Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-06-29

"Zginę bez ciebie" Robert Ostaszewski

Wydawca: MUZA

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Odejścia i traumy

Kiedy za pisanie kryminału zabiera się ktoś, kto od lat analizuje powieści kryminalne i potrafi być bardzo surowy dla wszelkich ich braków, możemy spodziewać się rzeczy co najmniej dobrej. „Zginę bez ciebie” to taki prztyczek w nos dla wszystkich twórców narracji kryminalnych, którym zdecydowanie nie wychodzi, ale przekonani są o czymś wręcz przeciwnym. Robert Ostaszewski pokazuje, jak napisać świetną powieść kryminalną. To jednak nie jest żaden manifest typu „patrzcie i uczcie się”, albowiem to, co najciekawsze, kryje się w warstwie obyczajowej książki. Tak się złożyło, że w krótkim czasie pojawiły się na rynku dwie powieści analizujące dramaty samobójstwa. Po Ostaszewskim wydano "Koniec warty" Kinga, który z mozołem tłumaczy wszem wobec każdy aspekt zabijania się, portretuje postać skłaniającą do samobójstw, wszystko rozwija i wyjaśnia w każdym najdrobniejszym nawet szczególe. A autor „Zginę bez ciebie” jest lepszy od Kinga, bo nie narzuca nam interpretacji, lecz pozostawia w sferze domysłów. Wielu. Jego historia naturalnie wyróżnia klasycznego złoczyńcę i każe mu się zmierzyć w finale z przedstawicielem prawa, jak na kryminał przystało, ale w gruncie rzeczy pozostajemy ze znakami zapytania, usiłując dociec, co takiego wydarzyło się w umysłach ciechanowskich nastolatek, że zdecydowały się na zbyt szybkie pożegnanie z życiem. To bowiem książka o tym, ile bolesnych pytań bez odpowiedzi pozostaje w każdym żyjącym, który konfrontuje się z samobójstwem bliskiej osoby. Emil Cioran uznawał, że jedyne prawo, jakie nam przynależy, to prawo do odebrania sobie życia. Ostaszewski pokazuje, jakie są konsekwencje tego aktu dla tych, którzy z Cioranem mogliby się nie zgodzić.

Postać podkomisarza Konrada Rowickiego, który jest pierwszoosobowym i trzecioosobowym narratorem powieści, mnie osobiście nie przypadła do gustu. Cynizm i zgorzknienie są do przełknięcia i mają być przecież cechami dystynktywnymi gliny z dobrego kryminału. Irytujące bon moty czy czające się na każdym kroku poczucie wyższości wobec kolegów z pracy – to zdecydowanie odpycha od głównego bohatera, który stał się taki, jaki jest, z powodu kilku osobistych traum. Zamknięty w sobie dąży do bezkonfliktowego trwania, do zaliczania kolejnego dnia w rutynie i samotności. Ze stuporu wyrwie go sprawa samobójstwa córki wiceprezydenta Ciechanowa. Tam bowiem Rowicki rezyduje po tym, jak rozpadło się jego życie w Krakowie, i po tym, gdy mężczyzna zagubił sens istnienia. Ciechanów jest wygodny do zachowawczego trybu życia. Niewiele się w nim dzieje. Do czasu zabicia się Jowity Dudek. Sprawa zostaje szybko zamknięta, a Rowickiemu wyraźnie zaleca się, by nie grzebał w niej głębiej. To jednak będzie niemożliwe, bo konfrontacja z trupem młodej osoby obudzi demony przeszłości, a podkomisarz zmuszony będzie do bardzo emocjonalnej reakcji. Dziewczyna, która odebrała sobie życie, każe mu sięgać myślami wstecz. Czuć podniecenie i przywoływać falę gorąca. Przeć do przodu z przekonaniem, iż teraz ma być może jedyną w swoim rodzaju możliwość rekompensaty za czas, w którym zabrakło mu determinacji, by zatrzymać przy życiu inną kobietę…

Bo przeszłość jest dla Konrada Rowickiego udręką, przed którą można uciec tylko w cynizm i obojętność. W taki rodzaj zgorzknienia, przy którym nie można już oczekiwać jakichkolwiek uniesień. Nie wierzy się w to, że serce zabije szybciej, a codzienna egzystencja wykroczy poza stałe rytuały związane z fizjologią. Przeszłość powraca w postaci zanurzonej w wannie z wodą i krwią. Ponownie Rowicki staje przed zagadką odebrania sobie życia. Przed laty wyrzekała się go najbliższa mu osoba. Ta, z którą chciał związać się na całe życie, stanowiąca sens jego egzystencji. Bezsilnie patrzył na jej odchodzenie. Teraz w gniewie i bezsilności myśli o Jowicie, która zdecydowała się na dramatyczny krok. Śledztwo dotknie czułych strun, a Rowicki zostanie od niego dość szybko formalnie odsunięty. Rozpocznie się węszenie samotnego wilka. Przesycone poczuciem odpowiedzialności za coś niewytłumaczalnego. Podkomisarz Ostaszewski musi zmierzyć się z zagadką, wobec której trzeba zachować dystans. Po to, by ponownie nie zaprzepaścić szansy zrozumienia tego, co pcha drugiego człowieka ku temu, by odebrać sobie życie.

W retrospekcjach Robert Ostaszewski odważnie mierzy się z problemem depresji. Nie nazwałbym Rowickiego typem depresyjnym mimo sugestii otwierających jego kartki z dziennika. Główny bohater tej książki jest przede wszystkim wyjałowiony emocjonalnie, ale wciąż pełen sił do tego, by zdobywać każdy kolejny dzień. Nawet jeśli ma być on bliźniaczo podobny do dnia poprzedniego i nie burzyć struktury powtarzalności oraz rutyny. Tymczasem „Zginę bez ciebie” kreśli obraz trudu obcowania z osobą, którą depresja pożera stopniowo. W taki sposób, który nie jest męczący dla otoczenia, ale z czasem staje się źródłem pytań bez odpowiedzi. Powieść Ostaszewskiego to przejmujące studium bezwoli i tego, jak witalne instynkty zachowawcze znikają, pozostawiając umysł w ruinie. To także książka o bezradności, o żalu i gniewie, a także o wyrzutach sumienia bolących wciąż na nowo – to wszystko przeżywa człowiek, który bezradnie patrzy na rozpad tego drugiego. Autor pokazuje te dramatyczne momenty, w których nie potrafimy już walczyć o siebie i jesteśmy skazani na metkę malkontenta albo lenia, kiedy najprostsze nawet codzienne czynności urastają do rangi wielkich wyzwań.

Co działo się w umysłach dziewcząt, które zabiły się tak jak Jowita? Co zrodziło się w umyśle Marii, doprowadzając do jej śmierci? Rowicki to mężczyzna postawiony wobec kobiecych zagadek, jednocześnie bardzo silnie związany ze swą babką Felicją – staruszką przepełnioną życiową energią, którą dzieli z wnukiem, gdy ten nie jest w stanie już jej z siebie wykrzesać. Ważne jest w zakończeniu tej powieści nie to, czego dokonuje autor, by spektakularnie rozwiązać zagadkę odejścia Jowity i innych ciechanowskich dziewcząt. Istotne jest, z iloma niedopowiedzeniami nas zostawia. Z jaką kondycją psychiczną pozostawia w finale samego Rowickiego. Ostaszewski doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że trzeba uszanować pytania bez odpowiedzi i nie być egzystencjalnym mentorem niczym King, wyjaśniający każdy detal historii o prowokowanych masowych samobójstwach. W „Zginę bez ciebie” ciche odejścia są kameralne. Przez to jeszcze bardziej uwierają, wywołują więcej bólu. To książka o różnych rodzajach bólu spowodowanego tym, że śmierć wyznacza swe granice zbyt wcześnie i zbyt gwałtownie. Dobra powieść kryminalna, świetna narracja obyczajowa o utratach, z którymi nigdy mentalnie się nie pogodzimy.

2016-06-27

"Szkielet białego słonia" Iza Klementowska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 4 maja 2016

Liczba stron: 216

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Doniesienia ze smutnego raju

Raj w ruinie, z której usiłuje się podnieść – to obraz Mozambiku, bohatera kolejnego reportażu Izy Klementowskiej. Autorka powraca do tezy sygnalizowanej na kartach "Samotności Portugalczyka": przede wszystkim świadomość przeszłości właściwie ukształtuje tożsamość danego miejsca. Szkielet białego słonia” to w dużej mierze opowieść o tym, co Mozambik spotkało, ale trudno w tej mocno przygnębiającej książce znaleźć naprawdę czytelne zapisy tego, jaki Mozambik jest dzisiaj. Przyznam, że dużo więcej o tym kraju opowiedział mi w swych magicznych i metaforycznych narracjach Mia Couto, z którym Klementowska rozmawia i dzięki spotkaniu z nim nakreśla nam specyficzną kondycję białego drugiej kategorii w tym pięknym kraju, ufającym duchom przodków i zamykającym się w sobie, kiedy trzeba opowiedzieć o traumach dwóch wojen i gdy wolność okupiona jest milczeniem oraz licznymi ranami, które wciąż nie mogą się wygoić. To bardzo rzetelnie napisany reportaż, bo i historia Mozambiku wymaga tego, by poświęcić jej szczególną uwagę. Autorka dodatkowo śledzi także tutaj swojego Portugalczyka, ze jego kompleksami, radościami, rozczarowaniami i oczekiwaniami.

A mozambicki Portugalczyk ma się dużo gorzej niż ten europejski. Z drugiej strony – silne przywiązanie do odległej ziemi sytuuje go bliżej świata, któremu Portugalia usiłowała narzucić swoją perspektywę i który później zmagał się najpierw z wojną kolonialną, a zaraz potem z domową. Raj bezsensownie przelanej krwi to także miejsce, w którym antagonizują się rasy ludzkie. Klementowska odchodzi od ogólnikowych definicji rasizmu, nie stara się też zobrazować konfliktów między białymi a czarnymi przez klisze znanych nam wzorców interpretacyjnych. Ten reportaż wchodzi bardzo głęboko – w czas miniony i dramaty uwięzionych w Mozambiku, ale i kochających go bezwzględnie. Byłaby to świetna narracja, gdyby opowiedziała jednak więcej o rytmie dnia codziennego kraju. Opis posiadówek w ulubionej kafejce gubi swoją celowość, gdy chłonny atmosfery Maputo czytelnik musi obejść się smakiem. I domysłami, gdyż Klementowska wiele kwestii sugeruje, ale żadnej zasadniczo nie potwierdza.

Pewne jest natomiast to, że opisywany kraj popadł w ruinę na skutek wielu skomplikowanych zależności, które ukazane są tutaj poprzez losy postaci pełnych fatalizmu i ludzi staczających się po równi pochyłej. Często po to, by spotkać się ze śmiercią. Ta nie oszczędzała Mozambiku, ale nie chodzi tylko o ofiary dwóch wojen i naznaczone nimi dwa pokolenia, pośród których funkcjonuje wielu umarłych za życia, wciąż wskrzeszających przeszłość i opłakujących jej straty. Chodzi o to, co umarło w Mozambiku w minionych latach i wiekach, co nie pozwalało krajowi się rozwijać, co tak bezwzględnie powiązało go z Portugalią, wpływając na tyle destrukcyjnie, że dzisiaj mozambicka codzienność jest dla wielu nie do zniesienia. Przepiękny kraj w południowej Afryce jest przecież krajem malarii, licznych ruin przy głównych arteriach (z nomenklaturą o arcyciekawej historii); miejscem, gdzie praca jest przywilejem, i państwem, w którym rzekomo tylko jeden procent ludności jest syty i szczęśliwy. Być może trudno wydobyć z tego iskrzące opowieści o dniu dzisiejszym, a być może reportaż Klementowskiej ma takie założenie – opowiadać o czasie minionym, a niespełnione oczekiwania czytelnicze dotyczące codzienności pozostawić przede wszystkim w sferze domysłów.

„Szkielet białego słonia” stara się nakreślić kilka rodzajów tożsamości. To wspomniany już biały drugiej kategorii i biały wyobcowany. Także ktoś, kto nadal uważa się za pana, któremu podlega służący, bo ta bolesna dychotomia ma stale miejsce, wciąż gdzieś jest akcentowana. Klementowska usiłuje przede wszystkim zarysować to, co tworzy tożsamość Mozambijczyka. Jest w tym bolesny żal za okres kolonizowania, za rugowanie, narzucanie wizji świata nieprzystawalnej do rzeczywistości, w której magnetyzm buszu idzie w parze z lokalnymi wierzeniami i przekonaniami. Jest trudna do sprecyzowania duchowa wolność, która ma różne oblicza. Mozambik jest niepodległy od wielu lat, także wiele lat minęło od ostatnich konfliktów zbrojnych. Napięcie wisi jednak w powietrzu, tkwi gdzieś między ludźmi, tymi milczącymi i dokonującymi osobistych rozrachunków, bez obecności dawnego wroga, któremu można przebaczyć. To także tożsamość zagubienia. Wrośnięcie w pewną tradycję, ale i gotowość na to, że wszystko może zostać zabrane i zniszczone, bo przeszłość przywołuje przemoc wciąż na nowo. Kondycja Mozambijczyka to także kompleksy i lęk. Iza Klementowska szuka w zasłyszanych historiach odpowiedzi na pytanie o to, kim są dzisiaj mieszkańcy kraju tak długo podnoszącego się z ruiny i tak czytelnie o niej przypominającym na głównych ulicach miasta.

Maputo ma swoje wewnętrzne granice. Jest miastem podzielonym przez pamięć o historii, ale także zdeprecjonowanym tym, w jaki sposób Mozambijczykami zarządzali kolonizatorzy. To miasto dwóch tożsamości. Dawne Laurenço Marques pozostało nim na zawsze pośród tych, którym bliżej do zniszczonej architektury niż dynamicznego rozwoju tego, co nowoczesne, w pełni niepodległe. Klementowska opowiada o dramatach stolicy, ale także dramatach tych wszystkich ludzi, którzy pamiętają miasto inaczej. Maputo nie jest miejscem, gdzie dużo mówi się o raju. Raj rozciąga się wszędzie, wzdłuż ponad dwóch tysięcy kilometrów linii brzegowej i pośród tysięcy hektarów buszu, w którym jednych zabijano, a innym dawano szansę na to, by poznali siebie.

Uważność i czułość – to można dostrzec na niemal każdej stronie tego reportażu. Historia opisywanego miejsca nie czyni z niego męczennika dziejów. Jest jednak wiele gorzkich rozczarowań i niezamkniętych do dziś problemów, które – jak autorka gdzieś przeczytała – nie przestają nimi być tylko dlatego, że ludzie się do nich przyzwyczaili. Czasami brak oddechu, kiedy czyta się o tych wszystkich mrocznych zdarzeniach i o ludzkich historiach, które opowiadane są być może po raz pierwszy z taką wrażliwością na szczegóły. Brak oddechu szumiącego nieopodal oceanu i brak opisu witalności ludzi, którzy mozolnie budują swoje niepodległe państwo. Opowieści o śmiechu w ciasnocie busów czy o szczęściu, które w Mozambiku odnaleźli niektórzy rozmówcy Izy Klementowskiej, to jednak trochę za mało, by opisywany kraj poczuć. Nie chodzi o antynarrację dla wszystkich tych, którzy w Mozambiku zamykają się w hotelach, na plażach, w bezpiecznej przestrzeni oddalonej od bolączek kraju. Chodzi o to, że historia – jednak! – to nie wszystko, by zrozumieć tożsamość kraju, o którym tak niewiele wiedzą nawet Portugalczycy zdecydowani niegdyś na to, by zaprowadzać swe porządki w afrykańskim raju. „Szkielet białego słonia” to zatem dobry reportaż pozostawiający w niedosycie. Szkoda, bo „Samotność Portugalczyka” świetnie łączyła to, co minione, z tym, co wokół – nawet z dala od tras turystycznych.

2016-06-24

"Koniec warty" Stephen King

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 8 czerwca 2016

Liczba stron: 480

Tłumacz: Rafał Lisowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 38,50 zł

Tytuł recenzji: Koniec, który rozczaruje

Każdy, kto zamykał "Znalezione nie kradzione", przeżył dreszcz emocji i nadzieję na genialną kontynuację. Oto bowiem seryjny morderca, Brady Hartsfield, ujawnia niezwykłe zdolności, wpływając na ruch przedmiotów wokół niego. Każdy miał nadzieję na to, że nie tylko umiejętności telekinetyczne ożywią – symbolicznie – przykutego do łóżka bohatera, który nadawał ton dynamicznej narracji „Pana Mercedesa” i był świetnym spiritus movens „Znalezionego nie kradzionego”, najlepszej książki tryptyku nazwanego detektywistycznym. Tymczasem „Koniec warty” to klapa i rozczarowanie na wielu możliwych poziomach. Otrzymujemy powieść, gdzie King usiłuje dość nieudolnie zamknąć historię, dla której zamknięciem – poza ostatnimi zdaniami – była już druga powieść cyklu. W tej, niestety, nieprawdopodobieństwa mnożą się na wielką skalę, bujdy na resorach przebijają jedna drugą, a całość stanowi bardzo przewidywalną opowieść, w której nie zaskakuje właściwie żaden rozdział. To, co może skupiać uwagę, to wielość niedorzeczności, którymi Stephen King raczy nas w powieści o tym, jak w niezwykły sposób odbudować swoją tożsamość i jak popchnąć innych na skraj przepaści, poza którą nie ma już niczego, bo życie przestaje mieć jakąkolwiek wartość.

Bill Hodges – w tej części wyjątkowo nijaki – zmaga się z poważną chorobą oraz przeczuciami, że sprawa Brady’ego nie została należycie zamknięta. U jego boku oddana i ambitna Holly – dużo mniej labilna emocjonalnie niż w poprzednich częściach i równie dynamiczna, jedyna warta uwagi kreacja w tej powieści. Hodges mierzy się z tajemniczymi zgonami, za którymi ktoś może stać. Jedną z ofiar jest Martine Stover – kobieta będąca w paraliżu po brawurowym ataku Hartsfielda na tłum czekający przed City Center. Ona i jej matka umierają nagle. Wszystko wskazuje na samobójstwo, ale pojawiają się niejasności. Obie kobiety były zadowolone z życia mimo trudnego losu i przekonania, iż nic się nie odmieni. Ktoś wpłynął na ich świadomość i spowodował śmierć. To dopiero początek dramatycznej gry. Toczonej między Hartsfieldem a Hodgesem w przestrzeni, której nie moglibyśmy sobie wcześniej wyobrazić.

To, co King robi z zabójcą z mercedesa, przyprawia doprawdy o zawrót głowy. Brady przechodzi potajemnie eksperymentalną kurację. Skomplikowana relacja lekarza z pacjentem mocno w duchu frankensteinowskim wywołuje szereg zaskakujących wydarzeń, z których najbardziej nieprawdopodobne stanowią trzon innej historii. Opowieści o tym, jak w XXI wieku można uwieść ludzi na odległość i jak za pomocą nowoczesnych technologii narzucić im ogląd świata. Co więcej – skutecznie zachęcić do odebrania sobie życia. Bo tak całkiem na poważnie King snuje gorzkie rozmyślania o tym, jak bardzo podatni na wpływy mogą być ludzie z kompleksami, co można z nimi zrobić i jak pokierować, by zamienić ich życie w koszmar. „Koniec warty” to opowieść o tej mrocznej sferze ludzkiej natury, którą zdajemy się kontrolować i zapominamy o skłonnościach autodestrukcyjnych, mając wyraźnie nakreślony życiowy azymut. Tych, których zmanipuluje Hartsfield, widzimy w sytuacjach granicznych, ale także w takich, kiedy dają się uwieść pewnemu elektronicznemu gadżetowi. To tu rozmywa się całkowicie wiarygodność powieści. Stephen King żegluje w jakieś szaleńcze rewiry. To jego cecha dystynktywna z licznych poprzednich narracji, ale tym razem rzecz ociera się o absurdy. Opowieść o tym, co może Brady, wiąże się z historią uzależnienia od konsoli do gry, łączy ze stroną internetową i wiedzie na manowce, bo nie ma w tym wszystkim ani mistyki, ani metafizyki, nie ma po prostu sensu i zdarzenia kleją się ze sobą na siłę, a my bezradnie przyglądamy się temu, w jaki sposób amerykański pisarz pogrąża się w swej najnowszej narracji.

„Koniec warty” ma być powieścią z rozwiązaniami radykalnymi. Wystarczy nam znajomość kilku zdań z okładki, by podążać za bohaterami ze znudzeniem. Męczą nie tylko przekombinowane historie i przekonanie o tym, że właśnie teraz King łączy ze sobą fanów powieści realistycznych i tych wcześniejszych, w których mimo wszystko panowała jakaś logika oraz atmosfera niezwykłości. W nowej książce nie ma ani jednego, ani drugiego. Autor nie sili się na to, by pokazać jakieś inne relacje między bohaterami niż te, które znamy. Wiemy, że będzie to powieść o zemście, ale nie spodziewamy się, jak bardzo można uczynić fabułę abstrakcyjną, by motyw zemsty dokonał się w możliwie oryginalny sposób. „Koniec warty” męczy również tym, że powiela wzory zachowań czy relacji międzyludzkich, które znamy z poprzednich powieści o zabójcy z mercedesa. Tym razem zabójstwa będą mieć innych charakter, King zasugeruje kilka oczywistych tez dotyczących ludzkiej podatności na wirtualne wpływy, będzie chciał uczynić Brady’ego mistrzem kamuflażu i narracyjnych wolt, a w gruncie rzeczy oddaje do naszych rąk dość nudną opowieść z przesłaniem, które jest zbyt czytelne. To nie jest już narracja ‘Znalezionego nie kradzionego’, gdzie sugerowane były rozmaite tezy i gdzie bawiła oraz intrygowała wielowątkowość. Tutaj mamy nieco śnięte rybki komputerowe, niezbyt rozgarniętego Hodgesa (pewnie z racji choroby), miniwykłady o tym, że każdego i zawsze można zmanipulować na odległość, oraz finał ujęty w klasyczne ramy, takie boleśnie przewidywalne zakończenie. Nic nie można wziąć dla siebie, bo wszystko jest wytłumaczone i objaśnione. Poza tym „Koniec warty” tonie w męczących retrospekcjach. Czytelnicy poprzednich powieści cyklu będą tym śmiertelnie znudzeni. Ci, którzy nie znają poprzednich książek, zagubią się w mnogości przywoływanych zdarzeń.

Trzecia książka cyklu detektywistycznego Kinga to taka opowieść o tym, co było, która stanowi sporą część objętości. To szkolna rozprawka o tym, ilu zagubionych frustratów można doprowadzić do zguby i jak niewiele do tego potrzeba. To także książka o bohaterze, który umiera, ale tak naprawdę nie umiera. Także o kimś, kogo śmierć na pewno dopadnie. O tym, że walczymy ze złem do ostatniego tchnienia, i o tym, że szpitalny humanitaryzm w traktowaniu ludzkiego potwora nie spowoduje, że ominie go odpowiedzialność za swoje czyny. „Koniec warty’ jest dydaktyczny i przekombinowany. Smutne, że po lekturze niewiele w nas pozostaje. Nie ma wyrazistych postaci ani czytelnie nakreślonych zdarzeń. Z tej powieści naprawdę wieje nudą i to mnie zaskoczyło. Książka jest letnia i wcale nie w tym znaczeniu, że zaserwowana nam na początku lata. Duże rozczarowanie i ulga, że tak komponowana dalej historia wreszcie dobiega końca.

2016-06-21

"Mam na imię Lucy" Elisabeth Strout

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 224

Tłumacz: Bohdan Maliborski

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Schyłek i odrodzenie

Powieść Elisabeth Strout jest książką o pozorach i o tym, czego możemy się domyślać – na temat świata i samych siebie. Będzie to z jednej strony mglista narracja niepozbawiona elementów kiczu jak symboliczne samotne drzewo na polu kukurydzy czy irytującej manieryczności głównej bohaterki, która co chwilę informuje, że o tym opowie, a o tamtym nie, wybierze fragmenty i zanalizuje relacje z matką, punktując jej nieczułość i pomijając milczeniem fakt niechęci powrotu do domu – po latach, kiedy demony dzieciństwa przestały być tak straszne. Jest to opowieść ogniskująca w sobie wszystkie ważne tematy. Strout zapłacze nad Indianami wyrugowanymi ze swych ziem – słusznie. Doda opowieść o tym, jak buduje się tożsamość pisarska w opozycji do innej obserwowanej pisarki – niepotrzebnie. Pojawią się informacje o rewolucji obyczajowej lat siedemdziesiątych minionego stulecia, odniesienia do wojny w Wietnamie, będzie o pokłosiu drugiej wojny światowej i o tym, dlaczego wciąż boimy się niemieckości, pojawi się także wątek homoseksualizmu oraz trudności pożycia małżeńskiego bez choćby sugerowania początków erozji związku. A mimo wszystko, mimo tematycznego bałaganu i mimo prób sygnalizowania zbyt wielu problemów, w swej analizie ludzkich domysłów jest to powieść naprawdę bardzo dobra.

Przede wszystkim to narracja zwierzenia. W niej kryją się prawdy i konfabulacje, ale głównie niedopowiedzenia – tam trzeba szukać, czasem na oślep, wyjaśnienia dla kondycji egzystencjalnej, w jakiej – po latach – bohaterka książki opowiada o długich tygodniach spędzonych w szpitalu i niespodziewanej wizycie matki, która mogła zmienić skomplikowane relacje między kobietami. Warto przypomnieć najważniejsze zdanie z tej książki, a brzmi ono następująco: „Tak wiele w życiu wydaje się domysłem”. Strout uwięzi swoją bohaterkę w dość toksycznej sieci domysłów, pozwoli jej na niemożliwy przez całe życie dialog z samą sobą, a czytających pozostawi w niemym zdumieniu, bo to książka o tożsamości, która długo nie mogła się narodzić.

Dlaczego? Dzieciństwo Lucy Barton było opresyjne. Prowincjonalne Amgash, w którym Bartonowie dodatkowo się izolowali. Dorastająca Lucy nie mogła się nauczyć życia, bo nie otrzymywała odpowiedzi na fundamentalne pytania. W rodzinie były milczenie, ciężka praca i niechęć do wzruszeń albo okazywania słabości. Rodzice okopali się na swoich pozycjach. Ojciec latami przeżywał wojenny koszmar, a matka bezpiecznie czuła się w świecie bez wyjaśnień, bez miłosnych wyznań, bez czułości i okazywania najbliższym tego, czego potrzebują – zainteresowania. Zaskoczenie Lucy jest ogromne, kiedy któregoś dnia matka zjawia się w szpitalu i postanawia spędzić z córką pięć dni. To czas rozmów o innych, o problemach im odległych. Czas, w którym niezdarnie próbują stworzyć płaszczyznę porozumienia, i czas, kiedy nie padają żadne ważne słowa. Istotne są gesty, za nimi będzie szło coś więcej w przyszłości. To Lucy odwiedzi matkę w szpitalu i to ona powie jej, że ją kocha. Mimo wszystko. Miłość idealna przecież nie istnieje, a między Lucy a matką tkwiły gdzieś bolesne doświadczenia uniemożliwiające wyznanie tej miłości.

To druga niedawno wydana, świetna narracja o relacjach matki i córki po "Skórze" Toni Morrison, gdzie domysłów było znacznie mniej, dużo więcej za to świadectw oddalenia. Strout pisze o oddaleniu w fenomenalny sposób. Czyni to dyskretnie i dosadnie jednocześnie. Pokazuje, jak skomplikowane mogą być relacje ludzi oparte na wiecznym porównywaniu się do czegoś, punktowaniu wad drugiej osoby. Gorzka diagnoza społeczna Strout obrazuje społeczeństwo, w którym poprawiamy sobie samopoczucie, deprecjonując innych. Lucy w dzieciństwie była wyjątkowo zdeprecjonowana. Przez biedę, rodzinną izolację, przez tworzące się latami kompleksy i poczucie, że zawsze należy przepraszać. Tożsamość Lucy rodzi się z deficytów i pragnień. Zbyt długo od siebie uciekała, aby spotkać się z sobą naprawdę. Zbliżenia, do jakich dochodzi w szpitalnych salach, są jedynie bolesnymi dowodami tego, jak daleko można być od najbliższej osoby i jak druzgoczące jest to dla rozwoju człowieka, przede wszystkim rozwoju jego umiejętności prospołecznych.

„Mam na imię Lucy” to książka o schyłku rodziny i małżeństwa. Jednocześnie powieść o tym, że na gruzach może rodzić się coś nowego. Nie chodzi tylko o pewność siebie. Także o pożegnanie się z tym etapem życia, na którym szukanie jakiegokolwiek punktu zaczepienia i elementu bezpieczeństwa powodowało, że poczciwych ludzi można było pokochać na zawsze. Lucy bezpieczniej czuje się, wspominając dobroć ludzką na swej drodze. Ci najważniejsi są gdzieś w oddaleniu. Ważne jest to, jak wiele wzięła od nich bohaterka, bo w gruncie rzeczy wszystko, co ją ukształtowało, musiało pochodzić od obcych, w rodzinie były cisza i pustka.

To również bardzo ciekawa powieść autotematyczna. Droga pisarska Lucy Barton jest nieustannym mierzeniem się z nieprzenikliwością świata. To próby opowiadania siebie, ale także konstruowania pewnej wizji rzeczywistości. Pisanie wynikłe z samotności i wychodzące naprzeciw tym, którzy dzięki czytaniu mogą zapomnieć o tej swojej. Lucy dobrze wie, obserwując inną znaną pisarkę, że pisanie o ludziach to dodatkowy problem, albowiem ludzkiej natury opisać się nie da. Bohaterka usiłuje więc nadać kształt własnej. Nie dowiemy się jednak zbyt wiele, bo tematów jest sporo, ale ich pogłębienia brak. Wiemy, że Lucy wybrała drogę aktywności zawodowej, która daje jej satysfakcję. Na przekór opresyjnemu czasowi rodzinnemu i trudnemu małżeństwu. Strout ujmująco opowiada o tym, że jej bohaterka nareszcie czuje się u siebie. Dobrze ze sobą i swoimi odczuciami. Z brakami, których nie zrekompensowała, i z marzeniami, które po części udaje się zrealizować. „Mam na imię Lucy” to książka o trudnym szczęściu i jeszcze trudniejszym udowodnieniu sobie, że można na nie zasłużyć.

Można powiedzieć, że to jedna z wielu narracji o tym, iż poczucie własnej wartości prędzej czy później trzeba w sobie umocnić, by przestać mierzyć się z demonami przeszłości i kompleksami. Elisabeth Strout dodaje do tego jeszcze jedną ważną sugestię. To, kim się stajemy, w dużej mierze zależy od sfery naszych przeżyć, emocji i odczuć. Od tego, jaki obraz nas samych odbija się w oczach innych ludzi. O tym, że są oni potrzebni, by poznać się naprawdę, bo tylko wśród ludzi wiele domysłów może zamienić się w pewność. Siebie i tego, kim się jest.

2016-06-18

"Biała Rika" Magdalena Parys

Wydawca: Znak

Data wydania: 1 czerwca 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Jesteśmy pamięcią

Najnowsza powieść Magdaleny Parys to dowód na to, że literatura nie wydobywa się z pisarza samoistnie, że potrzebne czasem są bodźce, sugestywne nakłonienie, impuls od kogoś z zewnątrz. „Biała Rika” – jak to zdradza autorka w zakończeniu – powstała w dużej mierze dzięki namowom innych. Być może z opowieści, zbieraniny faktów, z konfabulacji i z domysłów. To formalnie dość odważny projekt, bo dynamiczna konstrukcja książki opiera się na licznych wtrętach, wstawkach, niechronologicznych wspomnieniach, na zapisie emocji i uczuć oraz na przeskokach czasowych, wciąż gdzieś na marginesach życia, wciąż wokół faktów interpretowanych w różny sposób.

„Biała Rika” nie jest powieścią uporządkowaną i nie opowiada historii w sposób linearny. Wciąż jednak zmierza ku określonemu końcowi, wychodząc z równie wyraźnego początku. Narracja Parys, inspirowana osobistymi doświadczeniami i złożonym losem własnej rodziny, wymyka się kategoriom i nie chce być zaszufladkowana jako powieść danego rodzaju. Bazą są wspomnienia, filarami fakty. Wokół nich sporo interpretowanych na nowo zdarzeń, sporo wspomnień ludzi mówiących i zachowujących się być może inaczej niż w opisie. To sentymentalna topografia Szczecina, Gdańska, Berlina oraz ludzi, którzy ukazują dzieje rodziny w zaskakujący sposób. Babka narratorki wyjeżdża z Niemiec do Polski i po latach słyszy, że nie może już być Niemką. Dagmara – snująca opowieści i wciąż na nowo przypominająca sobie wszystko – opuszcza Polskę, by zamieszkać w Niemczech. To historia ludzkiej migracji i bliskości oraz niezwykle barwna wycieczka w przeszłość. Bolesna i dowcipna, ale przede wszystkim trudna na kilka możliwych sposobów. Biała Rika” to opowieść o pamięci i jej ułomności. O zapamiętaniu i patologicznym chwilami drążeniu przeszłości, by wydobyć z niej to, co oparło się pamięci. Książka bardzo osobista, trudna w odbiorze, ale jednocześnie sugestywnie kreśląca uniwersalną wręcz opowieść o ludzkiej tożsamości. Jesteśmy bowiem tym, co sobie przypomnimy. A rzadko o tym pamiętamy.

Już na samym początku widzimy tę autorską zadziorność i przekonanie, że stworzenie „Białej Riki” będzie nie lada wyzwaniem. Nie chce mi się dzwonić i szukać, i pytać. W ogóle mogę pisać, co chcę, i wymyślać, co chcę, i nie będę niczego sprawdzać. Nie i koniec”. Wcale nie koniec. Zaczyna się pełna ekspresji podróż w głąb samej siebie. Tej, która dorasta w mrocznych czasach stanu wojennego i potem w początkowo obcym sobie kraju. Dagmara jest w tej książce postacią z jednej strony zagubioną, z drugiej jednak – najbardziej konsekwentną w rodzinie, jeśli chodzi o przypominanie sobie zdarzeń. Ważnych lub mniej istotnych, ale na pewno mających wpływ na to, jak ukształtowała się jej rodzina. Drzewa genealogiczne ze swoimi stałymi modyfikacjami pokazują trud, z jakim narratorka gromadzi informacje o złożonych oddziaływaniach na siebie ludzi z jej rodziny. Rodziny, w której jest wiele babć. One są początkami różnych historii, w nich też historie się zamykają. Babcia Rika w maju 1945 roku rodzi syna w obozie dla uchodźców, a jej bliźniacza siostra Gerda opłakuje porzucenie przez mężczyznę, który stanął u boku Riki. Być może Gerdzie zabrakło odwagi do działania, jakiego podjęła się siostra, a być może jeden mężczyzna dla dwóch sióstr miał być jednocześnie kimś, kto zbawia i wrzuca w otchłań porzucenia. Obie siostry są od siebie daleko. Dagmara usiłuje zbadać istotę tego dystansu. Nadać wspomnieniom wyraźny kształt i jednocześnie odmalować w wyobraźni to, o czym nikt już nie chce pamiętać. Zaczyna tworzyć barwną, choć ryzykowną dla czytelnika opowieść. Historię o tym, jak wiele z naszych przodków może tkwić w życiu, które dopiero kształtujemy.

„Biała Rika” to książka o przypominaniu sobie i o bezsilności wobec luk, które tworzą się w pamięci. To także opowieść o pewnego rodzaju mitologizacji rodziny i barwna narracja o szarych czasach, w których widmo wojny ponownie pojawiało się w świadomości tych, którzy tę wojnę, drugą światową, zaczynali już zapominać. Czy można zapomnieć o piekle, w którym rodziło się nowe życie? Czy czas powojennej zawieruchy na zawsze naznaczył rodzinę rozbitą na podgrupy i społeczności oddzielone od innych przez wspomnienia, przesądy, niewybaczone grzechy i przez zaniechanie? Chodzi o zaniechanie bliskości i rozsypkę, w której tkwią ludzie, dla których Dagmara usiłuje znaleźć wspólną płaszczyznę. Rysowane i poprawiane na nowo drzewa genealogiczne to wyraz dziecięcej bezsilności i jednocześnie determinacji – fakty trzeba ze sobą połączyć, wspomnienia powiązać, oddać głos niemowom i kazać zamilknąć tym, co powiedzieli za dużo. Magdalena Parys na naszych oczach rozgrywa także swoiste pojedynki z redaktorką oraz osobami weryfikującymi to, co przypomina sobie i usiłuje nazwać po swojemu. „Biała Rika” to zatem powieść o kilku prawdach i przekonaniach. Opowiada o tym, co się wie, i o tym, co można sobie wyobrazić. O myśleniu życzeniowym, które pomaga porządkować chaos czasu minionego. O tym, że najmocniej pamięta się swoje własne przeżycia, ale sięga się także głębiej – skądś się pochodzi, po kimś dziedziczy się cechy. Po kimś przejmuje trudny los i historie pełne tajemnic.

Ta książka nie kreśli nam tylko anatomii bezradności wobec własnej pamięci. Pokazuje siłę, z jaką można wydobywać od innych wspomnienia oraz namawiać ich na zwierzenia, które porządkują czas miniony. To również opowieść o mowie grobów i o rozważaniu głosów, które przebrzmiały już dawno, ponownie się nie odezwą. „Biała Rika” to także pełna anegdot opowieść o dziewczynce, która dorasta w świecie pełnym absurdów i niedoborów. Są też niedobory pamięci albo jej wybiórczość. Są liczne poszukiwania. I ciągła niepewność tego, jaki ostatecznie nadać kształt tej narracji.

Parys zaczyna od krótkich i rwanych zdań, by pogłębiać stopień opisu rzeczywistości, a w zakończeniu sprawiać wrażenie najzupełniej pewnej tego, o czym i jak pisze. To trudna droga mierzenia się z przeszłością, ze skomplikowaną strukturą rodzinną i z tym, że każdy człowiek w jakiś sposób ukształtował tożsamość dorastającej Dagmary. Tej, która odbywa potem drogę w przeciwnym kierunku niż ten obrany przez zakochaną w Polaku Niemkę. „Biała Rika” staje się na naszych oczach, choć w gruncie rzeczy opowiada o wszystkim, co już się wydarzyło. A jednak nie mamy pewności, jak wiele w tej powieści prawdy, a ile zmyślenia. Magdalena Parys odważnie komunikuje nam prostą prawdę – zawsze widzimy świat przez pryzmat wyobraźni i wybiórczych wspomnień. Zawsze staramy się go porządkować subiektywnie. Czasami robimy to po wyraźnych namowach innych. Wszystkim, którzy wpłynęli na stworzenie „Białej Riki”, należałoby podziękować, bo Magdalena Parys daje nam powieść oryginalną, jednocześnie bawiąc i smucąc. Każąc myśleć o własnym czasie przeszłym i tym, skąd wydobyliśmy się tacy, jacy jesteśmy.

2016-06-15

"Siła wyższa" Joanna Szwechłowicz

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 16 czerwca 2016

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Kuracjusze i detektywi w sutannach

Joanna Szwechłowicz proponuje nam swoją trzecią narrację – „Siła wyższa” to jej najlepsza powieść! Odnosi się wrażenie – i sugeruje to sama autorka w posłowiu – że może to być ostatnie spotkanie z rewelacyjnym kryminałem retro, bo nadchodzący w jej opowieściach czas drugiej wojny światowej nie będzie u Szwechłowicz tłem dla tragikomicznych zdarzeń, w których za każdym razem odkrywamy pokłady ludzkiej hipokryzji i gdzie śmieszność połączy się ze smutkiem oraz przekonaniem o tym, że wciąż marzymy o czymś, co nieosiągalne. W „Sile wyższej” będziemy śledzić losy benedyktyna Aleksandra Herbsta, którego oryginalność – postawy i poglądów – z pewnością zaskarbiła sympatię czytelników „Ostatniej woli”. Tym razem dołączy do niego w śledztwie niejaki Florian Myszkowski, egoista i gbur, gruntujący się latami w pogardzie dla ludzkości, jednocześnie rubaszny i niepokojąco ograniczony myślowo. Ta para – działając incognito i kryjąc swe sutanny – opuści Wielkopolskę i uda się do Krynicy śladami zaginionego księdza. Szwechłowicz ponownie zamknie w pewnej ograniczonej przestrzeni specyficzną grupę osób i zmusi nas do zastanawiania się nad tym, kto z nich wyjątkowo źle życzył poznańskiemu uciekinierowi, bo właśnie w Krynicy Wojciech Kalinowski wyda ostatnie tchnienie, lądując w sadzawce i powodując ambiwalentne uczucia krynickich kuracjuszy. Ponownie – jak w "Ostatniej woli" – każdy będzie wzbudzał podejrzenia, a spektakularny finał przyniesie rozwiązanie detektywistycznego śledztwa. Będzie w nim mowa o uprzedzeniach, zawiści, ksenofobii oraz hipokryzji. Taka Polska katolicka w pigułce. Oglądana z dwóch stron – z punktu widzenia przedstawicieli Kościoła katolickiego i jego wiernych. Może jednak nie do końca tak bardzo wiernych.

Ojciec Florian jest przekonany o tym, że nie warto pomagać ludziom. Biedni i ubodzy znajdą się zawsze, a przecież Kościół musi trwać. Ludzkość jest dla Myszkowskiego zbieraniną egocentryków, którzy dążą tylko do zaspokojenia swoich potrzeb. Gdyby chciał być altruistą, nie poszedłby do zakonu. Florian Myszkowski to uosobienie pychy i swoistego narcyzmu. Przykład zachowania sugerującego, co może dziać się w klasztornych murach i w jaki sposób mogą one kształtować świadomość. Czego boi się Kościół katolicki w przededniu drugiej wojny światowej? Wystarczy posłuchać ojca Floriana. Nieprzekonanego do tego, by przemierzać Polskę i szukać w Krynicy innego księdza, który pewnego dnia zniknął, wprawiając w konsternację przełożonych. Więcej zaangażowania w sprawę poszukiwania przejawia Aleksander Herbst – jemu niejako piątym kołem u wozu jest obecność Myszkowskiego, z którym różnią go nie tylko ideologia i filozofia postrzegania rzeczywistości. Obaj benedyktyni muszą w Krynicy odnaleźć Wojciecha Kalinowskiego i namówić go do powrotu do Poznania. Nie są istotne powody, dla których zniknął. Ma ponownie pełnić posługę i wrócić do swego uporządkowanego świata, aby Kościół nie musiał odpowiadać na niewygodne pytania. Bo tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego poznański ksiądz opuszcza swą plebanię. Powody takiego zachowania mnoży w wyobraźni Myszkowski. Tymczasem detektywi w sutannach przybywają do Krynicy, gdzie skonfrontują się z tym, jak duże różnice występują między tym, co przekazuje Kościół katolicki, a tym, co myślą jego owieczki.

Katolicki pensjonat panien Malickich może być taką Polską w pigułce. Kurację odbywa się tam z przyjemności, z przypadku i za karę. Barwna galeria postaci dowodzi pewnej różnorodności w społeczeństwie, ale jednocześnie bezlitośnie punktuje cechę wspólną wszystkich polskich katolików – zaściankowość i zamknięcie się w świecie stereotypów, oportunizmu i dwuznaczności działań. W krynickim pensjonacie znajdą schronienie wszyscy ci, którym nie jest w różny sposób po drodze z codziennością gdzieś poza tym miejscem. Mamy inwalidę wojennego, który wciąż widzi wokół japońskie zagrożenie. Jest tajemnicza młoda wdowa z uroczym pięciolatkiem. Mniej uroczy są specyficzni bliźniacy i ich rodzice na skraju rozpadu małżeństwa. Są panny na wydaniu i stare panny. Jest kostyczna kucharka. Jest niebieski ptak, któremu nie układają się kontakty z kobietami. Odnajduje się także sam Wojciech Kalinowski, ale poznańscy wysłannicy nie skłonią go do powrotu, albowiem ubiegnie ich ktoś, kto ciosem w głowę pozbawi księdza życia.

Joanna Szwechłowicz rozprawia o ludzkiej moralności i pokazuje przykłady sytuacji, w których hipokryzja przyjmuje mroczną, zdeformowaną postać. Myszkowski i Herbst uważnie przyglądają się kuracjuszom, starając się jednocześnie zajrzeć w ich przeszłość. Ważne są bowiem motywacje, dla których ci ludzie znaleźli się w krynickim pensjonacie. Istotne jest uważne słuchanie i podglądanie, które w dość niewydarzony sposób uskutecznia Florian Myszkowski. Herbst analizuje specyficzne stosunki między pensjonariuszami i w miarę sprawnie rozpoznaje, kto z nich może być mordercą. A „Siła wyższa” – z bardzo wieloznacznym tytułem – to książka o tragicznej drodze od miłości do zabójstwa. Obok pragnienia śmierci pojawią się pragnienia prawdziwego życia i potrzeba sprawiedliwości, której deficyt odczuwają kuracjusze zamknięci przed światem w kręgu prywatnych neuroz i smutków. Szwechłowicz umieszcza swoich bohaterów w przestrzeni, która – zamiast uleczać – staje się dla nich wyjątkowo opresyjna. Portretuje logikę myślenia kategoriami katolickiego miłosierdzia i bezlitośnie punktuje ułomności wierzących, lecz niepraktykujących. Ta powieść przesycona jest ironią i pełna humorystycznych scen, ale opowiada przecież o smutnych ludziach w smutnych okolicznościach oraz o tym, że wciąż żyjemy w stanie niezgody z tym, co oferuje nam rzeczywistość.

Pośród czytelnych złośliwości, aluzyjnej zawiści i na polu konfrontacji skrajnie różnych od siebie poglądów dość dobrze się bawimy i przypuszczamy, kto mógł zabić. Autorka tym razem nie mnoży trupów. To bardziej powieść obyczajowa, taki specyficzny przekrój przez polską mentalność i jej uprzedzenia. Mimo śmiechu chwilami jest naprawdę strasznie. Zwłaszcza wtedy, gdy przekonujemy się, iż szereg wypowiadanych poglądów tkwi w umysłach wielu z nas także dzisiaj, blisko osiemdziesiąt lat później. „Siła wyższa” to opowieść o fałszu altruizmu i o mrocznych obliczach egoistów. Trochę w niej feminizmu, trochę oportunizmu, ciekawa zagadka i sporo wieloznaczności. Wyborna lektura, ale do takich autorka zdążyła nas już przyzwyczaić. Tym razem – w moim odczuciu – oddaje w nasze ręce rzecz najlepszą i świetnie dopracowaną.


PATRONAT MEDIALNY

2016-06-13

"Skóra" Toni Morrison

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 192

Tłumacz: Jolanta Kozak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty

Toni Morrison zdecydowała się na literacką miniaturę z tematami, które mogłyby stać się podstawą opasłego tomu. Być może niejednego. A byłoby o czym snuć epickie rozmyślania. Skóra” to przede wszystkim opowieść sygnalizująca, że w życiu bardzo często przyjmujemy sobie pewien nieznośny, subiektywny azymut i przez jego pryzmat postrzegamy wszystko, co nas otacza. Głównie porządkujemy nasze relacje z innymi, trzymając ich w bezpiecznym dystansie. To także książka o stygmatach z dzieciństwa, których – mimo starań – nie da się przekuć w atuty. Historia ludzi zagubionych w przestrzeni i zdarzeniach sprzed lat, którzy dorosłość otaczają mgłą i wrastają w ciągłą niepewność. To w końcu mistrzowska narracja o matkach, które odrzucają albo są odrzucane. O najsilniejszych więziach tworzących traumatyczne relacje oraz o czasie, który nie leczy ran, a dodaje jedynie trosk. Tak, Toni Morrison mogłaby napisać o tym wszystkim długą powieść. A mamy – chwilami nieco tendencyjny – szkic literacki o rasizmie, krzywdach wyrządzanych dzieciom, o poszukiwaniu bezpieczeństwa oraz miłości, ale przede wszystkim o niezrozumianym odtrąceniu, od którego nieprzypadkowo rozpoczyna się ta książka.

Matka wychowywała Lulę Ann surowo. Jej czarna skóra naznaczyła ją na zawsze. Stała się powodem rodzinnego nieszczęścia i coraz większego odium matki broniącej się przed odpowiedzialnością za dziecko, które nieprzyjemnie ją zaskakuje. Bardzo wyraźna i metaforyczna scena odmawiania piersi małej Luli Ann to początek trudnej relacji, w której dziewczynka postanowi walczyć o zainteresowanie, uwagę i odrobinę czułości wszelkimi możliwymi sposobami. Także konfabulując i zamieniając życie innej osoby w piekło. Wszystko po to, by matka wreszcie wzięła ją za rękę. Bo o dotyk Lula Ann walczyła bezkompromisowo. Tymczasem rodzicielka nie chciała jej nawet bić, by nie czuć tego, przed czym wzbraniała się, przerażona kolorem skóry dziecka.

Po latach Lula Anne nazywa się Bride i pokazuje wszem wobec, że mimo trosk z dzieciństwa można osiągnąć spełnienie i godne życie. Bride jest kobietą sukcesu, której czas upływa już zupełnie inaczej. Nie jest czasem oczekiwania, lecz zdobywania. Dość dziwnym czasem, w którym na nikim nie robią wrażenia preferencje seksualne, ale kolor skóry nadal wzbudza kontrowersje i uprzedzenia. Czerń Bride kontrastuje z bielą jej ubrań. Toczy się w niej wewnętrzna walka o uznanie w kompromisie. Bride jest gotowa stawiać czoła nowym wyzwaniom zawodowym, ale nie jest gotowa na konfrontację z przeszłością. A także na kolejne odrzucenie, gdy pewnego dnia jej kochanek Booker mówi, że to już koniec. Okazuje się, że dla zawsze uporządkowanej Bride będzie to dopiero początek. Nowej drogi, na której zmierzy się z demonami przeszłości, ale także nauczy empatii – czegoś, co gdzieś w niej zanikło przez lata dochodzenia do sukcesów.

Toni Morrison skupia uwagę na głównej bohaterce, ale buduje jednocześnie polifoniczną narrację, w której poznajemy różne punkty widzenia ludzi stających na drodze Bride. To pełne dramatyzmu spowiedzi albo też luźne refleksje wyrażające gorycz bądź rozczarowanie. Świat bowiem składa się z naprawdę różnych sposobów patrzenia na niego i okazuje się, że w „Skórze” nie wszystkie zdarzenia będą jednoznaczne, choć sporo jest takich, które podczas czytania stanowczo potępiamy. To książka o ludziach w drodze, niegotowych na akceptację – siebie i najbliższych. Także o buntownikach i samotnikach, ale przede wszystkim o różnych rodzajach ludzkiego wyobcowania. Booker i Bride zrywają ze sobą już na początku, jednak wiemy, że jedno z nich będzie zmierzać do tego, by wyjaśnić enigmatyczne powody rozstania. Ta determinacja służy Bride, bo pomaga jej spojrzeć na siebie z innych perspektyw. Pomaga także Bookerowi, który również zmaga się z mroczną przeszłością i może bardziej niż Bride tkwi w niej nadal, niegotowy do jakiejkolwiek zmiany, mentalnego pożegnania się z tym, co boleśnie utracone.

To opowieść o tym, że życiowa wolność zawsze ma swoją cenę. Nie przychodzimy na ten świat z gotowością, by wziąć za siebie odpowiedzialność. „Skóra” to też książka o uprzedzeniach i o paraliżującym strachu. O tym, że ludzie wolą oddalenie niż konfrontację z tym, czego od siebie oczekują. To także melancholijna historia przemian, na które nie jesteśmy gotowi, ale którym stawiamy czoła. Toni Morrison zmusza nas do tego, by spojrzeć na tę niewielkich rozmiarów powieść z wielu różnych perspektyw. Ważne, by dojrzeć, do czego prowadzi życie naznaczone rozpaczą. Ważne jest także to, ile możliwości mamy przed sobą i kiedy powinniśmy z nich korzystać. „Skóra” podejmuje także trudny temat dzieciństwa naznaczonego przemocą w kilku możliwych wymiarach. Opowiada o tym, że do śmierci możemy być wystraszonym dzieckiem albo przepełnionym żądzą zemsty potworem bez uczuć. A w tym wszystkim jeszcze stygmat skóry i szereg rozważań o wybiórczym postrzeganiu świata przez rasizm i pokrewne mu uprzedzenia.

Bride przechodzi przemiany, ale zaskakująco dla siebie powraca wciąż do tego, co w życiu nie dawało jej spokoju. Booker zamyka się w sobie i potrzeba wielkiej determinacji, by wydobyć go z tego zamknięcia. Morrison fantazjuje o ludziach, którzy zmieniają się być może przez przypadek. Być może jednak przez siłę relacji, w którą zdążyli zwątpić albo okopać się przed nią na bezpiecznej samotniczej pozycji. „Skóra” to opowieść definiująca kilka rodzajów ludzkiego zagubienia, nie feruje jednak żadnych wyroków, nie sugeruje zbyt wiele. Noblistka sygnalizuje wielkie dramaty w dość kameralnej formie. Oszczędza słowa, by nazywać uczucia. Na przykład określić wstyd na kilka możliwych sposobów. Wzrusza i przejmuje, a jednocześnie odnosi się do czegoś tak oczywistego jak deficyt miłości i przywiązania, z którym wielu z nas walczy na różnych życiowych frontach. Często bez powodzenia, bo nie jesteśmy w stanie zrekompensować sobie najbardziej oczywistych ludzkich braków. Czy bohaterom tej książki się uda?

2016-06-10

"Dobra matka" Małgorzata Rogala

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 15 czerwca 2016

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Kolejne dylematy Górskiej

Małgorzata Rogala w swej ostatniej powieści "Zapłata" pozostawiła nas z kilkoma pytaniami, na które nie mogliśmy znaleźć odpowiedzi. „Dobra matka” to kontynuacja losów dzielnej aspirant Agaty Górskiej nawiązująca do sygnalizowanego w poprzedniej książce lęku bohaterki i do traumatycznego wspomnienia z dzieciństwa, z którym wciąż nie mogła się uporać. Rogala pozwoli swej powieściowej policjantce odnaleźć wreszcie ulgę, gdy mroczne zdarzenia sprzed lat doczekają się pewnej sprawiedliwości. Ale ta książka to przede wszystkim opowieść o tych wszystkich kobietach, którym niedane jest zaznać owej sprawiedliwości, bo utknęły w obawach i znalazły się w bardzo niesprawiedliwych okolicznościach losu. Proza bardzo dynamiczna, mocno angażująca emocjonalnie. Opowieść o kilku rodzajach krzywd i przemocy, których doświadczają kobiety. Także książka ostrzeżenie, bo po lekturze niejedna czytelniczka zawaha się, nim udostępni kolejne zdjęcie swojej pociechy na portalu społecznościowym. Dlaczego matki pokazujące światu radość swego rodzicielstwa znajdą się na celowniku seryjnego zabójcy? Rogala doskonale stopniuje napięcie, zwodzi naszą czujność, oddala ją od sedna sprawy, ale cały czas każe czuć pod skórą puls codzienności, w której Agata Górska ze swym partnerem Sławkiem Tomczykiem będą tropić mordercę kobiet – ofiar nieświadomych tego, za co wydano na nie wyrok śmierci.

Agata i Justyna mogą wieść spokojne życie po dramatycznych wydarzeniach nakreślonych w „Zapłacie”. Tymczasem pojawia się kolejna znajoma Górskiej, która będzie oczekiwać od niej pomocy. Helena jest luksusową prostytutką, specjalistką od biżuterii, uciekinierką przed radomską szarzyzną oraz opresyjnym ojcem. Lena wyznaczyła sobie życiowy azymut i podąża konsekwentnie wybraną drogą. Wikła się jednak w sieć niebezpiecznych zależności, które z czasem staną się czytelne dla Agaty Górskiej podejmującej się śledztwa w sprawie zamordowania przyjaciółki Leny. Mieszkająca obok Paulina Zdunek zostaje zastrzelona w Lesie Kabackim. Ta śmierć szokuje wszystkich, bo ofiara była lubiana przez otoczenie. Tyle tylko, że w świecie realnym niewielu – poza Leną – wiedziało, jaka naprawdę jest Paulina. Wiedział o tym za to świat wirtualny. Denatka dzieliła się każdą częścią swego życia oraz radością z posiadania córki, którą fotografowała i pokazywała internetowym znajomym. Paula dodatkowo uwikłała się w ponurą aferę stręczycielską. Cena jej marzeń o lepszym życiu okazała się za wysoka. Dziewczyna z impetem uderzyła o twardy bruk codzienności, kiedy okazało się, że lepsze życie nie będzie jej dane. Nie spodziewała się, że dana jest zostanie śmierć. Lena przerażona jest nagłym odejściem przyjaciółki, ale także tym, czym stało się jej własne życie. Czy Agata Górska będzie w stanie ocalić przynajmniej ją?

Rogala odbiega od zasadniczego śledztwa, prowadząc nas celowo na manowce i każąc śledzić pewną obyczajową aferę, zamiast podążać śladami mordercy. Zagrożone kobiety mają zaskakująco wielu znajomych. Górska nie zapomniała, z jakim zaangażowaniem broniła kiedyś skrzywdzonych kobiet, i teraz przypomina sobie o tym, walcząc o ich godność. Tymczasem morderca czai się w ukryciu i planuje kolejne zabójstwo. Wysyła coś na kształt ostrzeżenia. Każe zastanowić się nad definicją dobrego macierzyństwa. Ocenia i obserwuje. Tkwi w nieukojonym żalu i po latach szuka zemsty, która nie daje mu żadnej satysfakcji. Dobra matka” to bowiem powieść kryminalna o krzywdach wyrządzonych w przeszłości i o tym, w jaki sposób rzutują one potem na postrzeganie świata. Zaburzona percepcja zabójcy ma swoje usprawiedliwienie. Tymczasem Agata Górska nie znajduje go dla mężczyzn zajmujących się stręczeniem kobiet.

To nie wszystkie sprawy, którymi zajmować się będzie policjantka na kartach tej książki. Zarówno autorka, jak i jej powieściowa bohaterka są w znakomitej formie – czyta się tę dynamiczną narrację z przekonaniem, iż znajdujemy się obok kobiet przepełnionych energią. „Dobra matka” jest książką, od której trudno się oderwać, bo każdy element skomplikowanej rzeczywistości wiąże się z kolejnym. Dzięki temu otrzymujemy wielowątkową opowieść o ludziach krzywdzących innych i podążających na drodze krzywdy ku coraz większej demoralizacji. Rogala portretuje cynicznych bohaterów w różnym wieku oraz skrzywdzone kobiety odnajdujące godność w walce o siebie. To również opowieść o tym, jak bardzo nieświadomi jesteśmy konsekwencji ujawniania treści własnego życia na portalach społecznościowych. Autorka portretuje złaknione odrobiny zainteresowania innych kobiety. Takie, które do świata wirtualnego przenoszą całą tę energię i szczerość, jakich brakuje im w codziennych relacjach z ludźmi. „Dobra matka” to książka o niebezpiecznym ekshibicjonizmie i o różnych rodzajach samotności. Także o tej z wyboru, bo Agata Górska z trudem akceptuje fakt, iż w jej życiu pojawił się cierpliwy mężczyzna chcący powalczyć o ich wspólną przyszłość…

Małgorzata Rogala ma tę pisarską umiejętność, która pozwala na bliższy związek z naznaczonymi trudnym życiem bohaterami. Agata Górska daje się lepiej poznać. Dzięki konfrontacji z demonami przeszłości ulega pewnej przemianie i widzimy ją w innym świetle. Jednocześnie jej biografia jest konstruowana w taki sposób, aby czytelnik nieznający wcześniejszych losów i książek doskonale odnalazł się w skomplikowanym świecie policjantki. Pośród niej Górskiej życzliwi ludzie oraz wiele dylematów. Górska musi się z nimi mierzyć szybko i dochodzić do właściwych wniosków. Czas gra na niekorzyść kolejnej potencjalnej ofiary, a morderca w „Dobrej matce” to ktoś, kogo zwyczajnie pomijamy w toku śledztwa, a kto przypomni się potem, gdy poznamy mroczne motywy jego postępowania. W centrum uwagi pozostaje jednak Agata Górska. Rogala w tej bohaterce skrywa swe nadzieje, że kobiecość to zawsze siła. To także fantazja o tym, że najlepsze w życiu wsparcie kobieta może otrzymać przede wszystkim od drugiej kobiety.


PATRONAT MEDIALNY

2016-06-03

"Książka o czytaniu" Justyna Sobolewska

Wydawca: Iskry

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 242

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Z miłości do książek

Dopadł mnie kryzys czytelniczy. Chandra jakaś, prawie że niechęć do czytania. Dotarło do mnie, jaka przerażająca mnogość publikacji zalewa rynek i jak łatwo się w tym wszystkim zagubić. Bo można stracić trop, pewność swego nosa do książek albo też nagle zrewidować priorytety w czytaniu. Na taką sytuację najlepszym lekarstwem jest „Książka o czytaniu” Justyny Sobolewskiej. Rzecz o niesłychanej miłości do książek i o tym, że są one wszędobylskie, porządkują i kategoryzują autorce życie codzienne. To, w którym książka jest początkiem dialogu ze światem, intymnej rozmowy z autorem, ale przede wszystkim wejściem w kontakt z samym sobą. Przecież tak rzadko zadajemy sobie pytanie o to, dlaczego czytamy, zakładając z góry utrwaloną gdzieś w podświadomości odpowiedź. Sobolewska pokazuje, że rozważania na temat statusu czytania i roli odkrywania książek w życiu powinniśmy snuć na tyle często, by wiedzieć, w którą stronę ewoluujemy. Nie czytamy w życiu wciąż tak samo. Nie chodzi o rodzaj natężenia czy uwagi. Chodzi o filozofię flirtu z tekstem i możliwość wychodzenia naprzeciw fikcjom literackim. „Książka o czytaniu” jest opowieścią o możliwościach ludzkiej percepcji oraz o tym, że czytanie nie izoluje – wręcz przeciwnie, buduje silne międzyludzkie więzi, tworząc społeczności oraz grona, do których należymy bez względu na to, jak bardzo intymnie postrzegamy swój sposób obcowania z tekstem pisanym.

Nie wiem, czy albo na ile treść wydanej ponownie książki zgodna jest z tym, co można było przeczytać cztery lata temu. Ponieważ wówczas z różnych powodów nie było mi dane zapoznać się z tą publikacją, teraz chętnie nadrabiam zaległości, bo kusi nie tylko treść, ale i okładka. Sobolewska zaznacza w jednym z tekstów, że dużo chętniej sięgamy po książki, gdy na okładce znajduje się kobieta, a nie mężczyzna. Coś w tym jest, bo zwykle z dystansem omijam publikacje sygnowane obliczem autora, a w tym przypadku to okładka mnie przyciągnęła. O magii opraw, ich różnorodności oraz o tym, w jaki sposób okładka otwiera bądź zamyka drogę ku treści, także będzie w tej książce co nieco. O wszystkim jest co nieco, a zabrakło mi jedynie rozważań o tym, że niekiedy za wcześnie albo za późno sięgamy po daną książkę, choć w zakończeniu autorka zbliża się odrobinę do tego problemu. Brakło mi też głosów zwykłych czytelników, nie pisarzy i ludzi z branży wydawniczej. Jedynym bliskim kontaktem ze zwyczajnym czytelnikiem zdają się wypisy z forów internetowych, którymi Justyna Sobolewska raz czy dwa okrasi swe rozważania. Poza tym – nieco za stronnicza i za bardzo zaangażowana w proces tworzenia, a nie odbioru jest ta opowieść złożona z dykteryjek i poważnych rozmyślań, emanująca świeżością, erudycją oraz przekonaniem, iż portretowane czasem ironicznie, czasem dosadnie plemię czytelników to wartość wspólna każdego z nas, czytających.

Dwie zasadnicze inspiracje wymienione są już na wstępie. Sobolewska przypomina – wielokrotnie – „Moją historię czytania” Alberta Manguela oraz „Ex libris” Anne Fadiman. Ci autorzy stoją u początku, ale sama książka opowiada o czytelniczych wędrówkach i rozmyślaniach, na jakie Manguel oraz Fadiman pewnie by nie wpadli. Jest to w dużej mierze rzecz autobiograficzna i choć nakreśla rozważania w różnych kontekstach, najciekawsza jest wówczas, gdy dochodzi do zwierzeń. Teksty krytyczne Justyny Sobolewskiej czyta cała Polska, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że jej czytanie jest zawsze intymne, subiektywne, z dozwolonymi emocjami i wszystkim tym, czego krytyk powinien unikać, gdy zajmuje się oceną. Ważne są wskazania, w jaki sposób model czytania i szacunku do książek ukształtował się w dwóch pokoleniach rodziny Sobolewskich i w jaki sposób czytelnicza percepcja matki wychodzi naprzeciw nowoczesnemu rynkowi książki konkretnie sformatowanemu dla młodego odbiorcy – jej syna. Jest w „Książce o czytaniu” także wiele tropów osobistych dyskretnie zasygnalizowanych. Dużo można przeczytać między wierszami, rozumiejąc sposób, w jaki autorka odbiera literaturę. Jest to jednak przede wszystkim opowieść o różnorodności recepcji i o tym, że bliskość z książką wydobywa z nas nasze najlepsze cechy. Nawet jeśli czytamy w miejscach wstydliwych albo sięgamy po tytuły, którym najlepiej zasłonić okładki.

Podoba mi się rozwinięcie tezy, że Don Kichot był przewodnikiem wszelkich maniaków książkowych. Oni się chętnie i obszernie wypowiadają na kartach tej publikacji. Sobolewska dopytuje pisarzy o ich warsztat pracy oraz o istotę tworzenia, o pułapki i niebezpieczeństwa kryjące się w pisaniu. To, czego się dowiaduje, pokrywa się z wnioskami, jakie pojawiły się w moich rozmowach z prozaikami, ale „Rok w rozmowie” to pokłosie kontaktu z innymi ludźmi niż ci, których przepytała autorka. Poza tym, że wiele przeczytała, równie wiele i uważnie wysłuchała. To wszystko jest tu obecne. Otrzymujemy książkę o czytaniu i czytelnikach, o filozofii czytania i o różnego rodzaju życiu książki. Jest o ekscentrycznych tytułach, zaskakujących fabułach, rodzajach uzależnień od czytania, a także o mnogości książek, które znamy, i takich, które nie powstały. Rozważania Sobolewskiej chwilami sytuują nas gdzieś na zewnątrz tych tekstów. Nie każdy posiada odpowiednie narzędzia badawcze, ukształtowaną czytelniczo percepcję i wielu z pewnymi kompleksami ujrzy panoramiczność opowieści o czytaniu osoby doskonale rozpoznającej konteksty, oczytanej i pozwalającej sobie na swobodę przechodzenia od jednego do drugiego tekstu źródłowego. Mimo to czasami doskonale czujemy, że sami moglibyśmy napisać ciągi dalsze, sami zadać podobne pytania, sami stanąć wobec przedstawionych dylematów i uśmiechnąć się wraz z tymi, którzy komentują żartobliwie, gdy mówią o poważnych sprawach.

Bo czytanie jest poważną sprawą. To zależność od zmyślenia, która buduje tożsamość i wzmacnia empatię. To też niegroźna forma bzika. A także miłość na całe życie, podczas którego znajdujemy czas na to, by porównywać, zestawiać, analizować strukturalnie fabuły i jednocześnie odkrywać w tych analizach swoje możliwości. Czytanie jest piękną przygodą i przynosi mnóstwo frajdy. Sobolewska miała jej sporo, przygotowując tę książkę. Ważne, że w imieniu wielu napisała o tym, iż okoliczności czytania wymusza potrzeba. Stajemy z nią w gotowości na nowe doznania. Czytając, odnajdujemy definicje życia. Justyna Sobolewska opowiada ze swadą, punktuje wyraziście, daje ogromny margines interpretacyjny i przede wszystkim niczego nie narzuca. Nie jest to bowiem publikacja o tym, jak czytać, ale przede wszystkim o tym, po co czytamy i jak wiele mamy motywacji do tego działania. „Książka o czytaniu” przydaje się podczas chandry czytelniczej. Dla każdego z nas będzie inną książką. Jest bowiem otwarta i w mądry sposób fragmentaryczna. Wiele odczytań, sporo możliwości, niezobowiązująca konstrukcja, poczucie humoru i przede wszystkim radość w opowiadaniu o czytaniu – to wszystko wyróżnia publikację Justyny Sobolewskiej, z którą powinien zapoznać się każdy sięgający po książki.