Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-11-30

"Białystok. Biała siła, czarna pamięć" Marcin Kącki

Wydawca: Czarne

Data wydania: 7 października 2015

Liczba stron: 288

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Polskie piekło...

Autor "Lepperiady" już przed dwoma laty udowodnił, że stać go na reportaż, który jest bezkompromisowy, trudny do zaakceptowania, śmiały i jednocześnie przyciągający uwagę. Nie inaczej jest z książką "Białystok. Biała siła, czarna pamięć". To rzecz o mieście na Podlasiu, które wymazuje pamięć. O mieście, w którym żyła kiedyś żydowska diaspora, a gdzie dzisiaj skrzętnie wypiera się jej istnienie. To opowieść o miejscu, gdzie deprecjonuje się dokonania Ludwika Zamenhofa, który obserwował białostocki rynek w XIX wieku, snując marzenia o stworzeniu narzędzia dającego możliwość pełnego porozumienia - ponad podziałami, kulturami i religiami. Ale to także książka o polskiej mentalności, ksenofobii Polaków i tak licznie nagromadzonych uprzedzeniach, że chwilami nie da się tego czytać dalej, bo poraża nasileniem absurdu, gniewu, zawiści, uprzedzeń i przede wszystkim nienawiści do tego, co inne. Kącki nie napisał książki o Białymstoku. On pokusił się o okrutną diagnozę polskich uprzedzeń i pseudomitów, pokazał mroczną stronę katolicyzmu, umieścił czytelników w centrum tego, co może być w Polakach najgorsze. Oddał nam do rąk opowieść o Podlasiu, z której wyczytać można historie innych miast i regionów. "Białystok" to książka o śladach po zgodzie i o stygmatach konfliktów. O tym, że Polacy muszą mieć - jak tytułowe miasto - ogromne problemy z własną tożsamością, skoro wykazują się taką dozą agresji i nietolerancji wobec wszelkich przejawów inności.

Marcin Kącki objeżdża także okolice Białegostoku. Jest w Łapach, Sokółce, w Hajnówce i Jedwabnem. Wydobywa stamtąd opowieści, które są równie mroczne co te białostockie i dodatkowo komplikują odbiór reportażu - bardzo niejednoznacznego przecież, z kilkoma tematami przewodnimi, z kilkunastoma zasygnalizowanymi tezami. Wszędzie na prowincji czają się strach i uprzedzenia. O wielu sprawach lepiej nie mówić, wiele należy zapomnieć, sporo jest obojętności i nad wyraz wiele uwielbienia dla religijnych fetyszy. To nakreśla obraz Podlasia, którego nie chce się zachowywać w pamięci. A jednak region, w którym dawniej kwitła wielokulturowość, i miejsce, gdzie każda różnorodność umożliwiała dodatkowy rozwój społeczności, nie pochyla się nad swoją historią z uwagą. Co więcej - pisze ją na nowo, w bardzo dramatycznej formie. Zaszczepia poczucie zagrożenia i pozwala Polakom toczyć ich prywatne wojenki o polskość, które przeradzają się w przerażający spektakl wszelkiego rodzaju uprzedzeń.

Kącki chce je zrozumieć, nakreślić ich genezę, wskazać zachodzące między nimi zależności. Uważnie słucha swoich rozmówców, dokładnie notuje ich opowieści.  Penetruje wszystkie newralgiczne sfery życia Białegostoku. Stara się oddać trudne do opisania nastroje i naprawdę zrozumieć, co zaszło w mentalności ludzi przez nieco ponad wiek, że dzisiaj duszą się w swym światku pełnym lęku, wypierają podpowiedzi zdrowego rozsądku, zapierają się swojej historii i histerycznie stoją na straży religijności jako oręża do walki ze wszystkim, co inne, nieznane, niepolskie, niepochodzące stąd. Reportaż Kąckiego stara się odpowiedzieć na pytanie o to, skąd wzięło się tyle nienawiści w mieście, które kiedyś uchodziło za tolerancyjne i szanujące każdego obywatela. Autor wdziera się w przeszłość zapisaną w aktach czy dziennikach. Ukazuje, w jak demoniczny sposób jest ona dzisiaj interpretowana. Nakreśla nieudolność i groteskowość organów ścigania, które walczą z wiatrakami, a agresywne przejawy antysemityzmu i ksenofobii wciąż znaczą Białystok bardziej niż niejedno doświadczenie obu wojen światowych.

Tak, miasto najpierw doświadczyło destrukcyjnej siły niemieckiego ognia, potem rosyjskich bomb, ale najgorsza w tym wszystkim jest polska niepamięć. W Łapach stale ukrywa się pewna kobieta. Niegdyś dziewczyna pochodzenia żydowskiego, którą uratowano przed wywózką do obozu, i jej obecność miejscowi katolicy sankcjonują jako dowód ich dobroci serca i tolerancji dla inności. W Białymstoku nie ma już często miejsca na dobroć i szacunek. Są malowane na murach i pomnikach swastyki, są agresywne zachowania ludzi różnego wieku, statusu społecznego oraz wykształcenia. Wciąż czai się gdzieś ten ksenofobiczny demon, który raz za razem ukazuje nową twarz, zdaje się wypełzać z innego miejsca. Kącki opisuje groteskowe miejscowe przepychanki o symbole pamięci i o nazewnictwo miejsc, z których usuwane są ślady po żydowskich mieszkańcach oraz wszelkie inne, dające dowód tego, że Białystok kiedyś był inny, niż ma być dzisiaj. Dziś są określone grupy ludzi, którym ciężko jest żyć w mieście i którym współmieszkańcy przypomną, że nie mogą czuć się swobodnie. Jest też wiele newralgicznych kwestii, z którymi władza i mieszkańcy nie mogą sobie poradzić. To tak jakby pisano na nowo definicje i wykłócano się o oczywistość już istniejących. To nie tylko gniew grafficiarzy i niepokój przyjezdnych. To przede wszystkim ogromna siła nietolerancji, pod którą kryją się narodowi działacze i szumne hasła wykorzystywane w wykoślawionej wersji przez ludzi powtarzających to, co usłyszeli od innych.

Marcin Kącki rozmawia nie tylko z tymi, którzy śmiało prezentują swoje poglądy. Zarysowuje również dramat tych ukrytych życiorysów, dla których niepewność i różnorodne formy mimikry to wyraźne stygmaty codziennego życia. Bo w Białymstoku z jednej strony strach powiedzieć, co się naprawdę myśli, z drugiej jednak - ginie się w tym mrocznym kształcie niedopowiedzeń, kiedy trzeba się dopasować, by mieć spokój i nie wyróżniać się zanadto. W tym znaczeniu jest to reportaż o strachu i zachowawczości. Także o ludziach odważnych i krewkich, którym strach i zachowawczość innych są bardzo na rękę.

Myślę, że opowieść o Białymstoku to historia, która mocno uderza w nas, Polaków. Punktuje uprzedzenia i wskazuje, do czego mogą prowadzić. Pokazuje, że wielu nie uczy się na błędach i zbyt wielu nie jest w stanie mentalnie spotkać się z czymś innym niż to, co tradycyjnie polskie, a często dramatycznie przerysowane. Kącki zadaje pytania o to, skąd bierze się polska ksenofobia i w jaki sposób rasizm przechodzi na kolejne pokolenia. Ukazuje jednocześnie heroizm walki o ważne ślady pamięci. Te, które mają świadczyć o mieście różnorodności, gdzie Zamenhof rozmyślał o stworzeniu narzędzia porozumienia. Stworzył esperanto. Tuż obok niego powstało także piekło na ziemi. Miasto gotujące się w złości i uprzedzeniach. Białystok jest w każdym miejscu Polski. Wszędzie jednak możemy go zmieniać.

2015-11-28

"Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" Anna Król

Wydawca: Wilk & Król Oficyna Wydawnicza

Data wydania: 7 października 2015

Liczba stron: 380

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Inna biografia

Jest pewien nowy trend we współczesnej literaturze faktu zajmującej się biografiami. Powstają bardzo intymne dzienniki przeżyć ich twórczyń, osobiste skupienia na pewnych wyimkach z minionego życia. Autorki takie jak Anna Marchewka czy Agata Tuszyńska snują biograficzne opowieści w sposób czuły i subtelny. Anna Król postępuje podobnie, a jej wrażliwość objawia się przede wszystkim w poczuciu odpowiedzialności za pozostawione przedmioty i w determinacji, by podążać za cieniem opisywanej osoby. Jarosław Iwaszkiewicz w jej książce ożywa na nowo. Nie w literaturze, lecz w tych przejawach długiego i trudnego życia, które autorka wiąże z istnieniem pamiątek. Opowieści rodzą się z tytułowych przedmiotów - fotografii, portmonetki, oderwanego guzika. Wywołane są nawet z biletu kolejki podmiejskiej czy zapachu. "Rzeczy" to historia zdominowana przez asocjacje i delikatność. Chronologia odchodzi na dalszy plan, a rekonstrukcja życia Iwaszkiewicza nabiera znamion indywidualnej przygody z tym, co pozostawił. To efekt mierzenia się z drobiazgami, w których życie napisało narracje, a Anna Król ubogaca je swoimi. Wyłania się obraz człowieka dumnie wyprostowanego i dzielnie podążającego przed siebie. Owładniętego namiętnościami, ale i goryczą. Świadomego swego przemijania i wieloznaczności ról, które w życiu odgrywał. Pisarza natchnionego i wiecznego, do ostatnich chwil mocującego się z ołówkiem...

Annie Król pozostają szczątki śladów po Iwaszkiewiczu, ale bardzo dobrze wykorzystuje to, co ujrzy lub o czym usłyszy. Spośród ponad tysiąca przedmiotów skompletowanych w Stawisku autorka wyławia wzrokiem te, dla których do tej pory nikt nie stworzył historii. Fantazjuje ze swadą i ujmującą niezwykłością, ale trzyma się jednocześnie faktów, interpretując je po swojemu. Myślę, że "Rzeczy" to odpowiedź na pytania, które Król latami zadawała sama sobie. Że ta książka była potrzebna przede wszystkim dla złagodzenia objawów rozpaczliwej niemocy. Bo nie o pojęcie faktów oraz ich połączenie tutaj chodzi. Annie Król towarzyszy pewna specyficzna wrażliwość i ta narracja pomaga jej odnaleźć się w świecie, do którego chciała dotrzeć inaczej niż inni, a może nawet drogą dla innych niedostępną. Dzięki temu czytamy o tych wszystkich doświadczeniach z życia Jarosława Iwaszkiewicza, którym nie tylko nie poświęcono należnej uwagi, ale i nie odczytano ich z właściwej perspektywy. Dość surowy profil i papieros w ustach na okładce to pewna brama, przez którą Anna Król przedarła się gdzieś głębiej. Można ulec iluzji, że była przy swoim bohaterze w tych wszystkich intymnych momentach, których nie śmiałby opisać nawet w pamiętniku. Była, przyglądała się, rozumiała więcej. A może inaczej. Iwaszkiewicz byłby dumny z takiej książki o sobie. My możemy przyjrzeć się jego życiu poprzez powroty Anny Król, których on sam nie mógł już doświadczyć. To bardzo prywatna próba zatrzymania czasu w momentach najbardziej znaczących. Nie dla samej literatury, lecz dla wrażliwości twórcy, któremu literatura pomagała w zmaganiach ze światem. O kilku ich rodzajach jest mowa w "Rzeczach".

Zaczyna się od pogrzebu, kończy na swoistej metafizyce. To dość znaczące, bo udowadnia, iż Król podąża śladami niejednoznacznymi po kimś, kto nie zaprzeczy żadnemu domysłowi czy fantazji ani ich nie potwierdzi. Tak wiele możemy się tylko domyślać, choć przecież Iwaszkiewicz przeżył długie życie. Przetrwał wiele, może nazbyt wiele. Zbyt wielu bliskich ludzi musiał żegnać. W tej długiej drodze towarzyszyła mu samotność, pewien rodzaj niezrozumienia świata i poczucie przemęczenia nim. Anna Król tworzy swoje narracje, by oddać klimat dni trudnych i osobowości naznaczonej przez tak wiele doświadczeń, że nigdy w żaden sposób nie można będzie spojrzeć na Jarosława Iwaszkiewicza jednoznacznie.

Bolesna była jego bezradność kilka lat przed śmiercią. To oczekiwanie tego, co nieuniknione, i niemoc, dla której nigdy tak naprawdę nie miał miejsca w swoim życiu. A było to życie pełne namiętności. Król rekonstruuje trudy relacji z żoną. Anna Iwaszkiewiczowa ukazywana jest jako swego rodzaju heroina. Musiała mierzyć się z własnymi demonami, ale i sama odpędzała demony Jarosława. Pogodzona z jego bolesnymi dla niej uczuciami, wspierała na łożu śmierci kochanka, rozumiała konieczność rozdziału emocji oraz uczuć, cementowała związek spokojem i specyficzną formą przywiązania. On zaś - kochający mąż, ojciec, bardzo przywiązany do tego rodzaju kobiecego ciepła i pewności, jaki zawsze był prezentowany przez Annę. Trudny związek i silna więź. Poczucie stabilizacji i punkt odniesienia dla wszystkich działań Iwaszkiewicza, także dla jego romansów. Małżeństwo twórcy kazało mu wciąż na nowo sprawdzać siebie i swoją zdolność do bycia z kimś naprawdę. Bez względu na wielość bodźców i kuszących innych egzystencji, w których można byłoby się zanurzyć, kochając szaleńczo i gwałtownie...

Jarosław Iwaszkiewicz starał się jednak wypracować pewną harmonię - przede wszystkim w życiu publicznym. Anna Król usiłuje zrozumieć, czy związki z polityką i dyplomacją były dowodem konformizmu, czy może mądrości życiowej. Portretuje Stawisko jako miejsce, gdzie mimo historycznego zamętu każdy zawsze odnajdywał namiastkę spokoju. Usiłuje dojrzeć w Iwaszkiewiczu ten rodzaj siły i determinacji, dzięki któremu pisarz mógł egzystować w trudnym systemie politycznym, zachowując wierność sobie i rozważnie idąc na wszelkie kompromisy. Ta jego wielkość jest w tej książce potraktowana wielce symbolicznie. Król szuka tych aspektów życia Iwaszkiewicza, w których dominował nad innymi poprzez rozwagę lub rozsądek, z jakimi miewali problemy jego znajomi z różnych kręgów.

Ta książka to także opowieść o przywiązaniu do miejsc, które zawsze nosi się w sobie. Zakopane, Sandomierz, Paryż. Miasta tworzące własne historie i historie naznaczające drogę twórczą Iwaszkiewicza na zawsze. Miejsca wydające się wiecznie niezmienne - na przekór wszystkim zmianom, które Iwaszkiewicz odnotowuje w swych intymnych zapiskach. Trzeba znaleźć odpowiednią perspektywę, by o tym i powyżej wspomnianym napisać z rozsądkiem i racjonalnie. Bez nadmiernej egzaltacji, ale także bez uciekania w skrajny subiektywizm i ferowanie wyroków. "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" to książka nowatorska na kilka sposobów, ale jednocześnie wierna prawdzie. Wierna twórcy, dla którego warto przenieść się w czasie i spróbować nazwać ten czas w innych kategoriach, w innym wymiarze. Anna Król kłania się Iwaszkiewiczowi, współczuje mu, opłakuje go i cieszy się z tych wzlotów, dla których był gotów zapominać o mrokach przeszłości i podążać dalej. To książka o wędrówce raz rozpoczętej i niemożliwej do zakończenia. Podążanie śladem cienia pozostawionego przez Jarosława Iwaszkiewicza nie ma bowiem końca. Nawet wtedy, gdy trzeba wzywać na pomoc duchy.

2015-11-26

"Dziewczyny, które zabiły Chloe" Alex Marwood

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 4 listopada 2015

Liczba stron: 448

Tłumacz: Magdalena Koziej

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Napiętnowane

Niesamowita książka. Wdziera się gdzieś głęboko pod skórę, zostaje w umyśle i zaczyna się dopiero w momencie, w którym kończymy lekturę. Dlaczego? Alex Marwood doskonale manipuluje czytelnikiem. Cały czas zapewnia mu pozorny komfort kontrolowania przebiegu narracji, by dołożyć w zakończeniu zaskakującą woltę, a także pozostawić w niemym pytaniu o to, co naprawdę wydarzyło się między trzema dziewczynkami w 1986 roku i co z tego pozostało w nich dwóch do dzisiaj. Tak sprawnie zorganizowane narracje przywracają wiarę w literaturę rozrywkową, która inteligentnie porusza się po tych społecznych i socjologicznych zagadnieniach zmuszających do zastanowienia nad tym, co powiedziałoby się, zrobiło, jak zareagowało na miejscu dramatycznie osamotnionych bohaterek. Tych, które zostały naznaczone piętnem na całe swoje życie i które uciekają od lęku i wstydu, budując sobie iluzoryczne bezpieczne światy wśród bliskich sobie ludzi. Ile będą gotowe poświęcić, by odium z przeszłości wreszcie je opuściło? Co zrobią, gdy któregoś dnia ich tajemnica zostanie zagrożona, a przybrane tożsamości boleśnie odsłonią te dwie rzekomo okrutne nastolatki, które 25 lat temu brytyjska opinia publiczna nazwała potworami?

Jade i Bel przed laty popełniły błąd. Wzięły na siebie odpowiedzialność za kilkuletnią Chloe, a już niebawem odpowiadały w sądzie za morderstwo dziewczynki. Wtedy znienawidzili je wszyscy. Dla takich jak Jade i Bel pozostawało tylko piekło. Tkwią w nim po wielu latach. Nawet wówczas, gdy udało im się wyjść na zwolnienie warunkowe, ukryć przed światem, zbudować w miarę stabilne życie rodzinne, odpuścić światu jego wygrażanie pięściami. Bohaterki Marwood biernie poddały się presji opinii publicznej. Z pokornie pochylonymi głowami wzięły na siebie wyrok. Protest na nic się nie zdał. Osądzono je nie tylko na sali sądowej. Jade z patologicznej rodziny była tym, po kim można było spodziewać się najgorszego, ale dobrze wychowana Bel, która opływała w dostatki i zupełnie przypadkowo stanęła u boku Jade? Przecież znajomość dziewczyn trwała raptem jeden dzień. Dzień, który zaważył na ich dalszym życiu. Dzień, w którym stały się potworami, i czas, kiedy świat zapamiętał je w jedyny możliwy sposób - karykaturalny, lecz wyraźny. Takie brzemię wydaje się nie do udźwignięcia. A jednak dziewczyny dają radę. Czy na pewno?

Kirsty jest dziennikarką zajmującą się zbrodniami, czyli tym, co czytelnicy lubią najbardziej, gdy otwierają poranne wydania gazet i mogą samodzielnie ferować wyroki, opierając się na opiniach ludzi, którzy błądzą we mgle faktów jak oni sami. Kirsty ma dom, dzieci, męża. To nic, że Jim bywa czasami obcesowy i złośliwy. Kirsty wie, że to, co z nim zbudowała, warte jest wszelkiej walki, gdy trzeba będzie zachować pozory normalności. A z nimi będzie coraz trudniej, gdy kobieta przypadkiem wplącze się w sprawę, która zmieni jej życie nie tylko dlatego, że jest głośna i kontrowersyjna.

W kręgu dziennikarskiego zainteresowania znajdzie się Amber. Sprzątaczka w lunaparku pewnego prowincjonalnego nadmorskiego miasteczka, która odkrywa zwłoki młodej dziewczyny. To już kolejne pojawiające się w Whitmouth, elektryzują opinię publiczną. Seryjny zabójca w miasteczku, które żyje po to, by bawić turystów - to może działać na wyobraźnię, ale przede wszystkim wywołuje lęk. Amber konfrontuje się ze śmiercią nadzwyczaj spokojnie. Może dlatego, że taka konfrontacja nie jest dla niej niczym nowym. Podobnie dla Kirsty. Dziennikarka pozna tę, która odkryła zwłoki. To spotkanie zmieni wszystko. Nietrudno się domyślić, kto z kim się spotka. Ale przecież nie wiemy, co tak fatalnie ukształtowało relacje obu kobiet i która z nich będzie teraz bardziej zdeterminowana, by tajemnicę sprzed 25 lat uchronić przed dziką opinią publiczną - ta przecież za wszelką cenę szuka sobie ofiar i bez większych refleksji uznaje je za pozbawionych ludzkich odczuć osobników, których najlepiej zlinczować.

Amber ma również wiele do stracenia. Sześcioletni związek z przystojnym Vikiem to ostoja spokoju i błogości. Amber poukładała sobie relacje z otoczeniem w taki sposób, że jest lubiana i ceniona, a prawie każda kobieta zazdrości jej wspaniałego mężczyzny. Spotkanie z Kirsty będzie początkiem koszmaru, w którym ziszczą się te wszystkie okrutne wyobrażenia, jakie Amber snuła wtedy, gdy miała za dużo czasu na myślenie. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Spokój się ulotni, a iluzja stabilizacji boleśnie objawi swoją fasadowość.

Marwood opowiada o kobietach stłamszonych przez poczucie winy i o ludziach, którzy nie są świadomi prawdy - być może mogącej zabić. Kirsty i Amber codziennie ryzykują wiele, ale spotykając się i wskrzeszając demony przeszłości, stawiają na szali całe swoje dotychczasowe życia. Ich konfrontacja przyćmi nawet intrygę kryminalną i oddali nasze zainteresowanie od nadmorskiego seryjnego mordercy. Być może dlatego, że łatwo się zorientować, kto nim jest i nie to, zdaje się, najważniejsze dla autorki. Alex Marwood opowiada o konsekwencjach złego postępowania i o skomplikowanym procesie resocjalizacji. O poczuciu, że być może skazane jednoznacznie zbrodniarki otrzymały jednak dwie różne szanse od losu i że którejś z nich wszystko może się posypać dużo łatwiej niż tej drugiej. "Dziewczyny, które zabiły Chloe" to przede wszystkim fascynująca książka o istocie zbrodni, jej wpływie na dalsze życie oraz o bolesnej samotności pośród ludzi - cenie za to, że kiedyś ludzie ci byli w stanie życzyć śmierci i odebrać każdą cząstkę człowieczeństwa, bo potwór z ludzką twarzą jest łatwiej identyfikowalny niż szereg niejasności co do motywacji zbrodni.

Przeszłość u Marwood jest opresyjnym czasem, z którego wpływów nie sposób się wyzwolić. Ta książka kreśli także dramatyczne losy tych, dla których ekspiacja to za mało, bo świadomość okrutnego czynu pozostawia bolesny ślad, każe czuć się gorszym. To także opowieść o hipokryzji społecznej. O tym, że łatwo akceptujemy status rodziny i związku, ale rzadko kiedy jesteśmy w stanie pojąć osobnego zbrodniarza. Ironicznym obserwatorem, istotną postacią drugiego planu, ciapowatym gnębicielem i mizoginem jest w tej narracji niejaki Martin. Wciąż w gniewie i frustracji widzi i czuje więcej. Poddaje się impulsom i czyni zło. Podąża przed siebie, kierowany obsesjami i frustracją. Jest skłonny zabić. Czy Martin to ta część nas samych, której nie potrafimy się zawstydzić? Świetnie skonstruowana, porywająca od pierwszej do ostatniej strony książka o tym, że rzadko kiedy możemy mieć wpływ na to, jak wygląda nasze życie, ale zawsze jesteśmy w stanie wybrać. A czasem się poświęcić dla spokoju ducha kogoś innego. Intrygujące i przyciągające mroczną siłą. Polecam!

2015-11-24

"Podkrzywdzie" Andrzej Muszyński

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 18 listopada 2015

Liczba stron: 190

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: We wsi niebieskich domów...

Pięknie pisze Andrzej Muszyński. Ci, których zachwyciły opowiadania ze zbioru "Miedza", będą bardziej niż usatysfakcjonowani. Nie tylko dlatego, że tematycznie "Podkrzywdzie" jest i kontynuacją, i rozwinięciem krótkich tekstów w postaci dojrzałej, poetyckiej powieści o zatrzymaniu czasu w tym właściwym momencie, w którym można przyjrzeć się sobie i własnym doświadczeniom przez pryzmat bliskości kogoś, komu nieodległa była przede wszystkim natura, jej rytm, specyficzna nomenklatura i ten łagodny rodzaj bezkompromisowości zawsze wymagający dostosowania się. Muszyński sprawia, że odium lekturowych opisów przyrody może zniknąć - w tej prozie to one będą chyba najważniejsze, od nich wszystko się zacznie, z nich wydobędzie, będą budzić podziw i zachwycać, a przede wszystkim intrygować. Bo "Podkrzywdzie" to opowieść o tajemnicach ukrytych we wsi niebieskich domów, w okolicznej pustyni, w bliskości zwierząt domowych i w lokalnej mitologii urastającej do rangi opowieści o dorastaniu. Nieprzypadkowo w jednej z ksiąg odczytujemy: "Mówią, że stajemy się dorośli, gdy dostrzegamy w sobie brzemię pokoleń, łykowate piętna, które nie pozwalają już wyzbytym wstydu wyzwolić się z gestów naszych dziadków; gdy stajemy się tego w pełni świadomi". Powieściowy dziadek to demiurg rzeczywistości, ale i rozumny przewodnik. Człowiek, którego bliskość wnuk czuje nie tylko wtedy, gdy zbliża się do jego gorącego ciała. Muszyński opowie prawdziwą historię w formie półnarracji. Odda głos tym, którzy sankcjonowali i wyjaśniali świat, a dopowie za nich jedynie to, co konieczne, niewiele.

Inicjacji narratora jest kilka i mają miejsce również w kilku znaczeniach. Ta pozornie najbardziej przyziemna odbywa się w trakcie zabijania i oporządzania drobiu. Niesłychane, jak poetycko można tej proces opisać! Ale to nie o frazę chodzi, choć to przecież ona tak bardzo przykuwa uwagę. Chodzi o ogrom ważnych doświadczeń interpretowanych w czasie, w którym przewodnicy po niezwykłym świecie już po nim nie oprowadzają. Perspektywa jest szeroka, a przecież mocno zawężona. To ta najbliższa okolica penetrowana przez dziadka, który znika, kierując kroki ku enigmatycznemu tytułowemu Podkrzywdziu. Tam, gdzie nie może dotrzeć wnuk biorący na siebie wszystkie dane mu opowieści, smaki, zapachy i te egzystencjalne doświadczenia na zawsze zrośnięte ze światem natury. Opisywane w dziadkowym diariuszu natury oraz perorowaniu miejscowego sędziego i gospodarza, wszechwiedzącego Stójkowego, objaśniającego czasem to, czego dziadek nie jest w stanie wyjaśnić.

Muszyński pisze "Podkrzywdzie" jakby na pohybel bezrefleksyjnemu istnieniu, w którym brak jest pewności zakorzenienia i brak umiejętności podglądania świata w jego różnorodnej formie. Wspomnienia są ważne i głębokie, a bagaż doświadczeń kształtuje na zawsze. Obok tych, dla których doświadczaniem życia była obserwacja pór roku, podporządkowanie się im. Autor ponownie wraca do czasu, dla którego nie znalazł wszystkich kompletnych definicji w "Miedzy". Tu także pyta, dziwi się. Chce zgłębić tajemnice rodzące się nie w słowach, lecz w gestach i zachowaniu. Bo wieś niebieskich domów usytuowała się w opozycji do wielkiego świata. Nie jest nim zainteresowana, bo wszystko, co potrzebne dla wytworzenia właściwego ładu i rytmu funkcjonowania, czerpie z tego, co okoliczne, w zasięgu oka. Trzeba doskonale znać pobliski las i umieć przewidzieć, jakie zjawiska atmosferyczne będą odpowiedzialne za ten pulsujący wyjątkowością świat, który nie poddał się wielości, szaleństwu całej reszty, nie odznaczył swego miejsca na mapie bezrefleksyjnie i bezmyślnie.

Ujmuje ta autorska wrażliwość na detale, ale i pewien rodzaj wrażliwości tak w ogóle. To pokłosie śladów w pamięci, które udało się zachować na stałe. Dziadek jest męskim epicentrum zdarzeń, ich przyczyną i jednocześnie skutkiem. Obok wspomniany Stójkowy ustanawiający własne prawo w trosce o harmonijne trwanie i o niezależność, o którą nie trzeba z czymś lub kimś walczyć. To jednocześnie proza naznaczona melancholią i sporą dozą smutku. Tytułowe Podkrzywdzie stara się być tajemnicą do końca, ale widzimy wyraźnie, że wiele niedopowiedzeń ma nas zatrzymać w takiej dyskretnej zadumie, nie wyzwalać refleksji, czarować dwuznacznością, skrytym mrokiem i zagadką. W świecie, w którym ciekawy otoczenia wnuk zdobywa doświadczenia, podpatrując, nie ma miejsca na jednoznaczne słowa czy zachowania. Wszystko wymaga interpretacji, bo mądrość ukryta jest w tej niebezpiecznie obezwładniającej człowieka naturze, która każe mu żyć cyklicznie i reagować na powtarzalność pór roku, z jakimi wiążą się rytuały i powtarzalne czynności. To taki zaklęty rewir, z którego łatwo jest wypaść, ale dużo trudniej doń powrócić. "Podkrzywdzie" to próba zmierzenia się ze wspomnieniami i wydobywanie z nich sensualnej ważności. Tę prozę czuje się wszystkimi zmysłami. Zagarnia nas zachłannie jak natura, w której ludzkie charaktery są jedynie dodatkiem do uporządkowanego świata niepisanych praw przestrzeganych od zawsze i niewychodzących światu naprzeciw.

Jest też tajemnicze "ono", któremu dedykowana została książka. W proroctwie cechuje się jakąś niszczycielską mocą, ale mimo wszystko przyciąga. To jakiś efemeryczny ślad po istnieniu, którego już nie można odtworzyć z pamięci, ale można tej pamięci pomóc, budując fantazje oparte na wspomnieniach. I dlatego "Podkrzywdzie" w ujmujący sposób opowiada o odkrywaniu samego siebie w mistycznej sieci niezwykłych zależności, których znaczenie ujawnia się powoli. Po rozumnym namyśle. Wtedy, gdy naprawdę chce się ocalić przeszłość od zapomnienia, skoro nie można ocalać ludzi i być koło nich blisko fizycznie.

Andrzej Muszyński zaprasza nas do miejsca, które istnieje tylko w jego wyobraźni. Jednocześnie pisze uniwersalną powieść o ludzkim stawaniu się. O tożsamości wydobywanej z czasu przeszłego, w którym kryje się tak wiele. To powieść o formowaniu się pewnego porządku pozostającego w świadomości na zawsze. Ten misternie nakreślony azymut każący wracać do miejsca, gdzie zaczęła się ludzka ciekawość, ludzka podejrzliwość, fascynacja, przywiązanie i lęk przed niewytłumaczonym. Dziadek to nie tyle przewodnik, co postać z wiecznie śnionego snu. Takiego, w którym jest się sobą w tej najbardziej naturalnej z form. Sobą w bliskości z naturą i niebieskimi domami, w których tuziemcy tworzą swoje prywatne mitologie. To też książka o tym, co niszczy czas, choć przede wszystkim traktuje o jego mocy sprawczej. "Podkrzywdzie" to prywatna wycieczka tam, gdzie porządek określają opowieści i powtarzalne obyczaje. Książka, w której przeczytamy traktat o gnoju, opowieść o kwitnącej igle i wykładnię Pustyni Błędowskiej. Opowie o świecie wizji i fantazji oraz bardzo namacalnym gruncie, z którego wszystko się rodzi i bez którego zbyt wiele potem umiera. Muszyński po raz kolejny pisze o zakorzenieniu i o byciu skądś. Rozważnie, rozumnie i bardzo sugestywnie.

2015-11-22

"Dwa razy życie" Aleksandar Hemon

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 29 września 2015

Liczba stron: 208

Tłumacz: Tomasz Bieroń

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ważne sprawy

Czasem do poznania książki potrzebne jest czyjeś czujne oko i odpowiednia doza wrażliwości. Wojciech Tochman wyszperał tę rzecz w sarajewskiej księgarni. Dzięki szczęśliwemu przypadkowi możemy ją teraz poznać. "Dwa razy życie" to opowieść o trudzie bycia Bośniakiem, o wojnie bałkańskiej, jej "obłąkanej rzeczywistości" i o próbach tej rzeczywistości porządkowania podczas emigracji - najpierw bolesnej, potem wyzwalającej. Aleksandar Hemon z dużą dozą humoru i autoironii kreśli obraz czasu, w którym nic nie było zabawne, a mroczne kontury Sarajewa pozostawionego na pastwę dzikości konfliktu zbrojnego nabierały nowego znaczenia, gdy wspominane były z czułością i nostalgią. Ta wielowątkowa opowieść mówi o prozie życia w dwóch stanach emocjonalnych i przedstawia dwa dramaty ludzkiej egzystencji. Opowiadając o utratach, w finale każe mierzyć się nam, czytelnikom, z najbardziej chyba traumatycznym przeżyciem - wizją śmierci najstraszniejszej z możliwych. To historia o budowaniu własnej przestrzeni wewnętrznej, której nie może naruszyć wojna i która egzemplifikuje podwójny los okupiony wyrzeczeniami. W tej przestrzeni intymności kryje się rozerwana między dwa kraje tożsamość - przepełniona lękiem, gniewem, smutkiem, ale także siłą woli. Otrzymujemy zatem książkę o przeżywaniu świata gdzieś do wewnątrz i o całej bezkompromisowości bycia na zewnątrz siebie. Bo tym światem należy się dzielić z innymi, opisując go na tyle uniwersalnie, na ile pozwala pochodzenie oraz poczucie tego, kim i przede wszystkim gdzie się jest.

Hemon podejmował w życiu wiele aktywności. Opowiada o czasach, w których na przekór jugosłowiańskiemu socjalizmowi eksperymentował z formą i treścią wyrazu swego rozczarowania światem. Kontestował go najlepiej jak umiał, a wszystko w tragicznym przeczuciu końca przynależności do jakiejś grupy, "rai". Bośniacka dusza musiała bowiem unieść dużo więcej niż inna. Wtedy, gdy zaostrzał się konflikt, gdy pojawiał się problem postrzegania inności i gdy człowieczeństwo było niewystarczającą etykietą identyfikacji, a wróg pojawił się przede wszystkim w mentalności skażonej chorymi ambicjami chcących być historycznymi wodzami. Autor wspomina: "Długo usiłowałem zrozumieć, dlaczego wszystko, co znałem i kochałem, zostało brutalnie zniszczone". Ta książka jest pokłosiem tych przemyśleń. Hemon nie doświadczył wojny bezpośrednio, ale jej oblicza zostały w nim utrwalone przez obrazy i opowieści. Przede wszystkim bliskość przyjaciela cierpiącego na stres pourazowy. Tego, który zabrał ze sobą okrutne wspomnienia, by pozwolić im dopaść się w miejscu, gdzie wojny nie znano i nie sankcjonowano. Ta opowieść o nieprzewidywalności tego, co się wydarzy, idzie w parze z wyraźnymi oskarżeniami. Przede wszystkim wobec odpowiedzialnych za terror i ten rodzaj szaleństwa, które trudno było tłumaczyć komuś po drugiej stronie globu. "Tylko ci, którym nie zależy, którzy potrafią umniejszyć albo skasować wartość innych ludzi, wychodzą z wojny bez szwanku i mówią później o wojennej chwale". Hemon postanawia opowiedzieć o własnym smutku i ranach innych. Przede wszystkim o poranionym Sarajewie, które nigdy już nie będzie takim samym miastem jak kiedyś...

"Dwa razy życie" to pozornie chaotyczna narracja o ważnych sprawach w szalonym tyglu. Te wspomnienia wzajemnie się uzupełniają, ale jednocześnie każą nam wędrować z autorem po różnych miejscach - geograficznie i mentalnie. Hemon pisze o takim rodzaju zakorzenienia w innym kraju, który zrodził się z lęku, ale stał się częścią jego nowej tożsamości. Bośniacka dusza została uwięziona w pozornie bezdusznym Chicago, gdzie każdy dba o zabezpieczenie własnej prywatności i gdzie nie ma gwaru znanych i oswojonych miejsc oraz tembru głosu ludzi zdeterminowanych, by żyć w gromadzie. W Sarajewie obok świstu kul odbyło się też i wesele. Obok terroru wciąż tkwili ludzie wierzący, że nawet celujący w okna snajper jest kimś dobrym i łaskawym. Sarajewski rytm życia nie został zrujnowany przez wojnę. Ten nowy, amerykański, wymagał od Hemona wielu wyrzeczeń. Przede wszystkim jednak zmiany postrzegania rzeczywistości, która tylko na początku wydawała się całkowicie obca. Autor pochłaniał tę obcą amerykańskość tak zachłannie i kompulsywnie, jak wcześniej lektury w górskim zaciszu, gdy wojna była tuż-tuż i zburzony porządek mogły rekompensować jedynie fikcje literackie.

Mimo ukazania wielu utrat i przykrych doświadczeń Bośniaka - emigranta narracja ta emanuje wielką siłą i prawdziwym optymizmem. Hemonowie - jak to zostało opisane we wspomnieniu z Włoch - w każdej katastrofie mogą odnaleźć radość życia. Dlatego ta książka to symboliczna opowieść spełnionej drogi. Poczucia, że jest się na właściwym torze i że postępuje się słusznie. Nie traci wrażliwości ani poczucia tego, czym dla człowieka jest nowe miejsce i jak powinien je postrzegać. Aleksandar Hemon ma dar pięknego pisania o rzeczach niewyobrażalnie okrutnych. Dystansuje nas wobec wojny, ale jednocześnie bezpardonowo z nią rozprawia. Wyraża moralny bunt wobec zjawiska przemocy i skazania na nie wszystkich tych, którzy nie potrafią się obronić przed bezkompromisowością losu. Opowiada o tym, kiedy trzeba znieść cierpienie pokornie, a kiedy należy się mu przeciwstawić. Fantazjuje o świecie, w którym już go nie ma, i o ludziach, którym odebrano być może szansę daną mu w USA.

"Dwa razy życie" to historia o bezsensie i przypadkowości śmierci, ale przede wszystkim o celowości ludzkiego istnienia, o szacunku do niego i o tych sposobach zgłębiania świata, z którymi wiąże się zdziwienie oraz akceptacja. Wojna, która zaburzyła funkcjonowanie społeczności, z której wyrósł Hemon, nie odebrała mu tej czułości i empatii, z jakimi dusza Bośniaka może podarować dalekiemu światu wszystko to, co w człowieczeństwie najlepsze. Wzruszająca i dramatyczna jednocześnie historia o stawianiu się odpowiedzialnym sobą to także specyficzna anatomia emigracji. Świadomej i dającej nadzieję. Pozwalającej na planowanie i budowanie poczucia pewności tego, że rzeczywistość wokół nie zachwieje się w posadach, gdy wspomniana przestrzeń wewnętrzna wolna będzie od strachu i uprzedzeń. Takich książek - wyznań powinno się czytać wiele. Przede wszystkim po to, by zrozumieć, czym jest szacunek do samego siebie, i w jaki sposób kształtuje się poszanowanie tego, co inne. Także tego, co boleśnie stygmatyzowało w Bośni i o czym nawet po latach opowiada się z trudem. Poruszająca książka!

2015-11-19

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 21 października 2015

Liczba stron: 328

Tłumacz: Jan Kraśko

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Pod wpływem emocji...

Głośne książki mają to do siebie, że czasami jest o nich za głośno. W tym przypadku wystarczyło, że Stephen King miał jedną bezsenną noc, by na bazie jego subiektywnego sądu zbudować wrażenie mistrzowskiego arcydzieła w swoim gatunku. "Dziewczyna z pociągu" to thriller grubymi nićmi szyty. Tak grubymi, że chwilami muszą unieść ciężar łączenia namnożonych tajemnic, których odkrywanie nie jest z pewnością jakimś frapującym procesem. Można by powiedzieć, że Hawkins napisała książkę o tych wszystkich ludzkich emocjach, które wszyscy doskonale znamy. O roli przypadku, kiedy działamy irracjonalnie, i o konsekwencjach tego, że dość intuicyjnie wybieramy sobie partnerów do związku. Warstwa obyczajowa jest wiarygodna, ale tematycznie wtórna. Wykorzystany już wielokrotnie motyw amnezji z pewnością podnosi czytelnicze ciśnienie, ale to dość prosty chwyt na powieść z suspensem. Myślę, że przed wyjątkową pospolitością ratuje tę książkę fakt, iż doskonale obrazuje ona, w jaki sposób działamy i myślimy pod wpływem wzburzenia, zranionych uczuć i zaprzepaszczonej szansy na spokojne życie, którego fundamenty w pocie czoła i z nadzieją budowaliśmy. Odnosi się wrażenie, że większość bohaterów "Dziewczyny z pociągu" działa irracjonalnie, ale to właśnie sploty wydarzeń podyktowane impulsami, a nie zdrowym rozsądkiem, budują mroczną historię o nieszczęśliwych związkach i o kobietach, które nie były na tyle odważne, by naprawdę wziąć za siebie odpowiedzialność.

Rachel tkwi w życiowej pustce. Rozpamiętuje związek z Tomem, który zdążył odkryć szczęście u boku innej kobiety. A ta szybko zajęła miejsce i dom Rachel. Bohaterka zmaga się z traumą wspomnień oraz z alkoholem, którego nadużywa. Mieszka kątem u przyjaciółki w Ashbury i codziennie dojeżdża do pracy w Londynie pociągiem. Tyle tylko, że to dojeżdżanie jest w pewnym momencie jedynie utrzymywaniem pozoru i zachowywaniem pięknej iluzji, bo nałóg Rachel pozbawia ją posady. Nieszczęśliwa samotniczka, która nie może wybaczyć byłemu mężowi odejścia, tkwi w świecie własnych rojeń o rzeczywistości budowanej przez jej wyobrażenia. Projekcją pięknego życia w związku jest to, co widzi codziennie z okien pociągu. Zagląda do mieszkania idealnej pary. Rachel za taką ją uznała. Oni mają wszystko to, czego pozbawił ją los - siebie oraz poczucie sensu i tę nieuchwytną ekstazę miłosną objawiającą się czułymi gestami podglądanymi z oddali. Rachel projektuje sobie na nieznajomą parę wszelkie swoje pragnienia i wszystkie marzenia, które z czasem - niespełnione - zamieniły jej życie w pełną goryczy, bezsensowną egzystencję. Jakże będzie zdziwiona, gdy pewnego dnia ujrzy coś, co przekłuje bańkę mydlaną jej wyobrażeń i ukaże parę widzianą w oknie z zupełnie innej perspektywy...

Paula Hawkins konfrontuje swoją bohaterkę z lękami i frustracją, ale jednocześnie buduje drugi tragiczny życiorys. Podglądająca nie wie nic o podglądanej, a ich losy splotą się w zaskakujący sposób, kiedy Rachel postanowi uratować cokolwiek, co zostanie jeszcze ze związku pary widzianej z okna pociągu. Borykając się ze wspomnieniami i byłym mężem, Rachel wchodzi w sieć toksycznych zależności i zaczyna zachowywać się podejrzanie. Pewnego dnia jedzie w znane sobie okolice i zapomina, czego tam doświadczyła. Ktoś ją zranił, bolesne ślady na ciele wyraźnie o tym świadczą. Coś niepokojącego wydarzyło się wówczas, gdy pijana Rachel pojawiła się przy Blenheim Road - nieopodal mieszkania idealnej pary z okna i tuż obok własnego domu, w którym jej mąż żyje obecnie z inną kobietą.

Główna bohaterka tej książki jest labilna emocjonalnie, zachowuje się jak zaburzona nastolatka i swym irytującym działaniem przysparza wszystkim wokół kłopotów. Sama zdaje się nie wyciągać wniosków z tego, co przeżywa. A może wyciąga je pochopnie, bo każda osoba, z którą zmuszona będzie się skonfrontować, by wyjaśnić zagadkę nietrzeźwej nocy, odciśnie na niej mroczne piętno. Rachel żyje i ma się dobrze, ale znika ktoś, kto do tej pory był symbolem perfekcyjnego życia. Pojawi się coraz więcej wątków i tajemnic. Będzie mowa o różnych obliczach zdrady, nieszczęśliwym macierzyństwie i o mężczyznach, dla których stałość w związku to pojęcie dość skomplikowane do zrozumienia, zwłaszcza przez ich partnerki. Intryga zawiązuje się bardzo szybko, ale nie wyjdzie zasadniczo poza pękające filary opisywanych związków, nie ma zatem większego zaskoczenia i nie zdziwi fakt, że rozwiązanie najważniejszej zagadki przyjdzie do nas dużo szybciej niż do pokrzywdzonej przez los i zagubionej w swych emocjach Rachel. A tak się chyba nie powinno dziać w rzekomo mistrzowskim thrillerze...

Paula Hawkins opowiada o tym, do czego możemy się w życiu posunąć, by stać się dla kogoś osobą ważną i niezastąpioną. Ukazuje cały szereg kompromisów, na jakie idziemy z samymi sobą, by dopasować się do drugiego człowieka i czuć przy nim spełnienie. To książka o rozpaczliwej walce ze wspomnieniami i bolesnej drodze wychodzenia gdzieś poza nie. O niemożności bycia szczęśliwym w pojedynkę. O wiecznej tułaczce emocjonalnej i o tym, że drugi człowiek może do siebie przywiązać w toksyczny sposób. Autorka świetnie oddaje tę nieobliczalność działań w afekcie, skrupulatnie opisuje mroczne anatomie zemsty, jest obok swoich bohaterów z nerwami na granicy wytrzymałości, dodatkowo wbijając w nich bolesne szpile - by odczuwali intensywniej, pogrążali się w rozpaczy, porzucili logikę myślenia i oddali się tylko przeżywaniu. "Dziewczyna  z pociągu" to thriller o utratach, których nic nie jest w stanie zrekompensować i o ludziach, którym daleko do angielskiego flegmatyzmu - spalają się w sobie i są gotowi do naprawdę ekstremalnych rozwiązań, by zapewnić sobie spokój i uciszyć rozedrgane serce.

Czytelnik będący psychologiem niewiele miałby do powiedzenia o uwarunkowaniach, w jakich ujawniają się takie, a nie inne cechy bohaterów książki. Wszystko jest nadzwyczaj czytelne, a frajdę sprawia przede wszystkim łączenie zdarzeń w logiczną całość, bo ta całość od początku istnieje, jest mrocznym pokłosiem zranionego zaufania i niepewności. Żaden związek nie daje bowiem komfortu, że oto mamy drugiego człowieka na własność. Żadna z kobiet u Hawkins nie może być pewna najmniejszego nawet przejawu stabilizacji. Każda gotowa do wszystkiego, by tylko walczyć o to, co dyktowane przez serce. Czułość i zbrodnia, delikatność i pewna dzikość. Bezkompromisowość działań i niemożność opanowania drżenia serca oraz rąk. Wszystko zgrabnie opisane, posklejane ze sobą w spójną całość. Wszystko jednocześnie tak bardzo oczywiste, tak boleśnie przewidywalne i tak szaleńczo blisko prozy życia. "Dziewczyna z pociągu" jest książką o tym rodzaju życia wewnętrznego, który jest wstydliwy i zachowujemy go dla siebie. To też opowieść o kilku możliwych rodzajach zdrady i o tym, żeby nie pić za dużo poza domem, bo może to mieć naprawdę nieobliczalne konsekwencje. To dobry materiał na scenariusz filmowy. Literacko ani tematycznie - nic nadzwyczajnego.

2015-11-17

"Medgidia, miasto u kresu" Cristian Teodorescu

Wydawca: Amaltea

Data wydania: 23 kwietnia 2015

Liczba stron: 314

Tłumacz: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Opowieści czasu minionego

Narracja Cristiana Teodorescu przypominała mi "Łomskie opowieści" Emila Andreeva. Dlaczego? Nie chodzi nawet o geograficzną bliskość, w której bułgarski Łom i rumuńska Medgidia biorą na siebie rolę niemych bohaterów opowieści o miejscach zachowanych w pamięci poprzez ludzi i ich wspomnienia. Te dwie książki łączy wielka czułość w portretowaniu rodzinnych stron. Andreev i Teodorescu chcą ocalić od zapomnienia przestrzeń, która u każdego z nich ukazana jest inaczej. Bułgarski pisarz nieco mitologizuje w konwencji baśniowej i gdzieś na granicy tego, co realne i tego, co zmyślone. "Medgidia, miasto u kresu" to zbiór bardzo realistycznych opowieści, w których czają się niepokój oraz ciągła śmierć w wielu mrocznych odmianach, u Andreeva na przykład zastąpiona znikaniem. Teodorescu składa pożegnalny ukłon miejscu, którego kształty się zatarły i które przepadło gdzieś w rumuńskiej niepamięci, pozostając w sercu i wspomnieniach autora. Andreev natomiast fantazjuje, by stwarzać. Jego koncepcja miasta ma wymiar symboliczny i wynosi je gdzieś ponad codzienność maskowaną konwencją z pogranicza jawy i snu. Cristian Teodorescu pisze, by ocalić pamięć i prawdę. Ta opowieść ma być buntem wobec pokoleniowego zamazywania faktów i odbierania Rumunom możliwości patrzenia na świat taki, jakim był naprawdę. Te bliskie sobie książki dzieli mimo wszystko wiele. W "Medgidii, mieście u kresu" wyczuwa się pewną bezkompromisowość losu i cuchnący oddech Historii, od którego chcą się uwolnić zapomniani przez główny nurt życia mieszkańcy rumuńskiej prowincji.

Autor wyjaśnia celowość skupienia się na dwóch burzliwych dekadach rozpoczynających się rokiem 1938. W historii Rumunii miały wówczas miejsce wszystkie najokrutniejsze dla człowieka zjawiska. Nasilenie antysemityzmu, rozwój neonazizmu, terror, deportacje i masowe zagłady, ale przede wszystkim niebezpieczna orbita wpływów Niemiec i Rosjan, która na zawsze naznaczyła rumuńską codzienność skazą milczenia oraz koniecznością zacierania przykrych faktów. Wojna oraz komunizm destabilizowały Rumunię niczym najbardziej złośliwe nowotwory. Teodorescu opowie historię miasta i jego mieszkańców, którzy na różne sposoby starali się uciec od mrocznej Historii w tle, budując swoje własne prywatne historie i zabezpieczając rodzinne mitologie przed niszczącym wpływem opresyjnego systemu politycznego. To książka - epitafium. Zaskakująco wieloznaczna, ale też brutalnie szczera. Opowieść podzielona na wiele mniejszych. Rzecz niespotykanie czuła i przepełniona melancholią, ale jednocześnie dosadnie przejmująca, drapieżna chwilami, niepokojąca i ujawniająca nie tylko absurdy, lecz przede wszystkim tragizm życia w mieście, które nie uległo najeźdźcom i wiecznym zmianom, a poddało się czasowi - sprawiedliwemu władcy niezwykłej przestrzeni gdzieś na rumuńskiej prowincji.

W Medgidii każdy żyje własnym życiem, ale z różnych powodów wszyscy muszą też podglądać życie innych. W mieście czas się nie zatrzymuje, a drapieżna Historia zaznacza swoje ślady, pustosząc na przykład lokalną społeczność z mężczyzn, którzy znikają na froncie. Medgidia to konglomerat różnorodności ludzkiej. Żyją tu obok siebie przedstawiciele trzech religii monoteistycznych. Codzienność ubarwiają rozmowy, kłótnie, przyjemności w domu uciech czy lokalne rozrywki o zgoła odmiennym niż erotyczny charakterze. Stefanek Theodorescu prowadzi restaurację - wolną od wojny i powojennych wpływów tylko do momentu, w którym może się im oprzeć. U Stefanka można dobrze zjeść przed podróżą albo po niej. Pobliski dworzec to okno ku złowrogiemu światu, którego nikt tak naprawdę nie jest ciekawy, gdyż bezpieczniej jest przycupnąć obok, przeczekać. Medgidia to także symbol ładu rozpadającego się pod wpływem coraz liczniejszych śmierci. Autor boleśnie zaznacza ich różnorodny charakter. Umieranie u Teodorescu jest zaskakujące, groteskowe, zagadkowe i brutalne. Te nagłe odejścia znamionują docierające na prowincję fale terroru. A jednak miasto i jego mieszkańcy trwają w pewnym porządku i we właściwej hierarchii. Opowieści ukazują barwną obyczajowość oraz specyficzny porządek społeczny. Zacierają granice między tym, co bezwzględne i nieuniknione, a całą masą drobnych i ważnych spraw, z którymi trzeba sobie radzić na co dzień.

Codzienność portretowanego miasta ujmuje pewnym rodzajem liryczności oraz zaskakującym dowcipem. Tam, gdzie należy się bać i wyczekiwać czegoś złego, co zburzy porządek, toczy się walka o zwyczajne przedmioty, o sprawy historycznie nieistotne, lecz ważne dla funkcjonowania miasta. Drobne sprawy urastają do rangi najważniejszych przede wszystkim po to, by odepchnąć ten mroczny rys Historii, który odbierał barwy kolorytowi Medgidii wolnej i osobnej. W miasteczku znajdują się ludzie radzący sobie z wielkim trudem i tacy, którzy zyskują na kolejnych zmianach - dostosowawczy i sprytni jednocześnie. Są też tacy, których męczy zaduch prowincji, jak kelner restauracji, niegdyś obsługujący klientów Orient Expressu, dziś niebezpiecznie zatrzymany w czasie i przestrzeni, do których nie może się dopasować. Są tacy, dla których wojna i zmiany ustroju nie są istotne, bo ważna jest dla nich prywatna przestrzeń i szereg osobistych oczekiwań względem samych siebie - świat nie ma im niczego do zaoferowania. Są ludzie, którzy muszą odejść i tacy, co powracają. Zrośnięci z miastem i mocno wrośnięci w nie. Rozpaczliwie samotni, ale jednocześnie na tyle pogodni, na ile można być pogodnym w świecie bez barw, bez smaku i bez nadziei. A jednak jest kolorowo i dynamicznie w świecie Cristiana Teodorescu, który wyraźną kreską i z czułością do szczegółów odmalowuje obraz miejsca, w którym lokalne szczęście ważniejsze jest niż dobro ojczyzny oraz strach o jej kształt w najbliższej przyszłości.

"Medgidia, miasto u kresu" to ponad setka barwnych opowieści, w których mieszają się postacie rzeczywiste i fikcyjne, by zaznaczyć tę wyraźną bliskość brutalnej prawdy i czułego zmyślenia. W tej książce śledzimy losy tych, dla których zmienność jest stanem akceptowalnym, ale sami nie chcą być zmienni, bo utarli sobie szlaki w sieci własnych przyzwyczajeń i dziwactw. Humor w tej narracji jest niezbędny, by oddalić choć na chwilę duszną atmosferę wyczekiwania na kolejną zmianę. Śmiejemy się, ale i gorzko płaczemy z tymi, którym nie udało się albo zbudować albo zachować swej małej stabilizacji. Żegnamy odchodzących z powodów politycznych i tych, którzy dokonali własnych wyborów, biorąc na siebie wszelkie ich konsekwencje. Medgidia ma w sobie witalną moc, ale wiemy dobrze, że to opowieść o nieodwracalnej utracie. Rozumianej bardzo szeroko i bardzo głęboko przejmującej. To nie tylko opowieść o Rumunii, w której większość bohaterów stara się zbuntować wobec zamazywania ich pamięci. To przede wszystkim sentymentalny powrót do czasu i miejsca znanego autorowi z rodzinnych opowieści. Rozdziały są niczym fotograficzne kadry. Zachowują od zapomnienia, kreśląc narracje wzruszające, zabawne i przejmujące w swej bezkompromisowości. Bezkompromisowe są życie i Historia, ale mimo to można znaleźć garść prywatnych zdobyczy, wśród których odnajdziemy miłość, przywiązanie, szacunek i ludzką bliskość.

Ujmująca i niezwykle plastyczna narracja zachowująca koloryt świata, który odszedł na zawsze. Książka będąca dowodem na to, że rumuńska pamięć jest bardzo dokładna i perspektywiczna. Opowieść wciąż zmagająca się z problemem ocalenia czegoś stałego i pewnego. Teodorescu przejmuje do głębi. Piękna i mądra książka, w której smutek nazwany jest na kilka różnych sposób, a poczucie utraty symbolicznie określane w kilku wymiarach.

2015-11-14

"Przystanek Londyn" Jacek Wąsowicz

Wydawca: JanKa

Data wydania: 21 października 2015

Liczba stron: 234

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Emigracja świadoma

Kiedy przed rokiem czytałem, skądinąd świetny, reportaż Ewy Winnickiej "Angole", brakowało mi w opisie losów polskiej emigracji na Wyspach przedstawienia tych ludzi, którzy bardzo dobrze poradzili sobie z angielską mentalnością i obyczajowością bez większego wyróżniania się. Winnicka postawiła na kontrast - zaprezentowała smutne, tragiczne wręcz losy tych, którzy nie dali rady, oraz uwypukliła biografie Polaków doskonale zasymilowanych i wychodzących w pierwszym szeregu naprzeciw rynkowi pracy i wymaganiom obcego kraju. Książka Jacka Wąsowicza wypełnia mi tę próżnię po Winnickiej. Autor doświadczył na emigracji właściwie wszystkiego, co może być bazą doznań kogoś rozpoznającego swą tożsamość w innym świecie. Napisał jednak o emigracji jako stanie spełnienia. W "Przystanku Londyn" nakreślił pewną filozofię świadomej podróży. Nie poddał się i nie dał upokorzyć, ale jednocześnie nie zrobił w Wielkiej Brytanii jakiejś spektakularnej kariery. To jeden z tych ludzi, z którymi być może autorka "Angoli" nie porozmawiała. Sam, jak Winnicka, przeprowadzał wywiady z polskimi emigrantami i sam również wydał zbiór felietonów, które miały zmuszać opinię publiczną do zadumy i wywoływać w niej konsternację. Dlaczego? Jacek Wąsowicz, pisząc tym razem o sobie, na każdym kroku zaznacza pewną istotną prawdę o tym, że wszędzie za granicą trzeba pożegnać rodzimy rodzaj mentalności. Nie tyle dopasowywać się bezwarunkowo, ile przede wszystkim rozumnie przyglądać otaczającemu światu. Kosztować z niego tego, co najcenniejsze, i dawać dużo z siebie - bez lęku, różnego rodzaju uprzedzeń, bez zdziwienia i konsternacji.

Druga prozatorska pozycja przystankowa Wydawnictwa JanKa zabiera nas bardzo blisko i oferuje podróż po miejscu w pewnym momencie nawet zadeptanym przez Polaków. To inna perspektywa niż patrzenie na egzotyczną inność w "Przystanku Kostaryka" Grażyny Obrąpalskiej. Tutaj mowa jest o zadziwieniach i akceptacjach. O procesie rozumnego oswajania tego, co też tworzy życie i także buduje relacje międzyludzkie, ale do czego nie można przykładać ram świata nakreślonych przez życie w Polsce. Wąsowicz apeluje o przepakowanie swojego bagażu. Zwłaszcza tego mentalnościowego i zawierającego bolesne doświadczenia. On sam Londyn przedstawia jako miejsce, w którym można kroczyć przez wszelkie niejasności, absurdy i trudne sytuacje z autentycznym uśmiechem na twarzy i zadowoleniem, kiedy obca rzeczywistość przyjmuje cię z twą serdecznością oraz otwartością.

"Przystanek Londyn" to bezpretensjonalne i odważne zapiski ze świata, w którym należy wypracować sobie trzy istotne cechy. To elastyczność, dostosowawczość i ten rodzaj mądrości, który każe dziwić się wszystkiemu rozumnie. Wąsowicz opisuje kilkanaście lat pobytu w kraju, gdzie zawsze miał w sobie potrzebę poszukiwania czegoś nowego i pragnienie, by stawiać czoła nowym wyzwaniom. Sposób na przetrwanie na Wyspach? Autor analizuje kilka z nich.  "O wiele lepsza okazywała się technika nie rozpaczania nad tym, co pozostawiłem za sobą, ale doceniania i pielęgnowania tego, co zyskałem i zyskiwałem non stop". Bo to nie tylko optymizm i zaradność torowały mu kolejne drogi ku spełnieniu. Chodziło także o pewien wewnętrzny imperatyw przynależności przez akceptację i szacunek. Bez narzekania i bez postawy roszczeniowej. Wąsowicz wyraźnie zaznacza, że stara się unikać tych wszystkich malkontentów, którzy o emigracji na Wyspy mają jak najgorsze zdanie, ale nie postarali się tam o to, by dać z siebie przynajmniej tyle, by zostać zaakceptowanym i by potrzeba zarobkowania szła w parze z autentycznym pragnieniem pojęcia innej mentalności, z którą przychodzi się mierzyć.

A Londyn i cała Wielka Brytania to świat wielokulturowej i zgodnej koegzystencji. "Przystanek Londyn" zwraca uwagę na wszystkie znaczące przejawy brytyjskiej grzeczności oraz dbania o wolność jednostki. Ta książka to garść barwnych opowieści ze świata, w którym szanuje się inność i wypracowano specyficzną formę ogłady, jaką łatwo zniszczyć zachowaniem wykraczającym poza ustalone normy lub wyrażającym niezadowolenie przestrzeganiem tych norm. Poznamy opowieści o nadzwyczaj łagodnych brytyjskich policjantach, o biznesie kanapkowym i o brytyjskich pubach, skąd czerpie się garściami wiedzę o współczesnych Brytyjczykach. Historie to jedno, towarzyszące im refleksje to drugie, dużo ważniejsze. Wąsowicz postrzega swą obecność za granicą jako ciąg skomplikowanych sytuacji, wiecznych prób życiowej sprawności. On im wszystkim podlega i nie poddaje się. Wie jednak doskonale, że wokół sporo zawiedzionych nadziei czy gorzkich rozczarowań. Wspomniana na wstępie filozofia podróży to dla autora nieustanne mierzenie się z własnymi ograniczeniami przy wychodzeniu naprzeciw rzeczywistości, w której trzeba zrozumieć reguły ją tworzące, a nie na wstępie je odrzucać, dopasowując do siebie. Londyn daje bardzo wiele możliwości, jeśli da się w nim z siebie wszystko. Jacek Wąsowicz zdecydował się na kilka śmiałych kroków, a latami wykazywał przede wszystkim konsekwencję w działaniu. Bo zdobył uznanie i satysfakcję w wielu różnych zawodach. Stale poszukiwał i niespokojnie oczekiwał kolejnej dawki adrenaliny. Ma się wrażenie, że opisywane liczne przeprowadzki, choć bardzo męczące, były jednak stanami oczekiwanymi, możliwościami rozpoczynania czegoś na nowo. Ciągła gotowość do zmian i chęć sprawdzania się w nowych sytuacjach - to przyniosło satysfakcję, ale jest też cechą niedaną każdemu emigrantowi. Nie wiem, czy można coś od Wąsowicza przejąć lub do czegoś się przekonać, ale to książka wywołująca zdziwienie nie samym światem Wielkiej Brytanii, lecz światem człowieka, dla którego bezwzględnym obowiązkiem jest konieczność szanowania tego, co inne.

Zmienne punkty odniesienia autora książki pozwalają mu widzieć więcej i widzieć rzeczy czy problemy takimi, jakimi są naprawdę. Emigracja Wąsowicza jest emigracją bez agresji, zawiści czy niezdrowego pośpiechu. Wciąż nastawiona na czujność, ale głęboko humanistyczna. Poszukuje bowiem w nowych przejawach życia i w nowych okolicznościach tego, do czego dążymy pod każdą szerokością geograficzną - autentycznego ludzkiego porozumienia ponad podziałami. "Przystanek Londyn" to rzecz o pierwszej, młodzieńczej próbie zaanektowania odrobiny brytyjskiego świata oraz o świadomym do niego powrocie. Takim, w którym czujność idzie w parze z empatią i poczuciem, że wszędzie zabiera się przede wszystkim siebie - i to właśnie ze sobą w każdej podróży trzeba żyć w zgodzie.


PATRONAT MEDIALNY

2015-11-12

"Dziady" Paweł Goźliński

Wydawca: Czarne/Agora

Data wydania: 28 października 2015

Liczba stron: 456

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Upiory polskości

Paweł Goźliński doskonale wie, że polski romantyzm ma się w świadomości Polaków bardzo dobrze. A raczej to, co z tego romantyzmu chcemy po latach odczytać... "Dziady" to kolejna po "Julu" prowokacyjna historia z romantycznymi ideami w tle. Tym razem rzecz dzieje się współcześnie, ale powraca na przykład kolejna reinkarnacja zgorzkniałego komisarza Langa, który prowadził śledztwo w lipcu 1845 roku i z kart "Jula" przedostał się do "Dziadów" - jednego z najdziwniejszych i najbardziej mrocznych kryminałów, jakie kiedykolwiek czytałem. Pozornie jest przede wszystkim śmiesznie i groteskowo, ale w tej dynamicznej narracji, która rozsadza ramy gatunkowe i czyni z "Dziadów" kontrowersyjną powieść ideową o strukturze dzieła wielkiego wieszcza, mamy do czynienia z bardzo gorzką diagnozą czasów, w których żyjemy, nieświadomi pewnych stałych wpływów. Goźliński rozprawi się z polskością. Bo polskość to prawdziwe życie upiora. I przekonanie, że spiski są wszechobecne, nikt nie jest od nich wolny. To brawurowa opowieść o tym, jak łatwo z polskiego umysłu wydobyć zło i jak sprawnie wciąż manipulujemy romantycznym światopoglądem, by udowodnić nasze duchowe i europejskie cierpiętnictwo. Pytanie zadane na kartach książki nabiera wciąż nowego znaczenia. "Zna pani inny naród, dla którego cierpienie jest tym samym, co pierś matki albo smoczek dla niemowlęcia?". Znamy inny naród, o którym można byłoby napisać tak zaskakującą i tak przejmująco mroczną narrację?

"Dziady" brzmią proroczo i w tym znaczeniu to książka naprawdę przerażająca. Autor bezpardonowo rozprawia się z tym, co zabraliśmy z romantyzmu, deformując to jednocześnie i umożliwiając ideowe zdobywanie "rządu dusz" zwłaszcza w czasach, kiedy cała prawda kryje się w internecie, a w realnym świecie usiłujemy wciąż na nowo odnaleźć te wirtualne ślady naszego człowieczeństwa. Powieść opowiada o zjednaniu sobie zwolenników teorii, że oto nadszedł czas, by zabijać w służbie śmierci. Noc z 31 października na 1 listopada ma być czasem, w którym zginą czołowi polscy literaci. Czy to dlatego, że prawdziwych wieszczów już nie ma? Czy zagadka nieudanej serii zabójstw to efekt sterowania ludzkim uniesieniem na równi z manipulowaniem ideowym, bo dzisiaj tylko odpowiednia idea i zgromadzenie kościelne mogą porwać ze sobą szaleńców? Goźliński dobrze się bawi, kreśląc zawikłane losy służb specjalnych, które działają nadzwyczaj karykaturalnie i nie są w stanie dotrzeć do niejakiego Króla Ducha odpowiedzialnego za nocne zawirowania. Odsiewając ziarno od plew i elementy humorystyczne od ideologicznych, dobrze się jednak nie będziemy bawić, bo "Dziady" przerażą bardziej niż najbardziej wyszukany halloweenowy psikus.

Wszystko zaczyna się od tego, że z jednego z prosektoriów giną trzy trupy. Potem o życie walczyć będzie niejaki Jan Żebrowski, znany pisarz, frustrat i bulimik, skandalista tkwiący w poczuciu życiowego bezsensu. Postrzelony przez szaloną blogerkę modową, córkę pani premier i osobę zmuszającą do matactw w prowadzeniu śledztwa i informowaniu opinii publicznej, walczy o życie na stole operacyjnym, nie odmawiając sobie jednak groteskowego monologu z pytaniem zasadniczym tej książki, a mianowicie o to, kim naprawdę się jest.

Tę pewność zachowuje Sybilla Podhorecka (powraca kolejne nazwisko z "Jula")! Podkomisarz policji ze stołecznej komendy wiedzie życie wypełnione obowiązkami i frustracjami. Los obdarował ją trudnymi dziećmi. Adam cierpi na zespół Aspergera i nie okazuje matce wdzięczności za jej działania podejmowane, by uczynić jego świat spokojniejszym. Teresa już dawno zamknęła się w świecie swego smartfona i kontakty z matką ogranicza do monosylab lub równoważników zdań. Przemęczonej policjantce trosk dokłada jej matka, Celina. Na każdym kroku wyraża rozczarowanie córką. Sybilla jednak daje radę. Koledzy z pracy często wrabiają ją w trudne sprawy, bo wiedzą, że nie odpuszcza. Wyjątkowa erudytka i zagorzała katoliczka - ma własne sposoby na to, jak rozwiązać kryminalne zagadki. Pracując wśród wulgarnych samców z testosteronem w nadmiarze, musi wypracować własny model postępowania. Tym bardziej że na swojej drodze spotyka byłego męża, bezlitosnego dla jej poczynań prokuratora. Model ten okaże się słuszny, gdy Sybilla zmierzy się z zagadką nieudanych morderstw na pisarzach i postacią Króla Ducha, pod którą kryje się ktoś, obok kogo znajdowała się podczas śledztwa... Okazuje się, że do nietuzinkowego śledztwa potrzeba tak niejednoznacznej postaci jak Podhorecka. Ona będzie wiedzieć więcej i za tę wiedzę zmuszona będzie zapłacić...

Wartka akcja, dużo krwi i trupów. Nieoczekiwane zwroty akcji i szaleńcze tempo, za którym możemy nie nadążyć. W wirze wydarzeń ginące tropy i fałszywe ślady. Przyjęcie, na którym zagrożony jest Jarosław Marek Rymkiewicz, i duchowa porada wraz z egzorcyzmami u byłego duchownego, Marka Bieńczyka. Spektakularna akcja służb specjalnych, równie chybiona jak ta znana z doniesień prasowych. Ciągła walka z czasem i z różnego rodzaju upiorami. Tymi, które kazały mordować, a potem zachowywać dla siebie tajemnicę chęci mordu. Paweł Goźliński nie oszczędza czytelników. Każe się śmiać i dziwić. Kiedy dotrze do nas, że momentami to śmiech przez łzy, ujrzymy ten smutny aspekt tej prozy, który opowiada o uwiedzeniu i o tym, z jaką łatwością można skłonić Polaków do wiary w rozdętą romantyczną ideę. Wystarczy zagrać na frustracjach sierot posmoleńskich albo wszystkich tych ksenofobów, dla których poczucie zagrożenia jest stanem stałym - wystarczy jedynie wskazać drogę, po której będzie się kroczyć ku wrogowi.

Wrogów robi sobie sporo sama Sy Podhorecka. Dodatkowo splata swoje ślady ze śladami enigmatycznego transwestyty. Diva Dlo będzie tutaj mistrzem drugiego planu, specyficznym spiritus movens, zaskakująco barwnym bohaterem z tajemnicą, z którą wciąż ucieka. Pogoni i niepewności jest bardzo wiele w tę noc cudów i dramatów, gdy praktycznie wszyscy bohaterowie mierzą się ze swoimi prywatnymi demonami. Goźliński podkreśla, że polskość to życie między jedną fobią a drugą. W miazmatach, których nie można się pozbyć. Pośród obsesji szukających wytłumaczenia w przeszłości. Mesjanizm jest zmanipulowany i wykoślawiony tak samo jak działania stróżów prawa oraz niedoszłych zabójców. Od nas zależy, ile z "Dziadów" wydobędziemy przestrogi, a ile rozrywki.

KUP KSIĄŻKĘ