Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-06-29

"Cyklon" Andrzej Muszyński

Wydawca: Czarne

Data wydania: 17 czerwca 2015

Liczba stron: 262

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Wyprawy zadziwienia

Wraz z wydaniem "Cyklonu" pojawiła się dyskusja o poziomie merytorycznym tej publikacji. Michał Lubina - naukowiec specjalizujący się w sprawach Birmy - wypunktował nieścisłości w reportażu, autor podjął się polemiki. Kładzie to pewien cień na odbiór tej książki, niezwykłej przecież, bo traktującej o bardzo trudnym kraju, o niepojętej w szczegółach wiecznej batalii knowań i konfliktów. Birma zdaje się mroczna, bo to kraj - na kartach tej książki - przede wszystkim pytań, a nie odpowiedzi. "Cyklon" ma dużą wartość literacką. Długa jest jednocześnie lista błędów merytorycznych. Andrzej Muszyński starał się przedstawić, czasem tylko zasygnalizować, mnogość problemów i dylematów kraju, który tkwi w stanie niekończącej się rewolty i gdzie 135 mniejszości etnicznych wciąż usiłuje znaleźć wspólną przestrzeń do życia. W kraju, którym rządzą tak naprawdę wszechobecna zieleń, szczury, upał i monsuny. Tam, gdzie z równą siłą zabijają reżim i wspomniany w tytule kataklizm. Trudna opowieść o wielu obliczach Birmy spotyka się z zarzutami nieścisłości merytorycznych.  Nie sposób tego nie zauważyć. "Cyklon" jednak wymusza ten rodzaj uważnej lektury, która komuś, kto nie zna azjatyckiego celu ośmiu podróży Muszyńskiego, zapiera dech w piersiach - bo to wszystko nie tyle egzotyczne, ile przede wszystkim bardzo skomplikowane.

Pozostaje mi jedynie wskazać mocne punkty tego reportażu jako dzieła literackiego.  I mimo wszystko zwrócić uwagę na jego ogromną wartość poznawczą. Publikacja sygnalizuje bardzo wiele mrocznych tez, które zrozumieć można lepiej chyba wówczas, gdy pojmie się tę sygnalizowaną birmańską przewrotność ludzkiej natury okazującej przede wszystkim dwie skrajności - serdeczność i okrucieństwo. To także dowód niezwykłych umiejętności - słuchania, pochłaniania egzotyki, racjonalizowania grozy i skupienia na ludzkich historiach, które polifonicznie brzmią jak dramat niekoniecznie gdzieś z dalekiej Azji...

Autor "Miedzy" stosuje kompozycję klamrową, albowiem czas jest kołem i ta jego specyfika odbija się w portretowanych losach kraju, który wciąż walczy, mnożąc wojny i konflikty o bardzo różnym charakterze i pochodzeniu. Birma Muszyńskiego skrywa się przed nami niczym twarz przypudrowana tanaką, chroniona w ten sposób przed palącym słońcem. Autor podejmuje się kilku wypraw, lecz poza tymi realnymi, podczas których między innymi będzie podróżował na słoniu czy przebywał w areszcie domowym, są podróże w przeszłość - czasem bardzo odległą, niekiedy archaiczną dla dzisiejszego stanu rzeczy, który nie ma jednej definicji, bo Birma jest mnogością filozofii, poglądów, odcieni ludzkiego zła i religijnej izolacji, by przetrwać nie tylko gorący klimat, ale i biedę, niepewność oraz wszelkiego rodzaju niestabilność egzystencjalną.

Nie ma chronologii w tych zapiskach, choć historyczne przełomy sygnalizowane są czytelnie i dość linearnie. Zaczyna się od wędrówki po pogrążonym w mroku Rangunie, by skończyć na poruszającej wyobraźnię fantazji o śladzie zwanym "madukha". Jest więc wszystko - mroczny realizm, ściskające za gardło poczucie wyobcowania i oddalenia od samego siebie oraz morze opowieści. Mitów i faktów łączących się w groźnym tyglu, tak jak łączą się natura i człowiek, wciąż naznaczeni piętnem walki. Muszyński nadaje imiona ludzkim nieszczęściom i choć są one egzotyczne, dotykają każdego wrażliwego człowieka bez względu na szerokość czy długość geograficzną. Rozmowy z byłym mnichem - rewolucjonistą, fatalnym rebeliantem, elektrykiem - wygnańcem czy mieszkańcami najbardziej peryferyjnych wiosek stanowią dowód wielkiej empatii, ale i najmocniejszy atut tego reportażu. W ludziach i obok ludzi Muszyński stara się szukać odpowiedzi na pytania o to, co wydaje się nieludzkie, jak siła cyklonu Nargis czy atawizm walczących o przetrwanie szczurów, zalewających miasta i wioski, pustoszących jak wojska etniczne te wszystkie osady, których dramatycznej historii nikt nie napisze. Ale jest i inna poruszająca wyobraźnię narracja. To pamiętnik z wyprawy ku Himalajom Birmańskim, przejmujące eksplorowanie świata na marginesie, zapis mierzenia się z lękiem i nadzieją oraz obcowania z ludźmi zahartowanymi przez życie z dala od jakiejkolwiek cywilizacji.

Trudno o niej samej mówić w kraju, który dopiero od niedawna wprawia się w demokracji, stara się zwalczyć ciemność w miarę regularnymi dostawami prądu i otwierać na świat mimo wewnętrznego zamknięcia i skonfliktowania. Symbolem specyficznej izolacji Birmy może być uważnie portretowana przestrzeń tamtejszych kresów - by zbliżyć się do Himalajów, Muszyński musi zbliżyć się przede wszystkim do innego niż naturalne pojmowania tego, co to znaczy radzić sobie ze sobą i światem wokół. Bo rzeczywistość dalekiej północy kraju odbiega mocno od tego, co serwują była stolica czy też ta obecna, wybudowana na zamówienie w sercu buszu, monumentalna i pusta w gruncie rzeczy. Autor "Cyklonu" udowadnia, że odpowiedzi na większość nurtujących go pytań można odnaleźć tylko na birmańskiej prowincji. Co uznać za taką w kraju z jednej strony wciąż się rozwijającym, z drugiej jednak pozostającym w mroku biedy, korupcji, przemocy i wiecznych zbrojeń?

Wydaje się, że można zaufać Muszyńskiemu, który prowadzi nas przez busz i najpodlejsze zakątki Rangunu z taką samą czułością i ekscytacją, z jaką opowiada o ambiwalentnych uczuciach Birmańczyków, ich wzajemnej nieufności, o trudnej do zrozumienia walce buddyjskich mnichów z opresyjną władzą i o wszystkich tych paradoksach, które czynią z Birmy kraj egzotycznie mroczny. Ten mrok zaskakująco silnie fascynuje młodego reportera podążającego śladami mało wytartymi, z licznymi kopiami pozwoleń, czasem z duszą na ramieniu i niekiedy przekonaniem o tym, że nie uda się osiągnąć celu. "Cyklon" to wielowątkowa i wielopłaszczyznowa opowieść o Birmie, w której można się zakochać z równą siłą, co się jej przestraszyć. Ambitny reportaż, w którym szorstki język idzie w parze z liryzmem odczuć i niebagatelnie skupioną na szczegółach uwagą. Być może podążanie tropem nazbyt wielu szczegółów zostało okupione tekstem krytycznym Michała Lubiny. Muszyński prezentuje otwartość i wrażliwość niejednego, którego Birma mogłaby przerazić. "Cyklon" jest wyrazem fascynacji i wyjątkowego talentu do tego, by fakty przekuwać w pasjonujące opowieści, z kraju, którego można się bać. Albo zacząć jego grozę i wieloznaczność podziwiać.

2015-06-27

"Fosa" Sylwia Siedlecka

Wydawca: W.A.B

Data wydania: 4 marca 2015

Liczba stron: 192

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Rewiry okrucieństwa i samotności

Sylwia Siedlecka w swej debiutanckiej powieści prowadzi nas przez mroczny świat małomiasteczkowego marazmu z okrucieństwem i subtelnością jednocześnie. To proza przesycona liryzmem i delikatnością nie tylko dlatego, że jej główna bohaterka ma bardzo wyczulone zmysły i odbiera rzeczywistość nad wyraz intensywnie. Siedlecka umieszcza nas w świecie przedstawionym obrazującym miasto - pułapkę, ale także taką samą sytuację życiową. Z jednej strony jest to świadomy wybór dwudziestosiedmiolatki, której największym kapitałem jest ciało, nieskonsumowane jeszcze przez małżonka. Z drugiej natomiast - bolesny ślad po ekstrawertycznej matce, która zabierała córkę w podróże po Polsce, a Liza po okresie tymczasowości, wciąż nowych imion, tożsamości i po życiu na walizkach chce wreszcie ogarnąć tę subtelną "swojość" otoczoną niewidoczną fosą, oddaloną od wielkiego świata wrażeń i zmysłów. Przekornie jednak bohaterka powieści ogrom przeżyć, przeczuć i rozważań osiąga dzięki uważnej obserwacji oswojonej przestrzeni. To historia o tym, co się dzieje, gdy z wąskimi horyzontami spotyka się bogata wyobraźnia. O ludziach, którzy doświadczeni okrucieństwem, sami się nim dzielą czasem w dobrej wierze. O odejściach tak niespodziewanych, jak oczekiwanych w zasadzie. O tym, jak można sobie rekompensować śmierć. I o tym, że potrafimy być dla siebie jednocześnie wrogami i przyjaciółmi.

Liza wie, że za chwilę stanie na ślubnym kobiercu. Zdaje sobie sprawę z tego, że jej życie, odczuwanie tego życia, mogą się za moment diametralnie zmienić. Arek podjął decyzję o ślubie bardzo kompulsywnie - zabrakło mu w życiu kobiety, dla której może być ważny i która jego samego uzna za kogoś najważniejszego. Dla Lizy najważniejsze jest jej bogate wnętrze. Uporządkowane wbrew chaosowi, jaki wciąż wprowadzała do życia matka. Wbrew jej samobójczej śmierci, która stanowi dowód porażki i świadectwo tego, że szczęścia nie znajdzie się, uciekając z małej mieściny. A Strzałki to taka miejscowość na marginesie mapy, z ludźmi żyjącymi własnym rytmem, często naznaczonym okrucieństwem wszechwiedzy. Bo Liza jest tą, która wie najmniej. Czuje zaś znacznie więcej niż społeczność, odczuwa świat inaczej. Ta obywatelka mikroświata nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie na tyle, by zaczął krzywdzić. Trudne relacje z przeszłości przekładają się na to, jak postrzega ludzi teraz. Czy jest gotowa stać się żoną u boku miejscowego mięsnego magnata?

W prozie Siedleckiej uwagę przykuwają postacie drugiego planu. Liza nie jest sama ze sobą, choć tak jej w sumie najlepiej i najwygodniej. Jest obok niej Kika, kobieta o wyglądzie dziecka. Skrzywdzona przez los i rozgoryczona, a ból przenosi na swe mroczne obrazy, szpecąc na nich rzeczywistość. Kika zrobi wszystko, by wydostać się z miasteczka, ale nie uda jej się zabrać Lizy. Liza wie, co o niej dzisiaj stanowi, i choć stara się pożegnać przeszłość oraz sprzedać mieszkanie, w którym matka pozbawiła się życia, rozumie doskonale, że odium nieprzychylnych jej mieszkańców to bolesny ślad po rodzicielce, tak bardzo rozgoryczonej i tak mocno irytującej u kresu swego życia.

Druga ważna postać, na którą zwraca uwagę Liza, to Anna. Kobieta przybywa do Strzałek i stara się odremontować stary ośrodek zdrowia. Przyciąga swą tajemniczością i niefrasobliwością, a przecież niesie ze sobą bagaż bolesnych doświadczeń z czasu minionego i, dodatkowo obarczona zostanie nową tragedią, na którą nikt nie jest przygotowany. Liza obserwuje, wącha i zbliża się do Anny na swój własny, sensualny sposób. Są takie momenty, że być może zazdrości jej tego wszystkiego, co tamta dostała od życia bez wysiłku, i fascynuje ją, jak wiele z tego roztrwoniła i jak bardzo pogrążyła się w rozpaczy mimo pozornej witalności. Anna jest inna, nie pasuje do miasteczka. Przyczyny jej przybycia także nie są jasne dla mieszkańców. Dla Lizy liczy się emocjonalna bliskość, a tę jest w stanie osiągnąć, gdy rozmawia z Anną, towarzysząc jej na co dzień. Rzeczywistość zbliżająca obie kobiety zamyka w sobie także wszystkie tragiczne zdarzenia, o jakich nie chcą sobie opowiadać, pragnąc porzucić wszystko, co je ograniczało i unieszczęśliwiało.

Siedlecka snuje rozważania o tym, czym jest nasze miejsce na ziemi i jak wiele z siebie możemy dać, by to miejsce zachować. Fantazjuje także o ludzkim okrucieństwie, od którego nie można się odgrodzić niewidzialną fosą i które wciąż na nowo daje o sobie znać, formując bolesną bryłę świata - a ta wciąż napiera, mnoży trudności, pytania i wiele wątpliwości różnej natury. "Fosa" to powieść, w której melancholia miesza się z grozą życia. Uzupełniają się wzajemnie, tworząc opowieść pełną niedopowiedzeń. Czytelne retrospekcje wyjaśniają wiele, ale są też wspomnienia zamglone, niejasne. W tym wszystkim dużo, za dużo może tragicznych zdarzeń budujących (a może raczej rujnujących) życiowe plany zagubionych w sobie bohaterów. Sylwia Siedlecka kreśli zdania czasem liryczne, czasami boleśnie jednoznaczne w swym okrucieństwie. Wszystko w mrocznym otoczeniu zapadłego w sobie miasta, które kwitło życiem, a stało się smutnymi peryferiami ludzkiego marazmu i braku perspektyw.

Liza wychodzi poza siebie i poza swój świat, ale tak naprawdę uzależnia swoje decyzje od wpływu innych, czasami destrukcyjnego. Bohaterka Siedleckiej chciałaby się przejrzeć w lustrze życia i zobaczyć tam swą prawdziwą twarz. Pojawia się lęk, bo to niemożliwe. Rojenia, fantazje i marzenia. Jednym z nich jest plan na życie u boku tego, który odebrał życie najcenniejsze dla matki Lizy. "Fosa" opowiada o samotności, wyobcowaniu i niezwykłym rodzaju wrażliwości, która może stać się źródłem dodatkowej udręki, kiedy połączy się z tym, co w drugim człowieku najgorsze. Liza nie chce krzywd, ale krzywdy jej nie opuszczają. Siedlecka wskazuje, że czasami nie uciekniemy od życiowego przeznaczenia, choćbyśmy żyli cały czas na przekór, inaczej odczuwali i inaczej rozumowali. To także książka, w której śmierć wydaje się ważniejsza od życia, bo raz oczyszcza, raz wyzwala działanie i witalność. To, w jaki sposób odczytamy "Fosę", zależy tylko od nas samych. Autorka zrobiła wszystko, by swą powieść uwiarygodnić w sferze niedopowiedzeń. To taka książka o fragmentach cudzych losów i o życiorysie niepraktycznej i niepotrzebnej kobiety, która chce pozostać w mieście  - więzieniu, by nauczyć się życia na nowo. Mroczna, przejmująca oraz dramatycznie drapieżna proza o wydźwięku egzystencjalnym, mnożąca pytania i pozostawiająca z niejasnymi na nie odpowiedziami.

2015-06-25

"Copyfighter" Łukasz Krakowiak

Wydawca: Nisza

Data wydania: 10 czerwca 2015

Liczba stron: 230

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Wokół iluzji

Książka Łukasza Krakowiaka ma dużą wartość poznawczą. Literacką niekoniecznie. W tej dynamicznej historii poznajemy świat reklamiarzy od podstaw. Czynnym uczestnikiem życia tego świata był sam autor, który kreuje coś na kształt twórczej dla siebie i czytelnika powieści autobiograficznej z zadaniem udowodnienia pewnej iluzji. Tą iluzją jest poczucie sensu tkwienia w tym zawodzie. Bokserska nomenklatura wydaje się tu jedyną właściwą, bo przeszłość to walka, a świat przedstawiony książki zbudowany jest z siedmiu rund z prawdziwym nokautem w zakończeniu. Czyta się "Copyfightera" dość lekko, albowiem humor przeplata się z ironią w naprawdę dobrym stylu. Język ma być drapieżny, konsekwentnie prowokacyjny, zdarzają się zdania poddane presji i rygorowi pisarskiego szaleństwa, ale w zasadzie jest to rzecz niezbyt zapadająca w pamięć, choć wyraźna przecież w swym bardzo czytelnym przesłaniu.

Copywriter. To takie zabójcze, groźne i w gruncie rzeczy puste słowo. Jedno z tej nowoczesnej nowomowy, jaką tworzą w firmach i korporacjach przykre anglicyzmy. Copywriter to łebski gość. Zarabia na sprzedawaniu iluzji. Zalewa nią rynek, bo jest potrzebna w nadmiarze. Przeciska się przez wszelkie szczeliny między słowami, budując atmosferę niedopowiedzenia albo upraszczając rzeczywistość rymami częstochowskimi. Wie, do kogo się zwraca, i zna stosowne kody porozumienia. Wywiera wpływ na wiele różnych sposobów, manipuluje ludzką psychiką i nie ponosi żadnych tego konsekwencji. Nieźle, naprawdę nieźle zarabia. Copywriter. Gość wyglądający jak kloszard dzięki ubraniu za dwie średnie krajowe. Gdzieś w telewizyjnych obrazkach posiadający nowoczesną furę i równie nowoczesny loft. To one stają się szczytem marzeń Artura, który dzięki sprytowi, przebiegłości i sprawności językowej bardzo szybko zdobywa poważanie w branży reklamowej, zamieniając sens życia na tworzenie takich konstrukcji językowych, w których słowo ma dziwić się słowu, a lingwistyczna demagogia budować sieć intertekstualnych kłamstw tak chętnie przyjmowanych przez odbiorców.

W opowieści Krakowiaka mamy dopiero początek XXI wieku i opisywane działania ledwie raczkują. Potem rozwiną się w naprawdę prężny biznes konfabulacji za wielkie pieniądze. Na razie Artur znajduje się pośród specyficznych artystów. A może iluzjonistów słowa, którzy za pieniądze są w stanie wyperswadować wszystko. Bohater wkracza do świata ludzi, z którymi bardzo szybko łapie dobry kontakt. Ekipa prężnie wykonuje kolejne zlecenia. Czytanie o ich specyfikacji oraz szczegółach wykonania przez kilkanaście stron jest czytelniczą atrakcją, potem jednak zdecydowanie nudzi. Tym bardziej że Krakowiak mimo wielu wysiłków nie serwuje nam jakichś spektakularnych zwrotów akcji, a tego można oczekiwać, wiedząc, w jakim trybie i nad czym pracują jego bohaterowie.

Alternatywą dla szybkiego działania pod presją czasu, gdzie liczy się zdolność ogłupienia odbiorców komunikatu reklamowego, może być alienacja. A dokładnie klasztor Alienatów, gdzie próbuje skryć się jeden z bystrzejszych znawców systemu reklamowej złudy. To Jaro jest najciekawszą postacią w tej książce, on buduje całą akcję i on jest w niej dominujący. Artur podąża ślepym tropem. Coraz bardziej zaciera mu się granica między życiem zawodowym a tym prywatnym. Coraz więcej daje z siebie, dając się jednocześnie zwariować i uznając, że oto znalazł się w jakimś szczególnie ważnym momencie życia, który zdecyduje o jego przyszłości. Karykaturalne są coraz to nowsze próby wybijania się w biznesie, bo odnieść można wrażenie, iż wszyscy pracownicy agencji reklamowej w tej książce zatracają własne człowieczeństwo, główkując usilnie, co z tym człowieczeństwem innych zrobić, a raczej jak je urobić, przekonując do niepotrzebnych zakupów, za które konieczna będzie wdzięczność losowi. I reklamie.

Iskrzące sylwetki bohaterów z czasem - jak sama akcja - wycierają się na wzór markowych dżinsów, które noszą rasowi copywriterzy. Fabuła zmierza donikąd. Finałowe rozwiązanie trafnie rozsadza napięcie, ale problemem Łukasza Krakowiaka jest brak umiejętności głębszego diagnozowania grozy opisywanego zjawiska. Bo praca Artura go wyjaławia. Zajęcie, któremu się z takim zapałem oddaje, budzi niepokojące instynkty i służy jedynie autodestrukcji. Tak też jest z samą prozą. Krakowiak trochę zjada własny ogon. Za dużo - zamierzonego lub nie - humoru, za mało diagnozy. Jego literacki ring nie przynosi większej przyjemności estetycznej zwolennikom literatury, prezentuje jedynie bardzo szeroki zarys pewnego zjawiska, piętnując je dosłownie i symbolicznie, ale przede wszystkim powierzchownie. Wszystko w bardzo czytelnej, czarno-białej konwencji. Taki też komiks można byłoby stworzyć na podstawie "Copyfightera". Co pozostaje po lekturze? Świadomość szybkiego przetoczenia się przez świat, w którym można zwariować na własne życzenie. Świat, który powoduje, że wariują inni. Bo któż z nas nie nabył jakiegoś produktu tylko dzięki jego reklamie?

Krakowiak portretuje młodych i zdolnych, którzy są straszliwie spięci w swoim wyluzowaniu. Pokazuje iluzoryczność priorytetów świata, jedynie kwoty na kontach są prawdziwe i w większości satysfakcjonujące. Ale to także książka o tym, w jaki sposób traci się w życiu ten rodzaj satysfakcji, który pozwala nam na poczucie się lepszym i świadomość, że jakoś się rozwinęliśmy. Artur udowadnia, że bardzo cienka jest granica rozsądku przy zaangażowaniu się w jakiekolwiek zajęcie. Kreowanie rzeczywistości reklamy idzie w parze z docieraniem do pewnego rodzaju pustki w sobie samym. Czy ktoś poza wspomnianym Jarosławem będzie w stanie powalczyć o normalność i prawdziwą treść we własnym życiu? Groteskowe, ironiczne, mocno karykaturalne ujęcie ludzkiego działania na granicy szaleństwa. Niby nowatorskie i ciekawe, a jednak literatury w tym niewiele. Przesłań i krzykliwej treści rzeczywiście sporo.

2015-06-23

"Tyle słońca. Anna Jantar" Marcin Wilk

Wydawca: Znak

Data wydania: 4 czerwca 2015

Liczba stron: 398

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Szukając promieni...

Niespełna trzydzieści lat. Pełne werwy i witalności życie przerwane przez katastrofę lotniczą. Do dziś, jak przez 35 lat, mnożyć można fantazje o tym, co zrobiłaby Anna Jantar, w jaki sposób się rozwinęła, ile jeszcze energii oddała muzyce i jak bardzo spełniałaby się na estradzie. Marcin Wilk nie fantazjuje, lecz porządkuje. Tworzy bardzo rzetelną biografię, przeglądając multum materiałów źródłowych. Z równą pasją czyta zarówno odtajnione akta IPN, jak i pamiętniki, stare gazety oraz notowania list przebojów. Przesłuchuje stenogramy audycji, prowadzi liczne rozmowy. Dużo jeździ po Polsce. Chce poczuć wszystko na własnej skórze. Z reporterską wnikliwością bada ślady czytelne, ale i niewyraźne. Te drugie przede wszystkim. Rozkłada ręce, gdy tropy się urywają. Pokazuje miejsca, w których nie ma nic więcej, choć więcej byłoby możliwe do odkrycia. Dzięki swej wnikliwości tworzy pasjonującą biografię Anny Jantar. A przecież zadanie miał trudne, jest w końcu trzeci - po Marioli Pryzwan, autorce "Bursztynowej dziewczyny", i księdzu Andrzeju Witko, który wydał książkę "Anna Jantar". To dodatkowe wyzwanie dla Marcina Wilka, by napisać sumiennie, odkrywczo i przejmująco. Udaje mu się to doskonale.

Cała opowieść jest bardzo uporządkowana chronologicznie. Rok po roku śledzimy losy tej, która od najmłodszych lat musiała cały czas walczyć o swoje. Wilk rozmawia z matką artystki, po której Jantar przejęła pewnie tę wewnętrzną siłę, dzięki której wciąż osiągała sukcesy, nigdy nie idąc po trupach. Przecież "kobiety w tej rodzinie mają w genach, by w trudnych chwilach być prawdziwymi heroskami". Halina Szmeterling borykała się z innymi problemami niż radosna Ania, ale obie zostały doświadczone przez los na tyle, by być wobec niego pokornymi i ludzi wokół traktować z szacunkiem oraz empatią.

Pięknie brzmi ta część opowieści, w której poznajemy pierwsze fascynacje Jantar, odkrywając jednocześnie trudną sytuację rodzinną i ambiwalentny stosunek do brata, z którym na przemian była blisko i w oddaleniu. Zdyscyplinowana wewnętrznie i bardzo ambitna, pokonywała kolejne trudności, by realizować cele. Pewność własnej wartości z odrobiną istotnej nieprzewidywalności czyniły z Anny Szmeterling dziewczynę świadomie wkraczającą w dorosłość. Najpierw przy antysystemowych uderzeniach big-bitu, potem już dużo raźniej u boku przyszłego męża, Jarosława Kukulskiego. Jantar poszukiwała możliwości, wciąż coś w sobie i wokół siebie zmieniając. A zmian trudno było dokonywać w kraju o takim, a nie innym ustroju (Wilk dyskretnie sygnalizuje tamten czas, cytując od czasu do czasu propagandowe slogany), przy zamkniętych granicach, przy obecności na estradzie wielu utytułowanych już wokalistek, z którymi Anna Jantar nie chciała się utożsamiać.

Czytelna teza stawiana przez autora brzmi następująco: "Nie ma jednego oblicza Anny Jantar". To dla niej warto było przeprowadzić wiele rozmów z ludźmi z jej najbliższego otoczenia. Również z tymi, którzy obserwowali rozwój specyficznej symbiozy, jaką było wrastanie w męża, Jarka, i wspólne życie podporządkowane muzyce, komponowaniu, śpiewaniu. Jantar doskonale wiedziała, czego chce. Także w Opolu, które za życia było dla niej nieprzyjazne, by po śmierci wielbić i gloryfikować, potwierdzając jedynie smutną teorię o docenianiu wielkich po ich odejściu. Z Jarosławem Kukulskim żyli na tyle dynamicznie i drapieżnie, że znalazł się czas na każdy rodzaj aktywności, ale przede wszystkim na tę odwołującą się do ich pasji.

Ale małżeństwo to także kompromisy. Wilk zaznacza ten moment, w którym Anna musiała się pożegnać z ambitniejszym rodzajem piosenek, z metafizyką i dekadencją oraz duchem podziwianego brata na studiach polonistycznych. Zamieniła to w sposób subtelny na brzmienie popkulturowe. Zyskała emocjonalną bliskość z publicznością, która zawsze była dla niej tak bardzo ważna. Pewnie dzięki temu żegnało ją na cmentarzu czterdzieści tysięcy osób. Znacznie więcej dostrzegało energię i niepowtarzalną siłę sceniczną, którą zarażała w tak wyjątkowy sposób w czasach trudnych przecież nie tylko dla kariery muzycznej. Tej Jantar z wiadomych względów nie rozwinęła. Być może silna koncentracja na pracy i różnego rodzaju zawodowe problemy zachwiały przez moment małżeństwem Kukulskich i kto wie, jak wyglądałoby życie tego tandemu po 1980 roku, ale to znowu tylko fantazje. Tego w książce Marcina Wilka nie ma. Tezy sugerowane są niezwykle dyskretnie. Wilk przygląda się życiu artystki z kilku różnych perspektyw i to czytelnik wybiera sobie tę dla niego najlepszą. "Tyle słońca" jest książką faktów i niepokojących niejasności. Bardzo silnie osadzoną w życiu Anny Jantar, ale przyglądającą się mu także oczyma innych. Nie wszyscy byli w stanie zrozumieć artystkę. Być może to zasługa bycia zodiakalnym Bliźniakiem - wciąż skłonnym do zmian, wciąż niespokojnym. Jakże bardzo kontrastuje z potencjałem życiowym Jantar jej nagła, bezkompromisowa i szaleńczo niesprawiedliwa śmierć... Marcin Wilk bada wszystkie te odcienie światła, które ta słoneczna i przepełniona optymizmem artystka pozostawiała przez lata w sercach fanów i wszystkich jej bliskich. Zdradza się z tym, że przecież nie przyjrzano się wszystkiemu dość uważnie. Będzie więc przeglądał ubrania Jantar, rozmyślał o rodzajach jej makijażu, sygnalizował momenty trudne i niejasne - jak choćby poczucie bycia na rozdrożu tuż przed tragiczną śmiercią.

"Tyle słońca. Anna Jantar" to dowód wielkiej empatii, dziennikarskiej dokładności oraz obiektywizmu, a także osobiste świadectwo wchodzenia w czyjeś życie z tym specyficznym rodzajem zaangażowania, w którym czai się i ciekawość, i podziw, i niepokój czasem, bo odkrywać można wciąż wiele i są ślady, które się urywają. Lektura w zasadzie dla każdego i wierzę, że będzie czytana. Tym bardziej że zawiera liczne uzupełnienia w postaci zdjęć, z których spogląda na nas kobieta z wielkim apetytem na życie. To, co odebrane, musiało się zawrzeć w niespełna 29 latach. Marcin Wilk pokazuje dynamizm i charakter tych lat. Charakter radosnej i niepokornej wokalistki, kochającej córki, żony i matki.

2015-06-21

"Relaks amerykański" Juliusz Strachota

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 4 czerwca 2015

Liczba stron: 218

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Tabletki (nie)szczęścia...

Juliusz Strachota informuje, że nie czytał ostatnich książek będących ostrzeżeniami przed uzależnieniem. O ile lekturę "Najgorszego człowieka na świecie" Halber rzeczywiście może sobie darować, o tyle powinien znać "Kobierki" Franczaka i w ogóle piszący o uzależnieniach winien czytać innych, którzy to robią. Dlaczego? Przede wszystkim po to, by porównać doświadczenia, przyjrzeć się podobnym mechanizmom nałogu. Uświadomić sobie przede wszystkim, że w swym cierpieniu nie jest się wyjątkowym. Bo dobrze robi odrobina zdrowego rozsądku i brak rozpaczliwego pytania o to, dlaczego ja. Dlatego, że nie ktoś inny. Nałóg jest potworny, ale jeśli ma się w sobie siłę do rozliczenia z nim na kartach książki, warto czytelnikom zwrócić uwagę, że w podobnych stanach nie przechodzą niczego wyjątkowego. Ergo - łatwiej jest się z tym rozprawić, bo to nic nadzwyczajnego, aczkolwiek chwilami nieludzko okrutnego.

"Relaks amerykański" to ciekawa książka, bo w morzu beletrystycznych czy paradokumentalnych rozpraw o tym, ile się wypiło, czego naćpało i jakie detoksy przeżyło, porusza temat skryty gdzieś w cieniu, być może bardziej wstydliwy, prawdopodobnie mocno skomplikowany. Chodzi o lekomanię. Zmorę współczesnych społeczeństw, do której bardzo trudno jest się przyznać, a wstyd staje się coraz większy i coraz bardziej nie do zniesienia. Strachota z nutką ekshibicjonizmu, tak potrzebnego do skreślenia wartościowej książki o lekomanii, rozprawia się ze wstydem swojego Juliana, który stosunkowo szybko uzależnia się od leków przeciwlękowych, wytaczając wojnę światu, ale wojnę z góry przegraną, bo świat się nie zmieni - można tylko modyfikować wyobrażenia o nim za pomocą środków przepisywanych na zlecenie bogatych koncernów farmaceutycznych.

Bohater "Relaksu amerykańskiego" wpada w sidła uzależnienia, kiedy nie radzi sobie z emocjonalną presją związaną z rychłym ślubem. Ot, taki, a nie inny przypadek, który prowadzi do zacisznego gabinetu psychiatrycznego, gdzie przy wyraźnym wskazaniu szkodliwości długotrwałego zażywania zestresowany pacjent otrzymuje pigułkę eliminującą lęki. Zaczyna się od lekarskiego kazania, ale i tak codziennie znajdzie się jakiś odziany w kitel mistrz uśmierzania niepokoju rozpoczynający rosyjską ruletkę przepisaniem pierwszego opakowania - dla wielu ostatniego, dla równie wielu jednego z tysiąca kolejnych. Obserwujemy proces zapadania się w sobie, zamykania na bodźce świata zewnętrznego, rugowania resztek zdrowego rozsądku na rzecz przekonania, że tylko tabletka jest w stanie utrzymać na powierzchni życia. Kiedy lek zaczyna kierować psychiką? W momencie, w którym staje się okrutnie niezbędny. Także wtedy, gdy można zadać sobie tak rozpaczliwe pytanie, jakie zadaje Julian: "Czemu, kurwa, zabrałem sobie z życia jakąś zwyczajną bezcelowość, bezproduktywność, lenistwo, pogodę ducha, spokój, bezpieczeństwo, ciekawość, tkliwość, ufność i inne zjawiska, których symulacje osiągam za pomocą tabletek?". Ano właśnie, co się stało?

Dzieje się wiele. Przede wszystkim trzeba kombinować, w jaki sposób otrzymywać hurtowe ilości recept. Bo uzależnienie jest potworne. Dwie tabletki zamieniają się błyskawicznie w dwadzieścia, te następnie w czterdzieści i nie ma już niczego, na czym można zasadzić resztki zdroworozsądkowego myślenia. Nie docierają czytelne komunikaty z otoczenia, które widzi problem, ale nie widzi dla niego rozwiązania. Rozpoczyna się spektakl konfabulacji, bo każdemu nowemu lekarzowi trzeba zmyślić inną historię, by uwierzył, że ten, a nie inny lek jest nam niezbędnie konieczny. Setki wizyt, zmiany przychodni, podmienianie kart, wycieczki do gabinetów w innych miastach. W tym wszystkim trzy zasadnicze typy lekarzy. Ci zachowawczy, którzy przymykają oko na świadomość uzależnienia i oferują w miarę rozsądne dawki na recepcie. Lekkomyślni - wypisujący piguły w ilościach hurtowych, mając świadomość doskonałego rynku zbytu w postaci uzależnionych. Także ostrożni - ci, którzy starają się porozmawiać i przekonać o zgubnym wpływie nałogu. A jego siła jest ogromna. Tworzy się coś na kształt alternatywnego życia. Kroczy się niebezpieczną drogą, na której niczego już z siebie nie daje się światu, świat ten izolując gdzieś z daleka, w bezpiecznej odległości. U bohatera książki pojawia się coraz większa pustka tego nieżycia. Pasja badacza Warszawy zamieniona zostaje na pasję eksplorowania coraz to nowych aptek. Julian jest samotnikiem odkrywającym peryferie - te związane z własną psychiką, doszczętnie niszczoną przez chemię w tabletkach.

Kolejny bardzo wyraźny rys to krytyczne ukazanie środowiska detoksykacji dla lekomanów. Jeden z pacjentów zamkniętego oddziału wyraża następującą opinię: "Bo tu nie ma nic nowego, bo przyszłość jest taka, że za drzwiami czeka przeszłość. Nie ma się jak i gdzie z tego leczyć". Wedle wszelkich medycznych prawideł liczy się przede wszystkim usunięcie objawu, bez zwracania uwagi na przyczyny. Dodatkowo mnożą się nowe oddziały detoksykacji, w których stosowane są środki mogące z powodzeniem być wykorzystywane w leczeniu ambulatoryjnym. Ktoś musi pacjentowi bardzo sugestywnie wmówić, że jego siła woli nie może się mierzyć z ogromem uzależnienia. Co jest zatem oferowane? Szpitalne przechowalnie, które rodzą dodatkowe lęki i frustracje. Przechowalnie dla ludzi, którzy nie wkładają wystarczająco dużo siły w walkę o swą normalność.

I jeszcze teza, którą ta mroczna opowieść nazbyt mocno sugeruje. Lekarze przedstawieni są jako dilerzy w białych rękawiczkach, którzy w świetle prawa mogą przywiązać do środków medycznych, a potem tym przywiązaniem sterować wedle zaleceń koncernów produkujących leki uzależniające. Myślę, że problem jest dużo bardziej złożony. Nie chodzi o to, żeby winę zrzucić na lekarzy i ich decyzje. One są pewną integralną całością, współtworzą okrutny proces, wspomagają go. Strachota opowiada w gruncie rzeczy o człowieku, który najpierw ucieka od jakiejkolwiek formy odpowiedzialności, a potem nad wyraz łatwo zrzeka się bycia odpowiedzialnym za samego siebie. Decyzje nie są już decyzjami jego samego, bo on chce widzieć siebie jako ofiarę koncernów farmaceutycznych. Teoria spisku jest uzasadniona, gdy weźmie się pod uwagę całe spektrum zaburzeń świadomości lekomana. On jednak, jak alkoholik czy narkoman, w dużej mierze chce walkowerem oddać swą tożsamość. Sam ją sobie kradnie, sam się jej pozbawia. A to trudna walka, by nie oddać siebie. W szponach nałogu prawie niemożliwa. Prawie.

Niezła rzecz, wyrazista i sugestywna. Mocny język, humor pomieszany z tragizmem i to rozpaczliwe poczucie tkwienia w stanie, za który nie można już wziąć odpowiedzialności. Czy aby na pewno? "Relaks amerykański" ma być przestrogą dla wszystkich tych, którzy w stosunkowo łatwy sposób oddają swój los w ręce konfabulacji - farmakologicznych oraz swoich własnych, wynikłych ze wstydu, lęku i różnego rodzaju urojeń. Lektura obowiązkowa dla uzależnionych każdego rodzaju i dla tych, którzy uważają, że problem ich nie dotyczy. Zwłaszcza dla tych drugich.

2015-06-19

"Przebaczenie" Lawrence Osborne

Wydawca: Znak

Data wydania: 1 czerwca 2015

Liczba stron: 336

Tłumacz: Anna Gralak

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pustynia, śmierć i przemiany

Lawrence Osborne zabiera nas w literacką podróż przesyconą grozą, niedopowiedzeniami, specyficznym mrokiem i bolesną refleksją o naturze ludzkiej, która podejmuje się wiecznej rywalizacji między kulturami, religiami i przekonaniami o własnej wyjątkowości. "Przebaczenie" ujmuje sugestywnymi opisami natury, która jest niemym świadkiem zbrodni, hedonistycznych uciech, prób pokuty za tę zbrodnię i kilku egzystencjalnych metamorfoz. Surowa przestrzeń pustynnego Maroka staje się tłem do rozważań o wiecznej opozycji między przekonanym o swej sile Zachodem a gniewem kultury muzułmanów. Osborne wiarygodnie kreśli sylwetki tych, dla których życie jest ucieczką od siebie, oraz wszystkich postrzegających je w kategorii walki o własną godność. Całość tworzy klimat niepokojącego thrillera, a potem wysoce przejmującej prozy obyczajowej. Autor rozlicza nas z odium, które wciąż nosimy w sobie i które ujawnia się zawsze wtedy, gdy chowamy do kieszeni poprawność polityczną, gdy kierujemy się emocjami i gdy toniemy w uprzedzeniach.

Jo i David Hennigerowie to angielskie małżeństwo z jedenastoletnim stażem. Kiedy przybywają do Afryki, dominuje w nich konsternacja pomieszana z niechęcią. Wcale nie są przekonani o tym, że dobrze zrobili, przyjmując zaproszenie swoich homoseksualnych przyjaciół, którzy zbudowali sobie własny raj na marokańskim pustkowiu, mieszając luksus z kosmopolityzmem i organizując imprezy, podczas których zblazowani uczestnicy toną we własnej pustce egzystencjalnej. Już od samego początku widzimy, że relacje Hennigerów są bardzo skomplikowane. Podległość Jo wynika z tłumionych przez nią przeżyć, David nosi w sobie cechy przywódcze, ale i łatwy do rozpoznania fatalizm, który nakazuje mu być na przemian twardym facetem i miałkim alkoholikiem, niepewnym swej wartości i przekonanym o bezsensie własnego życia. Para jest już skonfliktowana, kiedy postanawia ruszyć w stronę kupionego edenu, gdzie czeka na nich impreza, wolność i nieskrępowane poczucie bycia u siebie pośród egzotyki groźnie pomrukującej na obcych. Podczas podróży dochodzi do wypadku. Ginie młody muzułmanin. Hennigerowie docierają do celu, aby pozbyć się balastu zwłok. A wokół zaczyna narastać atmosfera zagrożenia, bo miejscowi dowiadują się o dramacie i o tym, że ofiara została pozbawiona życia...

Czy piękny młody muzułmański chłopiec naprawdę jest ofiarą? Osborne zaczyna fantazjować na temat jego biografii i wówczas nie jesteśmy już do końca pewni tego, czy śmierć zabrała życiowe perspektywy, czy może zakończyła spiralę nienawiści i frustracji wyrastających z umysłu tego, który chciał za wszelką cenę żyć inaczej, godniej. W centrum zainteresowania stają jednak przede wszystkim angielscy turyści. Wydaje się, że tylko Jo uświadamia sobie, iż stali się mordercami. Żadne z nich nie roztrząsa moralnych aspektów swego czynu i nie rozważa zadośćuczynienia. Do momentu, w którym pojawia się ojciec zabitego, chcąc zabrać Davida na pogrzeb syna gdzieś w głąb niebezpiecznej pustyni...

Osborne portretuje świat zabaw i uciechy bogatych ludzi Zachodu w sposób na tyle jednoznaczny, że skomplikowanych tropów trzeba szukać bardzo uważnie. Czytelne są metafory rozpasania białych, początkowo także jesteśmy w stanie sankcjonować dzikość miejscowych, choć dużo bardziej dzikie i nieprzewidywalne mogą być poczynania zaproszonych na ekscentryczną imprezę na pustyni. Napięcie zagęszcza się stopniowo i coraz mniej czytelne stają się motywacje bohaterów, ich poglądy, sposób postrzegania siebie samych w sytuacji na styku kultur i tożsamości. W "Przebaczeniu" będzie mieć miejsce niejedno krańcowe doświadczenie, pod wpływem którego zmienią się poglądy bohaterów, ale chodzi w tej prozie przede wszystkim o subtelną manipulację, jakiej jesteśmy poddani, wciąż jedynie intuicyjnie rozpoznając, czyje postawy są właściwe, a czyje naganne.

Opozycja "my-oni" gruntuje się dodatkowo w szalonym tyglu zdarzeń, kiedy wypracowany przez gospodarzy dystans i wzajemna obcość oraz obojętność złamane zostaną przez niepotrzebne emocje. Anglicy nie żałują za swój czyn. Marokańczycy tkwią w zdumieniu i niepewności, ale przepełnia ich ten sam gniew, który codziennie każe traktować cywilizację Zachodu jako wrogą i pozbawioną jakichkolwiek wartości. Zaskakujące przemiany będą mieć miejsce po obu stronach wzajemnie sobie nieprzychylnych społeczności. Osborne wieloaspektowo ukazuje ten bolesny kontrast kulturowy, w którym każda ze stron rości sobie prawo do swego rodzaju tyranizowania tej drugiej.

Wiele jest bardzo wyrazistych scen w tej powieści. Jedna z nich ukazuje rozmowę przy kokainie o tym, kto ile zła wyrządził innym cywilizacjom i o uprzedzeniach, których więcej jest pośród białych niż u rzekomo dzikich muzułmanów. Druga to spotkanie Davida z ojcem zabitego, dzierżącym w dłoni nóż i zastanawiającym się, czy użyć go, doprowadzając do kolejnego morderstwa. Są także niejednoznaczne postaci drugiego planu dodatkowo komplikujące rys fabularny "Przebaczenia", jak tajemniczy Amerykanin Day, mężczyzna w zasadzie bez właściwości, jakby bezużyteczny, cień samego siebie. Wyżej wymienione udowadnia, że świat tych, co emigrują do Maroka po odrobinę wyzwolenia, i tych, których codzienność tego kraju niewoli, jest światem pełnym okrucieństwa w różnej postaci.

Lawrence Osborne ukazuje to okrucieństwo punktowo - za pomocą sugestywnych scen czy przy wykorzystaniu postaci takich jak Day. Tytułowe przebaczenie nabiera kilku znaczeń, a całość jest doskonale spuentowana wyrazistym zakończeniem. To proza, która wywoła kilka rodzajów niepokoju. Przede wszystkim o to, co kształtuje naszą tożsamość, i czy możemy się czuć pewnie sami ze sobą. Nieznośny fatalizm idzie w parze z autorskim przekonaniem o tym, iż uciekamy od siebie na wiele możliwych sposobów, a dopiero krańcowe doświadczenia są w stanie nam udowodnić, kim naprawdę jesteśmy. Nie ma wówczas znaczenia, w jakiej kulturze się wychowaliśmy. "Przebaczenie" ma być powieścią - zagadką. Przede wszystkim nieznośnie wieloznacznym zarysem tego, co znaczy w ludzkim życiu gniew i wyobcowanie.

2015-06-17

"Chłopcy" Andrzej Saramonowicz

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 6 maja 2015

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Męskie sprawy

Powieść Andrzeja Saramonowicza trochę przypomina zgrywę, ale przypuszczam, że nią nie jest. To całkiem serio pisanie o kondycji współczesnej męskości, która zatrzymuje się na etapie chłopięctwa, a wszystkie działania podporządkowuje wyłącznie normom społecznym, jakie ma się ochotę jedynie kontestować niczym rezolutny jedenastolatek - jeden z bohaterów tej powieści. Problem "Chłopców" polega na tym, że przemycają zbyt wiele truizmów, by wydobyć z nich jakieś twórcze refleksje. Nieznośna jest sentencjonalność narracji, która w niektórych momentach prawdami objawionymi nazywa oczywistości znane od zarania dziejów. Andrzej Saramonowicz umieścił swoich bohaterów w dość hermetycznej przestrzeni relacji opartych na zdradach, seksie i wymienianiu się partnerami. Kompulsywnie bawią się w miłość dorośli, a ich świadome wszystkiego dzieci częściowo powielają toksyczne wzorce, a w związku z tym świat przedstawiony pokazuje równie wiele rozpaczliwych pogoni za czymś wartościowym i stałym, co scenek rodzajowych z życia dysfunkcyjnych rodzin sankcjonujących pewne typy zachowań liberalizmem i przekonaniem, że każdemu wolno błądzić.

Otrzymujemy dwie zazębiające się narracje - ojca i syna. Jakub jest neurochirurgiem, który w sensie dosłownym zagląda ludziom do głów, a autor bawi się także znaczeniem przenośnym tego sformułowania. Czy trafnie, trzeba samemu ocenić. W jego narracji dostrzegamy najpierw szaleńczą radość z odzyskania wolności po rozwodzie, a potem już tylko równię pochyłą, jaką są akty seksualne z wszystkimi sąsiadkami i matkami kolegów jego syna, które mają stanowić bolesną egzemplifikację wolności zagubionego. Syn Mateusz bardzo uważnie przygląda się ojcu i początkowo ufa mu bezgranicznie nawet wtedy, gdy zaufanie zawodzi kilka niefortunnych działań Jakuba. Jedenastolatek przyjaźni się z synem przyjaciela swego ojca. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wszystko zszyte jest jakoś grubymi nićmi i powstaje z tego szereg zależności do przewidzenia. Jakub cierpi z powodu obcości ojca, do którego już nie może skierować słów pretensji. Mateusz chciałby z ojcem rozmawiać inaczej i o wielu swoich problemach mu opowiedzieć, ale widzi to szaleńcze miotanie się między aktami seksualnymi, pracą a mało wyszukanymi rozrywkami służącymi ucieczce od rzeczywistości. Saramonowicz stawia pytanie o to, kto w tym układzie jest dla drugiego prawdziwym mężczyzną i jak wiele cech samca można odziedziczyć, a ile wykształcić przez kontestację zachowań starego.

Rozwody i romanse stanowią prawie całą treść świata pewnej dzielnicy, w której kolejne małżeństwa się rozstają na oczach dzieci, coraz mniej zdumionych, bo tradycyjny dom i rodzina stają się czymś na kształt czułego archaizmu, gdy rodzice dążą do spełniania się w roli stale poszukujących. Jakub poszukuje własnej tożsamości. Seksualność jest dla niego sferą uciekania od odpowiedzialności za bycie sobą. A trzeba być innym niż ojciec, lepszym od niego. Kobiety nadziewające się na jego penisa rekompensują sobie tym pustkę w takim samym stopniu, w jakim Jakub zwalnia się z odpowiedzialnego życia na rzecz męskich rozrywek, które mu się przecież należą. A obok chłopiec, który wcale nie jest niewinny, za to dużo bardziej świadomy pewnych problemów niż jego ojciec. Mateusz jest mocny w gębie i nie tylko. Nadmiar wulgaryzmów, które po pewnym czasie po prostu niszczą jako taką przyjemność lektury, nie jest w żaden sposób usankcjonowany, choć to w takim języku ma się też ujawniać i przekształcać męskość poszukująca. Największy problem Mateusza to niemożność poczucia czegoś stałego w rozpadających się relacjach między rodzicami. Sam zaczyna poszukiwania, chce być męski po swojemu, chce zdobywać, mieć, kochać i szanować na własnych zasadach. Mimo całego relatywizmu moralnego wokół, gdzie dorośli kopulują, upijają się, przeklinają i w gruncie rzeczy odstawiają swoje dzieci gdzieś na boczny tor.

Andrzej Saramonowicz w mało odkrywczy sposób opowiada o dwóch historiach osamotnienia i dwóch rodzajach męskości, dla których wspólnym mianownikiem będą pragnienia i potrzeby koncentrujące się wokół kobiet, piłki nożnej, chropowatej nieco przyjaźni oraz dzielności na co dzień, którą podkreśla żołnierska nomenklatura - w założeniu mająca prawdopodobnie ubarwiać komicznie narrację powieści. Nad wyraz dojrzali chłopcy kryją w sobie wady własnych ojców. Próbują rozpaczliwie nie powielać ich błędów, ale co rusz stawiani są w sytuacjach, w których muszą postąpić jak tata. Wszyscy - młodsi i starsi - poszukują odmiany i męczą się w swym konformizmie, bo nie mają odwagi wyjść gdzieś poza główny nurt życia. Chłopcy Saramonowicza tworzą rytuały, którymi obwarowane są ich specyficzne relacje. Tkwią w opozycji do świata kobiet tak namiętnie w swym egoizmie deklinujących zaimki osobowe, ale jednocześnie budują wciąż na nowo mury własnego świata. Muszą poczuć się bezpiecznie, a osiągną to tylko dzięki podejmowaniu wyzwań. Męskość w tej prozie nie jest męskością w kryzysie. Ona znajduje się w stanie permanentnego pobudzenia i wiecznej niepewności. Ani Jakub, ani Mateusz nie są w pewnym momencie świadomi tego, jak bardzo uciekają od swoich potrzeb. Prowadzenie ich ku odkryciu tego, co zasłaniają przed samymi sobą, czyni z "Chłopców" narrację o dość przewidywalnym charakterze, bo finał męskiej walki o swoje rozczarowuje niepotrzebnym przecież dydaktycznym tonem oraz rozwiązaniem, które czyni z tej powieści taką bajkę z pięknie uwypuklonym morałem i sugestią, że wszystko się ułoży.

Można się przy "Chłopcach" pośmiać, można trochę podumać, zniesmaczenie także może się przydarzyć, ale nie bądźmy pruderyjni czy konserwatywni - ta opowieść ma pokazywać, jak bardzo się gubimy w świecie złudnej wolności i jak często, paradoksalnie, chcemy przywrócić życiu porządek, od którego uciekliśmy. Proza Saramonowicza jest trochę groteskowa, trochę patetyczna. Autor nie może się zdecydować, w jakiej konwencji przedstawić nam problemy bohaterów. To bardzo czytelna opowieść o ludziach, którzy chcieliby być królami życia, ale utrudnia im to wieczne udawanie szczęścia - tego prawdziwego przecież nie mogą dosięgnąć. "Chłopcy" zarysowują problemy i kreślą tezy, które w żadnej mierze nie są nowe ani twórcze. To kolejna opowieść o niemożności bycia dorosłym naprawdę i o dzieciństwie, do którego wkrada się zbyt wiele goryczy ze świata tych, co uważają się za odpowiedzialnych opiekunów, sami potrzebując takowych. Nihil novi. 

2015-06-15

"Zuza albo czas oddalenia" Jerzy Pilch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 3 czerwca 2015

Liczba stron: 134

Oprawa: twarda

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Amor vincit omnia?

Najnowsza, bardzo skromna i bez zaznaczonej wyraźnej tezy proza Jerzego Pilcha skupia uwagę krytyki na problemie biografizmu w tych zapiskach lub też celowego, autoironicznego odeń uciekania. Rozważania na ten temat mogą zająć całe, dość ciekawe omówienie "Zuzy albo czasu oddalenia". Punktów wzbudzających niepewność i konsternację jest wiele, albowiem już wiek autora i twórcy rzekomo znalezionych notatek się nie zgadza. Jeśli porzuci się to wszystko i spojrzy na "Zuzę" przede wszystkim jak na poruszającą opowieść o mrocznym danse macabre miłości i śmierci, można wybaczyć i wyświechtany mocno motyw romansu starszego mężczyzny z młódką lekkich obyczajów, i irytujący tok dygresji mających budować coś na kształt egzystencjalnej pozycji kobiety rozwiązłej, i przede wszystkim samą grę w konwencje zmuszającą do myślenia o tym, czy opowiadana historia ma być traktowana serio.

Mimo dosadnego smutku przełamywanego nieśmiałymi przejawami ironicznego poczucia humoru jest to książka chwilami dość pogodnie rozprawiająca się ze zjawiskiem starości. Tak, stan ten potraktowany jest przez Pilcha jak zjawisko podlegające obserwacji. Bo starość jest przebiegła i dopada nagle. "Najprzód jej nie ma, i to długo nie ma. A potem jak już jest, to jest. Krótko i intensywnie - pękanie tętniaków i gnicie węzłów chłonnych idzie raz-dwa. Pory roku przelatują jak chcą". Nic tu nie zależy od nas samych. Nigdy nie będziemy na ten etap życia przygotowani. Bohater Pilcha lub sam Pilch (niepotrzebne skreślić, wybrane podkreślić) wytacza przeciw jesieni życia potężne działo w postaci miłości - silnej, kontrowersyjnej i szaleńczo witalnej. Młoda Zuza ze swym niepokojem, niepokornością, moralną dwuznacznością i korygowaną przez zabiegi medyczne urodą staje się symbolem czegoś nieuchwytnego. Czegoś, za czym można bezwarunkowo podążać, bo daje to nadzieję na chwycenie się z życiem za bary - może ten ostatni, ale bardzo intensywny raz.

Bohaterowie są w takim wieku, że wszystko im właściwie wypada. Jej jeszcze wypada, jemu już. Ona korzysta z okazji z przeświadczeniem, iż "metafizyką jest kasa", on się tej kasy pozbywa, próbując jednocześnie zbliżyć do Zuzy i nakreślić ramy swej wierności, "gdy ciało jest gdzie indziej" - jej oddaje się innym, jego zaczyna zawodzić. Romans sam w sobie nie jest niczym szczególnym. Dopiero na granicy żywotności i wolności oraz samotności, która rodzi frustracje i niepotrzebne nadzieje, rozgrywa się dramat bez zakończenia. Zostajemy wtłoczeni  w sytuację eksploatującą uczuciowo i przyglądamy się egzystencjalnej próbie pogodzenia z tym, co inne, i z tym, co stanowi wyzwanie.

"Zuza albo czas oddalenia" to specyficzna rozprawa z kobiecością. Z jednej strony - masa bardzo czytelnych albo kontekstowo klarownych fantazji na jej temat. Z drugiej - przewrotna apoteoza kobiecości sprzedajnej, rozpustnej, nieujarzmionej i dzikiej. Zuza to trzecia kobieta i w jej blasku płoną wspomnienia o poprzednich. To pierwsza miłość, która ma pochłonąć całkowicie. Pierwsze zjawisko zakochania, za którym stać może utrata zdrowego rozsądku. Niepotrzebny on na tym etapie życia, kiedy to wybiera się najlepsze w Warszawie miejsce na samobójstwo albo ucieka do prowincjonalnej Wisły, bo tam czas i myśli płyną nieco inaczej.

Sporo jest o relatywizmie moralnym. Profesja Zuzy siłą rzeczy sugeruje pewien tok myślenia, w którym Pilch rozprawia się z tym wszystkim, co po polsku daje obraz wyjątkowej hipokryzji. Kobiecość Zuzy jest siłą sprawczą. Idzie za nią zmiana, ożywczy powiew nadziei. To miłość na przekór starości i trochę jej wbrew. Fascynacja, dzięki której zapomina się o grozie życia z kredytem zaufania od losu. Czas jest zdecydowanie policzony, ale przestaje istnieć w ogniu uczucia. Wtedy nawet wspomnienia nie odbierają przyjemności doświadczania czegoś na nowo. I tkwi w tym wiele melancholii, wiele naiwnej wiary we własną siłę. W to, że pewne rzeczy można oszukać, a pewnych nie dostrzegać. Pilch brnie w iluzję niewypowiedzianego. Pozostawia nas w niepewności tego, co dalej. Formalnie jest to rozegrane mistrzowsko, bo książka kończy się w momencie, w którym być może zaczynamy wszystko rozumieć. To taka mądrość życia, które za szybko mija. Życie bohatera zapisków zdążyło odebrać mu rozsądek, godność, szlachetność i możliwości wyboru, a właśnie o to ostatnie toczy się szaleńcza walka. Walka o kogoś, o siebie, o samostanowienie i o poczucie, że można po raz kolejny uniknąć porażki. To książka także o bliskości niepołączenia. O ludzkim oddaleniu i przeraźliwej samotności, wobec której jest się bezsilnym i bezbronnym przede wszystkim wówczas, gdy się starzeje. Zuza bowiem nie musi rozumieć, że samotność postarza dodatkowo. Zuzie jest na rękę to, co proponowane w desperacji. Ważne, by zmienić perspektywę patrzenia poprzez perspektywę odczuwania. Na ile ryzykowne są podejmowane kroki, można się przekonać samemu.

To gorzka historia z komentarzami Llosy, Dostojewskiego, Ciorana czy Pessoi. Opowieść o chwili, w której aż strach nie skorzystać z możliwości podkradania cudzej witalności. Pilch fantazjuje na temat relacji tych, którzy się mogą nie spotkać tak samo intensywnie, bo inne mają oczekiwania wobec siebie. Rozważa powrót do tej całej sfery uczuć, których nie wypada wyrażać na starość. "Zuza albo czas oddalenia" to rzecz o próbach zatrzymania w sobie człowieka, dla którego miłosne doznania stają się szansą ocalenia człowieczeństwa przed niepewną Fortuną i świadomością rychłego końca. Miłość zrozpaczonego serca może być równie silna co obojętność swawolnej trzpiotki, dla której młodość to stan wieczny. Starość wieczna być nie może. Pilch rozważa upływ czasu, utratę energii, żegna się z ideałami i ironicznie podgryza ten fragment prozy życia, który jeszcze jest mu podporządkowany. To mała książka o wielkich sprawach z czasu, dla którego nie mamy zwykle miejsca w życiu. O intensywności emocjonalnej na przekór nicości. O trudnej drodze pogodzenia jednego z drugim. Bo uczucie mężczyzny do kobiety młodszej o czterdzieści lat to nic żenującego, lecz boleśnie prawdziwe spotkanie dwojga ludzi spragnionych siebie. A może przede wszystkim fantazji do spełnienia ukrytych w tym drugim.

2015-06-12

"Zwierzenia jeżozwierza" Alain Mabanckou

Wydawca: Karakter

Data wydania: 2 czerwca 2015

Liczba stron: 240

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Granice niepokorności

Piąta wydana w Polsce książka Alaina Mabanckou z pewnością połamie język już tym, którzy zdecydują się na głośne przeczytanie tytułu przekładu. A dalej jest dużo więcej trudności - interpretacyjnych przede wszystkim. "Zwierzenia jeżozwierza" nawiązują do rewelacyjnego "Kielonka". Oto Uparty Ślimak, właściciel baru "Śmierć kredytom", przytacza nam bardzo podobną formalnie narrację, której cechami dystynktywnymi są przecinek jako jedyny znak interpunkcyjny i niezwykły żywioł narracyjny, albowiem historia tkwiąca w baśniowej konwencji wciąż na nowo tę konwencję rozsadza. To historia, która udowadnia tezę jednego z bohaterów, że "książka jest przestrzenią wolności". Mabanckou łączy ją z "Kielonkiem", tworząc jednocześnie nowe, ważne przesłanie. W gąszczu mniej lub bardziej czytelnych tropów literackich odnajdziemy przejmującą historię o takim bycie na przekór, sytuującym się gdzieś poza ciemnością i głupstwem wszelkiej ludzkiej bylejakości. To również opowieść o dwóch światach równoległych, o ustawicznej wojnie między ludźmi a zwierzętami i o różnego rodzaju śmierciach, pośród których tkwi samotny kontestator, sobowtór szkodliwy, unikalny i złośliwy jednocześnie. Niezwykły narrator równie niezwykłej opowieści.

Jeżozwierz to oczywista fantazja, ale autor nawiązuje tutaj do afrykańskich wierzeń. Tajemnice, rytuały i magia wciąż podkreślają ich znaczenie, a świat, do którego docierają biali etnolodzy uznawani za monterów anten satelitarnych lub inne nieszkodliwe tałatajstwo, rządzi się swoimi - surowymi i specyficznymi - prawami stanowiącymi o życiu i śmierci. Ironiczny zwierz jest sobowtórem Kibandiego z wioski Sekegembe, uznanego za miejscowego złoczyńcę, syna zabójcy przez pożeranie, trudniącego się tym samym mrocznym procederem. Kibandi nie żyje, ale jego jeżozwierz czuje i widzi wszystko to, co zostało już zabrane z oczu i świadomości pana. Opowiada o wędrówce - jednej i kilku z osobna. Buduje nastrój prozy konfesyjnej opartej na wspomnieniach ułożonych wedle własnej logiki, ustanowionych wyraźnie i wciąż uciekających od tego, co rzeczywiste. Bo "Zwierzenia jeżozwierza" to symboliczny traktat o wędrowcy bez wspólnoty oraz o wyobcowaniu we wspólnocie. O losie, w którym wyróżnienie się jest stygmatem. Fantazja na temat tego, w jaki sposób oderwać się od życia społecznego bez szkody dla własnej egzystencji. A może właśnie jej na przekór, bo bycie "spoza" jest synonimem noszonego w sobie gniewu. Kibandi - cieśla z zamiłowaniem do książek - żegnany jest z ulgą. Jeżozwierza po nim nikt nie wita. Pozostaje on w cieniu baobabu, któremu opowiada o własnym losie. Czy aby na pewno własnym?

Mabanckou po raz kolejny kreśli ramy hermetycznie zamkniętego świata afrykańskich wyobrażeń o życiu i jego kontynuacji po śmierci. Połączenie świata ludzi i zwierząt każe pytać o to, czy między jednymi a drugimi toczy się wieczna wojna. Bo być może koegzystencja jest czymś naturalnym, swego rodzaju wzajemnym dopełnieniem? Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy po przeczytaniu narracji jeżozwierza, że ludzkość to lepszy gatunek. Wkradamy się do świata ukrytego gdzieś w buszu, przycupniętego na marginesie prawdziwego życia, w niezbadanym miejscu mapy. Czujemy fascynację, ale i niepokój. Alain Mabanckou diagnozuje ludzką kondycję, posługując się czytelnymi metaforami życia natury - nakreśla jej brutalne prawa, stawiając istotę ludzką w stanie mocnej bezradności. Tkwimy dodatkowo w morzu szaleńczych dygresji, które każdy ze światów portretuje fragmentarycznie. Jest w tej narracji moc badania nieznanego. Nie chodzi tylko o przyglądanie się rytuałowi, któremu poddawane są zwłoki, by wskazać winnego zgonu. Dostęp do świata przedstawionego ma być utrudniony, bo i wyobraźnia Mabanckou jest nieposkromiona, pełna kontestacji, złośliwa i groteskowa - tak było w "Kielonku", tak jest i w "Zwierzeniach jeżozwierza". Podążamy ścieżką wyznaczoną przez sugestie i tezy. Dobrze się bawimy, szybko orientując wszakże, że czarny humor z Czarnego Lądu kryje w sobie więcej goryczy niż treści rozrywkowych...

Jeżozwierz jest symbolem czegoś w gruncie rzeczy niemożliwego i jednocześnie głosem, który można do siebie dopuścić w ściśle określonych warunkach. Agonia Kibandiego staje się początkiem wolności jego sobowtóra. Nie ma w niej jednak nieskrępowania, choć stylistyka i fraza starają się udowodnić coś przeciwnego. Jeżozwierz tkwi w uwarunkowaniach, z których nie wydobył się jego mistrz. Jest głosem zza grobu i przejmująco opowiada o wszystkich rodzajach braków, które nie zostały niczym zrekompensowane. Mabanckou fantazjuje o świecie, w którym istnieć to znaczy znosić swą niepokorność. To także językowa gra w szukanie nowych znaczeń literackich. "Zwierzenia jeżozwierza" formalnie są próbami poszukiwań odpowiedzi na pytanie o to, co z ludzkiej kondycji warte jest opisania, i w jaki sposób można o tym pisać. Kilka gorzkich diagnoz łączy się też z pewnym fatalizmem - przekonaniem o wyjątkowości i degradacji świata, z którego wydobyły się baśniowe opowieści, fantastyczne rojenia, symboliczne wizje i wszelkie wierzenia w to, co zdrowy rozsądek białego człowieka chciałby jedynie oprawić w ramki publikacji naukowej. Całość prowokuje i ujmuje tym nieokrzesaniem, nieprzewidywalnością i doskonałą ironią, dzięki której śmiertelne ukłucia jeżozwierza stają się nad wyraz odczuwalne.

Można tę książkę rozpatrywać także w bardzo czytelny sposób - jako próbę ukazania dwoistości ludzkiej natury, jej nieprzewidywalności, drapieżności i siły, która bywa destrukcyjna i prowadzi do tragedii. Chciałoby się widzieć w tej powieści jakąś diagnozę, ale siła pisarstwa Mabanckou polega przede wszystkim na niejednoznaczności przekazu. Lektura dla wszystkich tych, którzy znają stylistyczny pazur autora, i dla tych, którzy chcą traktować obcowanie z literaturą jako wyzwanie. "Zwierzenia jeżozwierza" zacierają wiele granic, rozważając jednocześnie istnienie jakichś punktów krytycznych, poza którymi pojawia się śmierć - tu jak w niewielu książkach znacząca tak wiele, jak wiele jest ofiar Kibandiego z wioski Sekegembe. Wyjść poza śmierć to zobaczyć więcej albo doświadczyć nicości. Skoro nie ma żadnego biblijnego raju ani też drugiego życia - w jakim miejscu i z kim podążamy w tej ekscentrycznej i fascynującej narracji?




PATRONAT MEDIALNY

2015-06-10

"Znalezione nie kradzione" Stephen King

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 10 czerwca 2015

Liczba stron: 480

Tłumacz: Rafał Lisowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 38,50 zł

Tytuł recenzji: Czytelnicy i szaleństwo

Rok bez nowej książki Kinga to rok stracony - tak to właśnie jest od pewnego czasu i wielu wielbicieli jego twórczości drży z niepokoju, że w takim tempie pisania może się przytrafić jakaś słabsza powieść. Obawy można śmiało odrzucić, bo tym razem otrzymujemy, po pierwsze, świetną kontynuację "Pana Mercedesa", którą bez żadnych problemów czytać mogą nieznający tej powieści. Po drugie - a to nieczęsto się zdarza - kontynuacja ta jest o niebo lepsza niż poprzednia książka. Nie chodzi tylko o to, że sprawnie rozwija wiele wątków i sygnalizuje dużo więcej ciekawych problemów niż "Pan Mercedes". Największym walorem "Znalezionego nie kradzionego" jest autoironiczna perspektywa patrzenia na literaturę, tworzoną przez nią iluzję i na pułapki, w jakie wpadają czytelnicy przedkładający fikcję nad rzeczywistość. Jak właściwie odczytywać książki? Kto i czy w ogóle ma ku temu właściwe kompetencje? Jaka jest rola pisarza w tym, co tworzy, i w jakim stopniu może brać odpowiedzialność za to, jak zostanie odczytany?

King napisał o dwóch takich, którzy nie chcą dać się złapać - jednym z nich jest szlachetny altruista, drugim zgorzkniały morderca i psychopata, który nie ustępuje Brady'emu Hartsfieldowi prującemu po ludziach swoim potężnym wozem. Wymowa tej powieści dla polskiego czytelnika znającego przypadek rozjechania pieszych na deptaku w Sopocie stanie się jeszcze bardziej wyrazista i poruszająca. Oto bowiem mamy opowieść o dwóch różnych czytelnikach, którzy zachłystują się przygodami takiego bohatera literackiego na całe życie. Przez pewien czas jego los staje się czymś realnym, namacalnym. Najważniejszą zaś postacią w książce będzie trup z pierwszych stron - ekscentryczny autor, który dał temu bohaterowi nowe życie.

Morris Bellamy zawsze miał trudne życie. Ośmieszany przez innych, coraz bardziej izolował się od ludzi. Trudne relacje z matką, która wpędzała w kompleksy, dodatkowo buntowniczo usposobiły go do życia, a fascynacja powieściami Johna Rothsteina stała się obsesją, dla której był gotowy zabić. Morris to przykład outsidera zapatrzonego w fikcję literacką i niepogodzonego z nią na tyle, że pewnego dnia postanawia samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość pisarzowi, który uczynił z jego buntowniczego bohatera człowieka idealnie wpasowanego w system, jaki wcześniej kontestował. Bellamy działa impulsywnie i szaleńczo, ale niewątpliwie jest zdeterminowany. Kradnie Rothsteinowi ponad 150 notesów, które są dowodem jego pisarskiej aktywności po tym, jak pisarz na 18 lat usunął się z życia literackiego i publicznego. Zbrodnia nie będzie dla Morrisa problemem. Staną się nim łupy, nie tylko bezcenne zapiski, ale także sporo gotówki.

Peter Saubers również ma trudne życie. Jego ojciec został potrącony przez szaleńca w mercedesie, na skutek czego doznał trwałego uszczerbku na zdrowiu, a kiepska sytuacja finansowa rodziny Petera dodatkowo się skomplikowała. Chłopak ma plany i marzenia, ale ponad wszystko ceni sobie ciepło rodzinne. Okazuje się, że może uratować finansowo rodziców, gdy któregoś dnia natrafi na tajemniczy kufer z łupami Morrisa, siedzącego akurat w więzieniu nie z powodu napaści i morderstwa znanego pisarza, ale dlatego, że po pijanemu często traci nad sobą kontrolę.

Niemożliwe wydaje się spotkanie obu bohaterów, ale King w tej powieści co chwilę udowadnia, że niemożliwe staje się faktem. Świetnie się czyta "Znalezione nie kradzione", albowiem wszelkie przewidywania pojawiające się w trakcie lektury okazują się błędnymi domysłami. Jakiekolwiek próby przewidzenia dramatycznych wydarzeń stają się chybione. Niby doskonale rozumiemy motywacje bohaterów, ale tak naprawdę jesteśmy przez nich wciąż zaskakiwani. I to nie brutalny morderca gra tutaj pierwsze skrzypce. Szybko okazuje się, że niepozorny Peter to spiritus movens tej powieści. Historii o literackich fascynacjach i o subiektywnym odbiorze literatury, której przesłanie zawsze można interpretować po swojemu.

Teraz akapit, który śmiało mogą pominąć ci, co nie czytali "Pana Mercedesa". King powraca do dramatycznych wydarzeń spod City Centre, pokazując je z innej perspektywy. To niejedyne fabularne nawiązanie do tamtej książki. Przede wszystkim widzimy, jak radzą sobie jej bohaterowie. Radzą naprawdę świetnie. Detektyw Hodges wciąż jest aktywny i w dużo lepszej formie. Widząc, jak sprytnie rozpracowuje pewnego malwersanta, nie musimy się obawiać, że zaniedba kolejną intrygę, do jakiej zostanie włączony przez siostrę Petera Saubersa. Także Holly Gibney wychodzi na prostą. Wraz z Jerome i Hodgesem ponownie stworzą zespół, który pomoże rozwiązać zagadkę kryminalną, tym razem mocno zakropioną krwią i okrucieństwem wraz z tajemniczym widmem wciąż żyjącego Hartsfielda sugerującego być może następne kontynuacje w konwencji zbliżonej do wcześniejszych opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych.

Tak czy owak King króluje. Tym razem jako autor przystawiający sobie i znanym pisarzom krzywe zwierciadło, w którym kształty nabierają innego rozmiaru, a idee stają się zmanipulowane. To przecież opowieść o pisarskiej sławie, warsztacie pracy i percepcji czytelniczej, która może wpędzić w obłęd. Zabity na początku Rothstein jest w zasadzie najważniejszym, nieobecnym już bohaterem. Pisarzem uznawanym za genialnego, izolującym się od ludzi i zarzucającym Morrisowi czytelnicze dyletanctwo. Być może ten zarzut spowoduje, że książkę rozpoczyna opis mózgu geniusza na ścianie, ale rozważania o istocie pisarstwa obecne są przez cały czas. Kostyczna matka Morrisa wypowiada znamienne słowa: "Dobry pisarz nie prowadzi swoich bohaterów, ale idzie za nimi. Dobry pisarz nie tworzy wydarzeń, ale obserwuje ich przebieg, a potem opisuje, co zobaczył. Dobry pisarz rozumie, że jest sekretarzem, a nie Bogiem". Czy Stephen King w "Znalezionym nie kradzionym" spełnia warunki bycia dobrym pisarzem? Ta wielowątkowa intryga będzie nie tylko źródłem świetnej rozrywki, ale z pewnością zmusi do rozmyślań nad tym, jak wielka i nieopisana jest sfera obecności literatury w umysłach czytelników. Także tych psychopatycznych.