Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-09-30

"Szwecja czyta. Polska czyta" Katarzyna Tubylewicz, Agata Diduszko-Zyglewska

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 9 września 2015

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W trosce o czytanie...

Fantastyczna książka pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej to dowód niepoprawnego optymizmu w czasach, które nastrajają do coraz smutniejszych refleksji. To taka niszowa i jednocześnie niezmiernie ważna książka o promocji czytelnictwa. Książka rozpinająca pomost nad Bałtykiem i przedstawiająca perspektywy dwóch krajów pozornie krańcowo różnie podchodzących do narodowego czytelnictwa i jego promowania oraz do roli książki w sferze kultury, jej demokratyzującego społeczeństwo oblicza. Katarzyna Tubylewicz przeprowadziła rozmowy ze szwedzkimi krytykami, pisarzami, animatorami kultury, ludźmi silnie związanymi z rynkiem książki i kształtującymi ten rynek na prawach oraz zasadach dla Polaków co najmniej zaskakujących. Agata Diduszko-Zyglewska przepytała polskich rozmówców. Między innymi Beatę Stasińską i Joannę Kluzik-Rostkowską. Tych polskich rozmów jest mniej i mają inny charakter. Sporo w nich goryczy oraz zadziwienia pewnymi absurdami, które dla Szwedów są szokujące i niepojęte. A jednak i polscy rozmówcy wykazują się świeżością poglądów, dynamizmem oraz optymistycznym patrzeniem w przyszłość, czyli wszystkim tym, co Szwedom z różnych powodów przychodzi łatwiej. "Szwecja czyta. Polska czyta" to zrodzona z zaangażowanych dialogów książka o tym, jak wielkim dobrem powszechnym jest literatura, czym naprawdę jest jej wielkość i co czyni się, by najpierw młodego, a potem dojrzałego czytelnika przygotować do obcowania z książką. Prawdziwego i zaangażowanego.

Z dużą błogością i z pewnym niedowierzaniem czyta się to, co mają do powiedzenia Katarzynie Tubylewicz jej szwedzcy rozmówcy. Jak wyglądają szwedzkie święta? Po wspólnym posiłku każdy zatapia się w swojej lekturze. W każdym miasteczku znajdzie się sklep i obowiązkowa biblioteka. Szwecja jest pokorna wobec wydawanych treści - tam nikt nie narzuca opinii publicznej, który tytuł ma stać się bestsellerem. Nikt tego nie wie i dba się o wydanie oraz promocję każdej książki, bo każda ma ogromną wartość. Szwedzi czytają dużo i masowo. Ich biblioteczki są różnorodne, tak jak sposoby samego odbioru literatury oraz kryteria jej wyboru. Kiedy tytuł staje się bestsellerem - w drodze ewolucyjnej, a nie przy pomocy agresywnej kampanii medialnej - sprzedaje się w setkach tysięcy egzemplarzy. Szwecja to kraj dbający o rodzimych autorów i umożliwiający im równy start. Dofinansowywane są działania pisarzy młodych, eksperymentujących oraz tych starszych. Szwedzka literatura uznawana jest w Europie nie za modę, lecz pewną markę.

To kraj, w którym wydawca głosi następującą tezę: "Wierzę w wartość wydawania książek, które mają zmieniać rzeczywistość, a nie tylko dobrze się sprzedawać". Bo dla wielu Szwedów książka nie jest towarem, lecz ważnym dobrem. Nieodłącznym elementem dnia codziennego. Czymś, co wypracowały nawyk czytania i jego kultura w większości domów. Rozmówcy Tubylewicz sygnalizują czytelne problemy szwedzkiego rynku książki i zaznaczają, że bynajmniej nie jest tam z czytelnictwem sielankowo, jednak poziom prowadzonych rozmów i ich tematyka odnoszą się do niedostępnych w Polsce perspektyw poznawczych oraz przekonań, które mogłyby zmienić dramatyczną dysproporcję między niewielką liczbą czytających a zwiększającą się liczbą ludzi żyjących bez żadnej książki u boku. Różnicę między krajami tak ocenia publicysta Stefan Ingvarsson: "W Szwecji istnieje silne przekonanie, że ludzie wykształceni muszą promować kulturę i czytelnictwo wśród wszystkich warstw społecznych. Natomiast w Polsce silne są elitaryzm i przekonanie, że istnienie ciemnych mas to jakieś prawo przyrody, że zawsze było i będzie, że to normalne w społeczeństwie". Czy w takiej sytuacji możemy się wzorować na innych modelach rozwiązań w promowaniu czytelnictwa, które Szwecja wykształca latami i z determinacją? Jest to możliwe, choć trudne, a w pewnych obszarach naprawdę skomplikowane. To, co przez wieki ustanowiło blokady między krajami promującymi czytanie, nakreśla wyraźnie esej Mai Chacińskiej, rozdzielający dwie części - szwedzką i polską. Tam przeczytamy o tym, że w Szwecji religia, egalitaryzm oraz społeczeństwo obywatelskie dały podwaliny światu, w którym istnienie książki jest cenne i konieczne. Co można zrobić, by podobny wzorzec dbania o czytelnictwo choćby częściowo skopiować w Polsce?

U nas jest z czytaniem źle i każdy zdaje sobie z tego sprawę. Niekoniecznie jednak jest tak, że ta świadomość wzbudza niepokój, bo często po prostu obojętność. Grzegorz Gauden używa mocnych słów, kiedy kreśli obraz nieczytającego kraju. "Jeśli Polacy nie zaczną czytać, Polska przegra konkurencję w Europie i będziemy tu do końca świata skręcać meble i lodówki". Polskim problemem jest niedostrzeganie tego, jak istotna dla rozwoju społecznego jest kultura, a w jej obrębie ogólnodostępna książka. Wyzwaniem jest także dowartościowanie rodzimych autorów, tak często skazanych na porażkę lub frustracje. Mało jest takich miejsc jak Trójmiasto, które wyjątkowo intensywnie dba o promocję czytelnictwa, ciesząc się odbiorem książek przez tych, którzy być może  w innych miejscach kraju nie sięgaliby po woluminy. Czytelne problemy, jakie obrazują rozmowy Agaty Diduszko-Zyglewskiej, dotyczą w znacznym stopniu finansowania, planowania oraz realizowania projektów czytelniczych, zwłaszcza przez władze samorządowe.

Najważniejsze wydają się biblioteki. Te szwedzkie są doskonale wyposażone. Stworzono nowatorską placówkę o nazwie TioTretton. Zaniedbanie polskich bibliotek jest ogromne, ale rozmówcy wskazują, że w tym zakresie następują już zmiany na lepsze. Ważną funkcją nowoczesnej biblioteki byłaby demokratyzacja przestrzeni, w której poruszają się wolni odbiorcy, sięgający po daną treść z własnej woli i własnego przekonania. Polska i Szwecja mają ambitnych, entuzjastycznych bibliotekarzy - to ważna grupa rozmówców redaktorek "Szwecja czyta. Polska czyta". Pojawia się także polska nadzieja - Ministerstwo Edukacji Narodowej dołączy od 2016 roku do Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa, w którego prowadzenie zaangażowane jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To ważne i cenne, ale najcenniejszy jest entuzjazm pojedynczych ludzi. Tych, którzy dla promocji czytelnictwa są w stanie zrobić naprawdę wiele. Tak jak wiele pokazały swoją książką Tubylewicz i Diduszko-Zyglewska. Różne perspektywy i jedna wspólna. To obraz ludzi ceniących sobie literaturę na tyle, by dbać o jej obecność wszędzie. Bo czytanie uczy empatii podobnie jak "Szwecja czyta. Polska czyta". Rzecz zdecydowanie warta uwagi - bibliofilów i nie tylko!

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-09-28

"Zaduch. Reportaże o obcości" Marta Szarejko

Wydawca: Dom Wydawniczy PWN

Data wydania: 14 września 2015

Liczba stron: 184

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Przybysze

Od lat małe miejscowości i wsie wyludniają się, a liczebność miast rośnie. Trend ten wydaje się nieodwracalny, a dla wielu ludzi wiąże się z ogromnym stresem i dramatem. Polega on na tym, że przybywając do miasta, chcą się w nim za wszelką cenę zakorzenić przy jednoczesnym braku wykorzenienia z miejsca, z którego pochodzą. Marta Szarejko znalazła świetny temat! To książka o tych, którzy nie wybrali sobie swego wiejskiego lub małomiasteczkowego pochodzenia, ale zdecydowali się jednak w dorosłym życiu dokonać świadomego wyboru i wrastać w tkankę miejską - ze wszystkimi tego trudnymi konsekwencjami. "Zaduch" to szesnaście opowieści, których wspólnym mianownikiem są wyobcowanie i rozpaczliwa czasami potrzeba dostosowania się. Jak się zorientowałem przy lekturze jednego z reportaży, historie do tej książki to między innymi pokłosie ogłoszenia na portalu społecznościowym, które pomogło także napisać Filipowi Springerowi jego "13 pięter". Szarejko i Springer mogą znaleźć wspólnych czytelników - wielu starających się o własne miejskie lokum z pewnością porówna przeżycia przybysza znikąd i poszukiwacza swego kąta w miejscu, które od lat wchłania kolejnych ludzi, nie każdemu jednak oferując życie zgodne z jego oczekiwaniami.

Wielkie miasto rekompensuje rozmówcom Szarejko liczne prowincjonalne braki, jednocześnie wzbudzając coraz to nowe oczekiwania, a wraz z nimi - następne marzenia nie do spełnienia albo frustracje, gdy los nie jest łaskawy. Wielkie miasto każe rozważnie budować swoją nową tożsamość. Część bohaterów książki decyduje się na zerwanie więzi z rodzinnymi stronami. Część utrzymuje je, bo są ważne, bo pomagają przetrwać w miejskiej dżungli, są dla nich formami ucieczki od zbyt szybkiego i przepełnionego bodźcami świata. Miejsca ich powrotu uwierają jednak na wiele różnych sposobów. To ulice lub budynki, które wydają się dużo mniejsze. Czas płynący nieco inaczej. Priorytety rodziny, które już dawno rozminęły się z tym, co kształtuje miasto. Powroty są na chwilę, nigdy na zawsze. Tych powracających z miasta i osiedlających się w rodzinnych stronach traktuje się jak nieudaczników. Coś nie wyszło, skoro miasto nie wchłonęło tej młodej, prężnej osoby. Dlatego wielu rozmówców Marty Szarejko także samą Warszawę traktuje jak trampolinę do większego, intensywniejszego świata. Inni postanawiają zżyć się z miastem, zakotwiczyć w nim, napisać własną historię i pożegnać się z różnego rodzaju kompleksami.

Autorka "Nie ma o czym mówić" sporo musi wysłuchać o istocie kompleksu oraz jego formie. Wyłania się on z oczywistego zderzenia, jakie następuje, gdy wkracza się z uporządkowanego oraz cichego świata do miejsca chaotycznego i pospiesznego. Poczytamy o różnego rodzaju działaniach, które stają w opozycji do tego, skąd się pochodzi. Także o zapamiętywaniu swego miejsca, gloryfikowaniu go po latach, przeświadczeniu o wadze i uroku małej miejscowości, do której zawsze można na chwilę uciec, gdy zaczyna być ciężko. Pasjonujące jest śledzenie tego, w jaki sposób bohaterowie reportaży odsłaniają przed innymi swoje prawdziwe korzenie. Zaskakująca ambiwalencja w traktowaniu własnej wsi - raz jako miejsca, o którym chce się mówić, raz jako przestrzeni już niedostępnej, także dla znajomych i przyjaciół. Niektórzy zapraszają swoje miejskie towarzystwo do domu rodzinnego. Inni sami go unikają, choć dobrze wiedzą, że są bardzo tymczasowi w swym statusie młodego na dorobku, niemiejskiego przecież, pochodzącego z zewnątrz.

Jeden z rozmówców wyraźnie zaznacza, jak zmienia się optyka w relacjach z innymi już po przeprowadzce, wrośnięciu w miasto. "Myślę, że w małych miasteczkach i na wsiach ludzie są bardziej zakłamani względem innych, a nie względem siebie.  A w mieście zakłamują bardziej siebie, bo nie mają wobec kogo się zakłamywać, czują się anonimowi". Niektórzy zdają sobie sprawę z tego wewnętrznego fałszu, inni walczą z nim na wszystkie możliwe sposoby, bo życie w mieście to ma być przede wszystkim droga ku wolności. Takiej, jakiej nie zapewni najbardziej nawet ciepły i stabilny dom rodzinny. A dom ten to także bolesne ślady po rodzicach, które chciałoby się usunąć. Nie wracać do czasu, w którym szansa i możliwość były pojęciami abstrakcyjnymi. Wielu rozmówców Marty Szarejko drogo okupiło swą miejską niezależność. Widzą wyraźną różnicę między sobą a rodowitymi warszawiakami, którzy nie musieli być zdeterminowani, by osiągnąć to, co zostało im właściwie dane. Tu też kryją się kompleksy, czasem gniew, nierzadko pewne rozczarowania. Ale i hartuje się charakter, bo liczne trudne doświadczenia bogacą na tyle, że można być z siebie dumnym. Nawet wtedy, kiedy nie ma w zasadzie czasu, by spokojnie pomyśleć o tym, co się osiągnęło.

Opowieści z "Zaduchu" są bardzo przejmujące. Wiele z nich to historie prawdziwego początku, bo rozmówcy nie mają pojęcia, jak dalej potoczy się ich życie. Nie chcą wracać, skąd przybyli, i chcą za wszelką cenę uchwycić jakąś własną wolną przestrzeń. Gromadząc liczne doświadczenia, widzą świat wielowymiarowo - do tego przyznaje się Szarejko jeden z opowiadających, wciąż konsekwentnie torujący sobie własną drogę do szczęścia. Ta książka zadaje także pytanie o to, co czyni spełnionymi ludzi, którzy na pewnym etapie życia musieli pożegnać się z własnym środowiskiem, zmienić przyzwyczajenia i dopasować się do świata, którego reguł ani kształtów dobrze nie znali. Część opowieści jest optymistyczna, w kilku czai się gorycz. Lęk przed nazywaniem swoich stanów emocjonalnych albo ulga, gdy już się to zrobiło ten jedyny raz na potrzeby materiału do książki.

A "Zaduch" to w dużej mierze opowieść o smakowaniu miasta i o jego możliwościach, bez szczegółowego opowiadania o swoich dokonaniach czy pracy. Miasto także jest mirażem. Niektórzy toną w nim przepełnieni infantylnym zachwytem. Innych niszczy i upokarza. A jednak przyciąga. Bo to przestrzeń mieszanych życiorysów, duchowych imigrantów, uchodźców z krain swego dzieciństwa i młodości. Szarejko przysłuchuje się tym, którzy potrafili się dopasować i byli zdeterminowani, by nazwać siebie na nowo. Są i tacy wciąż swoje miejskie sekrety chroniący przed prowincją, gdzie rozmawia się na tematy bezpieczne i wygodne. Większość jednak nie żałuje wyboru. Świadomie zacierają część swego czasu przeszłego, by dać sobie szansę na zaskoczenia w czasie przyszłym. Żyją na ulicach Warszawy, ale mentalnie ledwie dotykają miejskich chodników. Świat, który wybrali, to trud kompromisu i odwaga śmiałej decyzji. Ten świat to także paradoksy i zdziwienia popadających w egocentryzm oraz wygodę, bo miasto zmienia też na gorsze, a czasami modeluje tak, że umiejętności prospołeczne wyniesione z prowincji zanikają, każąc być osobnym i rozpaczliwie skupionym tylko na sferze własnych doznań.

"Zaduch" to książka ważna, choć niewygodna. Temat, który nie został dotychczas podjęty w tak szerokiej perspektywie, zachęca do zgłębiania. Być może do tego, by posłuchać miejskich znajomych i poznać historie ich emigrowania. Oni sami są czuli wobec miejsc, które opuścili. Opowiedzą o nich pewnie tak barwnie i intrygująco jak rozmówcy Marty Szarejko.


PATRONAT MEDIALNY


  KUP KSIĄŻKĘ

2015-09-25

"Jolanta" Sylwia Chutnik

Wydawca: Znak

Data wydania: 23 września 2015

Liczba stron: 262

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Grzechy nasze rodzinne

Sztuką jest napisać o rzeczach dość oczywistych w sposób wywołujący i refleksję, i trwogę, i ten rodzaj przejmującego smutku, który miesza się ze współczuciem oraz przekonaniem, iż czytana narracja rozgrywa się być może za ścianą, tuż obok, wciąż na nowo, stale tragiczna i wiecznie uwierająca. Sylwia Chutnik wstrząsa swą "Jolantą". Opowieścią - co charakterystyczne dla autorki - z bardzo czytelnym warszawskim adresem i niezwykle symbolicznym przesłaniem: dziedzicząc cechy naszych rodziców, dziedziczymy także ich przywary, lęki i niedyspozycje życiowe. Poszukujemy ciepła, którego nam nie dano i wędrując we mgle, wciąż wpadamy na tych niepokojących nas ludzi, którzy nie są w stanie dźwigać z nami brzemienia porzucenia i strachu. "Jolanta" jest historią o trudzie, a właściwie niemożności życia własnym życiem, którego scenariusz okrutnie napisali już oddalający się wcześniej bliscy. To opowieść o kobiecie, która chce kochać kompulsywnie i desperacko, ale nigdy nie jest gotowa na to, by odwzajemnić miłość. To także barwna panorama jakże ponurego Żerania, na którym życie zastyga w oczywistych formach i nie ma prawa wyjść poza nie. Przejmująca narracja o poczuciu braku i o wydobywaniu z siebie siły do walki z własnymi demonami.

Jola i Piotr wydostali się z miejsca, które matka utraciła po wypadku samochodowym. Wychowywani byli przez rodziców krótko, aby nagle zostać zmuszonymi do tego, żeby zająć się sobą. Jola była zawsze starą maleńką, która doszła do perfekcji w sztuce mimikry i bardzo jej było przykro, gdy niekiedy zdarzyło się jej jakoś wyglądać i być zauważaną. Wtedy chciałaby się schować, ale należało coś powiedzieć lub coś zrobić, a to było chyba najgorsze. Trzymane w dłoni kolorowe szkiełko od zawsze było symbolem jakiegoś alternatywnego świata niespełnionych marzeń. Potrzeb przede wszystkim. Bo Jolanta miała dziecięce i dziewczęce potrzeby, których nie zaspokajano.

Ojciec dość szybko wymiksował się z odpowiedzialności za swą rodzinę. Matka przeżyła to jakoś do wewnątrz, zewnętrznie korzystając z uśmierzającej mocy alkoholu. Gdy i ona odeszła, Jolanta została tak bardzo osobna, że nie dała rady wyjść jakiejkolwiek formie świata naprzeciw. Samotność stała się stanem niejako wypracowanym. Bez wzlotów i upadków, bez większych przeżyć i bez treści. Życiowa fabuła kulała pod ciosami losu i wciąż zapisywała dzieje Jolanty jako tej, która tęskni, ale się nie otwiera. Trzy imperatywy ukształtowały się w niej bardzo szybko. Za nic w świecie nie mówić o sobie, nie ufać ludziom, nie odczuwać zbyt wiele. I jeszcze ten strach, który wywołały słowa dozorcy pewnego świątecznego wieczoru. "A ty nie boisz się tak tu żyć?". Jolanta nie miała pojęcia, o jakim strachu słyszy, ale poczuła go bardzo dotkliwie, kiedy na przekór wszystkiemu postanowiła stworzyć stabilną i kochającą rodzinę. Taką, której nigdy nie miała. Na czym budować, jeśli fundament to pustka? Jak wejść w dorosłe życie, skoro dzieciństwo woła wciąż o swój czas, swoje gesty, swoje przytulenia i swoją czułość?

Koleżanka wieści jej bardzo proste życie. "Będziesz chodziła do pracy w zakładach i o piętnastej wracała do domu. Nastawisz herbaty, urodzisz dzieci i posmarujesz twarz kremem Nivea". Być może w podobny sposób żyła Halina, ale nie dane to będzie Jolancie, zaniedbującej swoją Jadzię. Trzy kobiety - jedna martwa, druga przedwcześnie dojrzała, trzecia niemowlęciem będąca. Każda nieszczęśliwa, bo można czuć to nieszczęście już od kołyski, a śmierć przynosi jedynie ukojenie, kiedy ramy życia przeraźliwie boleśnie ograniczają to, czego chcemy w tym życiu dokonać.

"Jolanta" to powieść o kondycji dziecka z rozbitej rodziny. O dziedziczeniu strachu i o tym, że kumuluje się w nas, pozostając w świadomości na zawsze. Ale to także książka o domu, który się rozpada i jest miejscem opresji albo ogromnego braku. "Kiedy uwiera nas dom, to zaczynamy rozglądać się wokoło, w poszukiwaniu innych zacumowań". Jolanta to robi - działa po omacku, bez wewnętrznego kompasu, bez planu i bez konsekwencji. Jedyne, co jej pozostało, to te nieliczne okruchy wspomnień o szczęśliwym życiu i pustka, w jakiej żyje w roli żony i matki. Przejęła taką spuściznę niemego lamentu oraz pokornego cierpienia w ciszy. Nie może oddać życiu razów. Nie złości się na ojca, którego potem widuje, i na matkę, której już nie zobaczy. Chutnik kreśli obraz bolesnego pogodzenia z losem i opowiada historię za jedną z tych, które żyją po cichu, bez zwracania na siebie uwagi. Okres transformacji ustrojowej, zaznaczany tu dość wyraźnie, nie ma większego wpływu na działania i przemyślenia tytułowej bohaterki. Nie jest to też, w moim odczuciu, książka o polskiej przemianie i o nowym ładzie, w którym każdy jest zagubiony. Jolanta ze swym lękiem i smutkiem jest gdzieś ponad tym, choć jej mąż najpierw korzysta, potem ponosi konsekwencje korzystania z możliwości nowego ustroju. A ona sama? Nauczyła się chować przed innymi i tylko tę umiejętność opanowała do perfekcji. Jedynym stałym punktem w jej życiu jest żerański komin. Groteskowa i smutna latarnia morska, która więcej zaciemnia niż rozświetla.

Sylwia Chutnik prowokuje do dyskusji o tym, jak mało odporni możemy być na traumatyczny spadek po rodzicach, którzy odchodzą. "Jolanta" jest fantazją na temat ludzkiego opuszczenia i o niemożności znalezienia w drugim człowieku czegoś stałego, co mogłoby być prawdziwą morską latarnią, punktem odniesienia i miejscem, skąd wiedzie droga do zaufania i spełnienia. Osobni mieszkańcy przyfabrycznego osiedla doskonalą się w cierpieniu wewnętrznym, unikając głoszenia wszem wobec o swych troskach, a Jolanta staje się mistrzynią cierpienia tak do środka. Chutnik wydobywa ze swojej bohaterki i całego tego ponurego żerańskiego świata skazy, których nie widać, oraz emocje, o których nie chce się opowiadać. Buduje powieść z tego, co można podsłuchać i podpatrzeć, a co pozostawia się w czterech ścianach mieszkań albo - co gorsza - w sercach, dla których poczucie braku jest wszechobecne i nie do zrekompensowania. Stara się opowiedzieć o uczuciach nienazwanych przez bohaterów ze strachu albo z boleśnie zaznaczonej niemożności tłumaczenia sobie, co naprawdę wydarzyło się w życiu. To chyba pierwsza książka Sylwii Chutnik, która tak silnie do mnie przemówiła, bo Żerań i losy Jolanty to taki świat tuż za rogiem, usiłujący skryć się przed oczami innych, boleśnie jednak dotykający, bo nasz przecież, polski, sąsiedzki, swojski i trudny.

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-09-23

"Wściekły" Katarzyna Kebernik

Wydawca: Akurat

Data wydania: 16 września 2015

Liczba stron: 382

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Gniew i tajemnice

Wyjątkowość debiutu Katarzyny Kebernik polega na tym, że młoda autorka napisała tę książkę jeszcze w wieku nastoletnim. Zaskakujące są i forma książki, i liczne jej przesłania, a przede wszystkim dyscyplina myślowa, która porządkuje pozorny chaos narracji w spójnym i dość brawurowym zakończeniu. Trudno ustalić docelowego odbiorcę tej prozy. Z pewnością jest to młody człowiek, który - jak główny bohater - przechodzi w życiu trudny okres i dla którego bunt nie jest żadną pozą. To książka dla wielbicieli zmyślenia wokół prozy życia. Dla tych, dla których ważne są sny. To one odgrywają we "Wściekłym" najważniejszą rolę i to one każą dekonstruować porządek trudnego życia siedemnastolatka, w którym tkwią jakieś tajemne moce, zaskakujące otoczenie energie gdzieś z innego świata, siła nadana być może w innym życiu, innej rzeczywistości. Katarzyna Kebernik zgłębia logikę snu i nadaje mu pewną wykładnię. Współtworzy związek między tym, czego doświadcza się na jawie a elementami sennych marzeń pozostawiającymi ślady, po których bohater podąża, by zrozumieć siebie. To także książka o zmaganiu się z utratą bliskiej osoby oraz o rekompensowaniu sobie jej braku. Wyjątkowo barwna, bo autorka wykazuje się bardzo bogatą wyobraźnią. We "Wściekłym" wyraźnie sugeruje, jak wiele muzycznych tropów jest jej bliskich oraz zaznacza, które myśli filozofii są dla niej ważne. Namnożenie rozmaitych motywów - od mitologii po modernistycznych poetów - można autorce wybaczyć. Całość jest bowiem bardzo spójna. Zaskakuje dojrzałość i umiejętność oddawania różnych emocjonalnych tonów.

Na płaszczyźnie realistycznej jest to historia chłopca wkraczającego pewnie w męskość. Konstantego cechuje obcesowość wobec świata. To trudny chłopak. Po samobójczej śmierci matki błąka się bez celu, szukając jakiegoś punktu zaczepienia dla siebie i swoich fantazji oraz muzycznej pasji. Kosa - bo tak nie bez powodu jest nazywany - wypracował sobie pewien mechanizm obronny polegający na tym, że wszystkich wokół trzyma na dystans, spalając się tylko w nieszczęśliwej miłości. Kebernik obrazuje, w jaki sposób świat wokół Konstantego wykoleił się na jego własne życzenie, i sygnalizuje drogę, po której pełen złości i agresji chłopak podąża, by pozostać sobą - ze wszystkimi tego konsekwencjami. Główny bohater dba o niezależność kwestionowaną przez instytucje, z którymi musi się stykać. Funkcjonuje w obrębie układu będącego dla niego pułapką. Napięta sytuacja w domu, częste zmiany szkół. Ludzie sprawiający wrażenie tymczasowych i ta narastająca agresja, dla której ujściem stają się zapasy czy ustawki po meczach. Kostek ma wrażenie, że urodził się, by stale walczyć. Jak długo już trwa ta walka i kto jest jego prawdziwym przeciwnikiem? Zwraca również uwagę pewna nieprzystawalność bohatera do świata, w którym się męczy. Kostek bywa ekscentryczny, ma też pewne cechy kogoś, kim przecież nie jest. Tu wkraczamy w inny obszar, bo świat rzeczywisty ustępuje pola sennym marzeniom. Mrocznym dużo bardziej niż rzeczywistość stygmatyzująca bohatera.

Obrazowanie oniryczne jedynie punktuje te momenty, w których bohater czuje się szczególnie wyobcowany i zagubiony. Sny Konstantego tworzą pozornie chaotyczny ciąg koszmarów, w których pojawiają się postacie widziane także na jawie. Sen Kosy to swoiste przedłużenie koszmaru istnienia na jawie. To także przestrzeń przebywania nowej drogi. Niebezpiecznie zbliżona do życia, w którym po snach pozostają wyraźne ślady. Młodzieńczy dynamizm i nieokrzesanie zmieniają się w snach diametralnie - tam chłopak zmuszony jest do konfrontacji ze sprawami i rzeczami ostatecznymi. Tam Katarzyna Kebernik umieszcza klucz do zrozumienia jego skomplikowanej sytuacji i tam też zadajemy sobie pytanie o to, czym właściwie jest ta książka i w jaki rejon nas prowadzi.

Dwutorowość narracji na początku rozsadza nieco tę powieść, czyniąc ją mało przystępną, bo gubi się tropy i z trudem ustala faktyczny stan umysłu bohatera. Jego zachowania, przeżycia i doświadczane wizje wskazują na zaburzenie psychiczne, które być może odziedziczył po matce. Zastanawia potrzeba pielęgnowania w sobie złości i obsesyjne wręcz pragnienie odnalezienia harmonii w muzyce. W tle - typowe dla wieku nastoletniego doświadczenia, w tym miłosne zauroczenie i projekcja podstawowej potrzeby bycia zaopiekowanym przez dorosłego mężczyznę, bo prawdziwy ojciec obecny jest tylko fizycznie i nawet to nie jest zaakcentowane w powieści. Konstanty stara się zbudować swoją własną przestrzeń wolności, często okupioną siniakami i bliznami, czasem także łzami. Niedopasowanie do świata wokół to także gorączkowe próby zrozumienia marzeń sennych, wobec których bohater Kebernik jest całkowicie bezradny. Gra toczy się o jego życie, dalsze funkcjonowanie. Nikt nie przeczuwa, kto lub co weźmie za nie odpowiedzialność...

"Wściekły" to powieść o dość trudnej, chropowatej kompozycji. Wymaga skupienia i determinacji. Przetrwać z Konstantym w realnym świecie, a tym bardziej w świecie jego snów, nie jest łatwo. Dość długo nie wiadomo, o co toczy się gra i z jakim rodzajem powieści mamy do czynienia. To jedna z powieści o młodzieńczej wrażliwości i niedopasowaniu poszerzona - czasem dość naiwnie - o rozważania na temat roli snu i symboliki sennych przeżyć, w tej narracji bardzo silnie powiązanych z dramatem codziennej egzystencji pośród ustaleń, wobec których można pozostać tylko agresywnym. Katarzyna Kebernik sygnalizuje, że nie mamy do czynienia ze zwykłym chłopakiem, a jednocześnie osadza jego historię w codziennym życiu, w którym młodzi ludzie przyjmują określone zachowania, by poczuć się bezpiecznie i mieć przynajmniej namiastkę akceptacji, jakiej oczekują od świata. "Wściekły" to też historia życiowej pasji i trudów dochodzenia do perfekcji w danej dziedzinie. Opowieść o sile tworzenia oraz o tym, jak wiele alternatywnych światów rodzi się i umiera w umysłach tych, którzy chcą ofiarować sobie i innym wytwór własnej wyobraźni, nie imitację czegoś istniejącego. W zasadzie mogłaby to być książka o sile i determinacji, ale kryje się w niej wiele znaczeń i myślę, że sama autorka zdziwiona byłaby tym, w jak różny sposób można sobie "Wściekłego" zinterpretować. Bardzo budująca jest świadomość, iż nastoletnia - dziś już starsza - autorka była w stanie skonstruować tak ciekawą fikcję literacką, nadać jej tyle znaczeń i dodatkowo zawiesić gdzieś w próżni oczekiwań, bo "Wściekły" właściwie żadnych nie spełni, będąc prozą pytań, nie odpowiedzi. Naprawdę dojrzałą.


PATRONAT MEDIALNY


  KUP KSIĄŻKĘ

2015-09-21

"Ja nie jestem Miriam" Majgull Axelsson

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 9 września 2015

Liczba stron: 478

Tłumacz: Halina Thylwe

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Zapomnienie w raju...

Kiedy przed dwoma laty omawiałem ostatnią powieść Majgull Axelsson, "Pępowinę", z dużym niepokojem zaznaczałem pewną wtórność tematyczną świetnej szwedzkiej pisarki i bałem się, że już na zawsze zamknie się w kręgu precyzyjnie opisywanych emocji i traum, wprawiając się w opisach przecież już doskonałych i nie zaskakując formalnie niczym nowym. "Ja nie jestem Miriam" to ta nowa jakość, której można było oczekiwać od mistrzyni! Najnowsza powieść zasadniczo różni się od pozostałych przede wszystkim tym, że odnosi się do prawdziwych wydarzeń i w literackiej fikcji zamyka losy i cierpienia wszystkich tych, o których w Szwecji być może nie napisano jeszcze w taki sposób. Fabuła mogłaby pożyczyć tytuł od jednej z poprzednich powieści autorki. "Ta, którą nigdy nie byłam" to doskonała ilustracja losów wiekowej Romki, która w czasie wojny udawała Żydówkę i potem u boku szwedzkiego męża oraz przybranego syna z zaskakującą determinacją wypierała własne pochodzenie oraz historie bliskich, którym nie udało się wydostać z obozowego piekła i znaleźć po wojnie w szwedzkim raju. Axelsson mierzy się prywatnie ze stygmatem Auschwitz i bardzo przejmująco opowiada o dramacie ocalałych stamtąd. Droga jej bohaterki przypomina nieco kierunek, w którym podążał ojciec Görana Rosenberga, autora wstrząsającego reportażu "Krótki przystanek w drodze z Auschwitz". Powieść traktuje o wojnie, ale i o sytej Szwecji, która nigdy wojny nie zaznała i obok której przeszło to nieludzkie wycie jej ofiar. O Szwecji będącej rajem na ziemi i miejscem, w którym zło wraz z uprzedzeniami mimo wszystko się zakotwiczyły...

Wspominając raz jeszcze "Pępowinę", warto podkreślić, że padające tam słowa można uznać za motto "Ja nie jestem Miriam". „Przecież jesteśmy naszą pamięcią. To wszystko, czym jesteśmy”. Axelsson opowiada o kobiecie, która mierzy się z piętnem odrzuconej przez świat i buduje inną tożsamość, by jakoś do świata przynależeć. Miriam po obozie nigdy już nie miała pokazać, że się boi. Nigdy nie mogła zdradzić się z tym, że ma romskie korzenie. Otrzymała od losu możliwość życia w raju i była zdeterminowana, by tę możliwość wykorzystać. Jednocześnie wciąż pamiętała - nie tylko o bracie czy kuzynce, którzy nie przeżyli Auschwitz. Wprawiając się w byciu taktowną i blokując wszelkie negatywne uczucia, Miriam wypracowała do perfekcji polityczną poprawność i bycie niewidzialną. Wszystko za cenę spokoju, miłości i stabilizacji. A przecież cień tego, kim jest naprawdę, pozostał z nią na zawsze. Odebrała surowe szwedzkie wychowanie, które nakazało bycie grzeczną i uśmiechniętą. A gdy zebrała kopniaki w 1948 roku, wiedziała dobrze, że nawet w nowym kraju, którego nie dotknęła wojna, można być innym, gorszym i stygmatyzowanym. Bo nie wszyscy Szwedzi są mili, a Historia lubi się powtarzać. Miriam musiała zdecydować, jak chce żyć i co dla życia poświęcić. Wybrała inną tożsamość, zaprzeczenia i kłamstwa. Wypracowała bycie zadowoloną, choć rysy i pęknięcia zawsze dawały o sobie znać.

Axelsson konfrontuje osiemdziesięciopięcioletnią Miriam z jej wnuczką Camillą. To między innymi ona słyszy te dziwne słowa babci, które zaprzeczają, kładąc jednocześnie kres życiu w iluzji, graniu roli zastępczej żony czy matki. Camilla jest na co dzień osaczona różnymi imperatywami, które każą jej myśleć lub robić to, co uznawane jest za stosowne. Wnuczka nie pojmuje istoty raju, o jakim opowiada jej babcia. A raj to miasteczko wokół - syte i senne. Nikt nie głoduje, nikt nie krzyczy. Nikt na nikogo nie podnosi ręki i nie ma też tej trudnej do udźwignięcia niepewności, czy kolejny dzień dane będzie przeżyć do końca. Miriam przeżyła całe życie w cieniu wspomnień nastolatki doświadczonej przez dwa obozy: Auschwitz i Ravensbrück. Camilla nie pojmuje, co naprawdę kryje się pod tymi nazwami oraz jaki związek z tym wszystkim ma tożsamość jej babki. Dlaczego Miriam decyduje się zdradzić tajemnicę właśnie wnuczce? Być może dlatego, że ma to być świadectwo dla młodego pokolenia - czytelne i ważne. To kobiety takie jak Camilla powinny przede wszystkim wiedzieć o piekle przeżyć w obozie i poza nim. Szczerość kosztuje bohaterkę Axelsson bardzo wiele, ale to przecież moment przełomowy, ostateczne zerwanie z wewnętrznym milczeniem i bólem. Zerwanie z egzystencją gdzieś pomiędzy jawą a snem, w bezpiecznej sferze własnych wyobrażeń. I może to czas najwyższy, by skończyć z tą iluzją własnej tożsamości. By nie gonić cieni, jak robiła to Krystyna, którą los rzucił nieopodal Miriam i która nie była na tyle silna, by żyć.

A żyć i zapomnieć to były dla Miriam najważniejsze wewnętrzne nakazy. Wspomnienia, które odsłania nam Axelsson, dla polskiego czytelnika będą dodatkowo poruszające, bo przecież wielokrotnie już opisane w rodzimej literaturze obozowej. "Ja nie jestem Miriam" to przede wszystkim historia ciężaru traumy i doświadczeń, z którymi nie można się nowocześnie rozliczyć w gabinecie psychoanalityka. To także powieść o dorastaniu i poznawaniu świata na nowo. Autorka buduje słownik nowych pojęć - wszystkie związane są z intymną sferą życia albo z tym cywilizowanym światem, w którym można zapomnieć o wojnie, ale także dostać w twarz jako Rom, czyli persona non grata na szwedzkim terytorium aż do 1954 roku.

To wzruszająca historia prawdziwej przynależności do Historii. Ona zawsze jest osobista i autentyczna, zawsze boli i zawsze pozostawia ślady. Miriam zacierała te, które mogła zatrzeć. Nigdy jednak nie wyparła pamięci o ludziach, którzy byli jej bliscy. A jednak czuje, że zdradziła wszystkich tych, co pozostali sobą. Nawet w tak dramatycznym momencie, jak moment zastrzelenia kuzynki Anuszy. Miriam była zachowawcza. Miała apetyt na życie, a potem gorzką niestrawność, gdy już się nim nasyciła. Majgull Axelsson opowiada o powojennych losach ludzi, których tożsamość kształtowały nowe warunki życia i którym powrót do przeszłości wydawał się niemożliwy z różnych powodów. To opowieść o wyjściu z czegoś niemożliwego do wytrzymania i o trwaniu w równie niemożliwie trudnym zamknięciu. O cierpieniu w izolacji i o tajemnicach, do których nie daje się nikomu dostępu.

Konstrukcyjnie książka nieco rozczarowuje, albowiem większość zagadek odkrywamy już po kilkudziesięciu stronach. Wyobraźnia każe kartkować kolejne w oczekiwaniu na to, jak mroczne pokłady uczuć i jak skomplikowane zdarzenia szwedzka autorka ukryła na następnych. Stajemy jednak w miejscu i analizujemy wraz z Miriam wciąż te same doznania, opisywane czasem z różnych perspektyw albo wzbogacane przeżyciami naznaczonymi wstydem zapomnienia. "Ja nie jestem Miriam" ma bardzo spójną konstrukcję, ale generalnie jest to książka skończona dużo wcześniej niż postawiona ostatnia kropka. Tym niemniej mamy do czynienia z inną jakością i bardzo odmienną od poprzednich powieścią, której pisanie Axelsson przeżywała bardzo głęboko, naznaczona pierwszym w życiu kontaktem z Auschwitz. Psychologiczna głębia i dalsze penetrowanie przede wszystkim kobiecych relacji w sytuacjach krańcowo trudnych to rozpoznawalna już cecha pisarstwa Majgull Axelsson i dodatkowo czyni tę nową powieść wyrazistą, a okładka tym razem idealnie współgra z treścią, zatem jest to publikacja ze wszech miar dopracowana. Lektura obowiązkowa!

2015-09-18

"Silva rerum" Kristina Sabaliauskaitė

Wydawca: Znak

Data wydania: 9 września 2015

Liczba stron: 512

Tłumacz: Izabela Korybut-Daszkiewicz

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Litewskie wybory...

Powieści takie jak "Silva rerum" przywracają wiarę w lojalność literatury względem Historii i w jej umiejętność opowiadania o losach pokolenia za pomocą prezentacji dziejów jednego rodu. Kristina Sabaliauskaitė opisuje lata 1659 - 1667, dynamiczny i zaskakujący przemianami okres, zabiera nas do wielokulturowego Wilna i na Żmudź, gdzie w pewnym szlacheckim dworku ludzie naznaczeni okrucieństwem niedawnej historii starają się zbudować bezpieczny świat na nowo. To książka o tym, co pozostało po kozackim okrucieństwie, i o ludziach stających przed wyborami nowych dróg życiowych. Historia, w której bolesne są ślady lat minionych i widoczne w świadomości bohaterów traumy naznaczające ich w dalszym życiu. Litewska pisarka wskazuje i uzasadnia wagę podejmowanych wyborów oraz każe nam obserwować konsekwencje trudnych decyzji. Zarysowuje świat, w którym szlachta to bohaterowie postępowi, ewolucyjni. Otwarci na zmiany w burzliwym XVII wieku i świadomi własnych ograniczeń. To historia rodu, którego losy splątane zostały z decyzjami i faktami zapisanymi w dokumentach chronionych przez głowę rodziny. Opowieść o skrytych namiętnościach, dla których bohaterowie gotowi są poświęcić bardzo wiele, a przede wszystkim zmienić się. Ta poruszająca narracja o Wilnie, które podnosi się z gruzów i zapomina o krzykach mordowanych, by zbudować życie w miejscu jego odbierania, jest jednocześnie historią oswajania się ze śmiercią, akceptowania jej i wyciągania wniosków z bolesnej świadomości tego, jak blisko niej wciąż jesteśmy.

"Silva rerum" jest powieścią z charakterystyczną barokową składnią, pozbawioną dialogów. Autorka umiejętnie prezentuje wielość perspektyw i poglądów w jednym, konsekwentnym stylu. Barwnie i sugestywnie kreśli portrety ludzi zagubionych, rozczarowanych, gniewnych i niepewnych swej wartości. Ta książka łączy w sobie magię, transcendencję i realizm szczegółów. Jest panoramą przeżyć i uczuć, których doświadczanie w mniejszym lub większym stopniu związane jest z Historią. Osadzenie w konkretnym miejscu i czasie to nie tylko mniej lub bardziej czytelne nawiązania do faktów, które kształtowały oblicze Litwy i Wilna od początku XVII wieku. To czułość wobec tych zakątków miasta, których nie ma już na mapie. Bliskość z atmosferą dynamiki miejsca odpędzającego od siebie złe wspomnienia. Śmierć otwiera powieść i chociaż też ją zamyka, ma nieco inne znaczenie. Kristina Sabaliauskaitė chce opowiedzieć historię niesztampową i krytycznie odnoszącą się do stereotypów, jakie pozostawia w nas nie tyle wiedza historyczna, ile historyczne uprzedzenia. Autorka nie proponuje czytelnych rozwiązań, nie prezentuje czarno-białej galerii dobrych i złych postaci. Wnika przede wszystkim w świat najbardziej osobistych uczuć tych, o których nikt już nie może zaświadczyć. "Silva rerum" to fantazja na temat zapamiętywania życia w każdym jego odmiennym szczególe. Opowieść o poszukiwaniu miłości, o spełnieniu i wiecznym niepokoju. O świecie, w którym religijny i światopoglądowy tygiel nie pozwala jednoznacznie opowiadać się za pewnymi sprawami. O hedonizmie i skromności, wierności i druzgoczącym poczuciu upływu czasu wówczas, gdy czas oznacza jedynie świadomość bliskości śmierci.

Bliźnięta Narwojszowie - Urszula i Kazimierz - wraz ze swym przyjacielem Jonelisem doświadczają bliskości tej śmierci w sposób bolesny i namacalny. Gdy w 1659 roku odkopują truchło ukochanego niegdyś kota, już na zawsze utwierdzają się w przekonaniu, iż śmierć jest czymś bezkompromisowym i trzeba się z nią liczyć. Urszula zacznie się jej bać, Kazimierz popadnie w odrętwienie. Ona postanowi, że będzie świętą i przed grozą codziennego życia schroni się w klasztorze. On nie będzie widział celowości żadnych działań, nie spełni oczekiwań uczonego ojca, ulokuje się gdzieś na życiowym marginesie, biernie obserwując rzeczywistość i stale mając przed oczyma to, czym się stajemy po śmierci. Niewiele pomaga okres stabilizacji i budowania życia na nowo w oddalonych od opuszczanego pospiesznie Wilna Milkontach. Jan Maciej stara się zwyciężyć okrutny chaos, pielęgnując swój ogród i racjonalnie analizując to wszystko, z czym musi się mierzyć od czasu, gdy cudem uratował rodzinę od śmierci, ale nie udało mu się uratować nowonarodzonego dziecka Elżbiety. Ona rekompensuje sobie jego brak poprzez aktywne działanie na rzecz dworku. Mebluje, upiększa, stwarza bezpieczną enklawę. Ale gdzieś pod skórą czai się niepokój. Sen z powiek spędzają wspomnienia wileńskich okrucieństw. Urszula ma się zamknąć w bramach klasztoru utopionego kiedyś we krwi. Kazimierz zacznie nowe, odważne i odpowiedzialne życie w mieście, które wita go agresją, pozostałościami po złu przeszłości zapisanym gdzieś w ludzkiej krwi i świadomości. Milkonty nie będą dla dzieci miejscem spokoju i bezpieczeństwa. Oboje ruszą do Wilna, by spotkać swoje przeznaczenie. Oboje zwiążą się z charyzmatycznym buntownikiem i hedonistą, Janem Kirdejem Bikontem. To on przede wszystkim wpłynie na ich dalsze decyzje. To jego obecność w rodzinie Narwojszów nada nowy kierunek życiu ich dzieci...

Kristina Sabaliauskaitė doskonale portretuje nastoletnią impulsywność i skomplikowane relacje międzyludzkie w mieście, w którym Urszula i Kazimierz będą chcieli znaleźć swoje prawdziwe miejsce i poczuć się spełnionymi. Klasztor to miejsce swoistej ekspiacji. Urszula tam właśnie widzi rzeczy takimi, jakie są naprawdę. Kazimierz, coraz bardziej zafascynowany Bikontem, włącza się w brutalną codzienność wileńskich studentów i wraz z siniakami zbiera na ulicy bezcenne doświadczenia. Takie, które Urszula okupuje samotnością podczas swego nowicjatu. Ich rodzice tymczasem odnajdują prawdziwą bliskość i spełnienie, a ich odżywająca miłość będzie stanowiła oręż wobec miałkości dotychczasowego życia.

"Silva rerum" można odczytywać na wiele sposobów, ale ja zwróciłem uwagę przede wszystkim na historię kobiecego dojrzewania do samej siebie i swoich decyzji oraz wyjścia naprzeciw prawdziwym, tłumionym lub nigdy właściwie nienazywanym emocjom. Toczy się ona dwutorowo - to z jednej strony losy Urszuli, dla której życiowe wybory to bolesne kompromisy i dorastanie do bycia spełnioną. Z drugiej - rachunek sumienia Elżbiety Narwojsz, spóźniony i dający wreszcie prawdziwą wolność. Sabaliauskaitė portretuje swoje bohaterki jako bardzo lojalne wobec własnych uczuć, skonfrontowane z nimi. Miłość w tym świecie nie jest idealizowana, ale ma ogromną siłę i często okupiona jest takimi kompromisami, do jakich nie byliby zdolni na przykład mężczyźni. Myślę tu także o pewnej mieszkance klasztoru, której tajemnica tak wstrząśnie młodziutką Urszulą. "Silva rerum" to historia siły przywiązania i mocy uczucia gwarantującego pewność oraz oddanie. Mężczyźni się ich uczą, kobiety po prostu w sobie odkrywają. Ale to też równie wyraźna historia mierzenia się z Bogiem. Wyzywania go na pojedynek albo strachu przed nim. W dużym związku z miłością i tym rodzajem nienawiści, którą bohaterowie muszą przekuć w coś innego, by przetrwać. Być może też odrodzić się.

To pierwsza część trylogii i finałowe rozwiązania zapowiadają wyborny ciąg dalszy. Kristina Sabaliauskaitė bardzo odważnie potraktowała czas, w którym musiała umieścić swoich bohaterów tragicznie i dramatycznie połączonych z religią, pochodzeniem, uprzedzeniami i Historią. Siedemnastowieczne Wilno ujmuje i niepokoi. Dynamika miasta zmusza do ciągłych zmian. "To jest Wilno, tu trzeba wybierać"  - te słowa przychodzą do głowy Kazimierzowi, który musi opowiedzieć się po jednej stronie podczas ulicznej bójki. To historia o ludziach zmuszonych do dokonania wyborów i o miejscu, które wybrało inny, lepszy rytm i wiarę w lepszą przyszłość. Wileńskie wybory to wybory serca i dramaty, przed którymi stoi się w obliczu historycznych przemian. "Silva rerum" o wszystkim opowiada dyskretnie i czarująco. Książka, która rozbudzi wyobraźnię i wywoła estetyczną przyjemność obcowania z pięknym językiem trudnej przecież opowieści.

2015-09-15

"Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość" Katarzyna Surmiak-Domańska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 września 2015

Liczba stron: 296

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Piknik uprzedzeń

Harrison w amerykańskim stanie Arkansas. Tutaj każdy jest obcy i zadziwiający, gdy przybywa choćby z innego stanu. Niecałe 13 tysięcy mieszkańców i siedemdziesiąt kościołów. Do wyboru, wedle poglądów i ideologii. Miasto, w którym dominują biali ludzie. Miasto, gdzie rzekomo mieszka miłość. Tam wszyscy są tacy sami i wszyscy znaczą tyle samo. Biali chrześcijanie z klasy średniej, zgrupowani w rodziny cementowane surowym wychowaniem dzieci. Taka biała ojczyzna na prowincji, Klan Town, miejsce Zjazdu Partii Rycerzy Ku Klux Klanu, do którego przybywa Katarzyna Surmiak-Domańska.

Jej reportaż sprawia wrażenie podróży pełnej zadziwienia. Bo to wielka sztuka opowiadać o odwiedzonym świecie bez uprzedzeń i z nieustającą ciekawością. Zamiast agresywnych pikiet amerykańskich zwolenników białej rasy - uroczy piknik, na którym można się zrelaksować, zacieśnić sąsiedzkie więzi, wysłuchać Słowa Bożego i po raz kolejny dać się uwieść ideom, dzięki którym Harrison od ponad wieku jest bastionem broniącym czystości rasy, tradycji i religii. "Ku Klux Klan" to opowieść o tym mieście i jego mieszkańcach - trochę śmieszna, trochę straszna. Przedstawiająca punkty widzenia tych, którzy z różnych przyczyn żyją w lęku i gniewie. Przyczajeni i gotowi do odnowy. Nie rewolucyjni jak kiedyś, doskonale ewolucyjni. Rycerze nie są zakapturzeni, noszą krawaty. Nikt nie jest "anty", każdy jest "pro". Kwestia definicji i interpretacji. Oraz poprawności politycznej. Surmiak-Domańska wyłuskuje z przystosowanej do współczesnych czasów organizacji te mroczne rysy, które łagodzone są medialnie albo za pomocą sprytnej retoryki. Harrison jest przyjazne i groźne. Zagubione i pełne wewnętrznej siły, spójności. Tkwiące w wybiórczym chrześcijańskim miłosierdziu i naznaczone uprzedzeniami. Tu mieszka miłość. Tu poznamy współczesne oblicze amerykańskiego Ku Klux Klanu.

Książka jest efektem działań rozpoczętych słowami skierowanymi do Thomasa Robba odpowiedzialnego za kolejny zjazd partyjny. "Nie rozważam wstąpienia do waszej partii, nie jestem rasistką, ale z uwagą śledzę narastanie świadomości rasowej i nurtów nacjonalistycznych na świecie. Także w moim kraju. Chcę poznać wasz punkt widzenia i wasze argumenty". Ta otwartość i empatia autorki widoczne są przez cały czas, choć mamy świadomość tego, że penetruje grząski grunt i rozmawia z ludźmi, których poglądy są nie tylko niebezpieczne, ale przede wszystkim destrukcyjne dla nich samych. Oczywiście oni zaraz by temu stwierdzeniu zaprzeczyli. Współczesny amerykański rasizm to pokłosie kompleksów i frustracji, które Południe przeżywa od czasu przegranej wojny secesyjnej, wciąż wydając groźne pomruki, wciąż stygmatyzując przede wszystkim Afroamerykanów i stale pielęgnując w sobie poczucie zagrożenia, przed którym bronić może tylko idea białej supremacji. Surmiak-Domańska stara się odnaleźć przyczyny, dla których odwaga i lęk łączą się w piekielnym rasistowskim tyglu uprzedzeń. Pokazuje także, że ideologia z gruntu niebezpieczna może być fundamentem uporządkowanego życia rodzinnego i społecznego. Bo mieszkańcy Harrison są dumni z siebie, ze swego zjazdu, z wyrażanych poglądów i ze struktury, w której odnaleźli się na tyle, by świadomie podążać drogą wzbudzającą tak wiele kontrowersji i uprzedzeń.

Wokół jednego i drugiego toczą się rozmowy, które autorka przeprowadza z tymi wszystkimi, dla których uczestnictwo w strukturze Thomasa Robba jest związane z poczuciem bycia w wyjątkowej wspólnocie. Ta wspólnota to efekt groźnej ewolucji poglądów, którą przeszli przez ponad wiek wszyscy bezpośrednio lub pośrednio związani z organizacją Ku Klux Klanu. Autorka "Mokradełka" poznaje poglądy tych, którzy w Harrison nie muszą się ukrywać, nie są stygmatyzowani, nie czują obowiązku podporządkowania się prawu - pisanemu lub obyczajowemu, poprawności politycznej czy jakiejkolwiek innej formie tej poprawności. Rozmówcy z zaangażowaniem opowiadają o swych bolesnych doświadczeniach z dzieciństwa i młodości oraz o trudach życia, które na jego określonym etapie kazały zmierzyć się z przynależnością do współcześnie działającego Ku Klux Klanu. W nim nikt nie zabija, nie terroryzuje. Płonące krzyże to rytuał tylko podczas zjazdów, a budzące latami grozę stroje skrywane są tak samo jak najbardziej radykalne poglądy członków. Przyglądamy się ludziom, którzy nie godzą się na coraz większą rzeszę imigrantów w kraju rzekomo zdradzającym samego siebie, swe wartości, wzbudzającym poczucie zagrożenia i rozpalającym coraz to nowe postawy roszczeniowe tych, dla których inność odznacza strach przed nieznanym. W przypadku ludzi z Harrison to także dobrze poznane i odczuwane na własnej skórze - te narracje mają punktować, dlaczego zrodziły się niechęć i gniew wobec czarnych, Latynosów, wszystkich innych mających się podporządkować, a oczekujących czegoś więcej niż uśmiechu politowania ze strony wyższych z racji rasy i wyznawanej religii.

Niebezpieczne są kształt i formuła organizacji, która niechęć i uprzedzenia skrywa gdzieś pod białymi rękawiczkami. Jeden z rozmówców Surmiak-Domańskiej tak argumentuje swą decyzję o obecności w Ku Klux Klanie: "Przystąpiłem do Robba, bo jego Klan jest organizacją ludzi kulturalnych. A jeżeli uważam się za kogoś lepszego niż Afrykańczyk, który na kolację zjada własną babcię, powinienem zachowywać się w sposób, który to podkreśla". Paradoks tej wypowiedzi pokazuje również mentalność ludzi, którzy osadzają się w pewnej fasadowości, by wciąż na nowo wzniecać w sobie negatywne uczucia i przekonanie o swej wyjątkowości. Tak, Harrison jest przecież wyjątkowe. Można w nim mieć mniejsze poczucie winy za swe niewygodne poglądy i można w nim zrozumieć, że budowanie struktury rodziny bezpiecznie zacząć od indoktrynacji w dzieciństwie, by stwarzać "produkty" takie jak Andrew, wnuk Robba.

Poza grozą, która czai się w tym reportażu, jest także sporo sielankowości i bardzo ciekawych opisów obyczajowości Południa. Surmiak-Domańska wspaniale oddaje koloryt miejsca, w którym przebywa. Mimo że jednocześnie przedstawia przejmującą anatomię rasizmu i nacjonalizmu. Istotną cechą tej książki jest wskazanie usytuowania sytego i zadowolonego z siebie człowieka, który wyznaje rasistowskie poglądy i jest w stanie usankcjonować je na wiele możliwych sposobów. To także obraz ludzi zagubionych i przerażonych. Ksenofobicznych i odczuwających bliskość na ulicach bezpiecznego miasta, w jego sklepach czy restauracjach. "Ku Klux Klan" to historia amerykańskiej enklawy lęku i opowieść o setkach takich enklaw pieczołowicie utrzymywanych przy życiu pod każdą szerokością geograficzną. Sięgając wstecz, autorka punktuje zbrodnie Ku Klux Klanu oraz zarysowuje metamorfozy. Ta obecna w Harrison zdaje się jedną z najbardziej mrocznych. Nic nie wywołuje bowiem lęku tak skutecznie, jak przyczajenie i narastanie napięcia oraz frustracji. To czytelników może wystraszyć bardziej niż opis groteskowych strojów oraz akcji przeprowadzanych na początku działalności organizacji, gdy miało być trochę zabawnie i trochę strasznie.

Katarzyna Surmiak-Domańska opowiada o paradoksie szerzenia nienawiści poprzez miłość i o kondycji współczesnego świata, w którym zagrożeniem staje się to, co inne, obce. Dokładnie prześwietla jedną z wielu zindoktrynowanych społeczności, których siła tkwi we wspólnocie. To barwna książka o wybiórczym chrześcijańskim miłosierdziu i o ludziach w szponach uprzedzeń, których porządek życia kształtują izolacja i stereotypy. "Ku Klux Klan" to opowieść o tym, w jaki sposób radykalny światopogląd kamufluje swój gniew poprzez uśmiech, serdeczność i przekonanie o byciu w tym doskonałym. Ten reportaż pokaże dużo więcej niż prowincjonalne Harrison chciałoby pokazać. Zada fundamentalne pytania o to, jaką odpowiedzialność ponosi każdy z nas za świat, w którym uprzedzenia i lęk każą się atomizować oraz wielbić swą małą, izolowaną od świata rodzinę i społeczność.

2015-09-12

"Poza sezonem" Jørn Lier Horst

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 9 września 2015

Liczba stron: 352

Tłumacz: Milena Skoczko

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Śledztwo, ślady i uprzedzenia

Zwykle staram się nie wbijać nieproszony w powieści cykliczne, ale tym razem postanowiłem podjąć ryzyko i zapoznać się po raz pierwszy z tym, co pisze Jørn Lier Horst, autor dwóch poczytnych narracji o perypetiach norweskiego komisarza Williama Wistinga. "Poza sezonem" sprawia wrażenie powieści napisanej dla prawdziwych facetów i o takich też traktuje. Kobiety są zaledwie tłem dla rozgrywających się dynamicznie wydarzeń, w których widzi się mnóstwo przemocy, i śladów po nich, ale ani jednego człowieka. Horst tworzy powieść w taki sposób, że pośród specjalistycznych terminów buduje pewien piekielny krąg fatalnych zależności, które doprowadzają do wielu zbrodni. Mamy anatomię pracy śledczej z wyszczególnieniem każdego wręcz działania. Mamy policjantów wykonujących sumiennie swe obowiązki i zagadkę rozwiązywaną bardzo logicznie, bez pośpiechu i bez większych zawirowań. Brak mi w "Poza sezonem" jakiejkolwiek psychologizacji. Postacie są papierowe, działają przewidywalnie, ich dialogi sprawiają wrażenie teatralnych ról i nie ma w tym wszystkim miejsca na jakikolwiek domysł, jakąkolwiek mroczną niejasność. Horst doprowadza śledztwo do końca i stawia kropkę wszędzie tam, gdzie jest ona potrzebna. W rezultacie nie mamy niczego, co wyróżniałoby akcję i komplikowało ją na tyle, by pozostawić czytelnika z domysłami na temat motywacji bohaterów, wyraźnie przecież - z jednym wyjątkiem - podzielonych na dobrych i złych.

Początek jest dość banalny, nie przykuwa uwagi. Ktoś rabuje domki letniskowe, a w jednym z nich, należącym do telewizyjnego celebryty, ukatrupia mężczyznę o nieznanej tożsamości. Wisting pojawia się od razu na miejscu zbrodni, wraz ze swą ekipą odkrywając dużo więcej niż jednego trupa. Ślady nie są czytelne. Odnosi się wrażenie, że na odludziu nagle zaroiło się od przestępców, zrobił się niebezpieczny tłok i spowodowało to ofiary w ludziach. Z czasem przekonamy się, że Wisting prowadzi śledztwo związane z grupą, która pojawiła się w niewłaściwym miejscu i czasie, a dramatyzm zbudują między innymi masowo padające ptaki czy niezgodne ze sobą ślady oraz... porwanie karawanu ze zwłokami, których nie zabezpieczono w domku letniskowym.

Jørn Lier Horst prowadzi swego bohatera przez mroczny świat przestępców na kilka możliwych sposobów. Nie daje mu szansy, by zbłądził, choć okazuje się, że nie każdy oczywisty ślad jest przez Wistinga właściwie odczytany. On sam zaprezentowany jest jako mężczyzna dość zamknięty w sobie, którego każda kolejna zbrodnia odsuwa od świata coraz bardziej, czyniąc wyzutym z emocji automatem do badania śladów przestępstw. Bliskość z Suzanne to rekompensata za lata samotności, bo komisarz wciąż nie pogodził się ze śmiercią żony. Jego córka Line, dziennikarka śledcza, postanawia udać się do domku letniskowego komisarza, by przemyśleć sprawy po rozstaniu z mężczyzną, którego Wisting darzy niechęcią. Samotna kobieta w domku kilka kilometrów od miejsca zbrodni - to musi wywoływać grozę i aż się prosi, by Line zaznała tajemniczego najścia albo poczuła strach, który na odludziu będzie jeszcze bardziej spotęgowany. Tymczasem Line zabiera się za porządki i pisanie, nieszczególnie przejmując faktem, że znajduje się w niewielkiej odległości od miejsca, gdzie brutalnie zabito człowieka. Odwaga i opanowanie to pewnie cechy odziedziczone po ojcu. Problem w tym, że motyw umieszczenia kobiety w miejscu odosobnionym nie zostaje w żaden sposób wykorzystany. Horst broni się przed sytuacjami niejasnymi, wieloznacznymi. Nie sięga w głąb myśli i uczuć swoich bohaterów, nie interesują go zanadto ich stany emocjonalne. Wewnętrznie rozbita Line wydaje się wyjątkowo spokojna. Tak jak przestępcy, którzy przez pewien czas wyprzedzają działania policji.

One zaś przenoszą się na Litwę, bo z tym krajem związany jest jeden z zabitych. I tutaj dochodzi do dramatycznych uproszczeń oraz prezentacji autorskiego punktu widzenia, który wywołuje na przemian konsternację i śmiech. Oto bowiem Litwa jest krajem pełnym przestępczości i naznaczonym biedą. Bogaty Norweg humanitarnie traktuje biednych Litwinów, wspomagając ich na ulicy i empatycznie przyglądając się, jak gorzko wygląda życie tak różne od tego, jakie on wiedzie w swoim kraju. Dla Horsta cała Europa Wschodnia to siedlisko nędzy i miejsce, skąd przybywają gangsterzy, by rabować bogatą Norwegię. Ta stara się nie myśleć o takich krajach jak Litwa, a sam Horst pospiesznie zdobywa o niej wiedzę tuż przed wylotem do Wilna. A tam na miejscu jedynie nędza i smutek życia. Krytykowany przez norweskiego gościa bazar, na którym zaopatrują się wszyscy biedni i oszukujący fiskusa. Litewscy rabusie również wypowiadają poglądy, po przeczytaniu których boli głowa. Choćby ten, że przecież rabować należy bogatszych, bo oni tego nie odczują, a rabującym poprawi to sytuację materialną. Autor "Poza sezonem" kroczy po niebezpiecznie cienkiej linie, wychodząc poza poprawność polityczną i serwując nam ideologiczne bzdury. Zagubić można się tylko w kraju, który cierpi niedostatek. Porządna i syta Norwegia to już świat, gdzie przestępczość jest przede wszystkim patologią i nie można się nad nią litować. Obawiam się, że gdy dojdzie do litewskiego przekładu tej książki, tamtejsi krytycy nie będą się litować nad Horstem...

Oryginalny zwrot akcji w zakończeniu stworzony jest chyba na siłę. Po to, by obowiązkowy element zaskoczenia jednak gdzieś się pojawił. "Poza sezonem" to książka, z której wieje nudą. Porządnie napisana, świetnie zredagowana, ułożona wedle skandynawskiego wzorca powieści kryminalnej. Nie wzbudzająca jednak większych emocji, a jedynie niedosyt, bo chciałoby się być także po tej drugiej stronie, poznać złe charaktery, ich motywacje i kontekst działań. Wszystko rozgrywa się jednak w policyjnych gabinetach, pojazdach i w głowie samego Wistinga. Otrzymujemy powieść, która trzyma w napięciu tylko zainteresowanych policyjnymi metodami rozwiązywania zagadek kryminalnych. U Horsta obserwujemy coś na kształt skupienia się na technice, nie na efekcie. "Poza sezonem" bardzo razi, bo w momencie opuszczania toku śledztwa staje się książką o niczym albo taką, której ideologia opiera się na stereotypach, krańcowo ograniczonym myśleniu o kształcie świata gdzieś poza Norwegią. Jørn Lier Horst przesyca wszystko niezdrowym testosteronem i nie oferuje niczego, co naprawdę przykułoby uwagę albo przynajmniej umiejętnie ją rozproszyło wieloznacznościami. Przyzwoicie skrojona powieść, z której niewiele wynika. Do dość szybkiego zapomnienia.

2015-09-10

"Respect. Życie Arethy Franklin" David Ritz

Wydawca: Czarne

Data wydania: 26 sierpnia 2015

Liczba stron: 536

Tłumacz: Dobromiła Jankowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Zmagania Królowej

"Respect" to doskonale napisana książka o tematyce muzycznej, w której obok opisów planowania i realizowania projektów oraz nagrań - tak przecież charakterystycznych dla każdej tego typu publikacji - pojawi się ton autentycznego zainteresowania, przez który przebija uwielbienie dla Arethy Franklin i potrzeba poznania tych skrywanych przez nią sfer życia. David Ritz zrezygnował z częstej roli ghostwritera autobiografii gwiazd estrady i zmierzył się z tajemnicami życia Królowej, która przez wiele dekad umiejętnie wzbudzała sobą zainteresowanie. Nawet wówczas, gdy muzycznie milczała i gdy trzeba było przełamać nieznośną dla niej ciszę. "Respect" jest opowieścią o kobiecie, która po ojcu przejęła nowatorstwo i dużą niezależność, a po matce doskwierające przez całe życie poczucie braku, czyniące z niej osobę walczącą z wewnętrzną formą niepewności i takim rodzajem zamknięcia, jakie nie pozwalało na to, by skonfrontować się ze sobą, dokonać autoanalizy, wyprzeć uprzedzenia i lęki, pozbawić się irracjonalnych obaw. Ritz zbierał materiały latami. Sama Franklin była wobec niego zdystansowana. Po stonowanej autobiografii "From These Roots" pojawił się apetyt na nową książkę. Tę właśnie autor napisał po swojemu. To nie jest opowieść o piosenkarce, której koniecznie trzeba zajrzeć do domu, w prywatne akta, wejść w jej intymność i ją wyeksponować. Ritz stara się pojąć i zrozumieć fenomen kogoś, kto od wydania w 1961 roku debiutanckiego albumu wciąż wyraźnie odznacza się w świadomości nie tylko przecież Amerykanów. Aretha Franklin - postać pomnikowa. "Respect" to też taka książka. Pokazuje rozwój kariery i nieustanne borykanie się z poczuciem pewnego niespełnienia. Napisana została przede wszystkim przy ogromnej pomocy członków rodziny.

Rodzina bowiem była dla Franklin najważniejsza. Ojciec - charyzmatyczny pastor - był dla niej wzorem i człowiekiem, dla którego gotowa była poświęcić wszystko. Brat Cecil wspomagał ją w karierze i związał się z nią węzłem zawodowym, który dodatkowo umocnił bliskość między nim a Ree. Ritz bardzo ciekawie opisuje relacje Franklin z siostrami, które z jednej strony wciąż znajdowały się w cieniu wielkości i talentu siostry, z drugiej jednak - mimo wielu napięć i nieporozumień były sobie naprawdę bliskie i to dla sióstr Aretha Franklin mogła poświęcić bardzo wiele, choć z dystansem patrzyła na ich sceniczne poczynania, które mogły jej samej zagrozić. Rodzina zawsze była najważniejsza. Co poza tym?

To historia nastolatki, która bardzo wcześnie została matką i żoną, zbyt wcześnie wtłoczono ją w show-biznes i za szybko nakazano liczyć się z bezkompromisowością muzycznego świata, w którym Franklin mimo wszystko dobrze się odnalazła. David Ritz stara się określić zależności między ludźmi, którzy ją otaczali, a tymi, do których sama mimowolnie lgnęła. W tym wszystkim tkwi naznaczenie nieznośną formą niepewności, bo choć sukcesy przychodziły jeden za drugim, pośród nich znajdowały swe miejsce cienie. A za nimi szły nieusprawiedliwione absencje, niewywiązywanie się ze zleceń, tendencje ucieczkowe, labilność emocjonalna, trawienie przez powracającą depresję, ale przede wszystkim introwertyczny koszmar, który artystka fundowała sama sobie, spychając wszelkie traumy gdzieś daleko, ale przecież nie zapominając o nich.

Muzyka była filozofią, zbawieniem i formą odreagowania złych emocji. Siostra Ree wspomina: "Poświęcenie dla kariery i swojego zawodu okazywane przez Arethę często są niedoceniane. Nieważne, przez co przechodziła: narodziny czy opłakiwanie czyjejś śmierci, od razu wraca do pracy, ponieważ praca, możliwość wyrażania głębokich, najgłębszych uczuć za pomocą muzyki, pomaga jej przetrwać". Ritz wyraźnie punktuje te momenty w biografii gwiazdy, kiedy zaangażowanie w kolejny projekt było czymś, co pozwalało przetrwać nieprzyjemne okoliczności tej sfery życia, nad którą Franklin nie mogła mieć kontroli. To bolało i irytowało. Chęć panowania nad wszystkim i wszystkimi wokół nie pozwalała jej na kompromisy. Aretha Franklin nie była łatwa we współpracy, ale Ritz stara się zarysować tło wszelkich nieporozumień, kłótni i niesnasek, na których najwięcej traciła sama Ree. Wciąż oddalona od swoich emocji, nadal kompulsywnie poszukująca czegoś, co zrekompensuje braki. Zdystansowana wobec kobiet - artystek i chętna do efektywnej współpracy z mężczyznami. Wciąż drżała o to, czy wypracowany status uda się utrzymać. Wciąż żyła w lęku przed utratą zainteresowania swoją osobą, podążając w bardzo różnych kierunkach i skutecznie promując się przez wiele dekad, gdy umiejętnie łączyła style muzyczne oraz dobierała zasadnych w danej chwili znajomych.

Nie jest łatwo napisać biografię kogoś, kto stale był zdystansowany wobec mediów, lękając się ich i jednocześnie wiedząc, że trzeba w nich istnieć. Ritz pokazuje, że na początku Aretha Franklin znalazła się w korzystnej dla siebie orbicie wpływów. Udało jej się otoczyć właściwymi ludźmi, choć wielu z nich traktowała z niewłaściwą niewdzięcznością. "Respect", tytuł wielkiego hitu z 1967 roku, jest motywem przewodnim opowieści o kimś, kto wypracował sobie szacunek ciężką pracą, a potem wykonał jeszcze cięższą, by zachować go na wiele lat. Dlatego David Ritz zdaje się pokornym kronikarzem, a dwuznaczne kwestie i trudne tematy przedstawia z dużym wyczuciem i taktem. To także książka obrazująca jego własne relacje z Arethą Franklin i to, kim dla niego była, kim jest przecież nadal. Pisze zatem z detalami, ale i świadomością, jak umiejętnie przedstawić trudne fakty. Tworzy pasjonującą historię o tym, jak podąża się przed siebie czasem wbrew samemu sobie. Bo Aretha Franklin nieczęsto szła na kompromis z otoczeniem, ale nazbyt często musiała go stosować względem samej siebie. Tak wiele wyśpiewała i tak niewiele opowiadała o sobie. Ritz portretuje diwę, dla której sceniczne wystąpienia, możliwości aranżacji i współpracy z cenionymi muzykami oraz agentami były sposobami na ucieczkę od samej siebie i jednocześnie motywacjami do rozwoju. Czasami wbrew temu, co mówiło jej sumienie - tak rzadko poza sceną zgadzające się z potrzebami serca. Dlatego "Respect" to biografia wyjątkowa - dynamiczna jak sama Franklin i czule skupiająca się na momentach słabości oraz buntu, którymi media tak często posługiwały się w ten wulgarny, bezkompromisowy sposób.

Być może Aretha Franklin objawiała tę trudność rywalizacji z innymi przede wszystkim dlatego, że wciąż musiała toczyć boje z samą sobą. Ritz zarysowuje jedynie punktowo te dramatyczne momenty, w których być może muzyczna przyszłość stawała pod znakiem zapytania. Kreśli jednak portret silnej, dzielnej, świadomej własnej wartości i odważnie stawiającej kolejne kroki artystki, dla której czas nie był wrogiem. To historia kobiety idącej na mądre kompromisy - jak choćby w muzyce, w której początkowo szukała złotego środka między tym, co kościelne, a tym, co świeckie, a potem odnajdowała swój potencjał w coraz to nowych gatunkach i aranżacjach. Ritz składa wyrazy szacunku Królowej. Jej sukces jest wyrazem niezwykłej determinacji i walki, podczas której zdołała zachować empatię i wrażliwość wobec innych. Zwłaszcza wobec rodziny oraz przyjaciół, choć tym ostatnim nie umiała właściwie podziękować. "Respect" czyta się także przez pryzmat muzycznych oraz społecznych zmian zachodzących w Stanach Zjednoczonych przez blisko sześć dynamicznych dekad. Książka, w której czuje się rytm i puls - one prowadziły Arethę Franklin daleko i umożliwiły jej zdobycie wszystkiego.