Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-05-29

"Spokojnie. To tylko Rosja" Igor Sokołowski

Wydawca: MG

Data wydania: 20 maja 2015

Liczba stron: 288

Oprawa: twarda

Cena det.: 35,90 zł

Tytuł recenzji: Zrozumieć różnorodność...

Igor Sokołowski dał się poznać jako młody reporter zafascynowany wschodem Europy, czego dowód dał w swojej pierwszej książce "Białoruś dla początkujących". Tamte podróże stały się niejako przygrywką do dużo ważniejszej i o wiele trudniejszej. Chodzi o podróż po kraju ogromu i różnorodności, czyli po Rosji. Reportaże Sokołowskiego z jednej strony zachęcają do lektury tym, że nie ma w nich zadęcia, nadmiernie eksponowanego intelektualizmu, nie ma mentorskiego tonu ani rozbudowanych interpretacji opisywanych zjawisk. Sokołowski pisze bez żadnej maniery, bardzo szczerze i chwilami uroczo naiwnie. To niewątpliwy plus tej książki. Z drugiej strony mamy jednak opisy podróży bez wyraźnie zarysowanego celu, takie trochę snucie się bez sensu, jak choćby wędrowanie po Smoleńsku nie wiadomo za czym, prawdopodobnie w celu odczarowania polskiej traumy. "Spokojnie. To tylko Rosja" jest jednak książką świeżą, bezpretensjonalną i zgrabnie napisaną. Mimo wszystko nową jakością w zalewie rozmaitych publikacji reporterskich z Rosji. Bez zasadniczej tezy. Stonowaną i przesyconą autentyczną ciekawością oraz specyficzną formą wrażliwości, która ujawniła się już w książce o Białorusi, a teraz każe Sokołowskiemu penetrować prowincję, wszelkie odcienie szarości, wędrować po bocznych drogach i dumać przy monumentalnych rdzewiejących pomnikach.

Od Pskowa po Grozny - imponujące trasy na równi z samozaparciem i pragnieniem doświadczenia rosyjskiego ducha gdzieś między metropoliami będącymi wyraźnymi punktami karkołomnych niekiedy podróży. Igor Sokołowski portretuje Rosję przez pryzmat własnych doświadczeń. To punktowe, subiektywne relacje. Czasami opis jakiejś ruiny, niekiedy przytoczenie rozmowy z ciekawym człowiekiem. Publikacja podzielona jest na opisy tego, co autor ujrzał i czego doświadczył na północy oraz na południu kraju. Warto zauważyć, że mimo odwiedzin licznych miejsc to jedynie skromne fragmenty wielkiego kraju. Przyglądanie się im idzie w parze z automatycznym porzuceniem europejskiej logiki, zdrowego rozsądku i wszystkiego tego, co sankcjonuje świat bardzo odległy od Rosji. Bo Rosja konstytuuje się w charakterystyczny i wyjątkowy sposób. Jest w niej wiele cieni zła, wiele jego śladów. Pomnikowe pamiątki po minionym systemie to nie tylko archaiczne dowody na życie w czasie przeszłym. To przede wszystkim punkty wyraźnie znaczące mentalność, która każe szanować wzbudzającego strach, i ambiwalentny stosunek do zachodnioeuropejskiej demokracji, demokracji tak w ogóle, odrzucanej świadomie także przed młode pokolenia Rosjan.

Rzeczywiście należy być spokojnym. Sokołowski jest bardzo otwarty na wszelkie przejawy inności. Akceptuje i szanuje świat, który część ludzi zamknął w jakimś ogromnym cmentarzysku minionych idei, czyniąc sierotami po kolosie na glinianych nogach i po komunizmie, z którym wielu wciąż żyje za pan brat. Podróże autora książki są niespieszne. Czasami pojawiają się nagłe zdziwienia albo wszechogarniający zachwyt i Sokołowski widzi wtedy tylko to, co przed nim, bez kontekstu ani interpretacji. To takie pochłanianie Rosji w kawałkach. Przez pryzmat ważnych spotkań z ludźmi i miastami. Są na trasie miejscowości, o których nikt z nas może nie ma pojęcia - jak choćby Kalazin z dumnie stojącą w wodzie dzwonnicą zatopionego soboru czy Taganrog, taki rosyjski Wąchock, przytulony do sennego portu Azow tuż obok prężnej metropolii Rostów nad Donem. Odwiedzimy między innymi Wołgodońsk, idealne socjalistyczne miasto. Zajrzymy do meczetu w Twerze. Będziemy świadkami ścigania małoletnich przestępców w Soczi i doświadczymy kontrastów Moskwy - miasta, które samo w sobie mogłoby być tematem pasjonującej książki.

Sokołowski trzyma się z dala od przekazów medialnych, unika telewizji, nie sugeruje się wizerunkami i tezami ze szklanego ekraniu. A tam kreowany jest dość mroczny obraz. Propaganda terroru świetnie utrwala w obywatelach przekonanie, że każda kolejna wojna jest słuszna, bo ma za cel porządkowanie świata. W tym wszystkim jest jeszcze coś, na co Sokołowski zwraca uwagę już na samym początku swojej podróży. "Bo trzeba wiedzieć, że oprócz Amerykanów chyba nikt na świecie tak nie kocha i nie wierzy we wszystkie możliwe teorie spiskowe jak właśnie Rosjanie. Mnogość filmów i artykułów w internecie, zaświadczających o prawdziwości najprzeróżniejszych bzdur, z których śmialiby się nawet pacjenci zakładu psychiatrycznego, jest imponująca". Nie dziwi fakt, że najważniejsze stają się osobiste doświadczenia oraz ciekawe rozmowy - ludzi rozumiejących konieczność systemowego jarzma, pogodzonych z losem, ufających w poczynania władzy i jednocześnie dość okrutnie doświadczonych przez codzienność kraju, którego nie zamieniliby na żaden inny. Bo bycie Rosjaninem to bez względu na kontekst i szerokość geograficzną powód do wielkiej dumy. W niej kryją się różne pułapki i niebezpieczeństwa, ale także pewność słusznej przynależności. W parze z szacunkiem do tego, co inne.

Rosja to kraj wielokulturowy, ale nie przejęła od Europy tej elementarnej empatii, albowiem rosyjskie multikulti to pewnego rodzaju status quo polegające na tolerowaniu obok siebie kogoś, kto wyznaje inne poglądy czy religie. Różnorodność Rosjan i rosyjskich emigrantów polega na akceptacji. Wrogość może się pojawić na zawołanie. Za nią konflikt, także wojna. To nie tylko krewkość i poczucie, że walczyć po prostu trzeba. To uwarunkowane przez wiele czynników działanie nakazujące czynić to, co w demokratycznej Europie nie przystaje do żadnej możliwej normy. Sokołowski nie krytykuje niczego, on się odmiennościom uważnie przygląda. Przejeżdża całą europejską część Rosji bez poczucia, że gdzieś się zagubił. Ta książka to dowód umiejętności odnalezienia sensu w skrajnościach, kontrastach i w nieco innym dynamizmie niż ten, do którego przyzwyczaiło nas życie. "Spokojnie. To tylko Rosja" to ważna publikacja dzisiaj, gdy ze sporą niechęcią patrzymy na kraj oraz naród, o których w gruncie rzeczy niewiele wiemy.

To książka o tym, jak strach i komizm tworzą mieszankę co najmniej wybuchową. O miejscach i ludziach, dla których często czas się zatrzymał być może w najlepszym możliwym momencie. Sokołowski zachwyca się drobiazgami i potrafi ze swych rozmówców wydobyć to, co stanowi esencję ich rosyjskości, będąc jednocześnie punktem wyjścia do szerokich rozważań - o kraju i ludziach pozwalających się oswoić tylko na własnych, czasem bardzo skomplikowanych zasadach.


PATRONAT MEDIALNY

2015-05-26

"Wielkie pranie mózgów" Piotr Szumlewicz

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 21 maja 2015

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Media pod obstrzałem

W "Ojcu nieświętym" Piotr Szumlewicz oddawał głos innym. Nowa książka to wyrazisty zbiór jego własnych poglądów zawartych w felietonach krytykujących polski rynek medialny, w których dodatkowo pojawi się także echo poprzedniej publikacji w postaci kilku felietonów demaskujących obłudę wciąż żywotnego kultu Jana Pawła II. "Wielkie pranie mózgów" - tytuł mało wyszukany, treść zaś wyrazista i cechująca się tym, że Szumlewicz jak mało kto w przestrzeni publicznej zawsze potrafi wyraźnie argumentować każdą tezę, nie mnożąc mglistych czy mało czytelnych postulatów. Książka, w której może przejrzeć się każdy rozczarowany telewizyjnym przekazem, wszak jej zasadnicza myśl zawiera się w stwierdzeniu, iż "polskie media nie odzwierciedlają przekonań Polaków i dla dużej ich części nie mają zadowalającej oferty". Piotr Szumlewicz tworzy dość spójną publikację. Jedyne, co może doskwierać, to chwilowe odbieganie od założonej tematyki w kierunku publicystyki politycznej i socjologizowania, gdy autor nie może się powstrzymać od krytyki Leszka Balcerowicza, "Gazety Wyborczej" czy prawicy tak w ogóle. Są zatem takie momenty, że felietony nie trzymają się tematu nadrzędnego, uciekając od rozważań o kondycji polskich mediów.

Ta, zdaniem Szumlewicza, jest tragiczna. Autor zarysowuje cechy dystynktywne kryzysu polskiego dziennikarstwa. Opiera się na doświadczeniach w pracy przy Woronicza. Od zatrudnienia przez Facebook po zwolnienie za pomocą SMS-a - między tymi enigmatycznymi działaniami kryje się szereg doświadczeń, które pozwoliły Szumlewiczowi nakreślić sytuację panującą w mediach, głównym zaś powodem bulwersującym go stał się zaobserwowany "(...) rozziew między rzeczywistym funkcjonowaniem TVP a deklarowanym obiektywizmem, rzetelnością i misyjnością (...)". Wszystkie felietony, sytuując się opozycyjnie, kreślą problemy krytykowanego zjawiska. Dostaje się TVP jako instytucji, wymienionym z imienia i nazwiska dziennikarzom oraz dostrzegalnym trendom, które opanowały media i uniemożliwiają im przekazywanie solidnej, obiektywnej oraz przede wszystkim pogłębionej dawki informacji na rzecz tez i sugestii z tezą.

Przyznam, że pierwsze teksty lekko konsternują. Odnosi się wrażenie, że Szumlewicz podążać będzie lekko populistycznym tonem krytyki układów, nepotyzmu i hermetyczności środowiska dziennikarskiego, co - jak wiadomo - jest przecież charakterystyczne dla każdej prawie grupy zawodowej i nazywanie wskazanych problemów może zdawać się wtórne i jałowe. Na szczęście później jest już coraz lepiej. Wyraźne zarzuty, konkretna argumentacja, zdecydowane stanowisko i spora przestrzeń do analizy opisanego problemu przez czytelnika. Szumlewicz zwraca uwagę na fakt, iż wielu dziennikarzy oraz ludzi odpowiedzialnych za istotne programy opowiada się za przedstawianiem wybiórczej wizji uwarunkowanej własnym światopoglądem czy sytuacją materialną, społeczną. W mediach brak po prostu empatii, a świat przedstawiony wielokrotnie przybiera perspektywę warszawocentryzmu. Dodatkowo wielokrotnie sugerowane jest, że wpisane w tygiel przemian ustrojowych media zdecydowanie ignorują ludzi mało przebojowych, niezbyt kreatywnych, biednych i obciążonych różnego rodzaju balastem, który uniemożliwia bycie prawdziwym kowalem losu. Przekaz kieruje się do umiejących brać los w swoje ręce, odsuwając na margines perspektywę wszystkich, którym się nie udało. Także tych, co nie mieszczą się wiekowo w widełkach 16-49, bo to do takiej grupy wiekowej kierowana jest większość treści medialnej.

Piotr Szumlewicz ubolewa nad tym, że kompetencje oraz wiedza z określonej dziedziny nie są wyznacznikami dziennikarskiej kariery. Wskazuje mechanizm budowania przez media autorytetów oraz sprzężenie ich priorytetów z tym, co uznaje za tradycyjne, normatywne i właściwe szeroko pojęta prawica. "Wielkie pranie mózgów" wskazuje okrutny subiektywizm i wspomnianą już wybiórczość jako najważniejsze problemy współczesnych mediów, ale tak naprawdę chodzi o dużo szerszy kontekst. Przywoływane są konkretne sytuacje bądź przekazy, które w oczach Szumlewicza manipulują opinią publiczną, często w zupełności nie oddając prawdziwych jej nastrojów. Punktowane jest wszystko to, co niewłaściwe, niezasadne, patologiczne i zwyczajnie fałszywe. Media mielą wciąż te same tematy na kilka różnych sposobów, w debatach publicznych podpierając się frazesami, bazując na emocjach i tym, co pomaga oglądalności, dla której zabić gotowi są wszyscy. Najbardziej ci zdeterminowani określani mianem "homo woronicus", którzy pracę w telewizji łączą z życiem prywatnym i nie odpoczywają od swej "misji" właściwie nigdy. Szumlewicz ukazuje, że sfera ekspertów od wszystkiego jest sferą ferowania wyroków bez uzasadnienia i snucia tez bez żadnego merytorycznego ich uzasadnienia. Nie obywa się bez krytyki służalczości wobec Kościoła katolickiego i zwrócenia uwagi, że w polskich mediach religia to temat dużo ważniejszy od kultury czy gospodarki.

Ta książka świetnie uwypukla pułapki, w które wpada widz oraz te wszystkie nielogiczności, jakie czynią z zawodu dziennikarza żywot hołubionego dyletanta. Krytyka jest bezwzględna, ale merytoryczna. Przede wszystkim konstruktywna. Czegoś takiego brakuje w relacjach dziennikarskich, bo każdy jest przekonany o tym, że zrobił dobry program i że należy się za niego premia. Dostrzec można rozgoryczenie i frustrację autora, ale także sporo zdrowego rozsądku w przyglądaniu się temu wszystkiemu, co w świecie mediów uznajemy za normę.

Jest kilka felietonów, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Ten o recepcie na "bycie sobą" serwowanej przez Jolantę Kwaśniewską przede wszystkim inteligentnie bawi. Tekst dotyczący zachowawczości świata przedstawionego polskich seriali trafia w punkt, choć wielu uzna, że przecież krytykowana jałowość światopoglądowa i bezrefleksyjność bohaterów to papka, jaką chcemy być karmieni dla odreagowania trudów rzeczywistości, i z łatwością wskazane przez Szumlewicza rysy całkowicie zaakceptuje. Warto zwrócić uwagę na felieton o tym, jak to dziennikarze idą na wojnę, o podsycaniu w mediach rusofobii i o tym, że w militarnej narracji nie ma sankcjonowania pacyfizmu, bo on jest niewygodny, bez wyrazu i bez emocji. To trzy z całej setki interesujących tekstów.

Szumlewicz kreśli obraz groteskowego patriotyzmu, wskazuje przykłady rasizmu, homofobii oraz zwykłego prostactwa. Zarzuca dziennikarzom wysokie zarobki za czytanie z promptera i stygmatyzuje koła wzajemnych adoracji, nadmierną biurokrację oraz brak świadomości tego, co naprawdę chcieliby w mediach ujrzeć i usłyszeć Polacy. Pokazuje rosnących w siłę celebrytów i niebezpieczeństwo uznawania ich za osoby opiniotwórcze. To nie jest jakaś jednostronna krytyka, bo autor - mam takie wrażenie - doskonale zdaje sobie sprawę z  tego, iż mamy w kraju profesjonalnych dziennikarzy oraz media, które starają się być bezstronne i profesjonalne. "Wielkie pranie mózgów" zawiera wystarczająco wiele kontrowersyjnych czasem tez, by zmusić do rozumnego patrzenia na te wszystkie zjawiska, które przyjmujemy bezkrytycznie albo od których się izolujemy, wybierając w telewizji program całkowicie neutralny światopoglądowo lub na tyle miałki, by nie wymagał krytycznego osądu. Z pewnością warty jest uwagi i wnikliwej refleksji spójny bardzo światopogląd autora zawarty w setce felietonów.

2015-05-24

"Wiwarium" Jarosław Kamiński

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 8 kwietnia 2015

Liczba stron: 478

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Metamorfoza

Przyszedł czas na literackie rozliczenia z traumą katastrofy smoleńskiej. To jeden z tematów "Wiwarium" - powieści, na którą autor "Rozwiązłej" kazał nam czekać aż kilka lat. Epicki rozmach Kamińskiego ponownie daje o sobie znać w powieści o różnych rodzajach eskapizmu, o samotności z wyboru i tej podyktowanej okolicznościami losu, o trudnych relacjach ojca i córki oraz o tytułowym miejscu będącym przestrzenią z jednej strony zawieszonego czasu, z drugiej zaś - istniejącą temu czasowi na przekór. "Wiwarium" to wielowątkowa opowieść o tożsamości, która poddana próbie, rozpoczyna metamorfozę z całym wachlarzem lęków i wątpliwości. Książka momentami nadmiernie przesycona patosem, ale ważna i czytelna. Dla wszystkich zastanawiających się, czym jest poczucie przynależności do narodu wiecznie tkwiącego w matni mitów, przesądów oraz stereotypów, którego codziennością mogą być albo traumy, albo policyjne pałki spadające na plecy demonstrantów. Jarosław Kamiński w dwóch wyraźnych płaszczyznach czasowych kreśli dramat człowieka, który przez lata komentował rzeczywistość społeczno-polityczną, aby potem od niej uciec. Tak jak przypadkowo uciekł śmierci, gdy nie wsiadł feralnego dnia do samolotu, któremu nie udało się wylądować...

Wystawa "Niewypowiadalne". Na ekranach ludzkie twarze. Wszystkie bardzo ekspresyjne, można z nich czytać emocje. Jedna skupiona, niezezwalająca na kontakt z tym, co gdzieś wewnątrz. Bruno Winnicki rozpoznaje w niej siebie. Przeżył 46 lat, a ma wrażenie, że narodził się na nowo. Dramat córki był jednocześnie jego wybawieniem. Nie poleciał do Smoleńska, a dzisiaj musi mierzyć się z bolesnymi śladami po stratach. Z krajem, w którym nie jest w stanie być dłużej aktywnym komentatorem, bo zmaga się z przejmującym poczuciem końca, rozczarowaniami i wątpliwościami dotyczącymi własnego światopoglądu. Bruno, do niedawna wyrazisty publicysta, specjalista od Europy Wschodniej, krytyk poczynań nieżyjącego już prezydenta - teraz milknie, usuwa się w cień, przypadkowo odnajduje bezpieczny azyl w wiwarium na skraju Puszczy Kampinoskiej, a poza tym uświadamia sobie, jak wiele w życiu stracił i jak niewiele zrobił, by być dobrym ojcem.

Kamiński dokładnie nakreśla życiorys swego bohatera. Młodość była czasem, w którym mierzył się z polskim odium wobec Wschodu. Barbarzyńscy bolszewicy, polski prometeizm kulturowy, przekonanie o byciu w centrum Europy chrześcijańskiej... To i wiele niesprawiedliwości losu, jakie dotknęły rodzinę Brunona, każe mu zbliżać się i poznawać lepiej przestrzeń stygmatyzowaną przez narastającą w Polsce rusofobię. Winnicki nie ulegał wpływom i nie działał nigdy impulsywnie. Jego światopogląd ewoluował, a w pracy badawczej kształtowało się myślenie polityczne. Bruno wyrósł ze świata mitów i ułudy. Z czasu, w którym niechęć miesza się z lękiem. Jako dojrzały uczestnik życia politycznego bohater jest pewien, że wszystko można zrozumieć i wyjaśnić przede wszystkim racjonalnie. Czy racjonalne staje się to, że oszuka śmierć przypadkiem? Jarosław Kamiński stawia Winnickiego w sytuacji doświadczenia wielu skrajności naraz. Pojawiają się oczywiste w takim przypadku przewartościowania. Nowe znajomości, które zaowocują zmianami w myśleniu. Jak jeszcze można spojrzeć na Polskę, by było to myślenie trzeźwe, zdroworozsądkowe i nadal rozumnie krytyczne?

Osobiste dramaty łączą się z dramatami kraju, w którym coraz więcej ludzi ucieka do bezpiecznej przestrzeni własnego wiwarium. To tytułowe Bruno odkrywa przypadkiem, dzięki równie przypadkowej znajomości z Rosjanką Saszą, która opłakuje męża i w bliskości z Winnickim próbuje odbudować swoje życie. Dotychczas w życiu Brunona wszystkie kobiety były na chwilę i miały swoje wyraźne role, po których spełnieniu odchodziły. Sasza przyciąga go do siebie. Bliskość z nową znajomą ma iść w parze z próbami zbliżenia się do córki. Pola zarzuca ojcu zachowawczość, ale dopiero poznając zdarzenia z retrospekcji, zrozumiemy istotę tych skomplikowanych relacji.

Jarosław Kamiński opowiada o tym, w jaki sposób staramy się pożegnać nasze prywatne i narodowe demony. Pokazuje bezsilność i stojącą obok niej determinację. Bruno Winnicki ma poczucie życiowej przegranej, ale zdaje sobie sprawę z tego, że miejsca takie jak wiwarium Saszy mogą go na nowo odrodzić, dać mu siłę i pomóc w uporządkowaniu chaosu. Jest on zaznaczony kompulsywnym nieco miotaniem się po Warszawie w ogniu demonstracji, gdzie Bruno stara się odnaleźć narażoną na niebezpieczeństwo córkę. To misja ocalenia - siebie i jej. Misja raczej niemożliwa, bo niemożliwe jest porozumienie nie tylko między Winnickim a Polą.

Wiwarium jest "sztuczną republiką wolności". Każdy z bohaterów tej książki stara się odnaleźć i ukonstytuować swoją osobistą przestrzeń tejże wolności. Ta książka to przygnębiające studium dusznej atmosfery niemocy, w której nagromadzenie osobistych uprzedzeń uniemożliwia widzenie świata takim, jaki jest on naprawdę. Kaleka polskość idzie w parze z okaleczonymi bohaterami, których biografie tworzą smutną sumę doświadczeń kraju naznaczonego katastrofą smoleńską. Kamiński pokazuje, jak rozpaczliwie walczy się o siebie w tyglu uwarunkowań, które wciąż coś odbierają. "Wiwarium" to także książka o wielu stratach i o niemożności rekompensowania sobie strat. O utracie stabilności i pewności życiowych przekonań, które idą w parze z doświadczaniem darowanego życia, jakim cieszyć się nie sposób.

Bruno walczy z poczuciem, że znajduje się w jałowym bezczasie. Relacje z ludźmi okazały się nietrwałe. Te nawiązywane teraz niosą nadzieję, ale i lęk. Nagromadziło się tak wiele złego, że należy salwować się ucieczką. Samotność, emigracja wewnętrzna, rozpaczliwa niemożność wyjścia światu naprzeciw? Kamiński nie epatuje nadmiernie fatalizmem. Dość wyraźnie kreśli sytuacje, w których światopogląd nie może wyjść poza uwarunkowania. "Wiwarium" może być zatem odczytywane jako powieść egzystencjalna oraz w pewnym stopniu polityczna. 

Otrzymujemy opowieść o człowieku, który wciąż spalał się gdzieś w ogniu rewolucji, ale ostatecznie zajmował tylko śladami sadzy po nim. Opowieść o byciu wciąż na marginesie życia i o tego życia przesycie. O zgorzknieniu i nadziei. Winnicki tonie w specyficznym rodzaju melancholii. W tym stanie toczy też walkę ze sobą. Podważa to, co pewne. Kwestionuje ład po katastrofie smoleńskiej. Odczuwa brak prawicowego przyjaciela o homoseksualnych skłonnościach, coraz bardziej oddalającej się od niego córki oraz brak samego siebie. "Wiwarium" to powieść o tożsamości złamanej przez traumę i przez przypadek. Powieść wielu sugestii pozostająca w pewnej niemożliwej szarości i bezradności wobec nowych alternatyw. Jarosław Kamiński nie zawodzi. Po pierwsze - jako pisarz, który nie wpada w pułapkę sentymentalizmu, gdy pisze o smutku. Po drugie - jako autor wielowątkowych historii, w jakich akcenty kładzie nierównomiernie, budując po raz kolejny epicką narrację o niemożliwości wyboru i o konsekwencjach tego, że nie można wybrać.

2015-05-21

"Daj mi więcej" Paulina Klepacz

Wydawca: MUZA

Data wydania: 4 marca 2015

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Młodzi w wielkim mieście

Dość brawurowy debiut Pauliny Klepacz opisuje wąskie zjawisko i prawdopodobnie też do wąskiej grupy czytelników dotrze. Także do tych, którzy chcą podejrzeć. Bo cały świat przedstawiony tej powieści nie jest, niestety, fikcją. "Daj mi więcej" stanowi groteskowo-komiczną panoramę młodych ludzi, którzy już na starcie nie mają czasu, by cieszyć się młodością, a w dorosłych tylko mogą się bawić. Bohaterami czyni pokolenie pięknych i zuchwałych, którzy czują, że należy się im wszystko, ale niewiele mają do zaproponowania. Egoiści w szponach własnych lęków o to, by przetrwać i zawsze być na wierzchu. Smutna diagnoza życia młodych, którzy nie dają sobie szans na szczęście i którzy wyglądają jak marni aktorzy w swych życiowych dramacikach okupionych coraz to nowymi toksycznymi relacjami. Paulina Klepacz zwraca jednocześnie uwagę na seksualność, poświęcając jej dużo miejsca. Autorka stawia tezę, że jeśli dobrze się tę seksualność wykorzysta, można otrzymać przepustkę do lepszego świata. Stąd też powieść przesycona jest erotyzmem i chwilami pornografią - nieodłącznym doświadczeniem życiowym staje się uprawianie seksu z różnymi partnerami i brak odpowiedzialności za zbliżenia, które stanowią jedynie narzędzie do walki młodych roszczeniowych wilków.

Pola i Tomek są parą, która ukonstytuowała się w bezpiecznej i przewidywalnej przestrzeni Miasteczka. Z czasem Miasteczko staje się stygmatem i trzeba podjąć decyzję, a wyboru właściwie nie ma. Zaczynają studia w Mieście i jednocześnie walkę o swą własną przyszłość. Studia nie są już czasem beztroski i wzajemnego poznawania. Młodzi Pauliny Klepacz od razu zaczynają działać zawodowo, bo czas na studia może zostać zmarnowany bez pracy. Pola marnuje się w sposób szczególny. Edukacja polonistyczna nie wiedzie jej tam, gdzie dziewczyna by chciała. Zaczepia się w plotkarskim magazynie, w którym tworzy iluzje z dużą liczbą kliknięć i hejterskich komentarzy. Tymczasem Tomek wydaje się bardziej zdecydowany. Jest gotów wspiąć się po szczeblach kariery zawodowej za każdą cenę i chętnie przeskakując po dwa lub trzy. Okazja nadarza się sama, kiedy chłopak poznaje podstarzałego wielbiciela chłopięcych wdzięków, który otwiera przed nim możliwości, a w zasadzie tylko symuluje to otwieranie.

Pola musi poradzić sobie z tym, że traci Tomka. Zbyt zachowawcza w związku pozwala się stale krytykować i zaniedbywać. Przychodzi moment, w którym wszystko się zmienia. Tomek nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaką metamorfozę przejdzie jego dziewczyna. Wszystko po to, by zagłuszyć wyrzuty sumienia, poznać siebie i sprawdzić, ile życiowych możliwości można wykorzystać. Okazuje się, że w wielkim mieście więcej czeka na młodych zdesperowanych chłopców, dla których płeć partnera nie ma znaczenia, a łóżkowe igraszki stanowią nieodłączny element zdobywania pozycji w sferze, do której być może bez homoseksualnych romansów by się nie dostali.

Bohaterowie Klepacz biorą los w swoje ręce i każde robi to po swojemu. Oddalają się od siebie, ale łączy ich mimo wszystko jakaś szczególna więź. Rozstanie daje nowe możliwości, a wolność umożliwia poznawanie siebie z dystansu. Okazuje się, że wspólna przestrzeń, jaką wybudowali przez lata, to miraż. Teraz każde z nich na własną rękę będzie udowadniać światu, jak bardzo są ważni. Tymczasem cenione jest to, co miałkie i żenujące. Nie chodzi o pieniądze i wpływy, ale o sposób, w jaki młodzi ludzie odkrywają swoją wartość. Ich walki są dość rozpaczliwe, gubią się w smutnym hedonizmie i kwestionują swoje wybory, bo tak naprawdę nigdy nie są ich do końca pewni. Chodzi także o wybór tego, z kim się idzie do łóżka. Seks traktowany jest jak sport, aura intymności zamieniona zostaje na przestrzeń bezwzględnej konfrontacji. Śpi się, z kim popadnie, albo selekcjonuje kochanków. W sferze erotyzmu przyznaje sobie prawo do selekcji na zasadach, jakie określa bezwzględny świat wokół. Skażona emocjonalność idzie w parze z kompulsywnymi wyborami partnerów seksualnych. Robi się gęsto i niesmacznie od różnego rodzaju związków, w których kwestia płci jest drugorzędna. Ważne jest rekompensowanie w seksie braków, z powodu których większość relacji jest taka pusta. A przecież - jak twierdzi jeden z bohaterów - życie w dość schematycznym heteroseksualnym związku odbiera możliwości odkrycia wartościowych relacji. Czym są jednak te przedstawione z dramatyzmem i ironią przez Paulinę Klepacz? Czy relacja Poli i Tomka jest w stanie wytrwać w nawale wrażeń, zdarzeń, rozczarowań i przykrości?

Dynamizm świata przedstawionego podkreślany jest przez rwany język powieści. Widać w nim siłę poszukiwań, jak i drażniącą przestawną frazę. Klepacz stara się nazywać zjawiska oswojone przez swoich bohaterów i stale konfrontować ich z czymś, czego nie znają. To może być także ich własne ciało, którego mapę z zadziwieniem kreślą wciąż na nowo. "Daj mi więcej" jest prozą kontrowersyjną. Stylem przypomina sposób myślenia naśladowców tych wszystkich, wokół których wciąż tworzą się afery i plotki. Romansowanie przypomina dosyć przypadkowe wpadanie na siebie. Wszyscy zdają się zagubieni i nikt tak naprawdę nie wie, na jakim etapie życia się znajduje; określa tylko swoją przynależność do czegoś, do czego z pełną konsekwencją dąży.

Świat Pauliny Klepacz to świat wyzwolenia, za którym nie stoi nic wartościowego. W pewnym momencie odnosi się wrażenie, że to książka przepełniona fatalizmem. A jednak tak wiele w niej werwy i dynamizmu, nie tylko z powodu opisów licznych zbliżeń erotycznych czy rozmów prowadzonych w sposób chaotyczny i bojaźliwy. Ta opowieść dość wyraźnie przedstawia, jakie piekło serwują sami sobie ci wszyscy młodzi, dla których duże miasto to zbiorowisko impulsów i zachęt. Wobec nich nie zachowuje się rozwagi ani zdrowego rozsądku. I nie jest prawdopodobnie celem autorki piętnowanie nakreślonych zjawisk. W tej prozie chodzi o oddanie dynamiki pustki. Egzystencjalnego i seksualnego zagubienia. Zderzenia świata własnych iluzji z okrutnymi prawami, jakimi rządzi się miejski show business, kuszący wciąż na nowo i ściągający do Miasta kolejnych młodych z wiarą w swoje mizerne przecież możliwości.

Jest w tej książce ktoś, kto jednak wygrywa. Postać czytelna. To nie jest tak, że Paulina Klepacz zamyka się w jakimś schemacie, puentuje w sposób przewidywalny, daje do zrozumienia oczywistość finału kreślonych intryg. "Daj mi więcej" to opowieść o młodzieńczym nienasyceniu i o braku zadowolenia ze swojego życia. O tym, w jaki sposób sami tworzymy sobie z życia piekło już wtedy, kiedy ani go jeszcze nie rozumiemy, ani nie jesteśmy gotowi zrozumieć. Klepacz opowiada o kilku rodzajach traumy młodego pokolenia. Wyraźnie też zaznacza, że zagubienie towarzyszy wcześniej wspomnianemu zawsze. Problem pojawia się w momencie, kiedy zbyt młodo przyjmujemy zbyt dojrzałe priorytety, realizując je jednak w groteskowy sposób i pogrążając się w śmieszności oraz niespełnieniu.

2015-05-18

"Temat na pierwszą stronę" Umberto Eco

Wydawca: Noir sur Blanc

Data wydania: 6 maja 2015

Liczba stron: 180

Tłumacz: Krzysztof Żaboklicki

Oprawa: twarda

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Kłamstwa i manipulacje

Nowa książka Umberto Eco zadowoli chyba wszystkich. Powinna być czytana przez studentów dziennikarstwa, ale to nie jest przecież zasadnicza grupa docelowa. Mamy tutaj tkaną zręcznie intrygę sensacyjną, kilka prowokacyjnych tez, sporo cynizmu i niemożliwie doskonałą groteskę, która spaja całość charakteryzującą się początkową wątłą akcją, nieoczekiwanie dynamizowaną i zmuszającą do zastanowienia, o czym właściwie jest ta krótka powieść. Elementy thrillera, romansu, soczysty wątek związany z manipulacjami świata mediów. Skromna, ale wielka powieść o kłamstwie, spekulacjach, o ludzkich pragnieniach porządkowania świata fragmentarycznie, ale przede wszystkim o złudzeniach i o tym, jak bardzo w każdym aspekcie naszego życia zanika zwykłe poczucie przyzwoitości i moralność.
                                                                                                                          
Mamy rok 1992. Komputery dopiero raczkują, telefony komórkowe uznawane są za niegroźny ekscentryzm. Nie ma jeszcze przepływu informacji i informacyjnego szumu na miarę XXI wieku. Jest za to szalony plan pewnego eksperymentu. Wydawania gazety, która jak żadna inna ma wyprzedzać fakty. Prowokować przez skryte konfabulacje i manipulować, nazywając chociażby opinie faktami. Dziennik "Jutro" wiąże się z dodatkowymi knowaniami, w jakie wprowadzony zostaje niejaki Colonna - pięćdziesięciolatek, który zawsze wykonywał wszelkie prace w cieniu, wielki przegrany i inteligentny obserwator zmian dotykających otaczający go świat. Colonna otrzymuje tajemnicze zlecenie. Wraz z zespołem redakcyjnym przygotowuje zerowe numery nowej gazety. Jej odbiorcy to dobrze sytuowani Włosi w średnim wieku, dla których ważny jest zarówno stereotyp, jak i umiejętne wychodzenie poza ograniczenia. Tacy, którzy nie zorientują się, że to nie wiadomości czynią gazetę, lecz gazeta newsy. A je można spreparować, odpowiednio okrasić watą słowną, zbudować sieć zależności oparty na hipotezach i okrutnie drążyć umysły nieświadome gry, jaką się z nimi toczy.

Szybko orientujemy się, że celem Eco jest nie tylko krytyka dziennikarstwa, bo gdyby tak spoglądać na tę powieść, nie znalazłoby się w niej niczego naprawdę nowatorskiego, a serwowane nam tezy o różnych sposobach manipulacji, jakie wykorzystują media, stałyby się wtórne i mało interesujące. Intryga budowana jest inaczej niż można było się tego spodziewać. Jeden z pracowników redakcji  - Braggadocio - wpada na trop sensacyjnych wątków. Czy są to tylko teorie spiskowe? Nieprzypadkowo Eco cofa nas do 1992 roku, bo to wówczas Włochy żyły jedną z kreślonych w tej powieści afer. "Temat na pierwszą stronę" to rozprawa z oszustwem postrzeganym jako stan umysłu. Inteligentna i brawurowa narracja wypowiada wojnę świadomości Włochów, którzy rzekomo uodpornili się na sensacyjne wieści i trzeba się bardzo starać, aby ich czymś zaskoczyć. A czyta się o włoskich aferach w tej książce z wypiekami na twarzy, których nie wzbudziłyby np. notatki z Wikipedii. Eco prowokuje do dyskusji o tym, jak bardzo wybiórcze jest nasze postrzeganie świata i w jak wiele pułapek możemy wpaść, analizując doniesienia medialne skrojone na miarę naszych potrzeb i oczekiwań. Pułapki zastawia także na czytelników "Tematu na pierwszą stronę".

Czego chcemy się dowiedzieć od świata, w którym roi się od różnego rodzaju konfabulacji? Eco w postaci wspomnianego już Braggadocia hiperbolizuje nieco, ukazując stan umysłu przepełnionego nieufnością do tego stopnia, że potrafi negować oczywiste fakty. Braggadocio wyznaje:  "Nie jestem już pewien niczego poza tym, że za naszymi plecami stoi zawsze ktoś, kto nas oszukuje". I nie jest to jakiś odosobniony pogląd, nie jest to żaden ekscentryzm. Figura wewnętrznego zagubienia i nieufności przeradzającej się w obsesję to stygmat czasów, w których do gry śmiało chce wejść taka gazeta jak "Jutro". Ona, jak wiele jej podobnych, będzie szukać sensacji tam, gdzie jej nie ma, a przekaz dodatkowo dramatyzować, bo nic się tak nie czyta i nie sprzedaje jak news opatrzony komentarzem o wypaczonym w tymże komentarzu kontekście.

Ponieważ akcja powieści związana jest z pewnym eksperymentem, samą formę "Tematu na pierwszą stronę" możemy uznać za eksperymentalną. Z jednej strony widać tu wyraźne osadzenie we włoskich kontekstach i sprytną umiejętność łączenia faktów historycznych z ich nadinterpretacjami, narosłymi wokół nich legendami  i dwuznacznościami. Odnosi się wrażenie, że kolejne strony Eco zapisuje z rozbawieniem, ale tak naprawdę dostrzec można wyraźnie, że to książka przede wszystkim odważna, umiejętnie prowokuje, czytelnie zarysowuje tezy. Szczegóły sensacyjnej intrygi zwodzą nas, pozostawiając wciąż w dużej niepewności. Umberto Eco nie tylko kreśli, w jaki sposób ludzkie fantazje i lęki mogą wspomagać dezinformację. On jednocześnie buduje historię w innej historii, doskonale wikła czytelne dosyć motywy działania bohaterów, ale przede wszystkim każe nam zastanowić się nad tym, w którym momencie stajemy się obiektem manipulacji tak jak potencjalni czytelnicy gazety "Jutro".

Znaleźliśmy się wszyscy w tych dramatycznie niepewnych czasach, w których przewidywania i opinie zajmują miejsca rzetelnych informacji medialnych. Eco punktuje fakty i cieniuje ich interpretacje. Mimo to gubimy się w morzu domysłów i stajemy w niemym zdziwieniu przed tym, do czego doprowadza nas "Temat na pierwszą stronę" w zakończeniu. Dostrzegamy niebezpieczeństwa, na jakie narażamy się sami, wyłączając krytycyzm i poddając się sugestiom. "Jutro" to rzeczywiście medium przyszłości. Tej dzisiejszej, skażonej interpretacjami, na które tak często już się samodzielnie nie silimy. Lektura nowej powieści Eco ma być wyzwaniem i staje się w pewnym stopniu zagadką. Kłamstwo nabiera mocy, a fakt staje się czymś wieloznacznym. To książka o ludziach zagrożonych realnie i fikcyjnie. O ścieżkach, po których kroczymy, poznając skomplikowany świat wokół. Dzisiaj skomplikowany dużo bardziej niż choćby w 1992 roku, ale wymowa "Tematu na pierwszą stronę" jest ponadczasowa, mocno niepokojąca i sugestywnie zacierająca granicę między tym, co rzeczywiste, a tym, co wykreowane w wyobraźni przez słowa.

2015-05-16

"Gdy zniknęły gołębie" Sofi Oksanen

Wydawca: Czarne

Data wydania: 29 kwietnia 2015

Liczba stron: 368

Tłumacz: Sebastian Musielak

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Czas chaosu, czas wyborów

Sofi Oksanen wysoko postawiła sobie poprzeczkę "Oczyszczeniem". Jej nową powieść będzie się traktować trochę jak odbicie wspomnianej i chociaż jest to proza naprawdę wysokich lotów, pewna wtórność tematyczna może wzbudzić lekką konsternację. "Gdy zniknęły gołębie" to w dużej mierze rzecz o Estonii w szponach dwóch totalitaryzmów, ale Oksanen tak to wszystko sprytnie urządza, że - choć tym razem stawia na męskie biografie - ponownie kobieta staje w centrum czytelniczego zainteresowania, to ona przykuwa uwagę najsilniej, to jej słabości i dylematy stanowią soczysty miąższ tej książki, a dwaj kuzyni znajdują się nieco w tle. Jeden, krewki i bezkompromisowy, biega po lasach. Drugi, zachowawczy i pozbawiony kręgosłupa moralnego, przyjmuje coraz to nowe tożsamości i w swej jednoznacznej podłości jest tak samo przewidywalny, co walczący z systemami i wrogami rebeliant. W tle upokarzana Estonia. Naród zbyt mały, by ustanowić swoje państwo. Estonia wielkiego smutku, rozczarowań, wiecznego niepokoju i stale w poczuciu zagrożenia. Epicka narracja Oksanen prawdopodobnie deklasuje jej fińskie rówieśniczki po piórze, czyli Elinę Hirvonen i Leenę Parkkinen. Czy autorka jednak nie nazbyt obsesyjnie trzyma się tych samych tematów? Czy nowa powieść to osobna jakość? A może pisarski ślad po znakomitym "Oczyszczeniu", który pozostaje w warsztacie i wyobraźni?

Estonia lat czterdziestych żyje nadziejami. Niemiecka okupacja daje radość i przekonanie, iż przegonieni bolszewicy więcej nie będą niszczyć kraju. W euforii 1941 roku łatwo jednak stracić azymut, zbyt szybko można ulec propagandowym hasłom. Niektórzy ryzykują wtedy naprawdę dużo. Są tacy, co oddają wszystko i siebie. W czasie drugiej wojny światowej poznajemy dwóch kuzynów. Edgar jest dezerterem z sowieckiej armii. Elokwentny, wykształcony, umie wpływać na ludzi i potrafi te wpływy wykorzystać. Obok niego Roland. W walce zdeterminowany, w poglądach stały, doskonale rozumiejący konieczność walki z okupantem, kimkolwiek by był. Kuzyni tkwią w dość toksycznej zależności. Roland czuje swego rodzaju rozgoryczenie, bo winien być w jakiś sposób odpowiedzialny za Edgara. Kiedyś coś ich łączyło. Gdy do Estonii wkraczają Niemcy, podziały będą już nie do pokonania. Tym bardziej że Roland przeżywa osobiste straty, rośnie w nim frustracja i chęć dzikiego odwetu. Jego proste chłopskie marzenia o stabilizacji nie mogą się spełnić. Marzeniem Edgara natomiast jest przede wszystkim przetrwać. Za wszelką cenę. Drogi kuzynów rozejdą się, a nakreślone już na wstępie napięcie między nimi stale będzie obecne, wzmacniane dodatkowo informacjami o kolejnych życiowych wyborach mężczyzn.

Tymczasem gdzieś pomiędzy nimi znajduje się Juudit, żona Edgara. Postać ogniskująca w sobie wszelkie dwuznaczności, postać tragicznie wyobcowana i niesłychanie silna siłą naiwnych pragnień, za których spełnienie przyjdzie jej boleśnie zapłacić. Juudit wita Niemców z przekonaniem, że coś wreszcie zmieni się na lepsze. Marzy o tym, by jej mąż nigdy nie wracał. Deficyt czułości Juudit popchnie ją w inne męskie ramiona, ale czułość pod żadną postacią nie pasuje ani do Estonii, ani do czasu historycznego. Bohaterka Oksanen poniesie najbardziej dotkliwe konsekwencje swoich wyborów. Tych dyktowanych sercem i tych wynikłych z prostych oczekiwań. W gruncie rzeczy przecież Roland, Edgar i Juudit pragną tego samego. Różne drogi osiągania celu staną się dla nich stygmatami. To jednak ona, nieszczęśliwa żona i kochanka, będzie nie tyle najwyraźniej zarysowana, ile ściągnie na siebie czytelniczą uwagę przejmującymi dramatami, jakich dozna w miejscu doświadczanym przez Historię z wyjątkowym okrucieństwem, w wyjątkowym chaosie.

"Gdy zniknęły gołębie" to proza o tym, czym jest zachowawczość i jakie oblicza może mieć ludzki bunt. Usytuowana także w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, doskonale pokazuje ewolucję światopoglądów i przemiany, które dotykają bohaterów w bardzo ścisłym związku z przemianami historycznymi. Oksanen tym razem, w przeciwieństwie do "Oczyszczenia", pozwala sobie na uważniejsze przyglądanie się zmianom dziejowym i sugerowanie kilku tez gdzieś poza egzystencjalnym wymiarem książki, bo to właśnie w ogniu tych przemian spalają się wewnętrznie jej bohaterowie i każdy z nich na swój własny sposób chce pożegnać wieczne poczucie tego, że jutro jest czymś niewiadomym. Mamy w tej powieści szereg różnych zagrożeń i kilka pułapek, w które wpadają nie tyle słabi, ile niezdecydowani. W świecie historycznego chaosu znajduje się miejsce na wyraźnie zarysowane szaleństwo, równie wyrazistą odwagę i wyjątkowo przewidywalną zachowawczość. To też nie jest tak, że wspomniana trójka ma walczyć o zainteresowanie, bo walka rozgrywa się tu w zupełnie innym wymiarze, a nawet w kilku wymiarach. Sofi Oksanen kreśli bolesną narrację o kraju, którego flaga wciąż znika z masztów, i o ludziach, dla których poczucie zagrożenia idzie w parze z różnymi formami konformizmu. Jest też wściekłość, gniew i jest wyraźny ślad po wojnie. Obrazuje go nie tylko przejmujący moment, gdy już na wstępie nogę Rolanda chwyta umierający wróg wyznający miłość ukochanej. Bo przecież to także historia o bliskości śmierci i miłości. Przesycona fatalizmem i smutkiem, który zapamiętuje się na długo.

"Gdy zniknęły gołębie" to powieść bardzo wiarygodna psychologicznie. Komplikuje to, co skomplikować trzeba, pozostawiając niedomówienia w tych działaniach, które mają mieć wyraźne symboliczne znaczenie. Juudit jak Aliide z "Oczyszczenia" podejmuje się największego ryzyka i płaci za popełniane błędy. Oksanen sankcjonuje ten egzystencjalny fatalizm w kobiecej biografii, czyniąc go po raz kolejny - co zostało już wspomniane - największym atutem świetnej powieści. Nie przejmuje aż tak kostyczna zachowawczość czy dzielność tego, który z wrogiem walczy, a nie do niego się dostosowuje. Przegrana Juudit ma kilka znaczeń. W tej historii o porażkach i upokorzeniach najpiękniej jednak dźwięczy prosty kobiecy smutek. Sztuką jest uczynić ze smutku piękno, a Oksanen dodatkowo ozdabia tym uczuciem pełną empatii i wnikliwości opowieść o upokorzeniach Estonii. To ważna powieść, w której nie ma zbędnego wątku, opisu czy dialogu. Sofi Oksanen umie równoważyć rozpacz i siłę, gdzieś pomiędzy nimi sytuując bohaterów bezsilnych przede wszystkim wobec samych siebie.

2015-05-13

"Gdzie ci mężczyźni?" Philip G. Zimbardo, Nikita S. Coulombe

Wydawca: PWN

Data wydania: 15 kwietnia 2015

Liczba stron: 382

Tłumacz: Małgorzata Guzowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Męskość w kryzysie?

Jest pewien problem w odbiorze najnowszej książki Philipa Zimbardo, którą napisał razem z osobistą asystentką Nikitą S. Coulombe. Trudno zdecydować, czy tę publikację traktować naprawdę poważnie, czy z lekkim przymrużeniem oka. Dwuznaczność pojawia się już w nomenklaturze. Istotne i chyba niezbadane uważnie zjawisko kryzysu męskości w XXI wieku określone jest mianem "upadku facetów". Autorzy kończą swe wywody radosnym "ciao". Sprawy nie ułatwiają także ironiczne i dowcipne karykatury Igora Myszkiewicza uzupełniające polskie wydanie książki. "Gdzie ci mężczyźni?" to dodatkowo publikacja racząca nas garściami truizmów lub tez co najmniej wtórnych. Mam na myśli krytykę systemu edukacji, wpływ uzależnienia od gier na ludzkie życie czy analizę szeregu czynników stresogennych, którymi zajmują się badacze kryzysu życia tak w ogóle, bez względu na płciowość czy uwarunkowania genetyczne związane z podkreślanym w książce faktem, iż mózg mężczyzny znacznie różni się od mózgu kobiety.

Co zatem wziąć z tej lektury? Co jest w niej wartościowe? Jak potraktować tę książkę i co można zmienić po jej przeczytaniu? Zimbardo niewątpliwie tworzy rzecz prowokującą i dynamicznie analizującą nakreślony problem. W czasach, kiedy kobiety tak licznie organizują się w różnego rodzaju stowarzyszeniach i ruchach, publikacja ta może być dowodem na to, jak skutecznie ująć się za męskością. Za tymi jej aspektami, które wydają się samym mężczyznom wstydliwe. Bo w gruncie rzeczy chodzi o frustrację wyrosłą z tego, że w nowoczesnym świecie wciąż niezwykle trudno znaleźć jakąkolwiek alternatywę dla bycia wojownikiem lub żywicielem rodziny, gdy chce się być mężczyzną spełnionym i wyrażonym przez szereg oczywistych dla męskości działań. Te mniej oczywiste gdzieś się ukrywa, jak emocje i łzy, do których kategoria męskości raczej nie pasuje. Zimbardo i Coulombe przeprowadzili sporo badań i wywiadów, by najpierw dać obraz kryzysowych objawów, potem wskazać przyczyny zjawiska, a następnie zasugerować rozwiązania. Wszystko dla tych mężczyzn i chłopców, którzy z różnych powodów muszą się wstydzić. Gubiąc się w sobie, kwestionują własną tożsamość, a jeśli nawet nie ją, to siebie samego w wielu narzuconych przez społeczeństwo rolach.

Współczesny facet w stanie upadku wkracza w dorosłe życie rozczarowany edukacją. Stara się obracać w męskim kręgu i nie odczuwa satysfakcjonujących relacji z kobietami, kiedy te nie wchodzą do jego łóżka. Nadużywa pornografii internetowej i pozwala się wchłonąć wirtualnemu światu gier. Niekiedy ucieka w otyłość, czasami we wzmacniające rozpaczliwy hedonizm używki. Buduje sobie bezpieczne miejsca, w których może być odpowiedzialny za świat wykreowany przez własne fantazje. Ten rzeczywisty staje się nie do przyjęcia z kilku możliwych powodów. Dlaczego współczesny mężczyzna ma się tak źle, skoro wszem wobec głosi, iż jest mu dobrze? Amerykańscy naukowcy przyglądają się zjawisku deprecjonowania męskich dokonań i tym wszystkim działaniom społecznym, które w mniejszym lub większym stopniu przyznają więcej praw do błędów i ich naprawiania kobietom niż mężczyznom, codziennie oddalającym się od samych siebie.

Przyczyn problematycznych sytuacji mężczyzn, dla których nie znaleziono określonych ram albo dla tych, którzy za nic nie mogą się odnaleźć w schematach męskiego zachowania lub światopoglądu, autorzy książki szukają w wielu miejscach. Jest mowa o problematycznych relacjach w rodzinie, w której nieobecny ojciec staje się pierwszym źródłem stygmatyzowania chłopca. Wskazywane są niedociągnięcia albo ewidentne wady systemu edukacyjnego, już od samego początku "radzącego" sobie z nadpobudliwymi chłopcami dość opresyjnymi metodami. Wina zrzucona jest na rozwój nowoczesnych technologii, które pobudzają emocje i pragnienia na różne, bardzo niezdrowe sposoby. Jest też mowa o świecie, w którym mężczyźnie stawia się trudne wymagania - ma być silny, zdrowy, dobrze zarabiać, nie mazgaić się, nie okazywać uczuć w nadmiarze i przede wszystkim świetnie sobie radzić. Z sobą i z własnym życiem.

Interesujący jest zarys męskiego egocentryzmu rozpatrywanego przez pryzmat wielu możliwości i zagrożeń cyfrowego świata wspomaganego w swym opresyjnym charakterze przez wzrastające wciąż koszty życia, które wymuszają branie kredytów, a ich spłacanie ogranicza rozwój osobowości, kreśląc ramy egzystencji jako nieustannej walki o własny byt. W to wpleciony jest problem nadużywania pornografii. Sfery, w której można sankcjonować własne marzenia, pragnienia i oczekiwania odrzucane w świecie realnym albo niemożliwe w nim do zrealizowania. O ile nieszczęsnej pornografii przypisywana jest być może zbyt demoniczna siła, o tyle w rozważaniach dotyczących kryzysu męskości ważnym aspektem jest spojrzenie bardziej socjologiczne, mniej psychologizujące. Rozważania Zimbardo i Coulombe mogą nie spodobać się feministkom, bo pewne aspekty feminizmu ukazywane są jako zagrożenia dla współczesnej męskości. Analizowane jest ciekawe zjawisko tak zwanej demokracji płci. Czy rosnąca pozycja kobiet w dzisiejszym świecie zagraża temu, co konstytuowało szczęśliwą i zdrową męskość? Bo przecież w USA to nie tylko wymiar sprawiedliwości zdaje się surowszy wobec mężczyzn właśnie. "Gdzie ci mężczyźni?" to opowieść o tych wszystkich bolączkach i absurdach, które społeczne życie każdego mężczyzny warunkują w sposób wywołujący frustracje już na wstępie. Zimbardo nie wnika jednak głębiej. Jego analizy są dosyć uproszczone. To czyni z tej książki pewien szkic, być może początek nieco szerszej i dokładniejszej rozprawy.

Czymkolwiek jest ta publikacja, z pewnością bardzo czytelnie zarysowuje ten dramatyczny rozdźwięk między motywacjami a oczekiwaniami, który w życiu wielu mężczyzn na różnym etapie ich życia wywołuje skrywane frustracje, pogłębiane tendencjami ucieczkowymi. To nie jest tak, że wszyscy kryzysowi mężczyźni oglądają pornografię, grają w gry i wciąż wiecznie uciekają, czyniąc siebie nieszczęśliwymi karykaturami postaci określonej przed wiekami mianem "puer aeternus". Zimbardo i Coulombe nakreślają takie problemy, dla których starają się jednocześnie znaleźć rozwiązania. To z pewnością książka o męskości, na którą niewielu patrzy z taką empatią jak autorzy. To również swego rodzaju poradnik z lekką nutą prowokacji, podszyty ironią i groteską, zadziwiający lekkością stylu w połączeniu z dość mrocznymi refleksjami. Myślę, że to rzecz o problemach na serio i o tym, jak wiele tkwi w mężczyznach problemów, o których na różnych etapach swojego życia starają się nie rozmawiać. To książka o istocie charakterystycznego dla płci kryzysu, ale w gruncie rzeczy wiarygodna i dość smutna opowieść o kondycji ogółu społeczeństwa. Brak porozumienia, tak wyraźnie zarysowany w kilku możliwych aspektach, prowadzi mężczyznę do alienacji, a jego płeć czyni frustrującą. Męskość faktycznie stawiana jest przed nie lada wyzwaniami. Od nas samych zależy, czy po lekturze tej książki naprawdę je dostrzeżemy i czy uznamy, że jej przekaz uniwersalnie wykracza poza ściśle nakreślane i wielokrotnie określane standardy życia w Stanach Zjednoczonych.

2015-05-10

"Lotnisko w Monachium" Greg Baxter

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 6 maja 2015

Liczba stron: 320

Tłumacz: Jędrzej Polak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Życiowa poczekalnia

To taki typ prozy, z którą można się w pełni utożsamić albo całkowicie odrzucić jej przekaz. Greg Baxter prowokuje do dyskusji o kondycji współczesnego społeczeństwa, przedstawiając losy zatomizowanej rodziny, w której pożegnania zdarzają się częściej niż prawdziwe spotkania i trwałe relacje. Rozpina pomost między Niemcami a Stanami Zjednoczonymi, by w specyficznym ludzkim mikrokosmosie lotniska zamkniętego z powodu mgły zmusić nas do konfrontacji z anonimowym bohaterem, który opowiada o swym wyobcowanym życiu i trudnych relacjach z ojcem, matką, siostrą czy byłą żoną. "Lotnisko w Monachium" to proza bezkompromisowa. W swym smutku i szarości wyjątkowo wyrazista. Zasadnicze tezy są silne i ugruntowane w rozpaczliwych biografiach, a czytelnikowi pozostaje jedynie rozmyślanie nad tym, czy to wszystko w jakikolwiek sposób go dotyczy.

Miriam odeszła. Zagłodziła się na śmierć. Właściwie tylko tyle wiemy. Retrospekcje informują nas o tym, że nie utrzymywała kontaktu z rodziną, a ostatnie spotkanie z bratem było niejako wymuszone przez niego szantażem emocjonalnym. Ta porażająca śmierć staje się nie tyle zagadkowa, co przede wszystkim determinuje myślenie głównego bohatera o swoim dalszym losie. Bo on, obojętny w swej samotności brat, rozpoznawał być może sygnały, że z Miriam dzieje się coś złego, ale pozostawiał to losowi. A los każe mu przybyć z Londynu do Berlina, gdzie identyfikuje ciało zmarłej, metodycznie sprząta jej mieszkanie, próbuje przeżyć coś na kształt żałoby wraz z ojcem, ale tak naprawdę męczy się w kilku możliwych próbach zbliżenia z kimś żywym z rodziny oraz ze wspomnieniami zmarłej, dla której zabrakło miejsca i pamięci w dotychczasowym życiu.

"Lotnisko w Monachium" poraża i przejmuje stylem opowiadania. Bolesna precyzja w opisywaniu każdego elementu rzeczywistości. Pedantyczne opisy tak jak pedantyczne jest sprzątanie mieszkania po zmarłej. Drobiazgowość pozbawiona emocji i silne skupienie na szczegółach. Wszystko po to, by ukryć emocje. Ten zabieg zdaje się portretować sposób postrzegania rzeczywistości przez wszystkich tych, którzy logicznie porządkują jej ramy wokół siebie, by nie spoglądać gdzieś do wewnątrz, do ruiny własnych przeżyć i szczątkowej formy uczuć. To nie jest narracja prosta do zniesienia. Ten, który snuje swoje opowieści, stara się dystansować od wszystkiego, co może wzbudzić jakikolwiek odruch przywiązania. Ojciec i syn wędrują po Europie, poznają Berlin, chadzają swoimi ścieżkami - często razem, ale zasadniczo wciąż obok siebie. Bo tak się nauczyli w życiu i tego zmienić już nie mogą. Śmierć Miriam każe im się skonfrontować w inny, emocjonalny sposób. Baxter świetnie portretuje niemożność wyjścia poza pewne działania i gesty znamionujące określony porządek. Tam nie ma miejsca na to, by cokolwiek czuć. A może czuje się tylko wtedy, kiedy jest się samemu ze sobą.

Obok dwóch mężczyzn pojawia się koordynatorka działań związanych z odebraniem zwłok Miriam. Są w niej siła i witalizm, które już dawno opuściły obu mężczyzn. Trish intryguje i przyciąga do siebie, bo zdaje się wskazywać, iż inne życie jest możliwe. Życie z prawdziwą treścią. Prawdziwymi relacjami. Życie, w którym można ekspresyjnie wyrazić siebie, zamiast zamykać się w bezpiecznych formach i przyzwyczajeniach. Baxter portretuje odosobnionych mężczyzn, dla których kontakty z kobietami są wiecznym dostosowaniem i dopasowywaniem. Trish jest inna. Bezpośrednia. To taka forma istnienia, której można się przyglądać i można nawet podziwiać, byle z bezpiecznej odległości.

Greg Baxter opowiada o sentymentalnym powrocie do ojczyzny i wspomnień, który jest tak naprawdę próbą ucieczki od fali emocji wywołanych dramatycznym samobójstwem. Brat zmarłej głodzi się, także okalecza. Odnosi się wrażenie, że chce poczuć ból rzeczywistości tak, jak odbierała go siostra. Chce stać się na moment empatyczny. Ale przecież nie ma smutku, nie ma łez, nie ma wyraźnie zdefiniowanych zachowań wskazujących na żałobę. Jest za to masa wspomnień, które domagają się porządkowania. Jest stan zawieszenia i oczekiwania pośród tysięcy tak samo zagubionych i podobnie osobnych podróżnych, którzy z powodu mgły utkwili gdzieś między jednym a drugim rozdziałem swego życiorysu.

Powieść Baxtera to przejmujące studium izolacji i czasu odosobnienia. Bolesna panorama współczesności, w której traci się kontakt z drugim człowiekiem, a próby jego nawiązania mogą być tylko groteskowe. "Lotnisko w Monachium" jest prozą nostalgiczną i melancholijną, ale jednocześnie boleśnie jednostronną w swym przekazie, bo nie udaje się bohaterom wyjść poza nawyki i przyzwyczajenia, spojrzeć na własne wyobcowanie z innej perspektywy, poczuć inne tchnienie życia, być może w końcu poczuć je naprawdę. To książka o przybyszach znikąd, zakotwiczonych w miejscach tylko na chwilę, nieprzywiązanych do niczego, do siebie może najbardziej, bo tylko takie przywiązanie jest możliwe.

Przyjaciel zmarłej twierdzi, że ludzkość dziś jak nigdy jest zniewolona i nieszczęśliwa. Greg Baxter pokazuje różne formy zniewolenia, dla których znajduje się usprawiedliwienie, bo tylko wtedy można naprawdę nie myśleć o tym, jak bardzo jest się nieszczęśliwym w świecie równie nieszczęśliwych jednostek między jednym a drugim lotem w nieznane, między jedną  a drugą aktywnością zapełniającą pustkę... To dramatyczna i bezkompromisowa proza analizująca anatomię ludzkiej samotności. Wielowymiarowa, bo odnosi się do przeszłości i kreśli smutne ramy czasu teraźniejszego. To opowieść o oczekiwaniu i o niespełnionych pragnieniach. O buncie wyrażonym tylko fragmentarycznie oraz o ludziach, dla których jedyną formą zbuntowania się wobec życia jest samobójstwo. Mroczna proza, która może zgnieść emocjonalnie. Baxter w historii rodziny, która nie znalazła sobie wspólnego miejsca, gorzko diagnozuje społeczeństwo pozbawione przynależności, ludzkich więzi i poczucia jakiejkolwiek wspólnoty. Czy rzeczywiście możemy być tak dramatycznie osobni?

2015-05-06

"Budząca się szkoła" Margret Rasfeld, Stephan Breidenbach

Wydawca: Dobra Literatura

Data wydania: 8 kwietnia 2015

Liczba stron: 224

Tłumacz: Emilia Skowrońska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Edukacja przyszłości

Spisane w tej książce tezy i założenia programu "Budząca się szkoła", którego twórcami są dyrektorka jednego z berlińskich gimnazjów oraz profesor prawa, tworzą kolejną ważną publikację z zakresu pedagogiki i nieco socjologii dla wszystkich tych, którzy mają do czynienia z młodym człowiekiem i mogą mieć wpływ na jego odbiór świata oraz edukację. Wcześniejsza ważna rzecz Wydawnictwa Dobra Literatura to pozycja wspominanego w "Budzącej się szkole" Geralda Hüntera i Ulego Hausera - "Wszystkie dzieci są zdolne". Obie książki korespondują ze sobą, a niemiecki projekt reformy szkolnictwa nie rości sobie praw do krytyki, lecz chce być źródłem inspiracji. Autorzy koncentrują się przede wszystkim na kwestii potencjału i wokół niego snuć będą rozważania o twórczej i mądrej szkole XXI wieku. Rozważane są zarówno kultura rozwoju potencjału ucznia, jak i możliwości praktyczne. Tezy zdają się śmiałe, niekiedy wyjątkowo wymagające. "Budząca się szkoła" to świadectwo zaangażowania w proces indywidualnego poznawania świata i edukacji opartej na indywidualnych możliwościach. Projekt śmiały, bo uderzający w mało efektywny system testocentryzmu, ale też i taki, który ma wywołać kontrowersje. Po co? By zmienić myślenie o edukacji, tak jak zmienia się nasza percepcja nowej rzeczywistości, która wymaga i oczekuje dużo więcej niż świat choćby z minionego wieku.

Warto wyjść od zdania, które pozycjonuje współczesną szkołę. Szkołę w ogóle tak naprawdę. "Szkoły nie są odosobnionym fragmentem rzeczywistości, lecz stanowią jeden z najważniejszych elementów naszego społeczeństwa". Autorzy projektu wskazują wyzwania, przed jakim stoi szkolnictwo nastawione wciąż jedynie na optymalne przekazywanie wiedzy i na nic ponad to. Problem pojawia się w momencie, w którym - jak dzisiaj - wiedza jest ogólnie dostępna i setki źródeł poza szkołą pomagają ją zdobywać i uzupełniać. Postulowana szkoła po przebudzeniu powinna koncentrować się na możliwościach wskazywania sposobów rozwiązywania problemów i umiejętnego stawiania pytań. Wszak ogromny zakres wiedzy szkoły minionego stulecia to równie ogromny problem jej niegruntowania. Po każdym z kolejnych egzaminów, po szeregu testów sankcjonujących selektywny system edukacji, cała mnogość nagromadzonej wiedzy znika z umysłu, pozostawiając trudną do zniesienia pustkę i poczucie braku kompetencji, by radzić sobie w życiu, nie w korzystaniu z encyklopedycznych źródeł.

Rasfeld i Breidenbach wyraźnie podkreślają, iż model szkolnictwa należy dopasować do innego modelu poznawczego świata. XXI wiek stawia przed dzieckiem, uczniem, młodym człowiekiem zupełnie inne wymagania niż czas miniony, w którym my - opiekunowie, mentorzy - zdobywaliśmy wykształcenie często w tradycyjnym trybie. Winien się tworzyć nowy typ świadomości oparty na zrozumieniu tego, jak bardzo jest ważne dostrzeżenie siebie w grupie i w świecie, w którym uprzedzenia blokują rozwój, a ten prawdziwy warunkuje szeroko pojęta otwartość. "Budząca się szkoła" zwraca uwagę na socjologiczny i geopolityczny kontekst omawianych zagadnień. Proponowany model nie jest zawieszony w próżni. On jedynie odpowiada na nowoczesne potrzeby, na styl i rodzaj życia różniącego się znacznie od tego choćby sprzed dekady. Stąd też podczas lektury może nasunąć się pytanie o to, czy wskazywane tezy to tylko idealizm, czy też może próba przekierowania myślenia na tory konieczne, by edukacja nie była procesem dla ucznia destrukcyjnym.

Interesujące w publikacji jest poznawanie tego, jak system edukacyjny działa w Niemczech i jak kilka zasadniczych różnic dystansuje go od tego polskiego. Bolączki współczesnej szkoły, która wciąż transformuje, są jednak dosyć podobne bez względu na długość i szerokość geograficzną. Autorzy książki zwracają uwagę na ogromną rolę nauczyciela w nowym modelu edukacji, bo to on tak naprawdę może być odpowiedzialny za każdy sukces i porażkę, on może modelować i kierować, sugerować oraz przede wszystkim inspirować. Zwraca się zatem uwagę na kogoś, komu w tradycyjnym modelu kształcenia brakuje zwyczajnie czasu na nawiązywanie relacji z podopiecznymi, a to przecież trwała relacja może stać się początkiem zmian i kierować procesem edukacyjnym inaczej, efektywniej. Tymczasem współczesny nauczyciel żyje w pewnym schizofrenicznym świecie, w którym ma odpowiadać za wyniki konkretnej grupy i w obrębie tej grupy stosować ocenianie w stylu selekcyjnym, ale równocześnie winien nawiązywać więź nakazującą traktować ucznia podmiotowo. Wszyscy wiemy, że pewne sprzeczne wymagania są niemożliwe do spełnienia. "Budząca się szkoła" proponuje model,  w którym niepotrzebnej presji odejmuje się wszystkim - nauczycielom, uczniom i przede wszystkim ich rodzicom.

To książka o tym, że można ucznia rozumnie nauczyć, co to znaczy być coraz lepszym. Publikacja, w której obiektem krytyki staje się edukacyjny system selekcji. Rzecz o wielkim i niewykorzystanym potencjale twórczych nauczycieli, którzy tak jak twórczy uczniowie często są uśredniani i wpasowywani w ogół. Autorzy zwracają uwagę na to, że rzeczywistość XXI wieku, czasu przecież tak wielu zatomizowanych życiorysów, domaga się współistnienia w obrębie wielu wspólnot. Budzi się szkoła, która wyposaża ucznia w umiejętności dające mu szansę rozwijania się przez całe życie. W projekcie nowa jest zatem rola ucznia. Zmiany nie mają polegać na kostycznym przekształcaniu narzędzi pomiaru osiągnięć czy sankcjonowaniu rozwiązań w służbie okrutnej testologii. To, o czym piszą autorzy "Budzącej się szkoły", to szereg tez do poważnego rozważenia nie tylko dlatego, że współczesny model szkolnictwa jest kaleki i nadal nie można go w satysfakcjonujący sposób zmienić. Rasfeld i Breidenbach zwracają uwagę na to, iż jakąkolwiek zmianę w zakresie edukacji musi inicjować przede wszystkim zmiana w świadomości. Taka, dzięki której na innowacyjne rozwiązania i na śmiałe tezy nie będzie się spoglądać ze sceptycyzmem, bo ten - nie ma co ukrywać - może się pojawiać podczas lektury.

Potencjał, działanie, konstruktywna krytyka, uczenie się na błędach. Dodatkowo wolność w sensownych granicach, uczestnictwo w życiu społecznym oraz poczucie spełnienia w procesie uczenia się. O tym i o wielu innych aspektach edukacji na miarę XXI wieku "Budząca się szkoła" opowiada w formie teoretycznego szkicu z wyraźnymi wskazaniami działań praktycznych. To książka w dużej mierze o niemałym przecież problemie, w jaki sposób dostrzec wyjątkowość samego siebie oraz wyjątkowość wspólnoty. O wyjątkowej roli edukacji, która już dawno zagubiła się w setkach wykresów, obliczeń, porównań i analiz wyników testów. To także test nas samych, naszej otwartości w myśleniu o roli i kondycji współczesnej szkoły.


PATRONAT MEDIALNY