją się lęki wywołane poczuciem niedostosowania. Czwórka przyjaciół tworzy artystyczną awangardę, ale widać wyraźnie, że na pewnym etapie życia nie jest im już razem po drodze. W zakleszczeniu życiem, które każe maszerować, bratysławscy desperados omawiają kwestie ważne, bo dotyczące istnienia poza układem, jakimkolwiek systemem. Chcieliby naprawdę zatrzymać życie i nadać mu inne znaczenie, ale pozostaje im jedynie bunt. Swoiste robienie miasta, nadawanie Bratysławie innego kształtu. Wszyscy wyrośli z trudnego dzieciństwa, w którym mnożyły się rany, a dzisiaj pozostają wspomnienia. Każde z nich rozpaczliwie potrzebuje bliskości w mieście, które obezwładnia swoją obcością. Bratysława Beňovej ma dwa oblicza. To ponure i do bólu zwyczajne, w którym pasażerowie tramwaju wpatrują się w jego brudną podłogę, i to, gdzie usłyszeć można skowyt Ginsberga, rozczulić się odrobiną inności i pochwycić fragmenty nieuporządkowane, bo życie takie być musi, pełne efemerycznych przeżyć i zmieniających się kształtów.

Mamy tutaj obraz pewnej perspektywy istnienia. Wobec mnogości i porządku postawione są jednostki. Tworzą własny świat i manifestują wrogość do konsumpcjonizmu, porządku systemowego, ułożenia siebie wedle wytycznych innych. Czwórka przyjaciół w swojej bezpiecznej przestrzeni kawiarnianej snuje plany i opowiada o marzeniach. Wyszli ze wspomnianych rodzinnych komplikacji, a teraz komplikują sobie dorosłe życie. Nieprzystawalność ukazana jest nie tylko w czterech biografiach. Sama fraza tej książki, zapewne trudna do przetłumaczenia, to sposób na sugerowanie wielości perspektyw - w opowiadaniu i odczuwaniu świata, który chce się zamknąć w przestrzenne kostki, takie wyznaczone ścianami Petržałki.

"Café Hiena" opowiada o tym, co dręczy każdego, komu łatwiej wejść w świat własnych przeżyć niż te przeżycia dopasować do świata, w którym niewielu pozwala sobie na tak ekscentryczne podróże. To jednocześnie próba oswojenia wielości przez kwestionowanie wszystkiego, co zbędne. Nieprzypadkowo ponury sąsiad Iana i Elzy żali się na zagubienie w szczegółach rzeczywistości. Czwórka kawiarniana szczegóły te widzi inaczej - odrzuca to, co niepotrzebne, i wierzy we wszystko, co dla niej wygodne. Alternatywny świat powstaje z opowieści i wspomnień, ale nie stanowi niczego trwałego. Beňová opowiada o rozgoryczeniu oraz szaleństwie różnego rodzaju ucieczek. W gruncie rzeczy ta a nie inna Bratysława wciąż otacza naiwnych idealistów i w niej to muszą znaleźć właściwy krok, bo maszeruje tam każdy i od tego na dłużej uciec się już nie da.

Ta książka bardzo dyskretnie i gdzieś na marginesie opowiada także o dramacie odchodzenia. Podtytuł sugeruje dodatkową interpretację i aż nie chce się uwierzyć, że cień śmierci jest tak bardzo obecny w życiu tych, co wielbią życie i nadają mu własne ramy. Beňová nie stara się prowokować. Jak wspomniałem na wstępie, jej proza jest przestrzenią cichego buntu. Podoba mi się w niej to, że zwodzi i oszukuje nieco. Jej witalni bohaterowie biorą w swoje ręce odpowiedzialność za to, kim się stają. Jest w tej prozie odwaga, jest kontestacja i zaduma. Jest także sporo poetyckiej wrażliwości i to ona stanowi dowód na to, że "Café Hiena" to książka wyjątkowa.

2015-03-23

"W rodzinie ojca mego" Marcin Wójcik

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 marca 2015

Liczba stron: 272

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mroczne oblicze wspólnoty

To nie jest książka antykatolicka. Antyklerykałowie, ostudźcie zapał przed lekturą. Reportaż Marcina Wójcika prezentuje bardzo ciekawą perspektywę. Były pracownik "Gościa Niedzielnego" obnaża zainfekowane ksenofobią i różnego rodzaju frustracjami oblicze ekstremalnego polskiego katolicyzmu. Takiego, w którego centrum nie znajduje się Bóg, lecz wróg - wszechobecny, wciąż na nowo definiowany, porządkujący rzeczywistość i wymagający zwarcia szyków. Osoby zainfekowane ideologią Tadeusza Rydzyka jawią się w tej książce jako ludzie głęboko zaniepokojeni i mocno zagubieni. Wójcik w żaden sposób nie podejmuje się krytyki katolicyzmu jako takiego; spogląda na swych rozmówców czasami z czułością, czasem ze współczuciem. Opowiada o tych wszystkich, dla których zabrakło miejsca w nowej polskiej rzeczywistości. O tych, którym państwo niewiele zaoferowało i którzy postanowili zjednoczyć się wokół mediów kreujących nastrój histerii wywołanej atakami na państwowość. "W rodzinie ojca mego" to przejmujące świadectwo tysięcy ludzi, dla których zabrakło jakiejś alternatywy. Niosąc zbyt wielkie ciężary rzeczywistego świata, odkleili się od niego i postanowili wierzyć po swojemu. Bo katolicyzm wiernych ojca Rydzyka to światopogląd ekstremalny. Ociera się o fanatyzm, ale w gruncie rzeczy stanowi dowód na to, że w Polsce coraz mniej jest miejsca na prawdziwą dyskusję o kształcie realnych problemów. Coraz więcej za to punktów i miejsc, w których od tych problemów można uciec w mroczną mistykę, zawiść i uprzedzenia.

Marcin Wójcik nie poświęca dużo miejsca samemu Rydzykowi. Reportaż wydany trzynaście lat po emisji "Imperium ojca Rydzyka" stanowi dowód na to, że na środowisko z nim związane trzeba spojrzeć nieco inaczej. Dotrzeć do wiernych i szukać odpowiedzi na pytanie o to, co robią w tej kostycznej wspólnocie, której światopogląd kształtują media z tak dużym zasięgiem. Autor reportażu przygląda się uważnie narzędziom manipulacji Tadeusza Rydzyka. Poznajemy anatomię Radia Maryja, Telewizji Trwam, codzienność "Naszego Dziennika" czy Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, której studentem - na potrzeby tego reportażu - staje się sam Wójcik. Media i instytucje pod nadzorem Tadeusza Rydzyka kreślą obraz pewnej ostoi ładu i porządku. Ma ona wyraźnie wyznaczone granice, których muszą się wszyscy trzymać. Te granice kształtuje skażona propagandą myśl filozoficzna, socjologiczna czy historyczna. Dochodzi do paradoksu wiary katolickiej, w której naczelnymi  uczuciami stają się zawiść i niechęć, a kształtowany porządek rzeczy opiera się na ciągłej gotowości do walki z wrogami, bo świat wiary bez agresorów dla wielu z tytułowej rodziny po prostu nie istnieje.

Pisząc o moherowych beretach, Wójcik nie podejmuje się kolejnej wtórnej próby ironizowania z tego pojęcia ani nie stara się nam ukazać na siłę zła drzemiącego w starszych paniach z charakterystycznym elementem stroju. Te panie wydają się bardzo życzliwe i tak naprawdę niezwykle zagubione. Wystawione gdzieś na margines życia przez różne trudne sytuacje i postawione przed faktem bycia niepotrzebnymi społeczeństwu. Znajdują miejsce w specyficznej wspólnocie, bo do niej zgłosić się mogą wszyscy ci, którym po prostu nie wyszło i nikt nie zastanowił się nad tym, dlaczego sobie nie poradzili. Tak jak była teatralna krawcowa, której spokój dało poczucie przynależności do grona przekonanego o niezwykłości katolickiego radia. To ona wypowiada wstrząsające słowa:  "Słuchając Radia Maryja, jest się na falach prawdy. Człowiek może się mylić, uważać, że coś jest dobre, ale w rzeczywistości to coś może być złe. Radio prostuje nasze myślenie". To ona daje sobie w świadomości "wyprostować" wszystko to, co do tej pory uwierało, sprawiało ból, było niemożliwe do ogarnięcia. I tak to działa, chciałoby się rzec po uważnym przeczytaniu reportażu "W rodzinie ojca mego". Stan fanatycznego zachwytu i konsolidowanej jedności w obliczu zagrożenia utrzymuje się dzięki prostym mechanizmom. Przede wszystkim przez to, że państwo zbyt wiele osób odstawia na boczny tor, nie zajmując się ich losami i nie proponując żadnych konstruktywnych rozwiązań, by żyć godnie i tym życiem cieszyć się bez negatywnych emocji.

Historie Wójcika wstrząsają dość mocno. Ten rodzaj polskiego katolicyzmu jest bardzo mroczny i brzmi dużo groźniej niż wszystko inne w tym kraju, co opiera się na poczuciu frustracji, wykluczenia i przekonaniu o konieczności brania odwetu za niesprawiedliwość. Wspomniane moherowe berety stają się źródłem dumy. Symbolem przynależności do czegoś, w co niewiele trzeba włożyć, a dość sporo się zyskuje. Mamy historię o katolikach wybaczających nie tym, co trzeba. O zacieraniu się granicy między dobrem a złem oraz o niebezpiecznym przewartościowaniu pojęć, po którym przychodzi moment na sankcjonowanie w sobie nienawiści. Obraz ponurego marszu "Obudź się Polsko" to wyraźnie sportretowane działanie nastawione na wywołanie fermentu, od którego - w każdej postaci - nie stronią członkowie rodziny ojca Rydzyka. Wójcik ukazuje bardzo wiele perspektyw połączonych wspólną potrzebą bycia w centrum wydarzeń istotnych i przełomowych. W spisanych przez niego opowieściach o polskim katolickim i patriotycznym domu dominuje nieznośne napięcie, bo przecież dom ten jest straumatyzowany na tyle, że nigdy tak naprawdę nie będzie pełnił funkcji prawdziwej ostoi porządku i spokoju.

Czym połączeni są portretowani przez autora rozmówcy? W najmniejszym chyba stopniu wiarą, choć wszyscy zaprzeczyliby tej tezie. Marcin Wójcik dociera do wielu bolesnych szczegółów, dzięki którym podejmowane decyzje w całej swej irracjonalności stają się dla nas czytelne i jesteśmy w stanie zrozumieć choć część tego wielkiego zacietrzewienia, z którego wyrasta siła walki o swoje. Swoje wyrażone symbolami i poprzez manipulacje. Katolicy Rydzyka cierpią i błądzą. Pozostali są w stanie tylko z tego szydzić. "W rodzinie ojca mego" to świetny dowód na to, w jak trudnej sytuacji znajdują się relacje Polaków o różnych poglądach. Jak mało w nas chęci do prawdziwego dialogu. Jak wiele antagonizmów i bezpiecznego tkwienia przy swoim. Tym sankcjonowanym dodatkowo przez religijne fetysze czy powtarzalne rytuały. Przez zjednoczenie w niezrozumieniu. Bolesne, przytłaczające, zmieniające perspektywy.

Reportaż nie stawia żadnej zasadniczej tezy. Taktownie prowadzi nas przez świat ludzi nieznających taktu. To materiały częściowo wcześniej opublikowane i historie najnowsze. Żywe świadectwa wykolejenia polskiej wiary oraz świadectwa sprytnych manipulacji. Najsmutniejsze wydaje się to, że ludzie poszukujący spokoju i akceptacji w tej specyficznej wspólnocie kontestującej ład społeczny, wciąż coraz dalej stoją na życiowym marginesie, umacniają w sobie stereotypy i wszelkie możliwe złe emocje. Wśród nich także strach, bo życie w strachu przed wrogiem jest życiem umożliwiającym poddanie się wpływom. Te wpływy i ich konsekwencje Marcin Wójcik portretuje z przejmującą rzetelnością oraz obiektywizmem. Lektura ważna i konieczna dla wierzących, ateistów i wszystkich tych, którzy nieudolnie szukają swego miejsca pośród pęknięć i bolesnych absurdów polskiej rzeczywistości XXI wieku.

2015-03-21

"Cierpliwy snajper" Arturo Pérez-Reverte

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 lutego 2015

Liczba stron: 320

Tłumacz: Joanna Karasek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Szukając buntownika

Arturo Pérez-Reverte napisał gniewną książkę, w której niezgoda na ład panujący w Europie zgnuśniałych zasad i konformizmu idzie w parze z formułowaniem nowego zadania sztuki. Bo sztuka prezentowana przez grafficiarzy w tej powieści ma nabrać ważności, gdyż jest bliska prawdziwemu życiu. Reverte rozprawia się z europejską rzeczywistością, w której trwanie warunkowane jest bodźcami przyzwyczajającymi do tkwienia w bierności. Jego uliczni artyści nabierają nowego znaczenia. Są - jak główny bohater otoczony aurą tajemniczości - ulicznymi partyzantami, bo świat ciągłego kryzysu, przemocy, bezrobocia i nierówności społecznych domaga się nowej wojny. Tej toczonej za pomocą farby w roli pistoletu i przez zbuntowanych nocnych wojowników, którzy poświęcają się całkowicie idei wyrażenia siebie wbrew wszelakiej poprawności, jaka doprowadza Europę na skraj szeroko pojętego upadku. Nie dajmy się zwieść nadmiernie dramatycznym opisom promocyjnym tej książki. "Cierpliwy snajper" to w gruncie rzeczy proza bardzo statyczna, w której opisane są podróże i rozmowy, a częścią naprawdę zaskakującą i wyjątkowo mocną jest zakończenie. Tyle tylko, że uważna lektura powieści pozwoli jednak to zakończenie przewidzieć...

Alejandra Varela doktoryzowała się ze sztuk street artu. Na co dzień zajmuje się zdobywaniem odpowiednich nazwisk dla właściwych wydawców lub ludzi z kręgu kultury, której kanony piękna wyznaczają pieniądze, możliwości i często dyletanctwo krytyków. Pewnego dnia otrzymuje propozycję, nad którą szczególnie się zastanawia. Bogaty snob, właściciel jednego z czołowych wydawnictw artystycznych, proponuje bohaterce misję odnalezienia niejakiego Snipera. To znany na całym świecie człowiek, który zajmując się graffiti, kontestuje i podważa kanony piękna. Jest samotnym wojownikiem gdzieś spoza systemu. Nikt nie wie, jak wygląda, ale jego sztuka jest powszechnie znana. Można ją umieścić w jednej galerii albo wydać w formie bestsellerowego albumu. Do tego potrzebna jest zgoda Snipera, którego trzeba wyśledzić, co wydaje się zadaniem niemożliwym.

Lex - bo tak każe na siebie mówić Alejandra - wyrusza śladami legendy street artu, a początkowo jasne motywacje jej działania z czasem stają się skomplikowane i trudne do określenia. Lex wyrusza do Lizbony, do Werony, Rzymu i Neapolu. Zdeterminowana coraz bardziej, by odszukać Snipera. Silna i nieustępliwa, choć śledzona i kuszona inną niż wydawnicza propozycją. Sniper staje się celem. W tle kilka wspomnień z życia Lex, między innymi wizja kochanki śpiącej wtedy, gdy Lex nie jest w stanie zasnąć. Fabuła koncentruje się na przemian na podróży i rozmowach głównej bohaterki z ludźmi, którzy na różnym etapie życia spotkali Snipera. Poznajemy więc obraz jego samego oczyma innych. Tworzymy sobie wizję tajemniczego ulicznego artysty w taki sam sposób, w jaki społeczeństwo buduje jego obraz w oparciu o fakty i legendy. Sniper od lat jest nieprzewidywalny i nieujarzmiony. Propaguje akcje okupione ofiarami. Młodzi grafficiarze podążają jego śladem, ryzykując życie. Wielu je traci. Postać, którą ma wyśledzić Lex, poznajemy najpierw z różnych perspektyw. Tych, którzy w pełni go popierają, i tych, co ideę ulicznej sztuki zamienili na stabilizację, a umiejętności wpasowali w system. System kwestionowany przez Snipera. Zadanie Lex wydaje się coraz trudniejsze, ale jej determinacja pozwala posuwać się powoli do przodu. Do celu. Do miejsca, w którym Lex ujawni, co naprawdę nią kieruje...

Arturo Pérez-Reverte doskonale się przygotował do napisania tej książki. Imponujący jest zasób wiedzy o tej formie sztuki, która wciąż balansuje na granicy czegoś ważnego i wandalizmu. Poznajemy strukturę writerów, specyficzną nomenklaturę. Jesteśmy wprowadzani w świat przedstawiony za pomocą terminów i pojęć, które musimy oswajać. Tak jak Lex oswaja nowe okoliczności swojej misji. Rozmowy stają się coraz bardziej dwuznaczne. Rozmówcy z jednej strony otwierają się, z drugiej jednak - czytelnie stawiają granicę, poza którą nie wyjdą, bo w lojalności względem Snipera starają się go chronić. Wędrówka Lex ma jednak wyraźny cel i nie stanie jej na drodze nic. Tak jak nikt do tej pory nie stanął na drodze Snipera - kontestatora ładu, który zniszczyć może sztuka agresywna i widoczna wyraźnie tylko z perspektywy ulicy, bo w niej się zasadza i z jej niesprawiedliwości czerpie inspirację.

Reverte wyraźnie portretuje tych, co mają farbę za paznokciami, a w głowie świadomość siły, którą daje podbijanie murów i ścian. "Twardzi młodzi ludzie, bez specjalnych nadziei na przyszłość, nadający na własnych falach. Bezlitosny rak starego świata, szpica wielorasowej, surowej, innej Europy. Bez szans na powrót". Ich wybór to pewna deklaracja światopoglądowa. Sprzeciw bez możliwości powrotu do ładu, z którego wyrósł. Bo Europa się kończy, a graffiti to sztuka naznaczona tragizmem niemożności ujrzenia czegoś innego, lepszego ponad tym, co zniszczyło przestrzeń autentycznego wzruszenia dziełem sztuki i życiem w ogóle. Sniper jest przewodnikiem, ale jednocześnie tym, który prowadzi do zguby. Jego tajemnice stają się coraz mroczniejsze, a Lex odnosi wrażenie, iż głównym motorem napędowym artysty jest niszczenie, a nie tworzenie nowej jakości.

Warto cały czas pamiętać o tytule tej powieści, bo jego znaczenie może się zmieniać. Tak jak zmienia się rzeczywistość wokół Lex. Ona sama wychodzi ze świata majętności i posiadania. Ze świata, w którym wszystko można kupić, wszystko ma odpowiednią cenę. Lex przekracza pewne granice i spoza oczywistych przesłanek wynika nam dodatkowa komplikacja intrygi czyniącej "Cierpliwego snajpera" książką o mistrzowskim zakończeniu. Arturo Pérez-Reverte gorzko diagnozuje rzeczywistość i nazywa problemy językiem przesyconym z jednej strony agresją, z drugiej jednak - ogromną bezradnością. W dość radykalnym przesłaniu tej narracji kryje się także wyraźnie zarysowane pytanie o to, co nas czeka w czasach, w których można sankcjonować przemoc i niebezpiecznie ją gloryfikować. To głos pełen złości, ale też prawdziwie humanistyczna wiwisekcja europejskiego ładu, którym wstrząsa pewien uliczny artysta, lecz także rzesze zakapturzonych buntowników. "Cierpliwy snajper" zmusza do wielu rozmyślań. Formalnie nie zaskakuje ani nie powoduje szybszego bicia serca. Każe jednak pomyśleć nad tym, w którym miejscu kulturowej i światopoglądowej układanki niszczejącego Starego Kontynentu sami się znajdujemy oraz co z tym robimy...

2015-03-18

"Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" Charlie LeDuff

Wydawca: Czarne

Data wydania: 4 marca 2015

Liczba stron: 296

Tłumacz: Iga Noszczyk

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Miasto i tożsamość

To dość specyficzny reportaż. Obnaża wszelkie pęknięcia w zniszczonym mieście, które stało się dla Amerykanów smutną wizytówką pełnego upadku, ale także te we własnym sumieniu i we własnej duszy jego twórcy. Charlie LeDuff pisze nie tylko o upadku Detroit, ale przede wszystkim o swoim związku z tym miastem. Ta książka to dowód na to, że autor postanowił po latach odrobić reporterskie lekcje o mieście, z którego kiedyś wyjechał jak tysiące innych. Wracając, mierzy się ze wspomnieniami oraz rodzinnymi tajemnicami. Wprost pisze o rodzinnych patologiach, zerwanych więziach, bezpośrednio przyznaje się do odwrócenia się od czegoś, co stanowi część jego tożsamości. To siła miłości w rodzinie, która cierpiała na deficyt dobrych chwil i teraz, jak większość mieszkańców upadłego Miasta Silników, znika gdzieś pośród klęsk i niepowodzeń.

LeDuff wraca do miasta, w którym tragiczne losy bliskich łączą się z okrutną codziennością biedy, korupcji i przemocy. Wraca, by naprawdę poznać historię swojego miasta oraz swojej rodziny. Zmierzyć się z traumą śmierci siostry czy rozliczyć z tego, że odtrącił siostrzenicę. Opowieść o Detroit będzie zatem intymną historią irracjonalnego przywiązania do czegoś, do czego pozornie nie powinno się przywiązywać. Napisana szorstkim językiem traktuje o sprawach trudnych nie tylko z lokalnego punktu widzenia, ale także o trudnościach samych Amerykanów ze swym upadłym miastem w stanie Michigan. Bo przecież teza rozpoczynająca reportaż jest bardzo niewygodna dla każdego rodaka LeDuffa. On sam zaznacza bowiem, że "to książka o przyszłości Ameryki i naszych desperackich staraniach, by się przed nią uchronić".

Dzisiejsze Detroit to amerykański wyrzut sumienia, z którym trudno sobie poradzić. Radzić muszą sobie za to ci, którzy z różnych powodów nie opuścili miasta tak boleśnie doświadczonego i tak przepełnionego wszechobecnym poczuciem klęski. Czytając, można zadawać sobie pytanie o to, co przywiązało ludzi do tego cmentarzyska nadziei i co w tym mieście robi reporter, dla którego powrót oznacza zasadniczą trudność. Pojawiają się w nim bowiem różnego rodzaju rozczarowania i niechęć, a także maniakalne wręcz pragnienie opisania machiny autodestrukcji, która zamieniła Detroit w miejsce niepotrzebnych śmierci, bezsensownej agresji, licznych omyłek, ciągłych niedoborów i przede wszystkim w miejsce, w którym jak nigdzie indziej w Ameryce widoczna jest ta skomplikowana demografia beznadziei powodująca stagnację i obojętność wobec coraz większych absurdów.

Charlie LeDuff rozmawia z tymi, którzy starają się mimo wszystko nie poddać. Przecież w Detroit nie brakuje dobrych ludzi, ale siła destrukcyjna tych złych panuje nad wszystkim. To codzienność, w której strażacy nie nadążają za gaszeniem pożarów, a policjanci nie są w stanie wykrywać morderstw. Obserwowanie jednego i drugiego jest dla mieszkańców miasta dużo tańszą rozrywką niż udanie się do kina. Rozmowy z mieszkańcami Detroit obrazują wszelkie możliwe problemy, z jakimi może borykać się produkcja przemysłowa Ameryki, oraz dramaty amerykańskiej klasy robotniczej pozbawionej dotychczasowego statusu i jakiegokolwiek oparcia. Pośród przestępców i luzerów kwitnie każda możliwa forma przemocy, a przykład idzie od zarządzających miastem, bo polityka prowadzenia Detroit od lat była przecież kontrowersyjna. Kameralne dramaty, ronione gdzieś ukradkiem łzy, rozmowy o braku perspektyw na przyszłość i życiu w nieustannym lęku łączą się spójnie z kilkoma ważnymi tezami dotyczącymi przyszłości podobnych miast w USA, które dzisiaj jeszcze dumne są ze swej wielkości, ale rdza na ich metalowych pancerzach zaczęła już swą destrukcyjną robotę.

Obrazując problemy Detroit, LeDuff stale wskazuje na problem segregacji rasowej. Opowiada bowiem o mieście, w którym "rasa to sposób życia". Poza skomplikowanym stanem, w jakim znajduje się Detroit dzisiaj, animozje podsyca kolor skóry i status, jaki z niego wynika. Bankructwo idzie w parze z agonią idei, a te, które pozostają, bardzo mocno podsycają okrutne stereotypy i wydzielają przestrzeń wolności białych oraz czarnych. LeDuff zaś stale walczy z tym, by jego czarnoskórzy rozmówcy nie zwracali się do niego w sposób sugerujący uległość i poddanie.

Historii miasta biedy i bezrobocia jest dokładnie tyle, ilu jego mieszkańców. To miejsce, w którym nie ma środków, by chować zmarłych, i gdzie niezbyt długo się po nich rozpacza. Życie staje się czymś tak bardzo nie do zniesienia, że wszelkie deklaracje o amerykańskich rodzajach wolności w Detroit brzmią po prostu tragikomicznie. LeDuff w specyficznym rodzaju komizmu znajduje ratunek i sam jednak nie popada w apatię oraz rezygnację. Opisuje tak wiele historii niesprawiedliwości, że przez moment gubi się w tym, co jest sprawiedliwe i właściwe. Wahania reporterskie splątane są z różnymi rodzajami odczuć, kiedy po latach pewne historie rodzinne widzi w innym świetle i kiedy pojawiają się wyznania obrazujące coś, o czym wcześniej nie miał pojęcia. Bardzo trudno jest zachować obiektywizm w mieście, które atakuje z każdej strony. Bo przecież powrót do Detroit to ponowne oswajanie miasta, czasem przepełnione zwątpieniem i lękami. A jednocześnie trzeba przecież walczyć z głupotą, niesprawiedliwością i przemocą, by ocalić cokolwiek, nie spisać miasta na straty.

Reportaż rozpoczyna scena odnalezienia w lodzie ciała zamarzniętego mężczyzny. Losy tego ciała będą znamienne - ukazują absurdy i bolesne pęknięcia w mieście, które jakikolwiek porządek utworzyło z resztek tego całego chaosu, jaki doprowadził do wyemigrowania części mieszkańców i pogrążył mnóstwo innych w apatii po utracie pracy oraz perspektyw. Symbolika lodu oraz ognia wykorzystana jest do rozważań natury ogólnej, ale najciekawsza wydaje się trzecia część reportażu - intymne i uważne przyglądanie się prywatnym historiom, konstruowanie obrazu miasta z szeregu różnych smutnych perspektyw.

"Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" to gorzka książka o miejscu, które stało się ruiną, bo nie potrafiło o siebie zadbać. O ludziach toczących wojny z wiatrakami, by za wszelką cenę zachować w nim pozory normalności. To opowieść o trudnym lokalnym patriotyzmie i o reporterskiej misji, która zagrozić może wszystkiemu, nawet rodzinnemu ładowi życia autora. Wszystko opisane ciętym językiem, czytelnymi metaforami i dosłownością, która chwilami osłabia, bo każe z całą siłą konfrontować się ze złem ukrytym w drugim człowieku. Ta książka to historia i anatomia bankructwa w jednym. Jednocześnie opowieść o tym, że rodzina może ulec równie dramatycznemu rozpadowi co miasto, a skoro o nią da się powalczyć, więc i miasta - mimo wszystko - nie można spisać na straty. LeDuff mnoży też scenariusze, jakie mogą stać się udziałem innych amerykańskich metropolii, jeśli nie będą uczyć się na błędach Detroit - miasta, którym nikt dzisiaj nie chce się zająć i które na pewno nie zajmie się samym sobą.

2015-03-16

"Siódemka" Ziemowit Szczerek

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 20 lutego 2015

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Polskość w drodze...

"Siódemka" jest książką śmiertelnie poważną i nieprawdopodobnie zabawną, bo surrealizm wraz z groteską żrą się w tyglu narracyjnym niczym najlepszy koktajl wysokoprocentowy. Problem najnowszej książki Ziemowita Szczerka polega na jej nużącej wtórności. Autor postanowił popastwić się nad... polskością. Zrobiło to przed nim całkiem niedawno wielu innych, by wspomnieć tylko Krzysztofa Vargę, Piotra Czerwińskiego, Janusza Rudnickiego czy Grzegorza Kozerę, który również wykorzystał do swoich celów powieść drogi. Bohater Szczerka przemierza trasę będącą czymś na kształt kręgosłupa Polski współczesnej. Paranoicznego wariatkowa wyczekującego wojny z Rosją i szczekającego wciąż agresywnie z namnożonych banerów, neonów, szyldów, dobudówek i pomników. Z bruku nawet, bo i on jest tu stygmatem. Autor zabiera nas w upiorną podróż trasą, która jest polską osią życia, jej ważną perspektywą. Przemierzamy kilometry trasy, ale także lata historii, hula sobie bowiem Szczerek nieźle i przenosi nas w czasie wedle własnych potrzeb i uznania. A przecież jesteśmy tutaj, w tym kraju, na jego ważnej drodze; w tej rzeczywistości, której kształtu znieść nie możemy i która może wydać się jeszcze koszmarniejsza, gdy wypijemy sobie kolorowe eliksiry wiedźmina zabranego przypadkiem na stopa.

Czytając o Polsce - tej prawdziwej i tej wyobrażonej - odnosiłem podobne wrażenie, co w przypadku lektury "Powiatowej rewolucji moralnej" Pawła Smoleńskiego. Bo tam też miałem się dowiedzieć czegoś ważnego i być może odkrywczego, a pamiętam jedynie, że czytałem niezłe reportaże o mało odkrywczej tematyce. U Szczerka także jest dosyć nudno, choć przecież dzieją się rzeczy niestworzone. Chodzi mi o tematykę, tylko o nią. Walczy ze sobą bohater podróży autora, walczy też on sam, bo widzimy polskość z każdej możliwej perspektywy i żadna nie jest tą właściwą. W nieznośnej dygresyjności nie kryje się nic odkrywczego, bo tezy i diagnozy to jakieś koszmarne kalki wzięte z różnych kontekstów i okraszone opowieścią z nieprzewidywalną fabułą na granicy snu i jawy. Czym ta Polska jest i była? Czy zagubionym w sobie Środkiem Niewiadomego, pomostem między dwiema kulturami, sarmackim rojeniem, pijackim zwidem czy kłębowiskiem kompleksów, które poszukuje ujścia w poszukiwaniu takich narodów gdzieś nieopodal, z których można sobie podrwić? A może zlepkiem bylejakości, w którym kraj równa się idei i pewnego rodzaju mentalności? Tej widocznej w miastach i miasteczkach, przy których nikt pokonujący Siódemkę się nie zatrzymuje, a Szczerek każe bohaterowi robić w nich przystanki niczym na drodze krzyżowej, która z każdym kolejnym zwrotem akcji staje się coraz bardziej męcząca, bo zaskakujące pomysły się kończą, a w finale to już można się tylko bać. Naprawdę.

Takie przemierzanie Polski, które służy uwypukleniu tego, co uwiera, także całkiem niedawno miało miejsce w naszej literaturze. "Przemyśl-Szczecin" Karola Maliszewskiego  to rzecz o kolejowej odysei znacznie mniej uczęszczaną trasą niż ta z Krakowa do Warszawy. Tam też pojawiła się galeria postaci i były one dużo bardziej uwierające, bo przecież znajdowaliśmy się w zamkniętej przestrzeni pociągu, bohater Szczerka zaś może się salwować ucieczką - palić własne auto, kraść cudze, łapać się na podwózkę nyską pełną hipsterów czy nawet przez chwilę pedałować na kradzionym rowerze. U Maliszewskiego zaczęło się od mrocznych snów, a skończyło na egzorcyzmach. U Szczerka rozpoczynamy w pijanym Krakowie, a kończymy w momencie, gdy wszystkie narodowe współczesne lęki zamieniają się w okrutną rzeczywistość. I od niej nie ucieknie się już w eliksiry i wizje. "Siódemka" staje się zatem nie tylko wtórna tematycznie, lecz również formalnie, co powoduje, iż nie przykuwa uwagi czytelnika na tyle silnie, na ile być może chciałby tego autor.

Ziemowit Szczerek napisał powieść drogi o redaktorze karmiącym swoich czytelników konfabulacjami, który sam wpada w wir niesłychanie niewiarygodnych zdarzeń. Dość dobrze możemy rozpoznać, które są rzeczywiste, a które dzieją się w jego głowie. Przechodzenie od smutnej codzienności do surrealistycznych wizji będących równie smutnymi obrazami to manewr powtarzający się w "Siódemce". Książce, w której bohater nie może uwolnić się od swoich cech narodowych, a wiele z nich poddanych jest pod dyskusję, nie zawsze w formie konfrontacji poglądów - a jest w fabule Szczerka z kim rozmawiać, choć niekoniecznie jest o czym. Snujemy się po trasie zwolnionego ruchu i nie wiemy, w którą stronę za chwilę odbijemy. Wszystko jest koszmarnych kształtów i mrocznych proporcji. Jest dużo słów, które uwierają, oraz sporo tez, nad którymi można zapłakać. Dzieje się bardzo wiele, bo zwroty akcji są wręcz komiksowe i nudzić się pozornie nie można, a jednak ziewnie się raz czy drugi, gdy przeczyta o tym, jaką to Polskę mamy wokół i w sobie, kto za nią odpowiada i jak bardzo bezbronna jest wobec siebie. Wszystko, o czym przeczytaliśmy, to truizmy i smutne konstatacje, dla których wielu nie chciałoby poświęcać aż całej książki.

Kpina, ironia, czytelne metafory i mnogość co najmniej niezwykłych postaci - to na pewno cechy, które powodują, że "Siódemkę" się czyta i koniecznie chce się komuś polecić, żeby sobie z nim o tej książce porozmawiać. Mnie zastanawia jedno, co udowadnia Szczerek i wielu przed nim także. Ta nasza szara, mroczna, zakompleksiona i niepewna siebie Polska ma też jasne strony, o których pisać jest niewygodnie, bo narzekanie mamy we krwi i kolejna narracja o polskich bolączkach tak czy owak zainteresuje niejednego. Na trasie numer 7 nie ma naprawdę niczego w choć jednej pastelowej barwie. Jest dziewczyna, cudzoziemka, Polka właściwie, ale taka nie do końca. Jest kilka pięknych zdań o niej. I nie ma nic, naprawdę nic, co mogłoby tej opowieści o Polsce pomóc.

"Siódemka" dotyka problemów dyskutowanych już na wszelkie możliwe sposoby, a nie wnosi tak naprawdę niczego nowego. Chciałoby się, by po wypiciu jednego z tajemniczych eliksirów bohater Szczerka zobaczył wokół siebie coś ładnego, kształtnego, wartościowego i sympatycznego. Żeby o tym napisał, podrzucił jakiś nowy trop, ciekawą i oryginalną tezę. Gra na emocjach i przywoływanie opinii, którymi rozporządza się w tym kraju bez umiaru i bez celu - to zbyt mocne nie jest, naprawdę. Nawet w opakowaniu z mnogości formalnych chwytów i zagrywek.

2015-03-14

"Ene, due, śmierć" M.J. Arlidge

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 4 marca 2015

Liczba stron: 440

Tłumacz: Agnieszka Brodzik

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: By pomścić przeszłość...

M.J. Arlidge wie, jak przykuć uwagę czytelnika. Ta książka wyróżnia się nie tylko dynamicznymi, krótkimi rozdziałami oraz ciągłym myleniem tropów. To przede wszystkim wielowymiarowa opowieść o kobietach w szponach zła. Tego, które wywołuje gniew i nienawiść, oraz tego, za którym stoją mroczne tajemnice oraz bolesne rany, wciąż krwawiące, stale utrudniające normalne życie. "Ene, due, śmierć" to także powieść, w której zostaje przeniesiony punkt ciężkości - dużo bardziej niż śledzenie kolejnych poczynań mordercy pasjonuje nas odkrywanie tajemnic tej, która ściga psychopatkę. Walka toczy się między zdeterminowaną policjantką a drobiazgową i przebiegłą zabójczynią, dla której ważne jest, by zbliżyć się do ścigającej, a aby to zrobić, podejmuje z nią makabryczną grę.

Schemat zbrodni jest podobny i stale się powtarza, co przez moment wprowadza odrobinę monotonii do powieści. Porywane są dwie osoby, a następnie zamykane w ciasnej przestrzeni na odludziu, pozbawione jedzenia oraz picia. Ofiary otrzymują jasne instrukcje - mają w swoim zasięgu pistolet i osoba, która go użyje, by zabić drugą, zdoła przetrwać, zostanie uwolniona. Seryjna morderczyni porywa nastolatków, dwóch prawników i prostytutki, ale z dwiema parami postąpi nieco inaczej niż z pozostałymi. To ludzie w jakiś sposób bliscy Helen Grace. Policjantce, która zacznie tropić swą przeciwniczkę ze szczególną determinacją, gdy na jaw wyjdą fakty mówiące o tym, że porwani są w jakiś sposób powiązani z życiem Helen. Cała seria dramatycznych wydarzeń ma prowadzić ku jakiemuś celowi. Mordowani są w lepszej sytuacji niż ci, co przeżyją. Doświadczeni tygodniami głodzenia wychodzą na wolność zmienieni na zawsze. Helen musi najpierw pojąć ich związki z własną przeszłością, a potem zrozumieć morderczynię - przewidzieć kolejne porwanie i uniemożliwić je, przerwać mroczną serię zbrodni.

Helen ma za sobą traumatyczną przeszłość i tak naprawdę nigdy nie uporządkowała w myślach tego, co wydarzyło się przed laty. Służba w policji daje poczucie, iż gdzieś się przynależy. Ta ważna przynależność stała się celem i sensem istnienia tej, która po godzinach karze swe ciało chłostą i wciąż na nowo usiłuje zapomnieć o tym, czego w sobie nienawidzi, od czego chce uciec. Helen Grace żyje zadaniowo. Jej relacje z ludźmi są fragmentaryczne. Pozwala sobie na słabość i zbliża się do kolegi z pracy, ale ta czułość okupiona zostanie potem wyrzutami sumienia, bo Helen nauczyła się żyć w pojedynkę i bez zbędnych emocji. M.J. Arlidge portretuje kobietę, która nosi w sobie ogromne pokłady gniewu i rozczarowania. Do działania napędza ją niezdrowa adrenalina. Policjantka z Southampton niesie w sobie taki bagaż doświadczeń, z którym wielu nie mogłoby iść przez życie. Jej się udaje. Działając zadaniowo, nie nawiązując z nikim bliższej relacji, Helen bardzo czujnie przygląda się rzeczywistości. Musi wzmóc swoją czujność, kiedy zrozumie, iż odkrywa ważną rolę w koszmarnej serii mordów. Staje się odpowiedzialna za to, co się dzieje, bo odpowiada za motywację mordującej.

"Jak się obudzić, gdy śnisz? Kiedy znajdujesz się w samym środku koszmaru, jak wydostać się z otchłani". Takie myśli chodzą po głowie jednemu z uwięzionych. Przyznać trzeba, że stylistyka dość już wyeksploatowana, ale poza charakterystyczną dla thrillerów metaforyką kryje się we wskazanych frazach rzeczywisty dramat tych, co przeżyją. Przecież ich istnienie okupione zostanie śmiercią drugiej osoby. Morderczyni wydaje się skupiać na ocalałych, bo doświadczają oni podobnej traumy, z jaką w pewien sposób mierzą się dwie przesycone negatywnymi uczuciami kobiety, które połączy makabryczna gra budująca fabułę "Ene, due, śmierć".

To historia o fatalnych kobiecych namiętnościach. O wyborach, za którymi stoi dużo więcej, niż wybierający jest świadom. Autor zręcznie manipuluje uwagą czytelnika, bo sympatie i antypatie zdają się zmienne, a z każdym kolejnym zdarzeniem czujemy się coraz bardziej obco, gdyż trudno nam przewidzieć, co się wydarzy i jaki to będzie mieć związek z przeszłością. Tak, w czasie przeszłym osadza się cały dramat, którego elementy to część morderczej gry. Dochodzi do eskalacji przemocy i do specyficznej konfrontacji. Ożywają demony oraz wyrzuty sumienia sprzed lat. Akcja intensyfikuje się na kilku możliwych poziomach. Wszystko zmierza do zupełnie nieprzewidywalnego finału, a okrutna gra z więzionymi ludźmi nabiera dodatkowego, mrocznego znaczenia.

M.J. Arlidge ukazuje w swej powieści trudną sytuację kobiet pracujących w policji. Skryty gdzieś mizoginizm kolegów z pracy nakazuje im starać się bardziej, wykazywać się większą odpornością, realizować zadania i pracować dużo bardziej wyczerpująco. Helen podejmuje to wyzwanie z pewną lekkością, bo takie właśnie życie jest dla niej satysfakcjonujące. Druga z policjantek też musi sporo udowadniać. Kobiety w tej powieści dużo przeszły i dużo bardziej intensywnie przez to żyją. Jak choćby oszpecona przed laty dziennikarka, która w swej drapieżności rekompensuje sobie minione doświadczanie przemocy. Kobiety muszą być twarde, bo tego oczekuje od nich otoczenie. Są w głębi duszy słabe i zagubione, a frustracje tłumią na kilka różnych sposobów, bo każda z nich doświadczyła zbyt wiele zła w swoim życiu.

To zapowiedź interesującej serii powieści. Takie książki, w których bohaterowie na różne sposoby i z różnym skutkiem przepracowują swoje życiowe traumy, są potrzebne wielu z nas. "Ene, due, śmierć" to nie tylko sprytnie napisany thriller o charakterze kryminalnym. To przede wszystkim opowieść o niemożności wyjścia poza gniew i smutek. O tym, że życie nie rekompensuje braków i nie wynagradza trudnych przeżyć. O bezkompromisowości życia i o destrukcyjnej sile wspomnień. Rzecz naprawdę bardzo mocna.

2015-03-12

"Najgorszy człowiek na świecie" Małgorzata Halber

Wydawca: Znak

Data wydania: 28 stycznia 2015

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Anatomia uzależnienia

Mam naprawdę duży problem z tą książką. Zupełnie nie wiem, jaką literacką etykietę do niej przypiąć. To, że się sprzedaje i będzie czytana, jest czymś oczywistym, bo nazwisko autorki to już sam w sobie promocyjny samograj. Co będzie się kupowało i co będzie czytane? Ani to biografia, ani autobiografia. Beletrystyczna ciekawostka - też nie bardzo. Ta opowieść ma wskazywać wszystkie ciemne strony uzależnienia i prowadzić nas przez kolejne etapy jego oswajania. Jeżeli tak, brakuje mi w niej czegoś dość oczywistego. Chodzi o jakiekolwiek konstruktywne refleksje, o jakieś sensowne podsumowania. O zdania i wnioski, z których może coś wynikać. "Najgorszy człowiek na świecie" od pierwszego do ostatniego zdania nadaje na bardzo wysokim tonie emocjonalnym, ale nic z tego nadawania nie należy do odbiorcy, bo to jeden wielki komunikat przepełniony egocentryzmem i rozpaczą niemożności wyjścia poza neurotyczne "ja". Komunikat bez treści, choć przecież tak okrutnie przegadany.

Żal mam spory do Małgorzaty Halber nie tylko dlatego, że ze sprawy śmiertelnie poważnej niepotrzebnie robi tragifarsę. Boleśnie naznaczone osoby identyfikujące się z nałogiem, o jakim autorka rozprawia, nie znajdą w tej książce właściwie niczego dla siebie. Anatomia uzależnienia przedstawiona jest przez pryzmat spotkań terapeutycznych oraz przeżyć z nimi związanych. Jest tam wszystko - od początkowej kontestacji i drwiny z procedur po podporządkowanie się im i po współpracę. Jest trud, gniew, mnóstwo lęków i paranoiczne nastroje związane z odstawianiem, ale nie ma w zasadzie żadnej diagnozy. Skoro powieściowa Krystyna tak mocno akcentuje swoją odmienność i tylko na chwilę uświadamia sobie, że mechanizmy jej uzależnienia wpisują się w schemat i wielość, dlaczego ani przez moment nie wejdzie w siebie naprawdę głęboko i jedynie serwuje nam truizmy w mało wdzięcznej frazie? W niej dowcip miesza się ze śmiertelną powagą, a ironia ze złośliwym sarkazmem wskazującym choćby na markę klapek jednego z uczestników terapii.

Krystyna bardzo wcześnie wpadła w sidła nałogu. Picie zaczęło się już w szkole i przywiązało do siebie w bardzo skomplikowany sposób. Pracująca wśród ludzi i z nimi osoba wyznaje prawdę nie do końca oczywistą - nie umie do ludzi mówić i konstruktywnie się z nimi porozumiewać. Ta bolesna trudność wynika z faktu braku komunikacji z własnymi emocjami. Tworzy się przestrzeń, w której niedopowiedzenia zaczynają być opresyjne. Z milczenia i różnych blokad bierze się chęć odrealnienia procentami czy narkotykami. Refleksja? "Po prostu można się uzależnić od różnych rzeczy, jak się ma w sobie dziurę. Dziurę nudy oraz przede wszystkim niezgody na to, co w danym momencie czujesz". Nic nadzwyczaj wyjątkowego, prawda? W takim tonie napisana jest całość, mniej więcej tego typu konstatacje zawiera. Wiele z nich sprawia wrażenie zapisanych, bo są czymś na kształt prawd objawionych. Dla ludzi, którym nałóg odebrał wiele i którzy całe życie się z nim mierzą, może to być za mało. A nie ma co ukrywać, że po taką książkę sięgnie dość spora grupa alkoholików w różnym wieku oraz różnej sytuacji życiowej. Złych po lekturze, bo niewiele w literach i zdaniach Halber znajdą...

Pierwsze zdanie "Najgorszego człowieka na świecie" brzmi dość dramatycznie. "Nie wiem, od czego zacząć" - tak się wszystko zaczyna i trudno oprzeć się wrażeniu, że tak też kończy. W niewiedzy o tym, co się opisuje i jak się to robi. Alkoholizm Krystyny to taka cecha dystynktywna, która - cóż za odkrycie! - u każdego uzależnionego sprzęgnięta jest z nieustannym wstydem... którego trzeba się wstydzić. Walka z nałogiem to walka o rezygnację z utrwalonych już zachowań, które nie gwarantowały spełnienia, bo były rozpaczliwymi próbami nieuczestniczenia w życiu. Halber zaznacza, że przyszło jej zapłacić wysoką cenę za zadzieranie z rzeczywistością, której kształt chciała zmieniać Krystyna. Zagubienie wywołuje więc brak dostosowania oraz brak wewnętrznej dyscypliny i niegotowość do przyjmowania siebie w niedoskonałej formie. Nieźle pokazana jest bierność, którą od czasu do czasu zastępuje kompulsywna walka o normalność. Dobrze, że Halber jest w stanie nazwać to, z czym mierzą się alkoholicy bez nazywania - ze swym strachem, frustracjami i poczuciem niemożności zmiany własnego życia, zapatrywania się na nie. Obawiam się jednak, że nazywa jedynie to, co zostało już nazwane, opisane wielokrotnie.

Materiały z różnego rodzaju terapii czynią tę książkę paradokumentalną, ale nie wiem, w jakim celu są wykorzystywane. By uwiarygodnić niewątpliwy dramat? Podkreślić nieprzystawalność mentalną i emocjonalną bohaterki do struktury nakazowej każdej formy terapii? Wchodzimy na spotkania zagubionych i pokrzywdzonych przez samych siebie tylko po to, by dyskretnie z boku obserwować jakąś ludzką menażerię. Dystansujemy się, bo każdy zostaje rozpracowany przez przekonaną o swym zmyśle obserwacji narratorkę. Dowiadujemy się także, o czym terapeuci mogą nie mieć pojęcia podczas pracy z osobą uzależnioną, ale podejrzewam, iż każdy z nich podczas lektury tylko uśmiechnie się z politowaniem. Nieznośny jest sposób, w jaki te same zjawiska, odczucia czy zachowania, określane są po raz kolejny, kolejny i jeszcze raz. Chaotyczne powracanie do urwanych myśli albo kontynuowanie już podjętych wątków to nie przejaw bałaganu myślowego osoby uzależnionej, lecz bolesny dowód na to, iż Małgorzata Halber z pełną świadomością chce się powtarzać, powtarza się koncertowo, mnoży truizmy i wokół nich buduje groteskowy humor, ale przede wszystkim staje się histeryczna z pytaniami retorycznymi czy z wnioskowaniem o oczywistościach.

Nie można oceniać prawdziwości czyichś przeżyć. Nie można decydować o tym, czyj dramat jest większy. Nie da się dyskutować z czymś, co jest osobiste, przeżyte z całą mocą i będące źródłem udręki. Nie można zatem krytykować "Najgorszego człowieka na świecie", bo jest to opowieść szczera i zapewne napisana z sercem. Można jednak widzieć to, co dostrzeże wielu, ale nie wszyscy uznają za wadę. Ta opowieść jest mimo wszystko wtórna, mocno chaotyczna i naprawdę pozbawiona jakichkolwiek konstruktywnych puent. Nie zaczynałem jej czytać jako poradnika walczącej z nałogiem. Wiem, że w dużej mierze miał to być bezradnik. Tyle że z bezradności, bezwoli, braku konsekwencji i dość słabej frazy wychodzi książka mimo wszystko bez właściwości.

2015-03-09

"Hrapeszko" Ermis Lafazanovski

Wydawca: Toczka

Data wydania: 13 marca 2015

Liczba stron: 174

Tłumacz: Aneta Sapeta

Oprawa: miękka

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Pielgrzym i sztuka

Nostalgiczna i przesycona symboliką opowieść Ermisa Lafazanovskiego to dotykająca wielu problemów historia dziewiętnastowiecznego naznaczonego wyobcowaniem bałkańskiego pielgrzyma, dla którego idea sztuki stanie się najpierw zachwycająca, potem zwodnicza, w końcu tragiczna w swym niezrozumieniu przez otoczenie i w swej wieloznaczności. Na okładce książki macedońskiego prozaika lśni (dosłownie) kielich diatretum - misterne dzieło ze szkła zabezpieczone przed zniszczeniem. Puchar - klatka. Dzieło sztuki skończone i doskonałe. Diatretum stanie się jednym z czytelnych symboli życia młodego Hrapeszka, który cudem wyrwany z ziem zapomnianych przez Boga i ludzi, postanawia zmienić fach i oddać się idei szklanej sztuki, silnej siłą tchnienia, mocnych płuc oraz wielkiej wyobraźni przekraczającej granice państw, cesarstw, religii i mentalności.

Tam, gdzie płynie rzeka Wardar, kwitną też winnice. Tam też niespełna dwudziestoletni Hrapeszko zdobywa sławę jako genialny ogrodnik. Wielki tors i mała głowa, to go wyróżnia. W tej głowie pojawią się z czasem wielkie dylematy, spore wahania, dużo niejasności i żal o to, że jest się być może w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwej podróży. Hrapeszko otrzymuje dar od losu - możliwość wyruszenia do Europy, tej prawdziwej, cesarskiej, nowoczesnej i przepełnionej duchem kultury, której nie ma na bałkańskiej ziemi, gdzie rzekomo rządzą instynkty, a ludzie nie umierają ze starości, lecz w krwawych bitwach. Nie waha się ruszyć w podróż tak, jak pewnego dnia bez chwili wątpliwości podąży z powrotem do ojczyzny, o której zacznie zapominać, a głos sumienia uciszać będzie kontemplacją nowego rodzaju sztuki.

Bo Hrapeszko porzuci sekator i winorośl. W jednym ze szwajcarskich kościołów ujrzy szklane dzieło sztuki. Kolorowe. Magiczne. Przyciągające uwagę i rozbudzające wyobraźnię. Hrapeszkiem zajmie się jego nowy mistrz - Otto. Ten wizjoner wierzy w to, iż kiedyś Europa będzie jednością. Uznaje, że Bóg wydmuchał świat ze szkła, a oddech i moc Hrapeszka pozwolą mu nadać życiu nowe znaczenie. Być może pierwszego prawdziwego, bo wcześniej Hrapeszko nie rozważał, czym jest sens jego życia. Otto daje mu narzędzia i doświadczenie. Macedoński przybysz zaczyna tworzyć rzeczy niezwykłe. Jego wyobraźnia pracuje tak, jak jeszcze nigdy nie było jej dane. A wokół krążą plotki o Hrapeszku. Otoczenie widzi w nim bałkańskiego niedźwiedzia, dostrzega groźną dzikość i nieujarzmioną siłę. To Mandalina, córka Ottona, pierwsza dostrzega coś więcej niż tylko silną posturę i niewiarygodny zapał do tworzenia w szkle. Ona widzi w bałkańskim emigrancie człowieka. Ten człowiek jest w stanie wydobyć z niej chorobę. Pokazać, że szkło to materiał wręcz magiczny. Udowodnić, że sztukę nosi w sobie, choć nie potrafi o niej rozprawiać. Ale to dopiero początek prawdziwego dramatu, bo Hrapeszko nie będzie w Europie czuł się zadomowiony, będzie szukał swej innej Europy, a wraz z odkrytą sztuką przemierzy także Daleki Wschód. Wszystko po to, by odczuć, że praktycznie wszędzie jest już nie u siebie, a koncepcja sztuki, jakiej zawierzył, rozmywa się, zmienia kontury, zaczyna ranić i wpędza w troski...

Lafazanovski pokazuje między innymi konsekwencje odcięcia się od tradycji i niespokojnych poszukiwań nowych wzorów, które mogą stać się zdradliwe. W tej nieco baśniowej przypowieści przedstawia nam bałkańską duszę zniewoloną ideą piękna, którą wyznaje inny region, inni ludzie, ten kanon należy do wytworu innej kultury. Hrapeszko obarczony jest ciężarem pochodzenia z miejsca, w którym - zmieniając zajęcie - jest już kimś obcym, niezrozumianym. Jednocześnie bierze na siebie ciężar odpowiedzialności za fach dyktowany sercem, a realizowany w zręcznych dłoniach i dzięki silnemu oddechowi. To nie jest tylko historia o zmianie rzemiosła i balansowaniu między różnymi światami wartości oraz przekonań. To rzecz, w którą sensownie wpleciona jest symbolika szkła i motyw demiurga, pod którego czujnym okiem szkło zamienia się w sztukę.

Ermis Lafazanovski świetnie oddaje atmosferę zagubienia pośród pozornie prostych wyborów. Prostota głównego bohatera staje się jego stygmatem. W cywilizowanej i rzekomo bezpiecznej Europie, gdzie wciąż na nowo dochodzi do kolejnych wojen, Hrapeszko zostaje pobity za to, że jest inny, nieprzystający. Siła fizyczna bohatera nie jest tym, co go naprawdę wyróżnia. W tej opowieści widzimy przecież zachwyt innością, oswajanie koncepcji piękna, dokonywanie zmian w sobie i kształtowanie świata w takim wymiarze, jaki mają szklane dzieła sztuki, którym Hrapeszko oddaje serce całkowicie.

Lafazanovski stworzył przy okazji rozprawę o niezależności i sile sztuki, która ma moc jednoczenia. To taka opowieść o czasach, w których cesarstwa upadają, a sztuka wydaje się wieczna. Wspomniany i widoczny na okładce kielich to powód do dumy, ale i źródło nieopisanej tragedii. Takiej, po której Hrapeszko zmuszony jest zmodyfikować swe życiowe plany i po raz drugi opuścić miejsce, które za żadnym razem się o niego nie upomniało. Nieprzypadkowo Hrapeszka zdobywa dla innego świata badacz przystosowania podmiotu do zmiennych. To książka także o trudności przystosowania. O przywiązaniu do idei i drugiego człowieka, które może być tak kruche jak szklana butelka roztrzaskana i zamieniająca kształt na chaos. O tym, ile - także w dosłownym znaczeniu - kosztuje ludzka wolność i niezależność. Kameralna opowieść o sprawach ponad czasem i ponad miejscami, z których wyrasta. Jednocześnie z wyraźnym adresem, spod którego się wydostaje, bo to przecież pewna rozprawa z macedońskością i tej macedońskości miłowanie. Hrapeszko dzisiaj przemierzałby świat szybciej i równie szybko zdobywał sławę. Ale ta opowieść jest ponadczasowa. Ponadczasowe wzruszenia i ujmujący liryzm niektórych fragmentów. Książka pozostawiająca w niemym zdumieniu i naprawdę piękna - od pierwszego do ostatniego zdania.


PATRONAT MEDIALNY