Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-07-25

"Felix Austria" Sofija Andruchowycz

Wydawca: Czarne

Data wydania: 13 lipca 2016

Liczba stron: 288

Tłumacz: Katarzyna Kotyńska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,80 zł

Tytuł recenzji: W Stanisławowie

Sofija Andruchowycz namiętnie i obsesyjnie zajmuje się w swojej twórczości kwestią kobiecej tożsamości. Po mało wyraźnych opowiadaniach ze zbioru "Kobiety ich mężczyzn" i interesującej „Siomdze” otrzymujemy powieść zatrzymanego czasu i miejsca, w której zaznaczy się konfesyjny ton opowieści o złudzeniach, nadziejach, marzeniach i o życiowej goryczy. Ukraińska pisarka bohaterką pierwszego planu uczyni Stefanię Czorneńko, służącą w domu Adeli Anger, mieszkanki Stanisławowa – portretowanego z czułością i topograficzną dokładnością – w 1900 roku, kiedy monarchia austro-węgierska ma się nie tylko dobrze, jest dla Stefanii rajem i punktem odniesienia. Dlaczego jednak w bohaterce „Felix Austria” jest tak wiele żalu i frustracji? Co łączy ją z jej panią, z którą zrosły się i pozostały na zawsze w na poły toksycznej, na poły wyzwalającej zależności? To pamiętnik złożony z groteskowych, ironicznych, smutnych i przezabawnych fragmentów komentujących rzeczywistość wokół. Tę widzianą z perspektywy służącej. Codzienne życie, a w nim galeria barwnych postaci pieczołowicie portretowanych, wyraźnych oraz dających możliwość snucia refleksji o naturze człowieka i świata. Piękna powieść zanurzona w czasie przeszłym i ukazująca pewien fragment rzeczywistości społeczno-politycznej. W niej zagubiona Stefcia, dla której świat to wytyczone przez innych normy. Także tęsknoty i rozczarowania, troski dnia powszedniego, ale i czasami furia. Czorneńko to bardzo charakterystyczna postać. „Felix Austria” jest dzięki temu książką, która mocno zapadnie w pamięć.

Stefania i Adela to byty niezależne, ale jednocześnie połączone specyficzną więzią, z której nie mogą się wyzwolić. Nakreślony podział ról – pani i służąca – nie ułatwia nam interpretacji wzajemnych relacji. To pewien intymny związek, w którym czają się wzajemne pretensje oraz utyskiwania, mniej lub bardziej werbalizowane. Kobiety zbliżyła wspólna śmierć matek, ale to nie wszystko. Nie są dla siebie jak siostry, nie jak przyjaciółki – a jednak połączone czymś niewidzialnym, nie do końca zrozumiałym. Stefania jest gwarantem normalnego życia dla nieporadnej Adeli, która nie potrafi się sama ubrać, jest niczym marionetka wymagająca prowadzenia przez innych. Żyje w związku z mężczyzną, który ma talent do figur cmentarnych. Obdarza je większą czułością niż żonę, ale Adela jest przekonana o tym, że każdy element jej życia znajduje się na właściwym miejscu. Także Stefcia, która ma służyć. Ale bohaterka Andruchowycz nie jest pokorną służką. Wpada w furię, wylewając zawartość nocnika czy wyrzucając przyrządzone liny przez okno. Obserwujemy tygiel emocjonalny Czorneńko, dla której punktem wyjścia do rozważań jest zawsze porządek gwarantowany przez bycie obok Adeli.

Stefcia jest właściwie stale obok. Obok głównego nurtu tętniącego życiem Stanisławowa, w którym żyją ze sobą ludzie różnych kultur i wyznań. Perspektywa służącej pozwala przyglądać się ludziom z miasta bardziej uważnie. Stefania przecież głównie obserwuje z boku. I widzi zadziwiająco dużo, zaskakująco dokładnie. Interpretuje fakty po swojemu, czasami naiwnie wierząc w to, że Bóg jej pewne sprawy wyjaśni. A jest sporo do wyjaśniania, albowiem porządkowany przez Stefcię świat rozpada się. Ludzie okazują się inni, niż sądziła. Pośród pozorów pozostaje jej wewnętrzna godność, szczerość i gotowość do tego, by skomentować ludzkie przywary, a także poglądy i zachowania. Sofija Andruchowycz prezentuje kronikarkę czasu, w którym każdy czuje, że może zrobić wiele i jest przekonany o tym, iż Stanisławów to centrum tętniącego życiem wielkiego świata. W tym mieście kryje się wszystko, co dla danego czasu istotne. Autorka nie traktuje historii wybiórczo. Nie koloryzuje i nie interpretuje faktów. Pozostawia swoją Stefcię w zadumie i złości, kiedy życie przyjmuje inne kształty, niż zakłada służąca, a dynamiczny Stanisławów staje się przez moment prowincją z ludzkimi słabościami, do których nikt nie chce się przyznawać.

To powieść także o wycofaniu i osobności. Petro, mąż Adeli, żyje w swoim własnym świecie, podobnie jak przygarnięty chłopiec z syndromem Ehlersa-Danlosa, giętki i sprytny, potrafiący skryć się w zaskakujących miejscach, szkicujący być może alternatywną mapę miasta. Stefania nie potrafi żyć jak Petro. Stanowiła zawsze część życia Adeli i tylko w związku z nią widzi siebie naprawdę. „Felix Austria” to zatem książka o tym, w jaki sposób poszukuje się własnej tożsamości i jak bardzo chciałoby się stanowić o samym sobie, ale jest to nie tyle trudne, ile niezrozumiałe tak do końca. Stefcia jest samotna, ale chciałaby zmienić ten stan. Nie chodzi o to, by odnaleźć kawalera, z którym połączy swoje życie. Chodzi o pewien rodzaj odrębności – ktoś powinien się z nią liczyć, za pewne działania szanować, być może też podziwiać. Tymczasem jest Adela, która potrafi okrutnie odrzucić i użyć słów, które ranią, powiększając życiową pustkę. A jednak Stefania walczy o siebie. Chce uporządkować wokół tyle, ile się da, i chce mieć nadzieję na to, że Bóg i los wyznaczają sensowną drogę, której celu jeszcze nie zna.

Jest w tej prozie sporo nostalgii przełamanej znakomitym poczuciem humoru autorki, albowiem niektóre fragmenty książki bawią do łez. Inne znowu mogą przywołać łzy wzruszenia. Andruchowycz nie oszczędza czytelników, tak jak nie oszczędza głównej bohaterki. Proponuje nam podróż po świecie, z którego pozostało w pamięci już niewiele, a przecież pamięć porządkuje cały świat przedstawiony „Felix Austria” i to w pamięci o czymś, co już nie istnieje, Andruchowycz zawiera swoje fantazje o kobiecości silnej, a jednocześnie zaniedbanej – smutnej, lecz przepełnionej witalizmem. Niespodziewającej się tego, co może nastąpić, bo symboliczne zakończenie na pewno zaskakuje czytającego. To opowieść o pielęgnowaniu złudzeń i o odwadze samostanowienia. O tym, że pozycja społeczna nie determinuje zachowań oraz myśli. To także książka o niezwykle silnej kobiecej zależności – o jej subtelnych niuansach kreślonych tutaj z czułością oraz empatią. Mimo chwilami rozrywkowego charakteru jest to jednak książka przesycona melancholią. Wyrosła z czasu, w którym coś w powietrzu zapowiadało katastrofę, a jednocześnie kazało brać życie garściami. Piękny pokłon dla galicyjskiej prowincji i świetnie opowiedziana historia ciekawości świata – w takim kształcie, który wydaje się obcy i jednocześnie bardzo bliski. Świetna książka, czuła i mądra.

2016-07-20

"Stasi i dziecko" David Young

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 6 lipca 2016

Liczba stron: 368

Tłumacz: Katarzyna Sosnowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Zagadki reżimu

Podjęcie w książce tematyki opresyjnego reżimu byłej NRD niesie ze sobą wyzwania. Choćby z tego względu, że trudno wyjść poza opis aparatu deprecjonującego człowieka i zmuszającego do wiary w jedyną słuszną ideologię. Metody pracy Stasi, piekło jej więzień, preparowanie dowodów czy wszelkiego rodzaju manipulacje podczas śledztw zmuszające więźniów do uległości – to wszystko zostało już zobrazowane i opisane, do tego też David Young wraca w swoim thrillerze. Myślę, że „Stasi i dziecko” jest dobrą powieścią przede wszystkim dlatego, że oferuje nam bardzo wyraźne, sugestywne postacie pierwszego i drugiego planu. Opowiada o udręce funkcjonowania w reżimie, ale środek ciężkości przesuwa w stronę dylematów etycznych i moralnych swoich bohaterów. Ta książka to pokłosie uważnych lektur i jak sam autor wspomina – fikcja łączy się tu z pewnymi elementami świata rzeczywistego. Otrzymujemy opowieść o trudzie lojalności samemu sobie, ale przede wszystkim rzecz o determinacji w działaniach. Prowadząca śledztwo milicjantka Karin Müller spektakularnie działa w różnych skomplikowanych kontekstach, pokazując niezłomność mimo atmosfery nieufności, bo nikomu wokół tak naprawdę nie można w narracji Younga wierzyć do końca.

Autor przez pierwsze kilkanaście rozdziałów nie proponuje czegoś wyjątkowego. Fabuła zagęszcza się w drugiej części książki, kiedy zaczynamy składać ze sobą dwie opowieści – tę o poczynaniach porucznik Müller i tę związaną z losami pewnej nastolatki zesłanej do ośrodka wychowawczego w Brugii. Najważniejsze jest to, że nieustannie zaskakiwana zwrotami akcji jest sama główna bohaterka, w związku z tym i nam trudno jest oderwać się od lektury. Zwłaszcza w momentach, gdy przychodzą finałowe rozwiązania. Tymczasem dowiadujemy się o przeszłości Karin Müller. To jedyna kobieta w NRD na czele wydziału kryminalnego i ktoś postarał się o to, by była tą pierwszą. Karin ma całkowicie zindoktrynowaną osobowość i mam tu wielki żal do Younga, iż nie pogłębił tego w stopniu wystarczającym. Kobieta postrzega rzeczywistość wokół jako jedyny słuszny ustrój. Nic, co obce, nie może być dla niej dobre. Wszystko wzbudza nieufność przy jednoczesnym przekonaniu, że kraj, któremu służy, jest najbardziej uporządkowanym systemem polityczno-społecznym, jaki mógł się wydarzyć. To wszystko jest ważne, biorąc pod uwagę, jakie fakty podczas swego śledztwa odkrywa Karin i jak wpływają one na jej sposób postrzegania NRD. Poza porządkiem w światopoglądzie jest jeszcze duży chaos w sferze emocji, albowiem bohaterka Younga zmaga się z traumatyczną przeszłością, dla której wciąż nie może znaleźć wytłumaczenia. Przed laty wydarzyło się coś, co naznaczyło Karin na zawsze. Wpłynęło także destrukcyjnie na jej związek z mężem.

Jak zaczyna się fabuła? Zostają odnalezione zwłoki dziewczyny. Młodziutkiej, co tym bardziej przygnębia. Po śmierci okaleczono ją i zgwałcono. Sprawca dość nieudolnie zadbał o to, żeby myślano, iż denatka została zastrzelona, kiedy przekraczała granicę. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do wielu uciekinierów miała się kierować na wschód. Zastanawiające są także ślady kół samochodu i sygnały wskazujące na to, że mogłaby to być jakaś zbrodnia polityczna. Jak jest w istocie? Najciekawszy wydaje się fakt, iż sprawą – z różnych względów – zainteresowane jest Stasi, ale działania podejmuje Milicja Ludowa z mniejszymi uprawnieniami i możliwościami dalszego działania. Karin Müller u boku swego zawodowego partnera, z którym łączą ją stosunki także inne niż służbowe, podejmuje się zadania wciąż utrudnianego przez różne dziwne okoliczności. Dojdzie nawet do tego, że śledzący sprawę milicjanci zostaną odsunięci od działań. Kto i jaki interes ma w tym, żeby sprawę śmierci dziewczyny prowadziła właśnie Karin? Tym bardziej że nie będzie to jedyny trup, a kolejna ofiara wskaże berlińskim milicjantom zaskakujące nowe tropy.

Mamy tymczasem Brugię i ośrodek dla nieprzystosowanych społecznie. Także dla tej części młodzieży, która z różnych powodów uznana jest za wrogów ojczyzny. Ta portretowana przez Younga ojczyzna swój aparat opresji buduje także na indoktrynowaniu i uzależnianiu od siebie młodego pokolenia. Powieść czytelnie w samym tytule sygnalizuje najważniejszy problem – manipulacje aparatu bezpieczeństwa, który wykorzystuje do swych działań już nastolatków. Taka nieszczęśliwa trójka z Brugii stanie się symbolem tego mrocznego zniewolenia. Ale to nie wszystko. Jest to bowiem książka o tym, że marzenia o ucieczce do lepszego świata – uznawanej przecież za najcięższe przestępstwo w NRD – towarzyszą już najmłodszym Niemcom, którzy z różnych powodów widzą świat takim, jaki jest naprawdę, a nie takim, jakim prezentuje go reżim.

Ważny jest wątek partnerskich relacji Karin i jej męża. Związek przeżywa ciężką próbę i najtrudniejsze dopiero przed nimi. Ta małżeńska współzależność wydaje się wyjątkowa, bo wskazuje na to, że tylko oni – mimo skrajnie różnych postaw i oczekiwań względem życia – są wobec siebie naprawdę lojalni. A to pewność przekonania, której Karin nie ma na żadnym etapie śledztwa. Zdarzenia zmieniają się dynamicznie, a berlińska milicjantka nie wie, komu zaufać i jak skutecznie działać dalej. Nie rozumie też pewnych działań jej przełożonych. Nie ma świadomości, że w prowadzonym śledztwie jej osoba może być celem szczególnej manipulacji.

David Young pokazuje pewną bezkompromisowość trudnego życia w NRD dokładnie do ostatniej strony swojej powieści. To, jak postrzega się świat, może zostać doskonale zmanipulowane. To, jak się o nim myśli, dodatkowo zmodyfikowane przez aparat opresji z wieloma jego możliwościami. Stasi i dziecko” to powieść, która pokazuje, co dzieje się z ludźmi w trybach morderczej machiny reżimu. Zwycięzcy nie mogą się nimi czuć, a nawet jeśli się czują – nie mają pojęcia o tym, że mogą być przegranymi. Tutaj nie będzie tak, że sprawiedliwość zatriumfuje, a udowodniona wina będzie szła w parze z zasadną dla niej karą. Young pozostawi nas w niemym zaskoczeniu i przerażeniu. Pozostawi z książką, w której nic właściwie nie będzie tym, czym się wydaje.

2016-07-18

"Mężczyźni z różowym trójkątem" Heinz Heger

Wydawca: Ośrodek KARTA

Data wydania: 13 czerwca 2016

Liczba stron: 152

Tłumacz: Alicja Rosenau

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Wyjątkowe świadectwo

Opublikowano już ogromną liczbę wstrząsających świadectw obozowych. Takich, w których autorzy mogą domagać się rozliczenia za doznane krzywdy i zazwyczaj ten rozrachunek ma miejsce. Świadectwo Heinza Hegera – spisane na przełomie lat 1967 i 1968, wydane po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych minionego stulecia – to opowieść człowieka, który ze swoją krzywdą, zhańbieniem, deprecjonowaniem jako istoty ludzkiej i wspomnieniami okrucieństw musiał pozostać sam. Na wiele lat po zakończeniu wojny. Podobnie jak inne homoseksualne ofiary nazizmu, dla których zadośćuczynienie za wojenną przemoc nie przychodziło. Co więcej – ci, którzy przeżyli piekło obozu ze stygmatem „zwyrodniałego elementu narodu”, nigdy przez ów naród nie zostali potem dostrzeżeni ze swym cierpieniem. Zmienił się porządek świata, ale nie stosunek do ludzi innej orientacji seksualnej. „Mężczyźni z różowym trójkątem” to opowieść o mężczyznach skazanych z paragrafu 175 obowiązującego do końca lat sześćdziesiątych XX wieku, ale w posłowiu Joanny Ostrowskiej jest także mowa o kobietach, których inna orientacja seksualna stworzyła obozowe piekło i poobozową traumę, jakich nie da się po prostu wyrazić.

Nie da się też czytać tej książki bez robienia sobie przerw na złapanie oddechu. Niewyobrażalne okrucieństwa i opisy tortur w obozach Sachsenhausen i Flossenbürg to jedno. Drugie to mowa nienawiści i ciągłe podkreślanie, że homoseksualiści to kasta ludzi bez wartości, poniżana bardziej i częściej niż reszta współwięźniów. Autor trafia do piekła, którego ramy są dla niego nie do wyobrażenia. Zostaje odarty z godności za to, że kocha inaczej. Potem jest coraz gorzej. Takich jak on było bardzo wielu. Spośród niewielkiego procenta tych, którzy przeżyli, nikt właściwie nie ośmielił się opowiadać o swoich przeżyciach. Josef Kohout – bo tak naprawdę brzmi imię i nazwisko autora, który w lęku przed reakcją opinii publicznej wydał swoje zwierzenia pod pseudonimem – skupia się na szczegółach, opisując czasami nieważne detale. Hipnotyzuje tą opowieścią, bo każdy kolejny akapit opowiada o tym, jaką bestią może być człowiek, oraz pokazuje potworną hipokryzję wszystkich tych, dla których potępiany w Rzeszy seks był po prostu kartą przetargową w obozach pracy.

Heger nie unika opowieści o tym, co może być odebrane dwuznacznie moralnie. O tym, że niejednokrotnie był kochankiem kapo albo blokowego. Po to, by przeżyć. Tamci heteroseksualni mężczyźni traktowali obcowanie z więźniami różowego trójkąta jako działanie zastępcze, w każdym możliwym wymiarze sankcjonowane w ich umysłach tak potępiających homoseksualizm jawny, uznawany za potworność do całkowitej eksterminacji. Heger opowiada o tym, że bycie w związkach ze strażnikami więziennymi zapewniło mu przetrwanie. Tu nie chodziło o sferę seksualności, upodobania czy jakikolwiek wolny wybór. Żył, by dawać się wykorzystywać. Tylko na tym oparta była jakakolwiek przyszłość. Tylko to dawało szansę na przetrwanie tych niezliczonych upokorzeń, pośród których przede wszystkim lojalność i determinacja pozwoliły bohaterowi na opuszczenie obozu.

„Mężczyźni z różowym trójkątem” to jednak opowieść o tym, że koszmar dyskryminacji nie ma w zasadzie końca i że koniec ekstremalnych doświadczeń obozowych niósł za sobą jedynie życie w ukryciu. Paragraf 175 przestał być narzędziem nagonki i pośrednikiem wrogości, ale wielu ludzi tak jak Josef Kohout do końca swoich dni kryło się nie tylko ze swą orientacją seksualną, ale przede wszystkim z ogromem traumy, która nigdy nie została przepracowana. Nigdy też nikt nie podjął się w szerszym zakresie badania losów osób homoseksualnych, doświadczonych w obozach pracy wyjątkowo okrutnie, bo była to charakterystyczna kategoria podludzi, na którą wiecznie spadał największy gniew. Jest to zatem publikacja w symboliczny sposób oddająca głos wszystkim tym, którzy musieli milczeć. Pełna goryczy do samego końca, kiedy autor wyraża mimo wszystko wciąż aktualną refleksję następującej treści: „My, homoseksualiści, czy to w Wiedniu, czy gdzie indziej, możemy prowadzić najbardziej przyzwoite życie, a pogarda bliźnich, brak szacunku w społeczeństwie oraz dyskryminacja i tak będą takie same jak przed trzydziestu czy pięćdziesięciu laty – postęp ludzkości nas ominął”.

To temat, który nie interesuje wydawców, i historia, od której opinia publiczna odwraca wzrok. Rzeczy zbędne i niepotrzebne, i bez nich jest tak wiele zła do przepracowania w kolejnym powojennym pokoleniu. Tymczasem to książka o wyjątkowych stygmatach i o ludzkim okrucieństwie wyrażanym wprost poprzez agresję i tortury oraz pośrednio, bardziej boleśnie – przez milczenie, które boli wyjątkowo mocno. Heger nie tylko opowiada o zdeformowanej sferze ludzkiej seksualności w obozie. On w każdym dramatycznym rozdziale podkreśla, że kwestia preferencji seksualnych była wystarczającym powodem, by uczynić z człowieka istotę niewartą tego, by żyć. Istotę ośmieszaną, poniewieraną, poniżaną i poddawaną wyjątkowym formom opresji. Gorszą od najgorszych kryminalistów i zdegenerowanych osobowości ratujących się w heteronormatywnym świecie. To opowieść o ludzkich instynktach i o niezwykłej woli życia. Tragiczne świadectwo losu tych, których nikt nigdy nie wysłuchał i nigdy o to wysłuchanie nie śmieli prosić. Książka taka jak ta w wyjątkowy sposób pokazuje, że niewyobrażalny ogrom cierpienia musimy nosić w sobie tylko dlatego, że nie podporządkowujemy się określonym normom. Heger wykazuje się wielką odwagą i determinacją. Opowiada te historie z takim trudem, z jakim przyszło mu się mierzyć z każdym kolejnym dniem upokorzeń.

„Mężczyźni z różowym trójkątem” to świadectwo wielkiej odwagi. Nie chodzi tylko o przełamywanie milczenia. Chodzi o pokazanie tego, jak podły może być gatunek ludzki i jak niewiele jest potrzebne człowiekowi do tego, by błyskawicznie znaleźć cel ataku agresji. Heger zechciał zabrać głos w imieniu tych, którzy – w mniemaniu Rzeszy – stanowili zagrożenie dla społeczeństwa. Jednocześnie pokazuje, co grozi wszystkim w każdym miejscu i w każdym czasie – to nienawiść, nietolerancja, frustracje i przekonanie o tym, że mimo upływu setek lat i rozwoju ludzkości nadal możemy innych porządkować wedle stworzonych przez nas etykiet.

2016-07-13

"Nienachalna z urody" Maria Czubaszek

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 17 maja 2016

Liczba stron: 256

Oprawa: półtwarda

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Zabawnie i z powagą

Maria Czubaszek pożegnała się z życiem na chwilę przed tym, gdy „Nienachalna z urody” pojawiła się na półkach w księgarniach. Jako jej ostatnia książka być może będzie kupowana częściej, może uważniej niż poprzednie czytana. Bo autorka nie kryje się z tym, że pisze, gdyż musi zarabiać. Tak, dorabia do polskiej emerytury, która jest głodowa. Robi to z wdziękiem i zdecydowanie nienachalnie. Utrwalił się już pewien wizerunek Czubaszek jako tej, która prezentuje mądry celebrytyzm. W dużym uproszczeniu polega to na tym, iż jako celebrytka sprzedająca swoje słowa, bo musi mieć na utrzymanie i papierosy (albo odwrotnie, biorąc pod uwagę jej priorytety), wyraźnie i otwarcie mówi o wszystkim tym, do czego mnóstwo osób w tym kraju bałoby się przyznać publicznie. Czyli – w przeciwieństwie do celebrytów wydających książki na potęgę – ma po prostu coś do przekazania.

„Nienachalna z urody” to taka spowiedź słownikowa, opowiadanie o wszystkim przy narzuconych hasłach – formalnie niezbyt ciekawe, ale w każdym zdaniu szczere. To książka, do której każdy łatwo może się przypiąć. Uzna choćby, że też nie lubi herbaty, gotowania lub sprzątania – i już jest kupiony. Ale chyba nie o to w tej publikacji chodzi. Mam wrażenie, że to pewien głos rozsądku, który słyszymy w polskich domach, ale milknie on w przestrzeni publicznej. Głos osoby bardzo przejętej tym, jak wygląda Polska, co ją kształtuje, ku czemu ewoluuje i jaka może być jej przyszłość. Maria Czubaszek nie opowiada o niczym innym niż o sobie. Staje się kimś na kształt trybuna ludowego walczącego z hipokryzją. Nic to, że dopycha się czasem objętość wypisami z jej bloga czy fragmentami znanej już twórczości. Ta książka będzie żyła. Warto ją znać. Warto ją sobie opowiadać i przekazywać do czytania.

Już na wstępie dowiadujemy się, że treść stanowią zwierzenia kobiety „w rozwojowym okresie później dojrzałości”. Autorka zdaje sobie sprawę, że w każdej chwili może ją szlag trafić. Także z tego, że wiek odpowiednio odstrasza od niej lub przyciąga do niej pewne grupy ludzi lub instytucji. Chociaż nie odpowiada jej forma monologu, daje sobie z nim jednak radę. Pisze o tym, co większość jej zwolenników już wie. Ponownie o swoich rozczarowaniach, ale także o tym, co daje jej siłę do życia. Tego życia, którego już przecież nie ma, ale pozostała książka – mroczna tak naprawdę, bo wyrażająca przekonanie o tym, że w dzisiejszej Polsce Czubaszek nie chciałaby być osobą młodą, startującą w życie.

Jak wspomniałem, dużo jest o tym, co wszyscy robią lub myślą, ale co wolą z różnych względów pominąć milczeniem. Albo zamaskować paskudną hipokryzją. „Nienachalna z urody” to opowieść o tym, że chirurgia plastyczna to dziś rozwojowy biznes. O tym, że wielu z nas może odczuwać brak potrzeby bliskości z rodziną, a Boże Narodzenie odpuściłoby sobie, gdyby było można. To też rozważania o tym, że człowiek nie jest z natury dobry, że czasem wciąż trzeba się z czegoś tłumaczyć (kontrowersyjna kwestia publicznego przyznania się do aborcji) i że trudno właściwie autorce określić, dlaczego z tym, co wciąż powtarza, tak chętnie zapraszają ją różne media. Czubaszek przy okazji wyrazi swoje zaniepokojenie stanem po ostatnich wyborach, mentalnością Polaków i z czułą ironią przysoli kilku znanym publicznie personom. To nie jest jednak publikacja skandalizująca czy bazująca na jakichś prostych instynktach czytelników. Nie. Nienachalna z urody” to i kolejna spowiedź, i uzupełnienie głoszonych już tez, i w końcu narracja o tym, jak trudno jest się dzisiaj osadzić w wielu polskich kontekstach. Jak wiele w nas, Polakach, chęci, by ktoś decydował albo myślał za nas. Gorzkie to wszystko, ale jednocześnie bardzo wyraźne. Czubaszek nie bawi się w metafory, nie ironizuje dla samych figur retorycznych i nie sugeruje czegoś, czego nie napisała. Wszystko jest jasne i klarowne. Ale to gorzka pigułka dla wielu z nas.

Świetne są rozważania o małżeństwie – pierwszym nieudanym i tym drugim, scementowanym między innymi przez to, że małżonkowie ze sobą nie sypiają. To dość odległe wycieczki w przeszłość, ale niezbyt obszerne. Czubaszek przekonuje, że tę przeszłość lepiej mieć za sobą i do niej nie wracać. A jednak wraca, bo chce tego konwencja książki. Zgrabnie i bezkompromisowo, gdyż pewnych myśli i odczuć teraźniejszych nie można wyjaśnić bez czasu minionego. I te zapiski są jak dwa małżeństwa – niektóre zlepione z kilku truizmów i niewiele wnoszące, inne zaś wyraziste i sugestywne. W nich Czubaszek unika mówienia, czego lubi lub co ją irytuje, zmieniając perspektywę i stając się uważnym obserwatorem rzeczywistości. Takim mocno zdziwionym, ale i humanitarnie otwartym. Niektóre fragmenty „Nienachalnej z urody” warto byłoby sobie napisać gdzieś na ścianie lub przykleić na lodówce. Jest tam coś, czego wielu ludziom z otoczenia Marii Czubaszek na różnych etapach życia brakowało – przyzwoitość, empatia i szacunek dla tego, co odmienne. Akurat ta książka jest o wielu rodzajach odmienności, którym autorka przygląda się bardzo uważnie.

Katastrofistka w duchu Allena nadzwyczaj uważnie dostrzega te elementy codziennego życia, które świadczą o jego witalizmie i są nadzieją na dobrą zmianę. Nie tę puentowaną ironicznie. Tę, którą każdy z nas powinien przejść, by wyzbyć się stereotypów, a przede wszystkim chęci oceniania. Maria Czubaszek do samej siebie podchodzi z charakterystyczną autoironią i jest w stanie wskazać to, z czego gorzko się rozlicza po latach, co być może ją samą uwiera. Jednocześnie pokazuje, że otwarty umysł to umysł człowieka umiejącego się mądrze konfrontować z tym, co inne i niekoniecznie zgodne z jego światopoglądem. „Nienachalna z urody” to książka o wielu takich konfrontacjach i o śladach, jakie pozostawiają w kimś, kto wciąż chce się uczyć świata oraz innych ludzi.

To jedna z tych rzadkich opowieści o sobie, w których dostrzec można słuszny dystans do wszystkiego, co jest wokół. Także do własnych opowieści. Książka pełna humoru – często dość mrocznego i nie dla każdego przyswajalnego. Ważna opowieść kogoś, kto – niestety – postawił już ostatnią kropkę i nie przypomni nam w zdroworozsądkowym tonie o oczywistościach, które nazywamy problemami lub powodami do konfliktów. Nienachalnie, z klasą i mądrze. Do tej właśnie ostatniej kropki.

2016-07-08

"Nie zgadzam się" Per Petterson

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 320

Tłumacz: Iwona Zimnicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Męski smutek

Czwarta książka Pera Pettersona, którą polski czytelnik ma okazję poznać, nie zaskoczy nas niczym nowym. Norweski prozaik od lat pisze wciąż tę samą powieść. Motywy znane są doskonale z tych trzech poprzednio wydanych – Petterson znowu napisze o ludzkim zagubieniu, poczuciu straty czasu i utracie kogoś bliskiego, a także o przejmowaniu w kolejnym pokoleniu tych lęków i frustracji, z którymi nie można sobie poradzić. Ja nie mogę nic poradzić na to, że czyta się to wszystko z dużą uwagą i żal każdej kolejnej strony. „Nie zgadzam się” to książka, która, niestety, hipnotyzuje. Fatalizm autora obezwładnia już od samego początku, a przeskoki czasowe każą nam obserwować historię dwóch przyjaciół, rozdzielonych przez los przed 35 laty.  Spotykając się na nowo, wracają do bolesnych doświadczeń z przeszłości, uzmysławiając sobie łączącą ich silną więź, która przetrwała tak długi czas. Bohaterowie, podobnie jak Arvid z "Przeklinam rzekę czasu", są rówieśnikami Pettersona. Ponownie poznajemy skomplikowane relacje dwóch mężczyzn, nakreślane w nieco innym wymiarze w „Kradnąc konie”. Wizerunek opresyjnego domu to cecha charakterystyczna "Na Syberię". Wydaje się, że autor nie jest w stanie wyjść poza zaklęty krąg mrocznych tematów egzystencjalnych. I nie wychodzi. Tym razem serwuje nam bardzo surową i oszczędną w środkach wyrazu opowieść o dwóch rodzajach męskości. Jim stał się po latach cieniem mężczyzny, a Tommy prezentuje coś na kształt męskości agresywnej. Obaj byli sobie bliscy. Obaj przeżyli pewne graniczne doświadczenie, po którym ich relacje uległy zmianie. Obaj wspominają, tęskniąc za sobą. Obaj pogrążają się w rozpaczy wspomnień. Czy po latach jeden z nich zdoła uratować drugiego mimo tego, co pewnego dnia wydarzyło się na skutym lodem jeziorze?

Jim nigdy nie widział ojca. Tommy doskonale czuł wszystkie razy, jakie jego ojciec zadawał mu, boleśnie kopiąc. Jim tkwił w bezpiecznym domu, z oddaną mu matką i światem perspektyw spokojnej egzystencji. Tommy otrzymał od swego ojca śmieciarza o jeden raz za dużo. Przestał być bierny. Zawalczył o normalność. Okupił to rozdzieleniem rodzeństwa, bo sfrustrowany ojciec nagle ich opuścił. Tak jak przed laty matka, która zdobyła się na akt swoistego heroizmu, opuszczając małą społeczność, ale jednocześnie też porzucając swoje dzieci. Wydaje się, że traumy będące udziałem Tommy’ego zamienią jego późniejsze życie w piekło. A jednak układa się inaczej. Odwrotnie – jak to określają bohaterowie na samym początku powieści, przypadkowo spotykając się po latach. Co to znaczy odwrotnie? Jak miało się poukładać? Kto w prowincjonalnym Mørk miał wydobyć się z ciemności, a kto w nich na zawsze pozostać? Chłopięca przyjaźń miała być orężem w walce o normalność. W miasteczku, w którym działo się wiele nienormalnych rzeczy. Przyjaźń wyrastała z przestrzeni opresji i bólu. Kształtowała się bardzo specyficznie i nie była typową relacją bliskości dwóch mężczyzn.

Petterson ujmująco pisze o męskiej przyjaźni, kreśląc bardzo sugestywne sceny bliskości – jak ta, w której młodzi Jim i Tommy kopią w nocy rów, wiedząc, że robią coś absolutnie intymnego i tylko ich. Pokazuje także momenty, w których do przyjaźni wdzierają się mrok, niepewność, zagubienie i wiele wątpliwości. Jeden z bohaterów pozostanie w tym życiowym mroku na zawsze. Drugi będzie walczyć o godne życie i o to, by nikt więcej już go w życiu nie opuścił. Po 35 latach obaj odbierają pewne sprawy podobnie. Obaj borykają się z tym nieznośnym poczuciem osamotnienia, które każdego z nich dopadło na innym etapie życia i w innych okolicznościach. Petterson nie sugeruje, że mamy licytować, który ogrom cierpienia – Jima czy Tommy’ego – jest bardziej nieznośny i zasługuje na miano cięższego życiowego balastu. Pozostajemy w sferze wielu niedopowiedzeń. Jesteśmy świadkami zbyt wczesnych porzuceń przez bliskie osoby i wchodzimy do toksycznego domu, w którym nie ma miłości i ten deficyt pozostanie gdzieś w dalszym życiu z jego małymi mieszkańcami.

Nikt już jednak nie jest mały ani nieporadny. Każdy musi zmierzyć się z taką materią życia, jaka kształtuje temperament. Mężczyźni Pettersona zżyli się mimo wielu różnic i nawet po latach potrafią odczuwać to samo, żyjąc diametralnie inaczej. Nie zgadzam się” to książka o wielu dotkliwych brakach, których nie da się zrekompensować. Także o tym, że obierając w życiu inne azymuty, potrafimy być rozpaczliwie naznaczeni samotnością, z której wydobyć się nie sposób. Wszyscy bohaterowie Pettersona tkwią w matni mogącej irytować i męczyć czytelniczo. Ta książka to kolejny dowód na to, że norweski autor pochyla się nad ludzką bezwolnością i tragizmem, za nic mając jakiekolwiek przejawy witalizmu. A przecież jego bohaterowie odczuwają na własnej skórze, czym jest prawdziwe życie, aż za mocno i nazbyt intensywnie.

Tytułowa niezgoda to pewien światopoglądowy i egzystencjalny upór, który nie pozwala uporządkować rzeczywistości. Jest w tym także przejaw pewnej niezgody na siebie. Lata mijają i być może przychodzi czas, by na pewne sprawy i pewnych ludzi spojrzeć z innej perspektywy. Petterson opowiada o niemożliwości tej zmiany. O takim wewnętrznym bólu, w którym zastygamy na zawsze, wiedząc jednocześnie, jak wiele przez to tracimy. A przyjaźń? Męskie relacje w tej książce udowadniają, iż autor nie wstydzi się tego, czego wstydzą się mężczyźni doświadczający traum. Nie każe im świetnie radzić sobie w życiu. Nie zmusza do przepracowania lęków i wyjścia naprzeciw rzeczywistości bez nich. Petterson nie sankcjonuje jednak bezwoli. Z głęboko humanistyczną wrażliwością udowadnia, że wielu z nas może być słabych i nigdy swych słabości nie przekuje w siłę. Nie tkwi jednak w bezruchu. Dodatkowo fantazjuje o tym, co się dzieje z ludźmi, którym albo nie dano odczuć żadnej czułości, albo też zaoferowano jej zbyt wiele. „Nie zgadzam się” to książka o definiowaniu życia w cierpieniu i o tym, że za wielką przyjaźnią i równie wielkimi rozczarowaniami może stać też inny, zaskakujący rodzaj emocji. Stonowana i kameralna, ale mocno chwytająca za serce proza.

2016-07-06

"Podróż w stronę czerwieni" Sylwia Zientek

Wydawca: MUZA

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 416

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W drodze

Istniejące na rynku wydawniczym pozycje o kobiecych fascynacjach innymi nietuzinkowymi kobietami raczej udowadniają tezę, że bardzo dobrze ma się tutaj literatura non-fiction z osobistymi wycieczkami, których ramy konwencja określa dosyć ściśle. Nie tylko twórczość Angeliki Kuźniak tego dowodzi. Tymczasem Sylwia Zientek – nieprawdopodobnie wręcz skoncentrowana na dramatycznym życiorysie Marii Komornickiej – usiłuje swym fascynacjom nadać beletrystyczne ramy. Z dość kiepskim skutkiem. Podróż w stronę czerwieni” to książka, która niewiele oferuje. Na pierwszych ponad stu stronach właściwie zupełnie nic. Bronią jej jedynie fragmenty oraz autorska czułość do tych wszystkich dwuznaczności, na których rozpina się od lat naukowy – i nie tylko – dyskurs o Komornickiej. Nie można wciąż dla niej znaleźć odpowiednich narzędzi opisu i wymyka się wszelkiemu kategoryzowaniu, co Zientek – w rozterkach i pytaniach swojej bohaterki – wyraźnie nam sygnalizuje.

Poza tym jednak buduje dwie równolegle się toczące narracje. Nie znalazłem ani jednego momentu, w którym powieść drogi o doświadczeniach życiowych stołecznych czterdziestolatek połączyłaby się z historią kobiety napiętnowanej, skazanej na niebyt z męską tożsamością, doskonale obrazującej wizerunek młodopolskiej artystki wyklętej i również megalomanki, choć o tym raczej się nie mówi. Sylwia Zientek proponuje powieść o różnego rodzaju brakach życiowych – o tych kompulsywnie rekompensowanych i o tych, które na zawsze pozostają w tożsamości niepełnej jakby, nieświadomej, podążającej za bezpiecznymi wzorcami i modami. Oferuje historię mało atrakcyjną z tego prostego względu, że zbyt wiele w sobie mieszającą. Autorka, sięgając do biografii Komornickiej i racząc nas wypisami z niej w dość szkolnym stylu, chce zdefiniować kobiecość w różnych kontekstach i rolach. Chce napisać o tym, co w kobiecie ukryte, przygaszone, co zaskakujące i co wyraźne. Operuje jednak truizmami i składa swą opowieść na kształt przekazu krytykowanych mediów społecznościowych – fragmentaryczność i chaos są odczuwalne od początku do końca. Poza momentami, w których Zientek szczerze pisze o tym, co ją fascynuje w tajemnicach Komornickiej.

Poznajemy Ewę – wypaloną pracownicę korporacji, niespełnioną w miłości żonę, matkę tęskniącą za dziecięcymi kształtami swych powoli wchodzących w dorosłość dzieci. Ewa czuje deficyt miłości i nie może jej tak naprawdę zdefiniować. Jej życie osadziło się na przewidywalnych torach, nie ma w nim już śladu po jakiejkolwiek namiętności, nie ma pasji i poczucia, że można jeszcze coś odkryć. Przede wszystkim w sobie. Bohaterka Sylwii Zientek przez dłuższy czas niewiele ma nam do powiedzenia o świecie, skupiając się na swoich potrzebach i utyskując, jak to wszystko źle się w życiu potoczyło i że na pewno egzemplifikuje to fatum kobiecego niespełnienia oraz zgorzknienia obecnego w jej rodzinie od dwóch pokoleń. Ewa odkrywa pokrewieństwo dusz z Marią Komornicką, stawiając sobie coraz więcej pytań o to, kim była Maria. Dostrzega, że tak jak młodopolska poetka nie czuje się ze sobą. I ma wrażenie, że to początek intymnej więzi. Zgłębiania losów kobiety, która poszukiwała wolności, tkwiąc latami w przeświadczeniu, iż jest mężczyzną, odcinając się od wszystkiego, co na drodze twórczej zgotowało jej los outsiderki.

Tymczasem wolność to dla Ewy możliwość zrobienia sobie tatuażu, zakupu wibratora oraz pociągnięcie ust czerwoną szminką. Kobieta czuje narastającą w sobie potrzebę podróży. Chce być w ruchu, zbudować egzystencjalną kontrę do doświadczeń, które wywołały w niej jedynie niepokój i frustracje. Zbliża się z Komornicką i decyduje na wyjazd. Ułatwia jej to mąż, który wyjeżdża wcześniej. Relacje z nim przedstawione są dość jednostronnie i niewiele wnosi uwiarygodnienie narracji czytanymi potem fragmentami pamiętnika Pawła, z których żona najprawdopodobniej – wnosząc z jej reakcji po lekturze – niewiele zrozumiała. A przecież „Podróż w stronę czerwieni” to książka o empatycznym spojrzeniu na świat wielu niedostrzeganych dotychczas możliwości. Przekroczenie granicy czterdziestu lat jest podkreślane tak często i z taką natarczywością, że odnosi się wrażenie, iż Zientek coś sugeruje nieco młodszym czytelniczkom. Niebawem będą miały wszelkie prawo do tego, by odpłynąć i zrobić sobie dobrze w wymiarze i kształcie, do których dotychczas wstydziły się przyznać. Zupełnie nie rozumiem zabiegu polegającego na tym, że do chcącej zmian i przemieszczania się Ewy autorka dodaje – całkowicie na siłę, co się czuje już od samego początku – dwie przyjaciółki, które w planach mają coś innego niż Ewa. Główna bohaterka chce znaleźć się w miejscach, po których bruku chodziła kiedyś Komornicka. Jej koleżanki generalnie chcą się najeść i wyrwać kawałek świeżego męskiego ciała. Dynamicznie rozprawiając o swojej niezależności, wchodząc z każdą kolejną stroną w następny stereotyp, z jakim tylko pozornie dyskutują.

Zientek prowadzi swe bohaterki śladami Komornickiej, ale tylko Ewa tak naprawdę chce z tej podróży wziąć coś więcej niż rozpaczliwy hedonizm chwili, za którym kryją się kompleksy, niedobory, życiowa bezwola i maskująca wszystko niezależność. To podróż wbrew mężczyznom, a jakby z nimi. Historia, w której pojawiają się rozważania na temat nietrafności ludzkiego doboru w pary. Kobiety Zientek pozwalają sobie na szczere rozmowy o własnych pragnieniach, ale niewiele mają do powiedzenia na temat tego, co te pragnienia uwarunkowało i dlaczego stały się takie, jakie są właśnie teraz, w tym tak mrocznym wieku po czterdziestce. Zasadniczo nic ich ze sobą nie łączy i we trójkę niewiele mają czytającym do powiedzenia. Duch Marii Komornickiej obecny jest jakby z boku. Dramatycznie egzaltowane dialogi tworzące scenariusz filmu, nad jakim pracuje w podróży Ewa, udowadniają, że Zientek mimo wszystko niewiele nowego ma do powiedzenia o kimś, o kogo można przede wszystkim pytać. Pytań jest sporo, tez również. Dlaczego Komornicka nie popełniła samobójstwa? Czy kochała Przesmyckiego? Jakie życiowe braki najbardziej jej doskwierały i z czym zupełnie sobie nie poradziła? Opowiadając o Komornickiej, Zientek proponuje narrację domysłów i w lekko manierycznym tonie domaga się od nas samych rozmyślań, z porzuceniem dat i faktów życiorysu artystki. Poza tym otrzymujemy opowieść o życiowych wariatkach, które chcą tak naprawdę tego samego, tylko nazywają to nieco inaczej.

To trochę za mało, żeby przykuć uwagę. Czyta się tę powieść w pewnym rozproszeniu. Sylwia Zientek opowiada o tym, jak bardzo jesteśmy sterowalni przez mody i trendy i jak mocno nas to wykoślawia wewnętrznie, gdy stajemy się karykaturami samych siebie. Czy inspiracja życiorysem Marii Komornickiej mająca tworzyć mocny fundament tej książki nie wynikła też z jakichś modowych trendów? Chcę wierzyć, że autorka jest szczera. Bo pewnie jest, ale niewiele ma nam do powiedzenia.

2016-07-04

"Czarne liście" Maja Wolny

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 6 lipca 2016

Liczba stron: 376

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Poszukiwania

Nowa powieść Mai Wolny nieprzypadkowo ukazuje się w siedemdziesiątą rocznicę pogromu kieleckiego. Punktem wyjścia dla tej przejmującej książki są wydarzenia z lipca 1946 roku, które obrosły legendą i hipotezami na temat tego, kto stał wówczas za zbrodnią. Ludność pochodzenia żydowskiego przetrwała koszmar wojny i obozów, by zakończyć życie, bo sfrustrowany tłum postanowił użyć siły na wieść o tym, iż polski chłopiec został uprowadzony przez Żydów. Henio Błaszczyk się odnalazł, ale w Kielcach polała się krew i życie straciło wielu z tych, którzy na nowo po wojnie uwierzyli w jego siłę. Brutalne ataki za pomocą łomów i żeberek kaloryferów, dodatkowo strzały i ta siła nienawiści w gromadzie, która wyrządziła wielkie zło. Czy była to zbrodnia? Tak, i Maja Wolny podkreśla to z całą stanowczością. Jej bohaterowie znajdą się w orbicie wpływów tamtych wydarzeń. Czasu, o którym Kielce chciałyby zapomnieć. Poznamy zatem tych, których los bezpośrednio związał z pogromem, i tych, dla których to wydarzenie będzie życiowym punktem odniesienia. Czarne liście” to książka z wyraźnym kontekstem historycznym, ale w gruncie rzeczy bardzo uniwersalna opowieść o tym, jak niezwykle istotna jest rola prawdziwego rozrachunku z przeszłością – tą historyczną, ale też z prywatnymi demonami zabranymi w życiową podróż z domu rodzinnego.

"Dom tysiąca nocy" był o silnych kobietach, które radziły sobie z traumatycznymi wspomnieniami. Nowa książka zarysowuje podobny problem. Narracja toczy się dwutorowo. Poznajemy losy Julii Pirotte, która swoim aparatem fotograficznym uwieczniała ślady po pogromie kieleckim. Śledzimy również perypetie Weroniki Czerny – matki samotnie wychowującej dziewczynkę, która pewnego dnia znika bez śladu. Weronika jest historyczką, która walczy ze swoją prywatną historią rodzinną. Nie utrzymuje kontaktu z matką od wielu lat. Jej rodzina była zamieszana w śmierć żydowskiej rodziny i ta krew na rękach wywołuje u Czerny wstyd. Bohaterka Mai Wolny naukowo zaangażowana jest w sprawy postaw wiejskiej ludności cywilnej wobec Żydów w okresie wojny. Owładnięta tematem, nieoczekiwanie nakreśla nowy horyzont poszukiwań własnego dziecka. Tymczasem Julia Pirotte, komunistka i mistrzyni fotografii, pamięci o przeszłości nie jest w stanie uporządkować. Doświadczona ogniem wojny traci na niej wszystkich bliskich. Wszystkich, o których istnieniu wiedziała. Jej narzędziem do walki z niesprawiedliwym światem odbierającym życie jest leica elmar 3 – aparat fotografujący prawdę ludzkich twarzy. Weronika po latach chce natomiast poznać prawdę zdarzeń, w których uczestniczyła Julia – postać autentyczna, obdarzona przez autorkę fikcyjną biografią. Mamy zatem książkę o dwóch zdeterminowanych kobietach. Jedna z nich musi oswoić pustkę wokół siebie. Druga ma możliwości, by zmienić życie. Wyjść naprzeciw wspomnieniom sprzed lat i powalczyć o wybaczenie, bez którego Julia nie mogła sobie radzić.

Maja Wolny sytuuje swoją współczesną bohaterkę w miejscu, z którego każda droga może być tylko drogą pytań. Jej córka znika, tak jak przed laty zniknął Henio Błaszczyk. Także wokół tego wydarzenia narasta atmosfera podejrzeń i coraz to nowych teorii spiskowych. Czy działalność naukowa Weroniki miała wpływ na prawdopodobne porwanie córki? Czy jest za to odpowiedzialny ojciec dziecka  – człowiek zmagający się z szaleństwem, które otrzymał w rodzinnym spadku? Wydarzenia wikłają się, a z pomocą zrozpaczonej matce przychodzi komisarz Mirosław Zaremba. Człowiek, który przez całe życie nie zetknął się ze śladami pogromu kieleckiego i jak wielu kielczan żył w nieświadomości mrocznego zdarzenia sprzed lat. Zaremba ma swoje własne kłopoty. Jest jednak typem poczciwego policjanta, który zbliża się do Weroniki, fundując nam mało frapujący i dość pretensjonalny fragment tej świetnej książki, czyli opowieść o miłosnym zbliżeniu w obliczu napierających na siebie, niewygodnych zdarzeń.

„Czarne liście” to książka o trudnych stosunkach polsko-żydowskich widzianych przez pryzmat świętokrzyskiej ludności wiejskiej tworzącej własne rewiry i społeczności zdecydowanie wrogiej jakiejkolwiek formie inności.  Weronika wierzy w przemianę pokoleniową, w to, że inaczej patrzą na świat młodzi ludzie, z którymi spotyka się na uczelni. Ci ludzie często pochodzą ze wsi, w których kryją się mroczne tajemnice i niewygodny światopogląd. Ta powieść to też efekt prywatnej próby rozliczenia się z wydarzeniami, dla których przez lata brakło definicji, a ich interpretacje kryją się w wiejskich domach, gdzie każdy ma własne zdanie, ale nikt o nim głośno nie mówi. Maja Wolny buduje świat przedstawiony w sposób bardzo przejmujący i uczciwie łączy ze sobą fakty i zmyślenia, dając nam do rąk opowieść o trudzie zapominania i niemożności porozumienia. Przeszłość rzutuje na bohaterów tej książki w kilku możliwych wymiarach. Weronika zabrała z rodzinnego domu wstyd i kompleksy, ojciec Laury – cień szaleństwa, który potem uniemożliwia mu normalne życie. Julia Pirotte lata wcześniej musi mierzyć się z potworną pustką, bo dla niej – w przeciwieństwie do Weroniki – nie ma już innych możliwości niż rozpamiętywanie śmierci oraz bolesnych śladów po najbliższych.

To nie jest zatem obyczajowa historia o antysemityzmie i o kobietach walczących o godność. „Czarne liście” to przede wszystkim książka o tym, w jaki sposób przyjmujemy traumę lat minionych i co robimy, żeby sobie z nią poradzić. Nieprzypadkowo córka Weroniki staje się małą kobietą doświadczoną trudem rodzinnego nieporozumienia już w trzecim pokoleniu. Tymczasem wokół tego nieporozumienia buduje się pewien ideologiczny mur. Pogrom kielecki wciąż na nowo odradza się w wielu formach pamięci i nie sposób będzie go wymazać. Weronika nie może wymazać wstydu, pozbyć się dyskomfortu swego istnienia. Szaleńczo oddaje się wąskiej specjalizacji historycznej, by bezowocnie porządkować własną pamięć. Jej córka patrzy na nią, uczy się od niej. Weronika poczuje doskwierającą pustkę, gdy Laura zniknie. Podobnie znikali bliscy z życia Julii Pirotte. Czerny ma jednak szansę na to, by powalczyć o odzyskanie dziecka. Także o spokój, którego od lat pragnie i nie może uzyskać. Powieść Mai Wolny jest zatem historią wewnętrznego rozrachunku z czasem minionym i pogodzenia z tym, czego nie można już zmienić. To rzecz pełna melancholii oraz poczucia odpowiedzialności za fakty historyczne. Wolny zmusza do zastanowienia się nad tym, skąd wyrośliśmy i co niesiemy w sobie jak brzemię. Opowiada także o tym, że zawsze jest czas na wybaczenie. Mądra i piękna książka.


PATRONAT MEDIALNY

2016-07-01

"Dym wciska się do oczu" Caitlin Doughty

Wydawca: 4A Oficyna

Data wydania: 4 maja 2016

Liczba stron: 284

Tłumacz: Adam Wawrzyński

Oprawa: miękka

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Porozmawiajmy o śmierci

Są tematy poważne. Śmiertelnie poważne. Takie jak te, którymi zajmuje się Caitlin Doughty, barwnie i pasjonująco opowiadając o ludzkim umieraniu. Autorka wychowana na niebiańskich Hawajach zstępuje do piekieł zarysowanych przez ogień kremacji. Ale nie rozważa tego, że piekłem jest śmierć. Chodzi o nasze jej wyobrażenia i o to, jak rozpaczliwie cierpimy, nie mogąc się z nią pogodzić, przyjąć jej do świadomości. W ciągu minuty umiera dwoje ludzi. Podczas czytania tej recenzji umrze sporo. Przy lekturze książki dużo więcej. Pewnego dnia jednym z tych ludzi będę ja lub będziesz ty, czytelniku. Czy mamy się panicznie bać oczywistości? Niekoniecznie. Doughty oswaja nasze koszmary, podkreślając jednocześnie, że w naszej kulturze całkiem zgrabnie omijamy bezpośrednie pytania o śmierć. Unikamy pytań natury egzystencjalnej, ale także boimy się pytań wprost. „Dym wciska się do oczu” to pewnego rodzaju poradnik, dzięki któremu zrozumiemy, że nigdy nie jest za wcześnie, by zadawać pytania o koniec życia. Tego ludzkiego, które eksponujemy przez cały czas i nawet starość obchodzimy za pomocą skalpeli chirurgów plastycznych – byle tylko nie uwierzyć w koniec. Nie myśleć o doświadczeniu, które będzie kiedyś doświadczeniem każdego z nas.

Autorka doskonale wie, o czym pisze. Jej fascynacja śmiercią to nie objaw neurotycznej osobowości młodej kobiety, która wbija się w glany, słucha metalu, jest abnegatką i myśli o samobójstwie. Nie, wrażliwość i czułość Doughty to przejaw jej empatii oraz silnego humanizmu. Jak na humanistkę przystało, okrasza swoje rozważania licznymi – mniej lub bardziej trafnymi – odniesieniami do tekstów kultury, do myśli filozoficznej, do różnego rodzaju mitologii, legend, podań i wzorców oferowanych przez różne grupy ludzi na wiele różnych sposobów żegnające się ze zmarłymi. „Dym wciska się do oczu” to jednocześnie książka, która nie stroni od drastycznych opisów tego, czym zajmuje się autorka. A zajmuje się żegnaniem zmarłych. Kremuje ich, podejmuje się także balsamowania, do którego ma dość ambiwalentny, a właściwie negatywny stosunek. Czytając Doughty, dowiemy się tego, w jaki sposób wydobywa się spalone kości z wnętrza pieca krematoryjnego i dlaczego zwęglenia muszą być czerwone, a nie czarne. Przeczytamy o tym, jakie płyny wprowadza się do organizmu, który trzeba zabalsamować. Dowiemy się, że autorka robi coś, za co jako czarownica byłaby spalona na stosie – mle kości niemowląt w specjalnie do tego celu przygotowanym naczyniu. To nie wszystko. O wszystkim też nie można napisać, bo odruch zniechęcenia albo zbulwersowania musi się pojawić. Koniecznie. Materia, którą zajmuje się Caitlin Doughty, nie jest niczym łatwym do przyswojenia. Łatwo natomiast zrozumieć – po uważnej lekturze – dlaczego sami sobie pewne rzeczy obrzydzamy, od pewnych uciekamy i tworzymy w umysłach bariery, które powinny zostać przełamane.

Jedną z nich jest nasza niechęć do śmierci i rugowanie jej z przestrzeni publicznej. Doughty opowie o różnego rodzaju usługach internetowych, dzięki którym każde umieranie można szybko zamieść pod dywan. Opowiada także o często heroicznych próbach rodziny, by pożegnać zmarłego godnie, być z nim do końca. Także do momentu, w którym zostanie on wsunięty do pieca krematoryjnego. Bo jest to wynalazek stosunkowo nowy i choć wielu kojarzy się z piekłem drugiej wojny światowej, dzisiaj jest już najbardziej sprawnym i stosunkowo niedrogim narzędziem do pożegnania ze zwłokami. Wszystkie są traktowane przez autorkę podmiotowo. Można by powiedzieć, że zmarli to jej przyjaciele. Caitlin Doughty oferuje im czułość i zainteresowanie, jakich być może nie zaznali w życiu. „Dym wciska się do oczu” – z dość prowokacyjnym tytułem – jest przecież książką o szacunku i rozwadze. To pokłosie sześciu lat pracy w amerykańskim przemyśle pogrzebowym i świadectwo uważnych lektur, którym autorka oddawała się od lat. Wiedziała, z czym się mierzy, i zdawała sobie sprawę z tego, że sfera jej zainteresowań może być uznana za dziwactwo. Ale tak naprawdę dlaczego?

Boimy się śmierci i wszystkiego, co z nią związane. Autorka punktuje nawet, czego dokładnie lękamy się w związku ze swoim zgonem. Nie dziwi fakt, że książkę o takiej tematyce wydaje niszowy wydawca. Ci dominujący na rynku pewnie baliby się tematu. Czegoś, co powinno być wprowadzone jako jeden z oczywistych kierunków dyskusji o współczesnym świecie. Świecie coraz większej liczby starzejących się osób, które z różnych powodów nie mogą umrzeć godnie. Caitlin Doughty opowiada o deficytach tej godności, kiedy żyjący mierzą się ze śmiercią, oraz o wszystkich innych aspektach związanych z końcem ludzkiego życia, które spotykają się ze społecznym odium. Albo milczeniem lub przerażeniem jednocześnie.

Styl tej opowieści urzeka dużą dozą autoironii i zgrabnym poczuciem humoru. Niewiele jest satyry, choć sporo gorzkich przemyśleń. Doughty nie kategoryzuje ani nie moralizuje. Pokazuje, że można zerwać z utrwaloną tradycją eufemistycznego nazywania śmierci albo niewłaściwego jej definiowania. Pierwsze doświadczone przez autorkę umieranie to odejście jej rybki, podmienionej szybko na kolejną, żywą. Taki ogląd śmierci wpaja nam kultura masowa – sugeruje, że można śmierć oszukać. A jeśli nie jest to możliwe, po prostu staje się ona tematem tabu. Czymś, z przeświadczeniem bliskości czego wszyscy żyjemy, ale mało kto potrafi o tym rozmawiać. Szczerze i uczciwie, bez przekłamań i bez napuszonych metafor.
Pewnie, że trudno spojrzeć śmierci w twarz. Ponoć Mata Hari miała tyle odwagi i inni nieliczni także zmierzyli się z tym, co przeżyją na samym końcu. Caitlin Doughty opowiada o swej pracy, pokazując, na ile sposobów potrafimy ukrywać śmierć i jak bardzo może być ona wstydliwa. W świecie, w którym jesteśmy w stanie rozmawiać o naprawdę wszystkim, nadal nie możemy zdecydować się na to, by uczciwie porozmawiać o umieraniu. „Dym wciska się do oczu” daje nam możliwość przemyślenia tego, jak rozumiemy własny koniec. Czego boimy się w umierających obok nas i czym ontologicznie jest dla nas kres ostateczny. Interesująca i wartościowa książka.