Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-04-28

"Chan al-Chalili" Nadżib Mahfuz

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 9 kwietnia 2015

Liczba stron: 288

Tłumacz: Jolanta Kozłowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Dramat przemian

Sopocki wydawca znakomicie dobiera nam powieści z bogatego dorobku Nadżiba Mahfuza, a najnowsza rzecz - choć wydana przecież już w 1946 roku - to naprawdę świadectwo dobrego smaku, finezji i wyczucia tego, o jakich wartościach we współczesnym świecie powinniśmy rozmawiać i które z ważnych problemów egipskiego pisarza dzisiaj jak nigdy są wciąż aktualne, uwierające i zmuszające do głębszej refleksji. Czytelna płaszczyzna interpretacyjna każe spoglądać na "Chan al-Chalili" jako na powieść o silnych więzach rodzinnych, braterskiej bliskości i o kolorycie Kairu podzielonego na dzielnice niczym na enklawy, gdzie możemy przyjrzeć się tej jednej szczególnej, poznać topografię jej niezwykłości, ujrzeć ją z czułością, przy drobiazgowym spoglądaniu na szczegóły tworzące klimat czegoś wyjątkowego, hermetycznej przestrzeni. To jednak książka przede wszystkim o dramacie przemian, które kwestionują ład przeszłości, iluzorycznie kreślą ramy teraźniejszości i każą zastanawiać się nad tym, co przepada, by przyszłość nabrała nowego kształtu, i na ile ten kształt jest przewidywalny.

Tytułowa dzielnica Kairu tętni życiem na swój własny sposób. Zamieszkują ją ludzie przyjmujący rzeczywistość taką, jaka ona jest. Jednocześnie silnie osadzeni w lokalnej obyczajowości, często znajdujący się w półśnie wywołanym haszyszem, niezbyt wyraźnie widzący granicę tego, co realne, i świata własnych wyobrażeń. Do Chan al-Chalili przeprowadza się rodzina Ahmada Akifa. Mamy rok 1941 i bombardowany Kair. Specyficzna dzielnica ma dać wytchnienie od nalotów. Można się w niej schronić, bo opiekuje się nią inna, przepełniona transcendencją siła. To tutaj kairczycy czują się naprawdę sobą i to w Chan al-Chalili odnaleźć mogą spokój przybysze z innych dzielnic. Czy na pewno? Czy kulturowo odmienna od reszty miasta część, w której mieszkają specyficzni ludzie ze specyficznymi problemami, jest gotowa przyjąć przybyszy z zewnątrz? To jakby odrębny świat, swoiste miasto w mieście. Przestrzeń z jednej strony zamknięta, z drugiej - tak samo jak inne dzielnice miasta narażona na niszczycielskie naloty, bo pewność nietknięcia może być tylko proislamską propagandą państw Osi.

Ahmad czuje niepokój i nostalgię w pierwszych dniach pobytu w Chan al-Chalili. Jego uporządkowane życie nie przystaje do tego, co wokół. Drażni go gwar ulicy, pogłębia się poczucie wyobcowania i nasilają stany depresyjne, tak charakterystyczne dla mężczyzn z jego rodziny. Ahmad jest szeregowym urzędnikiem, choć mógłby być kimś znacznie cenniejszym dla społeczeństwa. Ono nie doceniło jego zalet. Mężczyzna nie ukończył studiów, nie zrealizował śmiałych planów, nie odnalazł się w dynamicznym świecie kariery i zaszczytów, choć doskonale wie, że w Egipcie tym światem rządzą nepotyzm i układy. Ahmad czuje się kimś lepszym, ważniejszym. Wybrał eskapizm, by potęgować wewnętrzne cierpienie i samotność. Ufający religii i trwałym zasadom, które określone zostały przed wiekami, żyje w świecie fikcji literackich i pośród mądrości zdobytych w książkach. Nie ożenił się, nie założył rodziny. Czuje, że czas uciekł mu niepostrzeżenie i że nie jest w pełni przydatny światu, w którym rodzina jest wręcz magicznym kręgiem.

Mahfuz portretuje nam intelektualistę w szponach własnych uprzedzeń i kompleksów. Ogranicza swojego bohatera, by pokazać mu namiastkę wolności. W przestrzeni wymiany poglądów, jaką staje się dzielnicowa agora, kawiarnia Az-Zuhra, i w sferze emocji, bo Ahmed dostrzega w nowym otoczeniu kobietę, wobec której czuje lęk, ale także fascynację, bliskość prawdziwego uczucia. Niegotowy na miłość oddaje się nowemu towarzystwu, które rewiduje jego dotychczasowe poglądy. Szczególny wpływ wywiera na niego Ahmad Raszid - piewca nowoczesności, odrzucający tradycję i kwestionujący to wszystko, co z takim pietyzmem budował w sobie Akif, zamknięty w czasie przeszłym, bezpiecznym i do tej pory naprawdę pięknym. Jego rozmówca uświadamia mu, iż nie ma pojęcia o tym, kim jest Nietzsche, Freud czy Marks. Po pewnym czasie zagubiony w dyskusjach światopoglądowych Akif zadaje sobie dramatyczne pytanie: "Jak mógł mi uciec świat wiedzy współczesnej?". Anachroniczne wydaje się zarówno jego pojmowanie rzeczywistości, jak i poglądy na miłość. Te trudno jest zwerbalizować, kiedy toczy się wewnętrzną walkę między mizoginią i goryczą a pragnieniem oddania się uczuciu. Ahmadowi jest coraz trudniej i sprawy nie ułatwi przybycie młodszego brata. Ruszdi jest śmiały, bystry, pewny siebie i chwyta się tych przejawów życia, które dla Ahmada stanowią zagrożenie. Zdobył wszystko, czego nie udało się zdobyć Ahmadowi. Zdaje się, że ma wszystko i może wszystko, a to już pewne niebezpieczeństwo.

Nadżib Mahfuz snuje niespiesznie opowieść o bolesnym zderzeniu ideałów i wiary w przeszłość z teraźniejszością, której niepewność naznaczają nie tylko nowe poglądy i idee, ale przede wszystkim powtarzające się naloty, świadectwa wojny, czasu chaosu i niepewności o jutro. W Chan al-Chalili nie myśli się dużo o wojnie, a rozmowy na jej temat sprowadzają się do wyrażania luźnych opinii oraz opowiadania żartów. Ahmad Akif zostaje skonfrontowany z nowoczesnymi poglądami wpędzającymi w coraz większą niepewność oraz z siłą uczucia, na które nie jest gotowy. To bohater osamotniony, ale przede wszystkim tragiczny w kilku wymiarach. Dodatkowo wyobcowany faktem przebywania w obcej dzielnicy, w której rozpaczliwe próby dopasowania się do jej kolorytu kończą się oczywistym niepowodzeniem i poczuciem kolejnej klęski.

Świat Mahfuza to świat zmienności i niepewności. W uporządkowaną przestrzeń wdziera się chaos. Pojawiają się poglądy, których głoszenie świadczy o byciu nowoczesnym, ale ich ślady pozostawiają jedynie niepokój, bo drążą pewien społeczny i kulturowy ład, który gwarantowały setki lat znanej i pewnej tradycji. Wojna jest tłem, ale tłem bardzo wyraźnym. Niepewność głównego bohatera idzie w parze z konfrontacją jego zachowawczości z tymi wszystkimi ludźmi, którzy śmiało wychodzą światu naprzeciw, nie izolując się i nie popadając w intelektualny stupor. "Chan al-Chalili" to uniwersalna powieść o przemianach, za którymi kryje się niepewność. O wartościach, które przestają nimi być, i chaosie, jakiego nie sposób uporządkować. Powieść gorzka, bo dająca do zrozumienia, jak wiele na każdym etapie życia można odrzucić, by dać się uwieść mrzonkom i przeżyć smutek rozczarowania tym, co nowe i nieznane. Ważny głos sprzed blisko siedemdziesięciu lat, który warto znać - głównie dlatego, że to głos sugestii, nie autorytarnej siły.




PATRONAT MEDIALNY

2015-04-23

"Króliki Pana Boga" Grzegorz Kozera

Wydawca: Dobra Literatura

Data wydania: 14 kwietnia 2015

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Podróż ocalonych

Premiera nowej książki Grzegorza Kozery zbiega się z premierą reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej "1945. Wojna i pokój". Dwie kwietniowe nowości dotyczą wydarzeń roku, o którym myśli się zwykle jako o czasie końca wojennego koszmaru. Kozera proponuje nam fikcję literacką, a Grzebałkowska garść faktów. Wszystko po to, by pokazać, jak trudny był to rok i że wojna dla wielu nie skończyła się razem z kapitulacją Trzeciej Rzeszy.

"Króliki Pana Boga" uwierają z wielu powodów. Kompozycyjnie otrzymujemy mroczną powieść drogi, której fatalizm zaznaczony jest już na wstępie, i oczywiste się staje, że dla zagubionych wędrowców Kozery dotarcie do Polski, do której impulsywnie podążają ze znienawidzonych Niemiec, nie przyniesie ulgi, nie stanie się końcem traumatycznych doświadczeń. To, co szczególnie dotyka w powieści, to kondycja egzystencjalna trójki bohaterów. Halina i Honza przeżyli piekło obozu koncentracyjnego. Adam był siłą roboczą u sadystycznego Niemca. Ci pierwsi doświadczyli zła najintensywniej. Adam przygląda się mu jakby z oddalenia, bo dochodzi do wniosku, iż jego los zdecydowanie oszczędził. Jedenastolatek, dziewiętnastolatek i dojrzała kobieta - razem ruszą w ryzykowną podróż tam, gdzie być może nic na nich nie czeka. Może rodzina, oswojone otoczenie, być może ktoś skłonny do pomocy. Tyle tylko, że pomocy oczekują tysiące innych i pośród tych innych widzimy smutną trójkę umiejętnie wyróżnioną przez autora, sugestywnie oddającego dramat garstki ludzi w morzu dramatów innych. Nomadów powojennych, którzy wciąż boją się o życie. Stale walczą z głodem, niewygodami, wciąż nie są pewni swojego losu. Bo "Króliki Pana Boga" to smutna opowieść o tym, że bycie wolnym nie jest powodem do radości. Że nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Co więcej, nic prawdopodobnie się już nie ułoży, albowiem chaos i okrucieństwo trwają nadal, gdy wojna staje się przeszłością.

Halina to bohaterka książki "Berlin, późne lato", w której Grzegorz Kozera portretował trudne relacje Niemca z ukrywającą się u niego uciekinierką z obozu. Dowiadujemy się, że Halina ponownie do tego obozu trafiła. Ślady po nim ukrywa głęboko w sobie. Niewiele mówi o tym, co działo się wcześniej. Nie jest w stanie docenić, że już nie jest więźniarką. Nie oczekuje od życia żadnej odmiany. Jedynie takiej, że teraz może żyć. Ze wszystkimi wspomnieniami i bolesnymi doświadczeniami z niedalekiej przeszłości. Ze śladem uczucia do Otto Petersa, który przed dwoma laty ukrył ją u siebie, starając się skryć kobietę przed całym okrucieństwem wojennego świata.

Postacią pierwszego planu jest jednak dziewiętnastoletni Adam. "Króliki Pana Boga" to w dużej mierze powieść inicjacyjna, bo Adam stara się zrozumieć świat, jaki nastał po wojennej apokalipsie. Bierze na siebie odpowiedzialność za Honzę. Młodziutkiego Czecha, który cudem uniknął śmierci w obozie. Honza przestał rosnąć w trakcie wojny tak, jakby obawiał się jakiejkolwiek afirmacji swojego istnienia. Teraz zmaga się z chorobą i wierzy Adamowi, który zapewnia chłopca o tym, iż ujrzy swoją matkę. Adam doświadczył niemieckiego okrucieństwa inaczej niż jego towarzysze, ale teraz, podobnie jak wielu, z trudem gasi w sobie chęć odwetu na tych Niemcach, którzy bezbronni stają na jego drodze. Chłopak musi stać się starszym bratem, opiekunem Haliny, wchodzi w rolę dojrzałego mężczyzny zobowiązanego bronić swoich najbliższych. Bo bliskość nawiązuje się u Kozery mimo faktu, że wokół widać przejawy zezwierzęcenia. Mimo tego, że ocaleni nie zwracają uwagi na śmierć i przemoc. Są bezradną szarą masą, którą można manipulować do woli. Wypracowali w sobie instynkt przetrwania każący im ignorować nienawiść, wrogość i morderstwa wokół. W tym pozornie wypranym z emocji świecie smutnych pielgrzymów Adam, Honza i Halina potrafią udowodnić, że wojna nie zabiła w nich resztek człowieczeństwa.

"Króliki Pana Boga" to książka zadająca wiele niewygodnych pytań. Czy droga ku lepszemu życiu dla wszystkich wędrowców 1945 roku nie jest mirażem? Czy faktyczny koniec wojny zbiega się z końcem traumy, jakiej doświadczano na wiele różnych sposobów i wielokrotnie przy tym wątpiono w boską opatrzność? Grzegorz Kozera portretuje chaotyczny i pełen cierpienia świat ludzi, którzy odnoszą się do siebie wrogo, bo inaczej nie mogą. Niepewne spojrzenia, strach, często niechęć. I te fundamentalne pytania o narodowość, która ma naiwnie porządkować, kto może być bliskim, a kogo należy się bać. Skomplikowany jest świat bohaterów książki, bo ten świat to przede wszystkim nicość, w jakiej trudno się zakotwiczyć. Przesiedleńcy szukają dróg powrotu. Nie wiedzą, z czym wiązać się będzie przemierzanie owych dróg. Szaleńczo pragną końca koszmaru, ale wojna pozostanie w nich przecież na zawsze, bo są ślady nie do zatarcia. Ślady końca świata, który nagle daje jakąś drugą szansę. By przeżyć, trzeba być bezkompromisowym i brutalnym. Temu odrodzonemu światu potrzeba jednak ludzkich odruchów i zachowań, które mają świadczyć, że wojna nie zabija człowieczeństwa.

Pewną rysą na tej dobrze skrojonej prozie jest sposób portretowania Sowietów, których Adam najpierw jest ciekaw, a potem panicznie się wystrzega. Radzieccy żołnierze portretowani są jednoznacznie jako źli. Są dzicy, okrutni, chciwi i przekupni. Strzelają, zabijają, gwałcą kobiety. Ta proza sugeruje, że wszyscy tacy byli. Zaskakująca jednostronność u pisarza, który w empatyczny sposób udowadniał w powieści, do której teraz nawiązuje, że dobrzy Niemcy to nie jest wymysł. Stosowana metoda obrazowania, w której splądrowane mieszkanie nazywane jest dziełem wyzwolicieli, to zaskakująca stronniczość potwierdzająca stereotyp okrutnego sowieckiego żołnierza, który zamiast wyzwolenia dawał inną formę opresji. Każdy sołdat u Kozery jest zły. Czarno-białe spostrzeganie świata, który nigdy nie jest czarno-biały?

"Króliki Pana Boga" to proza pytająca o to, kim jest drugi człowiek w obliczu zmiany ładu świata. Wtedy, kiedy można się tłumaczyć, że człowieczeństwo zabrała wojna. To także gorzka narracja o czasie, w którym jakiekolwiek wyzwolenie było tylko propagandowym sloganem, a bolesny rys wojennej niewoli naznacza biografie wszystkich tych, którzy obok trójki bohaterów pierwszego planu tworzą mroczny i przerażający plan dalszy, tragedie w tle. Mocna i wyraźna książka, w której znajdzie się czułość skryta w gestach i słowach ujawnianych po kryjomu, z niepewnością.


PATRONAT MEDIALNY

2015-04-21

"Najpiękniejsza na niebie" Małgorzata Warda

Wydawca: Black Publishing

Data wydania: 8 kwietnia 2015

Liczba stron: 278

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wieczny brak

Małgorzata Warda to pisarka, na której warsztacie winny się wzorować te autorki, które tak licznie zapełniają półki w księgarniach swoimi nazbyt lekkimi i co najmniej niedopracowanymi powieściami o trudnych sprawach z prostymi rozwiązaniami. O Wardę - jak widać - walczą wydawcy i tym razem Black Publishing ma przyjemność zaprezentować czytelnikom jej nową książkę. Wyraźnie wraca wątek trudnego macierzyństwa, który w poprzedniej powieści, "Mieście z lodu", portretowany był nieco inaczej, ale z równie silnym zaangażowaniem i wiarygodnością, bo autorka nie unika trudnych pytań i nie prostuje skomplikowanych losów matek oraz córek w swojej twórczości. "Najpiękniejsza na niebie" to historia odrzucenia, bolesnych braków, rozpaczliwych prób ich rekompensowania i opowieść o kobietach, którym życiowe pustki wywołane brakiem bliskości matek nie wypełni żadna, najsilniejsza nawet i najbardziej konstruktywna relacja w ich życiu.

Mamy tu wszystko to, do czego Małgorzata Warda zdążyła przyzwyczaić. Sprawnie rozgrywane dwie płaszczyzny czasowe, kluczowe znaczenia retrospekcji i symboliczne sceny, za którymi późniejsza narracja stawia kolejne znaki zapytania, niepokojąc i uniemożliwiając przewidzenie dalszych losów pokrzywdzonych przez los postaci. Powraca motyw lodu z poprzedniej książki oraz relacje matki i córki oparte na toksycznej zależności. Tyle tylko, że w "Najpiękniejszej na niebie" dwie główne bohaterki są od matek oddalone. Każda została odsunięta w innym czasie i innych okolicznościach, ale połączy je coś, co w gruncie rzeczy dzieli, na początku wzbudzając nieufność oraz ambiwalentne uczucia.

Rzecz rozgrywa się zbyt dynamicznie. Od samego początku kalejdoskopowość zdarzeń podważa nieco potencjał tej opowieści. Wkraczamy w dramat zbyt szybko, nieprzygotowani, zawstydzeni problemem, niespokojnie nieoswojeni z sytuacją. Małgorzata Warda tym razem narzuca trochę niewłaściwe tempo, choć przecież cały czas każe zwalniać przy poznawaniu tajemnic z przeszłości. W gruncie rzeczy można by z tego tematu skroić naprawdę epicką narrację, ale zakładam, że dynamika zdarzeń ma przede wszystkim przykuwać do lektury. Książka ma tę hipnotyzującą moc, bo dotyka kilku problemów jednocześnie, komplikując wszystko już na samym początku, gdzie w jednej z bohaterek ciekawość, współczucie i czułość walczą z niezdecydowaniem, niepewnością i dużą dozą podejrzliwości.

To, co dotychczas spotkało młodą dziennikarkę Polę, to bagaż zbyt trudnych do uniesienia doświadczeń, po których bohaterka chce za wszelką cenę oswoić samą siebie w samotności, tak jak oswaja dzikiego psa, któremu pozwala naruszać ład i spokój domostwa, dokąd uciekła przed problemami. Pola brała udział w okrucieństwach wojny syryjskiej i po powrocie do Polski rozpaczliwie szukała antidotum na traumę, z którą trudno było jej dalej iść przez życie. Tymczasem nie pobyt na Bliskim Wschodzie stał się krańcowym z jej doświadczeń życiowych. Pola kryje w sobie żal do rodziny. Oddalona od niej, usiłuje odciąć się także od mrocznych i dwuznacznych wspomnień z dzieciństwa. Właściwie nie wie, co ją określa, i kim tak naprawdę jest w momencie, kiedy staje przed nią starsza o kilka lat Sylwia ze swoją córką Mają i błaga o pomoc w sprawie, która wywołuje wewnętrzny opór Poli.

Sylwia jest przekonana, że miała siostrę bliźniaczkę. O tym, że miała także biologiczną matkę, stara się nie myśleć, bo to zbyt bolesne. Boli jednak przede wszystkim poczucie braku. Sylwia - porzucona w wieku trzech lat - całe swoje życie udowadniała, że jest silna, komuś potrzebna, uczynna i żyjąca tak, by spełniać oczekiwania. To ślad nieobecności matki, której historia rysuje się co najmniej mgliście, ale fakty są takie, że porzuciła córkę. A prawdopodobnie nawet dwie. Istnienie tej drugiej neguje Pola. Podejmuje się pomóc walczącej ze śmiertelną chorobą Sylwii, ale nie jest pewna, czy robi dobrze, mając świadomość, iż była przez nią śledzona w trakcie, gdy aktywnie pracowała jako dziennikarka.

Narracja toczy się wielotorowo. Charakterystyczne momenty w życiu przede wszystkim Sylwii nabierają znamion drogowskazów. Czytelne jest to, że oto umierająca młoda matka nie chce porzucić własnej córki i dąży do tego, by postawić się śmierci. Mała Maja rozumie niewiele, ale w jej obecności, także w nowej roli opiekunki, zamknięta w sobie Pola zdaje się odkrywać coraz więcej. Tyle że nie o samej sobie. Dwie kobiety połączy specyficzna zależność, a śledzenie ich losów będzie szło w parze z rozmyślaniami o tym, jak łatwo porządkować sobie świat doznań za pomocą stereotypowego myślenia i wypierania niewygodnych faktów.

A niewygodna w swej wymowie jest w zasadzie cała "Najpiękniejsza na niebie". To dość gorzka książka o bolesnych ranach, których nie zadaje ktoś obecny, lecz ten, co wykazuje obojętność. Warda opowiada o idealizowaniu i wpatrywaniu się we własny wizerunek osoby, którą uchwyciło się  w pamięci tylko w ten wygodny sposób pozwalający znieść i okrucieństwo, i obojętność, i lekceważenie przede wszystkim. Pisarka porusza temat porzuconych dzieci oraz tych wszystkich matek, które z jakichś powodów postanawiają się wyprzeć swego potomstwa. Momentami publicystyczny ton książki wyraźnie nawiązuje do faktów z codziennego życia i ta fikcja budowana jest cały czas z prawdziwych emocji, prawdziwego bólu i nieopisanego uczucia pustki, która pozostaje po bliskiej osobie odtrącającej z nieznanych przyczyn.

"Najpiękniejsza na niebie" opowiada o dorosłych ludziach, którzy zmuszeni są do tego, by wrosnąć w cały ten świat odrzuconych i pokrzywdzonych, którzy muszą dopasować się do życia, a swoje troski kryć głęboko w sobie. Pojawiają się ważne wątki poboczne związane z biografiami Sylwii i Poli, one bardzo czytelnie obrazują stan niemocy wyjścia poza uprzedzenia, lęki i częste frustracje. Jest to więc książka o tym, jak musimy radzić sobie z tym, czego nam na różnym etapie życia brakuje i o konsekwencjach bycia dzielnym, o tej dzielności czasem wbrew sobie. Porzucone dziecko może przez całe życie tkwić w więzieniu własnych lęków. Warda stara się swoje bohaterki z tego więzienia wyprowadzić. Nie gwarantuje ani słodkiego zakończenia, ani uproszczeń na rzecz czytelniejszej fabuły, ani przede wszystkim komfortu psychicznego po zamknięciu książki, bo sprawy z niej dotyczą każdego z nas bez względu na to, jak ułożył sobie relacje z bliskimi.

2015-04-19

"Mężczyzna ze Stumilowego Lasu" Douglas Lain

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 22 kwietnia 2015

Liczba stron: 328

Tłumacz: Piotr Geriant

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Ojciec i syn

Niebywała jest wyobraźnia Douglasa Laina. Historia, którą opowiada, stale i bez określania wyraźnych granic dzieje się gdzieś między wyobraźnią zagubionego mężczyzny a okrucieństwem świata, w którym ponosi się ofiary za bycie poza obowiązującym systemem. "Mężczyzna ze Stumilowego Lasu" to gorzka opowieść o męskich ranach, które nigdy nie mogą się zasklepić. O trudnej relacji ojca z synem rzutującej na drugie pokolenie, a także na całe życie tego, który stając się ikoną z książek znanych na całym świecie, wciąż nie może uwolnić się od pluszaków, własnego nieszczęśliwego dzieciństwa, od okrucieństwa życia i od czasu będącego w tej powieści czymś bodaj najważniejszym. Bo Lain za pomocą kilku środków wyrazu udowadnia, że przeszłość można ukryć w teraźniejszości w taki sposób, żeby pozostała i nie można było się od niej uwolnić.

Christopher jest synem słynnego autora. Synem Alana Alexandra Milne'a, który umieścił go w fabułach swych opowieści o Kubusiu Puchatku, czyniąc chłopcem zanurzonym w świecie ojcowskiej imaginacji, gdzie wciąż na nowo odkrywa rzeczywistość, poszukuje Bieguna Północnego, nazywa rzeczy i emocje przez pryzmat świadomości swych pluszowych przyjaciół. Tymczasem Christopher nie ma przyjaciół w świecie rzeczywistym. Nie było żadnej bliskości między nim a ojcem, bo autor Puchatkowych narracji wciąż dawał odczuć, że jest nieobecny. Paradoksalnie z tej fizycznej nieobecności, z surowości i dystansu wziął się patologiczny nieco związek na całe życie. Bo Chris od dawna jest dorosły, ale wciąż nie może się uwolnić od zabawek z dzieciństwa, którym jego ojciec nadał symboliczną rolę i za ich pomocą odciął się od podstawowego obowiązku - by kochać swego syna i okazywać mu bliskość.

Dzisiaj Chris musi stworzyć tę bliskość z własnym synem. Daniel cierpi na autyzm, w związku z tym relacje dodatkowo się komplikują. Krzyś ze Stumilowego Lasu przyjmuje brzemię ojcowskiej nieobecności z pokorą i konsekwentnie ruguje go z codziennego życia, usuwając jego książki ze zbiorów prowadzonej przez siebie księgarni. Pośród książek Chris czuje się bezpieczny, bo w gruncie rzeczy cechuje go zachowawczość i brak umiejętności podejmowania takich decyzji, które doprowadzają do znaczących zmian w życiu. Wobec Daniela odczuwa bezradność i czułość jednocześnie. Nie chce popełnić błędów własnego ojca. Nie kreśli choremu synowi rzeczywistości w ramach symbolicznego Stumilowego Lasu. To Daniel zabiera ojca do świata przeżyć, z jakim nie miał on nigdy kontaktu.

Spokojne i uporządkowane życie Christophera burzy pewien ślad na ścianie. To plakat zachęcający do udziału w wydarzeniach, które mają się rozegrać za siedem lat. I nie jest to pierwszy moment, w którym czas i rzeczywistość zmieniają kształt i znaczenie, bo Chris jest niepokojony pewnymi znakami już od dawna. Postanawia udać się do Paryża, który w 1968 roku jest miejscem strajków, buntu, społecznej frustracji i gniewu widocznych na ulicach. Tam ożyją i Guy Debord, i Rene Magritte. Tam racjonalizm zderzy się z surrealistycznymi wizjami. Gerrard Hand podobnie jak Chris borykający się z brakiem ojca, dojrzewać będzie do tego, w jaki sposób i na jakich zasadach określić swój egzystencjalny status. To list od niego ściągnie Christophera w samo centrum dramatycznych zdarzeń. Paryż stanie się współczesnym Stumilowym Lasem, a dorosły Krzyś obok słynnych teorii i obok osobowości zmieniających rzeczywistość przed 1968 roku i po nim, znajdzie nowych przyjaciół, z którymi ruszy w podróż, by odnaleźć Biegun Północny. Tym razem naprawdę i z innymi, własnymi oczekiwaniami. Wątek francuskiej rewolty to zgrabnie przedstawiona historia przeniesienia tych emocji i odczuć, których Chrisa pozbawił ojciec, niegodziwie zmyślając tak wiele w fabułach o Kubusiu Puchatku.

Tradycjonalista o uporządkowanym życiu trafia do świata, w którym podstawy ładu społecznego kwestionowane są w każdym możliwym wymiarze. Tu zaczyna się specyficzna gra Douglasa Laina z konwencjami pisania o świecie oraz ze wszystkimi tymi ideami, jakie w 1968 roku elektryzowały społeczeństwo francuskie domagające się nowego ładu i być może nowej definicji wolności. A czy wolność nie jest przypadkiem świadomym wyborem odpowiednich ograniczeń?

Abby, żona Chrisa, wypowiada dość ważne słowa: "Czasem po to, by być realistą, trzeba zaakceptować coś, co wydaje się niemożliwe". Moment, w którym Chris przechodzi ze swego uporządkowanego świata do rzeczywistości przypominającej senną wizję, jest momentem, kiedy dorosły człowiek wkracza w rzeczywistość swojej bajki. Takiej bardzo okrutnej i opowiadanej z własnej perspektywy, bez ojcowskich konfabulacji. Paryż w ogniu rewolty i dynamiczne zdarzenia, w których groza miesza się z groteską i oniryzmem, to miejsce poszukiwania prawdziwego siebie. To czas, w którym dorosły Krzyś będzie w stanie pocieszyć sam siebie, mentalnie pożegnać się z narracjami ojca i stanąć twarzą w twarz z tym realnym światem, który odkrył przez kontakt z czymś wymyślonym.

Ale to nie tylko opowieść o procesie pojednania z przeszłością i o nauce akceptacji swoich emocji. To także gorzka rozprawa z tymi wszystkimi brakami, jakie pojawiły się na drodze dość toksycznych relacji między ojcem a synem. Ten pierwszy odchodzi już ze świata, który oczarował swoimi opowieściami. Pod koniec życia trudno jest mu być blisko z rzeczywistością, bo oddalił się od niej dawno i prawdopodobnie na zawsze. Chris podejmuje próbę porzucenia dzieciństwa i wyobrażeń o tym, czym mogłoby być, a nie było. Lain konstruuje swoją opowieść gdzieś między fikcją a prawdą, wykorzystuje niecnie kilka literackich konwencji oraz te myśli Deborda, dzięki którym udało mu się stworzyć powieść dekonstrukcji.

"Mężczyzna ze Stumilowego Lasu" to gra w sny, niezwykłe opowieści. Podejmujemy z dorosłym Krzysiem wyzwanie odnalezienia tego czasu, który w dość okrutny sposób został zamknięty w opowieściach o rezolutnym misiu. Tego misia już nie ma, pozostaje ból braku porozumienia między najbliższymi ludźmi. Pozostaje cierpienie, któremu trzeba zaradzić. I czas, w którym gubią się wszyscy - prawdziwi i wymyśleni bohaterowie Laina. Wędrówka przez tę powieść przypomina chwilami chaotyczne poszukiwania sensu w Stumilowym Lesie. Tym razem jednak komuś być może uda się zamknąć ciężkie wrota czasu przeszłego i pożegnać ten smutek i tę nostalgię, które nigdy nie pozwalały na określenie tego, kim się jest naprawdę.


PATRONAT MEDIALNY

2015-04-16

"Furie Hitlera. Niemki na froncie wschodnim" Wendy Lower

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 marca 2015

Liczba stron: 270

Tłumacz: Barbara Gadomska

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Groźne, groteskowe i zagubione

Wendy Lower postawiła sobie niezwykle trudne zadanie. Bazując na niewielkiej liczbie dowodów, napisała książkę z pewnością przewartościowującą myślenie o nazistowskich zbrodniach w okresie II wojny światowej. To, czego dokonywały bohaterki jej książki, w wielu przypadkach zostało potem zatuszowane. Wiele opisywanych Niemek po wojnie "rozpłynęło się", między innymi dzięki zmianom nazwisk po wyjściu za mąż. Lower przytacza fakty i mnoży tezy. Jej książka nie daje spokoju, bo każe poszukiwać źródeł okrucieństwa w tej drugiej płci - w matkach, czułych żonach. Pada w książce teza o tym, że łatwiej racjonalizować męską skłonność do bycia okrutnym, bo wierzy się wówczas łatwiej w to, że druga połowa ludzkości dąży przede wszystkim do opiekuńczości i budowania zamiast niszczenia. Setki tysięcy niemieckich kobiet, kochających matek i empatycznych pielęgniarek bądź nauczycielek, włączyło się w hitlerowską machinę zabijania. To nie tylko relatywizm moralny czy zwykła bezmyślność. Wendy Lower sięga najgłębiej jak się da. Ukazuje przerażający obraz niemieckich kobiet między siedemnastym a trzydziestym rokiem życia, które nie tylko uwierzyły w nacjonalizm i teorie o słusznym kolonizowaniu ziem wschodniej Europy. One przede wszystkim ugruntowały się w przekonaniu, że postępują właściwie. Praktycznie żadna z nich nie była zmuszana do tego, by zabijać. A jednak to robiły. Furie Hitlera. Groteskowe, przerażające, smutne i zagubione. W samych sobie przede wszystkim.

Niektóre zostały przedstawione  z imienia i nazwiska. Annette Schücking, Ilse Struwe, Ingelene Ivens, Erika Ohr. Te zdecydowały się mówić po wojnie o swoich doświadczeniach oraz motywacjach. Lower śledzi biografie jednoznacznych morderczyń oraz tych wszystkich młodych Niemek, które po prostu wykonywały swoje obowiązki. Jedna z nich wspomina, że chciała tylko pracować. Przede wszystkim pracować i nie myśleć. Inna, we wstrząsającym wyznaniu, doskonale uzasadnia, jak niewłaściwym czynem jest kradzież, ale uśmiercanie chorych w szpitalu traktuje jak obowiązek, który trzeba było wykonać. Co działo się w głowach kobiet, które wstrzykiwały truciznę i jednocześnie ostentacyjnie określały swą moralność przez negację kradzieży? "Furie Hitlera" bazują na źródłach tropiących ślady. A ślady się urywają, często zacierają. Tylko te nieliczne jednoznacznie oskarżają. I mimo wszystko otrzymujemy przecież książkę o przerażającej wymowie. Pośród tez i rozmyślań kryje się ta okrutna prawda, jakiej wypieraniem zajęły się wszystkie Niemki zesłane na Wschód, którym potem dane było wrócić i zatrzeć ślady współodpowiedzialności za ludobójstwo.

Wiele z nich doświadczało czegoś, co nazwano w książce "upojeniem Wschodem". Podążały tam, gdzie zlecono im nowe obowiązki. Część była przygotowana do tego, co czeka je w nowym miejscu, część po przybyciu popadała w samotność i izolację. Traumatyczne przeżycia druzgotały je wewnętrznie, ale nakazywały też bycie silnymi. Należało pracować, wykonywać rozkazy. Co jednak z tymi, które poza pracą z własnej woli pomagały w zabijaniu? Co z tymi wszystkimi Niemkami, które wydostawszy się z szowinistycznych macek ideologicznych, gdzieś na Wschodzie umacniały swą tożsamość, będąc współodpowiedzialnymi za zbrodnie? Pomagało im fragmentaryczne, wybiórcze widzenie rzeczywistości? To za mało, by uzasadnić strzelającą w tył głów żydowskich dzieci matkę, która za chwilę przytuli własne...

Z pewnością najwyraźniejszą grupą w machinie Zagłady były pielęgniarki. Lower wspomina znaną postać Pauline Kneissler i jej powojenne zeznania, uzasadniające celowość działania w szpitalach, w których Rzesza zlecała eutanazję nieprzydatnych społeczeństwu. Działalność pielęgniarek - zabójczyń oddziałuje do dzisiaj i znajduje uznanie wśród twórców literatury popularnej, by wspomnieć choćby Christiane Fux i jej "Ostatnią posługę". Wendy Lower nie opiera się jednak na mrocznych mitach, lecz na faktach. Kitel stawał się symbolem zagrożenia życia. Także dla chorych i rannych żołnierzy niemieckich, choć to dzisiaj teza nie do udowodnienia. Rzesza rozpoczęła zbrodnie na ludzkości na własnym terenie, we własnych szpitalach. Konsekwencją "utylizacji" zbędnych jednostek stało się całe to okrutne mordowanie, które przez wielu zabójców uzasadniane było po prostu rozkazem do wykonania.

Lower wyraźnie zaznacza, że nie mamy do czynienia z kobietami o znacznie zaburzonym stopniu postrzegania rzeczywistości czy wyjątkowo pozbawionymi empatii. "Hitlerowskie morderczynie nie stanowiły grupy wyjątkowych socjopatek. Wierzyły, że ich brutalne czyny to uzasadnione akty zemsty na wrogach Rzeszy; takie postępowanie uważały za wyraz lojalności". Lojalne były także żony wobec swoich mężów esesmanów, urzędniczki tworzące pisma śmierci. Również nauczycielki, które indoktrynowały i dostrzegały, że zachowawczość oraz przebiegłość w pracy na rzecz Rzeszy po prostu się opłacają.

Wendy Lower opisuje w swej narracji kobiecą brutalność ściśle określoną przez pewne ramy, praktykowaną pod nadzorem, potem doskonale wypieraną ze świadomości. Zeznania niedoszłych ofiar to jednak za mało, by po wojnie wystarczająco wiele zbrodniarek osądzić. "Furie Hitlera" omawiają te karty historii, które przegląda się niechętnie. Nie chodzi tylko o płeć i uwarunkowania, jakie niosła ona w historii nazistowskich Niemiec. Lower proponuje nam inne, wieloznaczne definicje katów i ofiar. Czytelnie definiuje zbrodnię, ale w jej motywacjach wkracza w sferę domysłów, czyniąc swą historyczną przecież publikację nieznośnie wieloznaczną. Opisuje mechanizm już przebadany, a mianowicie mroczną racjonalizację okrucieństwa w sobie. Prowadzi nas jednak śladami tych, które tego okrucieństwa doświadczały, a potem w nim uczestniczyły, w specyficznym rejonie naznaczonym chorą misją imperialną i przekonaniem, że w dzikim kraju i z dzikimi ludźmi można sobie pozwolić na instynkty i działania niekoniecznie dobrze widziane w racjonalizującej szaleństwo swych poglądów Rzeszy.

Chciały czegoś więcej. Zależało im na rozwoju. Uwalniały się z opresyjnych środowisk, w których szanse na awans i poczucie spełnienia były nikłe albo żadne. W różnym stopniu dołączały do zbrodniczej machiny. Różnie tej się z tego tłumaczyły. "Furie Hitlera" to książka bulwersująca, ale inna, wieloznacznie niepokojąca. Nawet pośród faktów, z których akceptacją wielu nadal sobie nie radzi. Mocna i z pewnością warta dyskusji książka.

2015-04-14

"Preparator" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 30 marca 2015

Liczba stron: 232

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Całe to zło...

Nowe wydawnictwo Tomasza Sekielskiego rozpoczyna działalność specyficzną serią książek. Oto pierwsza z nich. "Preparator" oparty został na faktach, ale to literacka fikcja. Ta książka jest projektem na zlecenie i wyszła całkiem nieźle. Hubert Klimko-Dobrzaniecki zapoznał się ze sprawą Adama Deptucha, który zamordował siostrę i matkę, poruszając nie tylko łódzką opinią publiczną. Przyjął perspektywę mordercy, ale nie spotkał się z nim osobiście. Jego fikcja literacka zdaje się natomiast dużo bardziej koszmarna niż orzeczenia sądu wraz z wyrokiem. Dlaczego tak się dzieje?

"Preparator" jest dziełem, którego celem jest być może uczłowieczenie bestii, ale gdyby chodziło o ten zabieg, książka nie wyróżniałaby się z szeregu tworów literacko-filmowych budujących dodatkową narrację do słynnych procesów sądowych. Ten Adama Deptucha trwał bardzo krótko. Winę określono jednoznacznie, motywacje są już mniej czytelne. Autor "Pornogarmażerki" pisał w niej o kontrowersyjnych postaciach, które pozostawiły trwałe ślady w świadomości Austriaków. Choćby Josef Fritzl. Napisanie "Preparatora" mogło być konsekwencją fascynacji z poprzedniej książki, ale prawdopodobnie przede wszystkim okolicznością do opowiedzenia historii o tym, ile zła dokonujący zbrodni bierze ze świata, który go otacza. Klimko-Dobrzaniecki snuje rozmyślania, jakie zajęły już umysły wielu przed nim. Stawia wciąż aktualne i stale otwarte pytanie o to, czy za okrucieństwo czynów danego człowieka nie odpowiada w dużym stopniu okrutny świat wokół niego. Buduje narrację oszczędnymi środkami, ale pozostawia nas w świecie tak wielkiej opresji, że po lekturze odnosi się wrażenie, iż sprawa Deptucha to dramatyczna konsekwencja chaosu, nad którymi ci bez siekiery w dłoni panują być może jedynie przypadkiem...

"Preparator" ma formę dialogu. Mamy do czynienia z przesłuchaniem, a to daje oskarżonemu okazję, by opowiedzieć o swoim życiu przepełnionym frustracją, żalem i różnymi formami nakazów, które komplikowały jego życie i nie dawały szansy na to, by znaleźć w nim porządek. Opowiadający snuje swe refleksje dość chaotycznie, ale w tej dygresyjności tkwi siła prozy Klimko-Dobrzanieckiego. Obok historii życia mordercy poznajemy także jego poglądy na świat relatywizujących się wartości. Na rzeczywistość coraz bardziej pozbawioną konturów, w której mroczny katastrofizm nakazuje bohaterowi pomyśleć o sobie samym jako egzemplifikacji wieszczonego przez niego końca.

Rodzina zawsze była opresyjna. Leworęczność i jąkanie to stygmaty po matczynym okrucieństwie. Nerwowa i wiecznie wymagająca matka nie umiała nigdy ani zrozumieć, ani okazać jakiejkolwiek formy czułości. Siostra żyła w innym, uporządkowanym świecie. W przeciwieństwie do brata miała wyraźne priorytety, zrobiła maturę, ukończyła studia, poddała się porządkującej presji matki i zawsze była jej ukochaną córką. Mężczyźni w domu żyli na marginesie. Ojca spotykał podobny los co syna. W swym odrzuceniu stawali się sobie bliscy w tych nielicznych momentach, które narrator opisuje z troską i czułością. Wizyty u fryzjera, wspólne wędkowanie. Odwiedzanie cmentarza i objaw czułości zapamiętany przez syna w tym specyficznym otoczeniu. Obaj zresztą byli blisko śmierci przez całe życie. Fach preparatora, zimnego doktora, specjalisty od formowania zwłok na kształt żywej istoty - to wszystko zbawienny i jednocześnie bolesny spadek po ojcu. Tym, który domowej atmosfery także nie mógł znosić, ale wybrał rozwiązanie inne niż syn...

Dla tego, który zabił siekierą, jako taki uporządkowany świat kończył się tak jak czas czarno-białej kliszy czy przypominający taką kliszę okres PRL-u. Zło objawiło się w barwach, możliwościach i komplikacjach - one przychodziły stopniowo, ale miały swoje wyraźne oblicze. Świat nie mógł się, niestety, zatrzymać w Czechosłowacji, gdzie pojawiła się miłość, ale i odrzucenie. Świat podążał do przodu, w tej Polsce przepełnionej zazdrością, zawiścią i wzajemną wrogością. Morderca dorastał w samotności i tę samotność w sobie oswajał. Opresyjne było wszystko - wpływ matki, przyjęta forma wyznania, seksualność, komplikacje bytowe i rodzinne, codzienność niemożliwa do uniesienia na własnych barkach. Klimko-Dobrzaniecki delikatnie punktuje w swej narracji momenty, w których nienawiść i frustracja wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. To były pewne etapy wkraczania do piekła własnego umysłu. Do odcinania się od wszelkich form życia na rzecz kontaktu ze zmarłymi, co nabiera dodatkowego znaczenia, gdy zestawi się fakt współistnienia przejawów życia i jego końca w całym skomplikowanym żywocie mężczyzny. Bo tytułowy preparator opowiada o kształtowaniu się ludzkiej tożsamości w systemie bardzo surowych nakazów i okrutnie boleśnie nakreślanych granic - tego, co wolno robić, co robić należy i czego robić w żadnym wypadku nie wolno. Wybory dyktowane były strachem i poczuciem zagubienia, ale także rozpaczliwym pragnieniem dopasowywania się do ułomnego świata, którego opresyjność osaczała coraz bardziej, coraz boleśniej domagając się złamania sztywnych granic.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki usiłuje odnaleźć moment, w którym zachodzi pewna zmiana i podejmowane jest działanie o nieobliczalnych konsekwencjach. Przesłuchiwany wyraża to w następujących słowach: "Istnieje w nas coś dziwnego, zupełnie niewytłumaczalnego, że po prostu chce się, a nie wie dlaczego". "Preparator" nie stara się tłumaczyć czy oswajać dziwności. Nie zadaje także wprost żadnego z pytań, które mogłoby rozpocząć to dramatyczne "dlaczego". To opowieść w gruncie rzeczy uniwersalna, bo dotykająca problemu niedostosowania ludzkich oczekiwań do rzeczywistości. Niedopasowania człowieka chcącego ułożyć sobie życie do świata rujnującego jakąkolwiek hierarchię, którą uda się wypracować. To także - co oczywiste - książka o bolesnych śladach, jakie pozostawia w człowieku traumatyczne dzieciństwo, i o niemożności wyjścia poza osobistą niemoc. Bo piękno można zobaczyć w smutku, a w zbrodni rozpaczliwą próbę wyrażenia buntu, na który nie można było zdobyć się przez całe życie.

"Preparator" to fikcja o sprawach i uczuciach nadzwyczaj realnych. O miejscach, z których wydobywa się ludzkie zło, i o tym, w jaki sposób człowiek się mu poddaje. O niezawinionym cierpieniu i czynieniu innym zła w drodze odwetu, bo chyba każdy może sobie zrekompensować to, iż żyje w nieprzyjaznym mu świecie... O wszystkich tych mrocznych sprawach, o których staramy się nie myśleć, oceniając każdą ludzką bestię jednoznacznie przedstawianą przez media w kontekście okrucieństwa jej zbrodni. Także o tym, że nie da się opisać zła jednoznacznie, a jego poszukiwanie w świecie właściwie nim przesyconym, może być trudne i niejednokrotnie kontrowersyjne.

2015-04-12

"Masakra" Krzysztof Varga

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 8 kwietnia 2015

Liczba stron: 544

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wędrówka i udręki

Krzysztof Varga nie oszczędza swoich czytelników oraz bohaterów nakreślonych zawsze wyraźną kreską. Nawet takich jak Stefan Kołtun, z którym w "Masakrze" ruszymy przez Warszawę trasą knajp, cielesnych udręk, ciężkiego do opisania stanu zawieszenia między byciem pijanym a tego stanu pragnieniem. Stefan ma pewne cechy Piotra Augustyna z "Trocin", chociaż nie można o nim napisać, że to człowiek bez właściwości. Mamy bohatera, który ugrzązł gdzieś w czasie przeszłym i tam, na koncertach, w swym aktywnym życiu pozostawił wszelkie cechy dystynktywne, bo dziś jest tylko wrakiem człowieka. A w "Masakrze" to nie będzie jedyny wrak. Epicka opowieść o ludzkim upadku, różnego rodzaju śmiertelności oraz bolesnych obliczach Polski ukochanej i znienawidzonej jednocześnie niesie nas przez świat idei i poglądów wygłaszanych przez ekscentrycznych znajomych Stefana, dzięki którym umęczony kacem muzyk jest w stanie przetrwać noc. Noc, w którą ruszamy ze zgrozą i fascynacją, bo mimo tematyki dość mocno już wykorzystanej w polskiej prozie, a i prozie samego Vargi, "Masakra" w pewien mroczny sposób hipnotyzuje; przypomina dziewiętnastowieczną powieść realistyczną, tropi warszawskie ślady choćby Konwickiego, zaciera granicę między realnym bólem a symbolicznym cierpieniem. Wychodzi od ciała, by uznać prymat duszy. Zmęczonej i dramatycznie pragnącej nieistnienia. Bo w świecie Vargi - tym pijanym i tym na trzeźwo - brak już chyba miejsca na jakąkolwiek trwałą ideę, a biedny Kołtun wchłania w siebie i wydobywa na zewnątrz przede wszystkim gorzką ironię. Jest dodatkowo wyrazicielem upadku wielu jemu podobnych, obecnych czterdziestolatków z plusem.

Z wcześniejszych książek autora wiemy doskonale, że jego postacie mają tożsamość bardzo wyraźnie zarysowaną poprzez czytelne imię i nazwisko. Stefan Kołtun jest jednak innym bohaterem niż poprzedni. Tamci - przez kontrast jak Fidelis i Apostata z "Alei Niepodległości" - utożsamiali sobą pewien spójny światopogląd i rysowali tym samym świat zamknięty w wyraźnych ramach, które stworzyli. Robił to poniekąd nawet Piotr Augustyn - fenomenalny przykład literackiego antybohatera. Ze Stefanem sprawa ma się nieco inaczej. Ze szczątków wspomnień poznajemy jego dawne życie, w którym udało mu się zbudować namiastkę stabilizacji, ale jakakolwiek pewność jest mu teraz obca. Kołtun to biografia zamknięta - jak wspomniałem - w czasie przeszłym, dzisiaj mogący jedynie chłonąć przejawy ludzkiej bytności w słowach, gestach, znakach i działaniach innych. Jedyną potrzebą Kołtuna, która domaga się zaspokojenia, jest odpowiednie stężenie procentowe alkoholu we krwi. Tylko wówczas bohater może istnieć naprawdę, czyli wegetować gdzieś z dala od rzeczywistości. Umęczony swoim nałogiem nie zważa na sygnały płynące z ciała, które za wszelką cenę chce oczyścić się z tego, co dla jego właściciela jest gwarantem trwania w czasie teraźniejszym.

Nowy bohater Vargi konfrontuje się podczas swej podróży po Warszawie z szeregiem teorii dotyczących funkcjonowania miasta, kraju i świata tak w ogóle. Docierają one do niego tylko wówczas, gdy w żyłach płynie już alkohol. Kołtun osuwa się gdzieś biernie, aprobując poglądy, jakie być może sam kiedyś posiadał, lub wykazując obojętność wobec nich. Krzysztof Varga prezentuje nam mężczyznę, który w pewnym symbolicznym sensie już nie istnieje. Umarł, a pozostała jego cielesna, udręczona powłoka. We wciąż zmieniającym się mieście, z którym wiąże go specyficzna więź, jest już tylko postacią z fotografii w sepii. Odklejony od rzeczywistości cierpi i pogardza porządkiem świata. Jedyną nadzieję wiąże z powrotem nieślubnej żony i dzieci. One - w przeciwieństwie do zagubionego portfela i telefonu - mogą dać szansę powrotu do prawdziwego życia. Tymczasem ono tętni wokół Stefana w pierwszą sierpniową noc, która nie chce się skończyć tak, jak niespodziewanie się zaczyna.

"Upadły piosenkarz, wniosły alkoholik, zaangażowany histeryk, uczciwy hipochondryk, kochający ojciec, oddany kochanek, prawdziwy artysta" - oto jak portretowany jest Stefan ruszający w miasto. Porzuca swą bezpieczną Saską Kępę i mierzy się z niepokojem, jaki niosą myśli o powrocie do pustego mieszkania. Rusza przed siebie. W upalne lato, które - przeciwnie niż  w przypadku większości ludzi - jest dla Stefana czasem wyjątkowej opresji. Na jego drodze pojawią się postacie z krwi i kości, postacie z poglądami i werwą życia. Postacie, dla których warto będzie oddać część swego prywatnego zapomnienia, by na nowo obudzić się w świecie przez nich komentowanym. Jest i rozmowa z pomnikiem, znany z początku twórczości Ignacego Karpowicza chwyt, który - między innymi  - zapewnił mu rozpoznawalność. Są również niepozorne osoby z drugiego planu, znajdzie się też trup. Prywatna masakra Stefana to jego stąpanie po śladach żywych oraz wspominanie tych, którzy pozostawili Polsce taką, a nie inną spuściznę. Spuściznę kraju, który przestaje być wyraźny, tak jak znamiona wyraźności traci rzeczywistość zapijana przez Stefana. Kraju pozostawiającego bolesny ślad w ludziach z pokolenia Stefana... Wędrówka bohatera książki to wędrówka skazańca. Warszawa jest więzieniem i jest też miastem, w którym codziennie coś umiera. Stefan nie rozpoznaje jej kształtów, choć doskonale zna topografię. Osoby z jego otoczenia starają się uczynić Warszawę przejrzystą. W efekcie widzimy w niej esencję kraju w rozpadzie albo w trakcie koszmarnej metamorfozy.

Polska to kraj, w którym nawet ateiści są katolikami. Kraj rocznic, krzyży, adoracji wraku Tupolewa i kultu zarżniętych świętych. Kraj widziany także przez pryzmat knajp o specyficznym rodzaju klienteli. Miejsce, w którym zmiany wciąż trwają, i stale napierają, ale przemiana jest już stanem stałym, niewiele za nią stoi. O tym, co pewne, wyrażą się charyzmatyczni ludzie starający się wspomóc Stefana w jego warszawskiej drodze ku delirycznemu zapomnieniu. Wśród nich Prezes znający sztukę mimikry i sprytnie dopasowujący się do wszystkiego, by na tym ugrać. Także Doktor, patomorfolog, specjalista od krojenia samobójców, mroczny pesymista dziejowy, wyjątkowo czujny realista także. Jest tajemniczy Prorok, wyraziciel tego, co w polskości najważniejsze i zaniedbane. Jest też kobieta, dawna miłość Stefana - Wiedźma, która zarzuca Stefanowi zachowawczość. Literaturoznawca, krytyk, zbuntowany poeta, tajemnicza para z imionami rodem z "Lalki" oraz przemawiający z pomnika sam jej twórca, którego duch skrył się w "Masakrze" wyraźnie, choć w fabule nie pozostaje mu nic innego jak przyjąć gołębie guano spadające na pomnikową głowę...

"Masakra" to taki rodzaj książki, która dość perwersyjnie przyciąga. Nawet wówczas, gdy traktuje o wymiotowaniu i wraz ze Stefanem mieli jego pragnienie zdobycia trzech piw, zajmując naszą uwagę przez blisko siedemdziesiąt stron. Varga proponuje tym razem powieść niewygodnych tez. Bardzo statyczną, ale jednocześnie zmuszającą do zajęcia pewnego stanowiska. Określenia siebie samego - swojej tożsamości, poczucia polskości, wygrzebania z tysięcy wygłaszanych poglądów tych najbardziej bliskich, niepokojących i okrutnych. To nie tylko historia człowieka naznaczonego przez swą nieprzystawalność do świata. To historia o tym, gdzie i w jaki sposób kryje się w nas troska o samych siebie, troska o własne państwo, swą historię i tożsamość. Niewiele w "Masakrze" jest jednak witalizmu, bo to mroczna powieść o wielu rodzajach śmiertelności. Krzysztof Varga oferuje nam nową polifoniczną powieść o utratach i o nadziei, bo warto przeczytać tę mnogość stron, by uwierzyć, że w ostatnim zdaniu kryje się ona - dla Stefana przede wszystkim.

2015-04-09

"Jak przestałem kochać design" Marcin Wicha

Wydawca: Karakter

Data wydania: 16 marca 2015

Liczba stron: 264

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Projekt na siebie

Zaczyna się od katalogu urn i od śmierci, ale tak naprawdę od człowieka, który odszedł, lecz pozostawił po sobie umiłowanie właściwego porządku. Syn - grafik żegna ojca - architekta. Tego, w którego domu żyło się jak w enklawie, bo poza próg nie była wpuszczana systemowa brzydota PRL-u. Gust ojca kiedyś narzucał estetykę, teraz w znacznym stopniu światopogląd. Marcin Wicha snuje rozważania o polskim wzornictwie, o istocie projektowania, o jego absurdach i bolączkach oraz o polskiej drodze przechodzenia z jednego nieładu w drugi, po przemierzeniu której można już tylko dumnie oświadczyć, co głosi tytuł książki z wymowną okładką. Design w oczach ojca Wichy powinien tworzyć świat dostosowujący się do użytkownika. Syn bada te skomplikowane zależności, pisząc książkę ironiczną, gorzką, przesyconą niepowtarzalnym poczuciem humoru i zbudowaną z krótkich form, tak jak niewielkie są fragmenty polskiego wzornictwa, którym Wicha przygląda się uważnie i ze złośliwością.

"Jak przestałem kochać design" to książka o związkach ludzkiej świadomości z wytworami jej rojeń. Z projektami, które przyjmują kilka ról jednocześnie - mają być zamysłem i czynem, mają porządkować lub manipulować, dyscyplinować w ramach określonych kategorii poznawczych i wprowadzać zamęt. Nade wszystko jednak inspirować do zmian, bo tylko zmiany warunkują doskonałość designu, a w tej książce dają możliwość wyciągania wniosków z analizy niemal czterdziestu lat polskiego projektowania, które rzadko kiedy brzmiało dumnie.

Wspomnienia domowych kątów zagospodarowanych wprawną ręką ojca to pewien mikrokosmos idei, z którymi Marcin Wicha idzie się konfrontować w życiu. Autoironicznie mówi o swym zawodzie grafika, gdzie przez czternaście godzin poprawia się jakiś uśmiech słoneczka i gdzie trzeba być nastawionym na ciągłe zmiany i szeroko pojętą zmienność, której skutki mogą być dramatyczne. Dystans do siebie idzie u autora w parze z dystansem do największych nawet szkaradzieństw albo absurdów tak zwanej sztuki wzornictwa z lat minionych. Wicha o przeszłości mówi jednoznacznie: "Mieszkaliśmy wśród czasowników niedokonanych. W próżni między założeniem a realizacją". Czy zmiany ustrojowe w Polsce pozwoliły czymś załatać ową próżnię? Czy anglicyzm w miejscu różnie kojarzonego wzornictwa to sygnał, że nowoczesność uporała się z karykaturami czasu minionego? Co to znaczy projektować i jaką rolę w codziennym życiu ludzkim odgrywa bardzo szerokie przecież pojęcie designu? Czytając Wichę, widzi się sporo niedostrzegalnych do tej pory zależności i uważnie wpatruje w te miejsca, które nie niosły w sobie żadnego znaczenia. To historia o kalekich szczegółach i o absurdach uznaniowego nazywania czegoś pięknym bądź modnym. Książka, która zabiera w świat rzeczy nieoczywistych. Pokazuje świat zaniechań, ambicji i idei oraz świat pomysłów rażonych gniewem systemu. Szarego i ponurego, ale pewnego swego inaczej niż dziś, kiedy w feerii można się zagubić i gdy mieszanie kolorów ogólnodostępnych niebezpiecznie znów zbliża do szarości, innej nieco, jednak równie nieciekawej.

Lata sześćdziesiąte minionego stulecia były we wzornictwie latami przedmiotów. Potem design rósł w siłę, by zmarnieć w następnym dziesięcioleciu, a w lata kapitalizmu wprowadzić przede wszystkim zmienność i nietrwałość, które okrutnie kwestionowały wzorce rzekomo na zawsze, propagowane w innym systemie i z innym podejściem do tego, co w projektach praktyczne i oczekiwane. Wicha wyraźnie oddziela to, co było ładne, od tego, co stanowiło szczyt praktyczności. Opowiada o tym, że design wciskał się wszędzie, ale omijał jakoś coś tak praktycznego jak czytelny wzór karty do głosowania dla wyborców. Wolnorynkowy szał projektowania zwalniał od odpowiedzialności za wzory i konstrukcje. Wynikało to z braku podmiotowości, ale również z tego nędznego przeświadczenia, iż projektuje się tylko na chwilę, a motorem napędowym prawdziwego designu jest ustawiczna zmiana, szybkość i brak możliwości przywiązywania się do tego, jak dekorowany jest na chwilę świat wokół nas.

A temu światu Marcin Wicha przygląda się nadzwyczaj uważnie. Ta książka to dowód troski o to, że mimo wszystko pewien porządek i styl trzeba mieć w sobie zakodowany i niekoniecznie nazywać go własnym gustem, lecz raczej szerzej pojętym poczuciem właściwej estetyki. Poznajemy losy i ideologie tych rzeczy i projektów, dla których Wicha nie ma poważania, ale również tych, co znikały wyjątkowo szybko, a stanowiły dowód na to, iż design może brzmieć dumnie. Podoba mi się metafora ludzików Lego kryjąca w sobie opowieść o dojrzewaniu do bycia podmiotem projektu na szerszą skalę. W zabawkowych postaciach kryje się wszystko, co naznaczało odbiorców wzorów i projektów. Od uniformizacji po futuryzm i gadżety popkultury - to nie tylko transformacja postaci z klocków Lego. To przemiany zachodzące w nas samych oraz te dyktowane wpływami kolejnych projektów. Różnych tak samo jak ich koncepcje. Czasem agresywnie afirmatywnych, czasami podstępnie wdzierających się do świadomości, na ulicę czy do mieszkań. Marcin Wicha z humorem i sporą dozą goryczy wskazuje nie tyle grząski grunt kanonów piękna i sensownego projektowania, ile kondycję egzystencjalną jego odbiorców, dla których produkt końcowy był czymś bezdyskusyjnym i zbyt często zwyczajnie przyjmowanym.

Wspomnienia, refleksje, analizy i tezy. "Jak przestałem kochać design" jest w gruncie rzeczy o zbyt wielu kwestiach naraz, ale ten przesyt nie jest tutaj męczący. Ważne jest ciągłe podkreślanie perspektywy odbiorcy designu - tego, co w niej jest zaniedbane, i tego, zostało przez lata wręcz zrujnowane. Mamy przedmioty, do których pała się sentymentem, i wzory będące źródłem nieokiełznanej złośliwości. Poza tym wszystkim otrzymujemy bardzo sensowną rozprawę z tym, co jest li tylko rzeczą gustu, a co efektem manipulowanych przez system oczekiwań. Świetny styl, ciekawe refleksje, doskonała podróż w czasie po miejscach, rzeczach i śladach zaniedbania, których współczesny design nie chce pamiętać, wciąż wyrywając się naprzód i często bez refleksji o tym, z czego wyrasta.

2015-04-07

"Do niewidzenia, do niejutra" Joanna Bartoń

Wydawca: JanKa

Data wydania: 16 marca 2015

Liczba stron: 248

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 28,56 zł

Tytuł recenzji: Ku miłości i śmierci

Bohaterowie powieści Joanny Bartoń kompulsywnie miotają się między miłością a śmiercią. W tej chwilami dosadnie poważnej, chwilami dwuznacznie dowcipnej przepychance wychodzą na jaw wszystkie ich fantazje, lęki, skryte traumy oraz siniaki po miłościach wraz z sekretami, które brzmią dramatycznie i dosadnie śmiesznie. Taka to książka w całości i we fragmentach - bazuje na kontraście, przesadzie i złośliwej chwilami ironii, a przenosi nas do pozornie nieprawdopodobnej, jednak w sposób oczywisty czytelnej koincydencji, w której podejmiemy grę w patologiczną szczerość na przestrzeni metrów kwadratowych pewnego mieszkania z czarnym pokojem zwierzeń oraz dwójką gniewnych kochanków.

Lo dowiedziała się od Cyganki na dworcu, że dożyje raptem trzydziestki, a wcześniej urodzi dziecko. W chwili, gdy słyszy złowieszczą przepowiednię, ma zupełnie inne plany na życie, a raczej na tego życia pozbawienie się. Lo chce na wrocławskim dworcu kolejowym odtworzyć śmiertelny wypadek Zbigniewa Cybulskiego, sama stając się kimś na kształt specyficznego przypadku wcielenia się w znanego aktora. Drażniący nieco, ale zasadniczo słuszny tytuł tej powieści nad wyraz czytelnie każe nam łączyć losy i przemyślenia Lo z kultowym filmem. Sam związek jednak nie będzie już taki czytelny, bo Joanna Bartoń wychodzi od faktu, ale przenosi nas w ten rejon ludzkich doznań, w którym gubimy się tak często, że rzadko zdobywamy odwagę, by nazwać swoje uczucia.

Lo w towarzystwie swojej atrakcyjnej przyjaciółki zwraca uwagę niejakiego Profesora. Paweł jawi się jako nieczuły lowelas kolekcjonujący kochanki, nieczuły także na knajpiane perswazje swoich studentów pragnących odwlec termin kolokwium. Dziwnym trafem, a być może w konsekwencji uporu i determinacji 22-letnia Lo trafia do domu czterdziestolatka, który na miejscu - w pokoju o ścianach wysmarowanych w pocie czoła ołówkowym grafitem - traci sporo ze swej atrakcyjności, choć jednocześnie coraz bardziej kusi i intryguje.

Ta dziwna para postanawia spędzić ze sobą nie tylko upojną noc. Konsekwencją fascynacji ciałem stanie się także niezdrowa dosyć fascynacja wnętrzem tego drugiego. A oboje są skomplikowani nie tylko poprzez układ, w jakim weszli w specyficzne role. Lo generalnie nie interesuje się ludzkością, człowiek zaś jest dla niej ciekawy przede wszystkim jako bohater literacki. Niezależna, niepokorna, afiszująca się ze swym indywidualizmem, a być może tylko w niewyszukany sposób prowokująca? Z pewnością staje się dla Profesora wyzwaniem. On sam nie daje jej wyjść po angielsku, co opanowała do perfekcji i czego spodziewaną konsekwencją może być przypadkowa miłosna schadzka. Lo pozostaje w jego mieszkaniu, tocząc bój o wspomnianą już patologiczną szczerość. W trakcie wyznań okaże się, że mimo różnicy wieku oboje skrywają podobne problemy z własną tożsamością, razem i jednocześnie osobno podążając ku autodestrukcji wywołanej doświadczeniami ich niespełnionych miłości.

Wdając się w zwierzenia i zamykając je w czterech ścianach mieszkania Profesora, przypadkowi randkowicze Bartoń zmieniają się w pewne przesycone symboliką figury ludzkiego losu. Oboje zdają się żyć jakoś do wewnątrz. Tylko kontestując rzeczywistość, mogą wyszarpać z siebie coś, z czego byliby zadowoleni. Rozmawiają o dramatach i wzruszeniach, ale przede wszystkim budują wspólny świat przeżyć opartych na złudzeniu szczęścia. Bo coś w nich samych musi dawać radość, skoro przyjemnością jest obcowanie z ciałem, a potem także dyskusja o tak wielu skrywanych przed światem sprawach.

Ta dwójka czuje się ze sobą bezpiecznie, bo zamknięta przestrzeń izoluje ich od wpływu innych. Tych, którzy uczynili w życiu wiele zła i tych, których wspomina się z czułością. Dramat Bartoń intensyfikuje się przez to, że zagubieni w sobie samotnicy starają się w swoim sumieniu rozliczyć z tymi, którzy kazali  się im na różnych etapach życia zamknąć w tych samotniczych bytach. Drążąc zależności między swymi uczuciami a światem, który zda się ich pozbawiony, oboje obdarowują się jednocześnie niespotykaną dozą empatii, szaleństwa, złośliwości i krytycyzmu. Co wyniknie z tej teatralnej dosyć konfrontacji? "Do niewidzenia, do niejutra" to powieść, której autorka być może zbyt szaleńczo podkręciła końcówkę. To jednak powieść właśnie zakończenia, wszak łzawe lub ironiczne monologi Lo i Profesora mogą chwilami nudzić i usypiać czujność. Bartoń jednak wie, jak rozegrać inteligentną grę z czytelnikiem, który zagubi się między śmiesznością a powagą, by potem rozpaczliwie przyjąć punkt widzenia jednego z dwojga, bo utożsamienie się z odczuwaniem świata przez oboje może prowadzić do egzystencjalnej katastrofy.

Joanna Bartoń wyraźną kreską przedstawia ludzką ambiwalencję uczuć. W szalonym tyglu, gdzie walczą Eros i Tanatos, rozgrywa się dramat na kilku różnych poziomach. Jeśli odbierze się tę książkę tylko emocjonalnie, wiele można stracić. To rozprawa z zaburzoną tożsamością, dla której nie ma powrotu do przeszłości i nie ma widoku na przyszłość. Okaleczeni i kaleczący się nawzajem bohaterowie tej powieści dokonują z jednej strony świadomych wyborów, z drugiej jednak - zdeterminowanych okolicznościami, w jakich przyszło im dorastać do siły miłości tak niebezpiecznie splecionej z potęgą nienawiści. Kiedy myśli się, że skoncentrowani na sobie w sposób obsesyjni kochankowie są przewidywalni, wikła się przekaz symboliczny tej książki i jej sugestia, że intensywne przeżywanie świata i samego siebie zawsze musi wiązać się z krańcowo trudnym doświadczeniem życiowym.

Czy bohaterowie wyjdą z ciemnego pokoju? Jacy się staną? Do czego doprowadzi ich konfrontacja? Oboje chwilami cierpią na słowotok i są fragmenty, które można byłoby zwyczajnie skrócić, jednak całość robi wrażenie choćby dlatego, że czuje się, iż autorka ma tupet, dużo pewności siebie i naprawdę sporo do powiedzenia.