Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-11-29

"Istota zła" Luca D'Andrea

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 9 listopada 2016

Liczba stron: 478

Przekład: Stanisław Kasprzysiak

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Górski teatr

Luca D’Andrea funduje nam trochę takie Twin Peaks w Dolomitach. Z jednej strony opowiada naprawdę ciekawą historię, z drugiej jednak – nadmiernie dramatyzuje, osadza bohatera w szponach dość teatralnego obłędu, stosuje bardzo stronnicze i banalne środki wyrazu (pisząc między innymi, że w chwili potwornej zbrodni Bóg odwrócił wzrok). „Istota zła” to opowieść, w której wątki krzyżują się, wikłają niekiedy w zbyt skomplikowany i niepotrzebny sposób. D’Andrea portretuje małą społeczność skrywającą w sobie tajemnice sprzed lat, wrogo nastawioną do amerykańskiego poszukiwacza wrażeń, którego tożsamość obcego podkreśla górski dramat – Salinger jako jedyny go przeżył, a miasteczko określa go mianem mordercy. Główny bohater przeżywa bardzo intensywnie bliskie spotkanie z lodowcem, nadając mu znamiona czegoś mistycznego i wprowadzając nas – niejako na siłę – w klimat wszechogarniającej grozy. W górach bowiem mogą dziać się rzeczy okrutne. Ludzie gór swoje tajemnice zachowują dla siebie. Nakręcany adrenaliną Salinger podejmuje się prywatnego obsesyjnego śledztwa, stawiając na szali harmonię rodziny, ryzykując rozpad związku. Nerwy ma napięte zawsze i wszędzie, wciąż stara się aktywnie penetrować małomiasteczkową przestrzeń niedomówień. Kiedy poznajemy rozwiązania finałowe, aż dziw bierze, że lokalsi dali się przed laty tak zmanipulować, a górski klimat odebrał im rozwagę, zdrowy rozsądek i umiejętność logicznego wyciągania wniosków. „Istota zła” to zatem thriller oparty na wymuszonym mistycyzmie. Na takich rozwiązaniach fabularnych, do których zawsze musi być dołączona egzystencjalna wykładnia. Niewiarygodne jest nie tylko to, że popadający w obłęd ludzie tracą kontakt z rzeczywistością i nie myślą racjonalnie, oddając się sferze własnych demonów, jakby była to choroba zakaźna przenoszona w powietrzu poprzez kontakt udręczonych. Niespójne jest też sklejanie kryminalnej intrygi z ludowymi wierzeniami i mitami. Z lokalnym folklorem, który zagadkę podążania śladami zabójcy sprzed lat zamienia w komiksową akcję ucieczki przed górskim potworem. D’Andrea w wielu miejscach przesadził. Oddać mu jednak należy, że koncertowo trzyma czytelnika w szachu, bo zaskakuje wciąż na nowo i rozbudza oczekiwania. Do czasu finału, w którym motywacje i działania zabójcy jawią się nam jako dość nieprawdopodobne i niewiarygodne.

Jeremiasz Salinger goni z przyjacielem za przygodą i niezwykłymi historiami. Kręcą filmy dokumentalne o tym, co ludzie wolą oglądać w domowym zaciszu, niezdrowo się ekscytując. Salinger i Mike ekscytują się naprawdę. Podnieceni niczym popcorn w mikrofalówce – biorę od Stephena Kinga, bardzo tutaj pasuje – kręcą brawurowe fabuły, które podnoszą poziom adrenaliny przede wszystkim w nich samych. Do czasu. Kiedy Salinger o mało nie traci życia w katastrofie ratowników górskich, jego żona stawia ultimatum – rodzina albo kolejne szalone ekspedycje. Rzecz dzieje się już w Siebenhoch, rodzinnej miejscowości Annelise, gdzie Salinger przybywa, by zmienić otoczenie i klimat.

Klimat jest doprawdy specyficzny. Dolomity wzbudzają grozę, a ich lodowce są czymś na kształt bestii, które mogą zaatakować, zrujnować i zniszczyć. Nawet wówczas, kiedy wypuszczają ku życiu ze swych lodowych ramion. Po traumatycznym przeżyciu na Ortles Salinger musi zdecydowanie odpocząć. Żeby zająć czymś myśli, zaczyna rozmyślać o historii potrójnego morderstwa, które miało miejsce blisko trzydzieści lat temu w pobliskim kanionie Bletterbach. Pewnej kwietniowej nocy, gdy nad okolicą szalała niezwykła burza (warto zwrócić uwagę, że wszystko w tej powieści musi być niezwykłe, ponadczasowe i niewyobrażalnie zagadkowe), ktoś z zimną krwią poćwiartował trójkę ludzi. Evi i Kurt byli parą. Przed nimi jawiły się szczęście i perspektywy. Młodziutki Marcus dopiero rozpoczynał swą przygodę z życiem. Rozczłonkowane ciała odnalazła na miejscu ekipa poszukiwawcza. Ci żywi, którzy potem popadli w obłęd, gdy doświadczyli niewyobrażalnego okrucieństwa i zabrali ze sobą mroczną tajemnicę tego, co naprawdę wydarzyło się w Bletterbach w 1985 roku. Pośród nich jest teść Salingera. To on wprowadzi go w tę mroczną historię. Rozbudzi zainteresowanie i skłoni do prywatnego śledztwa. Salinger nie będzie miał pojęcia, ku czemu zmierza. Nie odnaleziono zbrodniarza, który przed dekadami zamordował Evi, Kurta i Marcusa. Zagadka ich śmierci połączy się z zagadkami żyjących po ich odejściu. Napięcie będzie stopniowane, D’Andrea będzie czytelnika zwodził. Motywacje Salingera są z jednej strony czytelne. Z drugiej jednak – kierują nim impulsy. Emocje i zwodnicze nastroje. Pozbawieni tego ludzie gór z Siebenhoch nie będą mu ułatwiać zadania. Na drodze amerykańskiego detektywa bez odznaki staną mur milczenia, agresja i bunt. Miasteczko nie chce znać prawdy. Miasteczko od dawna ją zna. Lynch byłby zachwycony. A może zniesmaczony tym, jak ktoś bawi się jego pomysłem na enigmatyczną historię.

Luca D’Andrea usiłuje nam uwiarygodnić to, w jak kiepskiej kondycji byli ci, co odnaleźli zwłoki, i jak bardzo wstrząsnęła nimi śmierć ludzi, którzy z wielu powodów chcieli wydostać się z Siebenhoch, pożegnać stagnację mrocznej prowincji. Salinger to obcy usiłujący wejść w społeczność, która wszystko o sobie wie i strzeże tajemnic przed światem. Okazuje się – w toku akcji – że wiedzą tylko tyle, ile nieporadnie wywnioskowali. Karmią się wygodnymi półprawdami, by z łatwością zamykać oczy. Morderca musiał być spoza Siebenhoch. Tak samo obcy jak obcy wydaje się Salinger. Mężczyzna tkwiący w szponach wyobrażeń o świecie jako mieszaninie stygmatów, symboli, lirycznych odniesień do sfery dobra i zła oraz marzeń. Marzy mu się przeżywanie czegoś silniejszego, bardziej uduchowionego niż proza życia rodzinnego. Dorabia sobie specyficzną filozofię nierozwiązanej zagadki zbrodni tak jak ludzie gór bezpiecznie osadzają się w stereotypach i wygodnych wierzeniach. Mieszanka nieco wybuchowa. Problem w tym, że nie widzimy zasadniczego wybuchu, tylko fajerwerki.

„Istota zła” jest thrillerem nastawionym na spektakularne sceny, nieprawdopodobne zwroty akcji. Jest książką teatralną i – jak wspomniałem na wstępie – nadmiernie dramatyczną. Daje nam przekrój przez wszystkie możliwe ludzkie traumy i zamyka w swojej klaustrofobicznej atmosferze, w której każdy podejrzewa każdego. Ostatecznie to Salinger okaże się najsprytniejszy. Taki heros z amerykańskiego komiksu o dzielnych, walecznych i zdeterminowanych. Poza istotą zła poznamy także istotę literackiego kiczu. Sporo ozdobników słownych i wymuszane niekiedy zwroty akcji. Dałem się chwilowo uwieść tej opowieści. Były jednak momenty, w których wybuchałem śmiechem. Mimo grozy i historii ludzkich nieszczęść niesionych przez lata i nieznajdujących sprawiedliwości.

2016-11-26

"Mischling, czyli kundel" Affinity Konar

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 8 listopada 2016

Liczba stron: 416

Przekład: Agnieszka B. Ciepłowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zagłada i nieśmiertelność

Po lekturze „Silva rerum” Kristiny Sabaliauskaitė chciałem przeczytać kolejną ważną powieść o tragizmie dwoistości bliźniąt naznaczonych cierpieniem i koniecznością dokonywania tragicznych wyborów życiowych. Doczekałem się takiej książki. Affinity Konar stworzyła wojenną opowieść o tym, jak zło tego świata wdziera się między istoty złączone ze sobą więzią, dla której będą gotowe poświęcić bardzo wiele. Bo Stusia i Perła Zamorskie to organizm, na którym bestialskie eksperymenty przeprowadza nie tylko Josef Mengele w Auschwitz. Bliźniaczki Konar uosabiają przekonanie, że dwie perspektywy oglądu rzeczywistości mogą pomóc tę rzeczywistość lepiej zrozumieć. W tej historii podwójność spojona w jedno będzie miała kilka znaczeń. „Mischling, czyli kundel” to nie tylko dwie uzupełniające się narracje. To także dwie części powieści – jedna obrazuje piekło, druga ukazuje trud wydobycia się z niego. Dwunastolatki skulone w wagonie bydlęcym żegnają tę część świata, którą potem – w zimie 1945 roku, pośród krwi w śniegu i bolesnego doświadczania odzyskanej wolności – będą musiały odbudować. Osobno. W oddaleniu. Wciąż na nowo wspominając tę drugą. Tę, która być może musiała unieść więcej, by jedna z nich stała się nieśmiertelna.

Affinity Konar nie może się zdecydować, czym formalnie ma być ta powieść. Naturalistycznym opisem okrucieństw w przestrzeni Zoo Mengelego, w której bohaterki nie doświadczają innych odcieni zła obozu koncentracyjnego, ale jednocześnie przechodzą coraz to nowe poziomy ekstremalnych przeżyć? Poetycką opowieścią o dwoistości, która pozwala bliźniaczkom podzielić się przeżywanym cierpieniem? Może to specyficzna powieść drogi, w której nie liczy się to, co przeżyte, lecz to, w jaki sposób odbudować strukturę świata i samego siebie po tym, gdy umarło się już na kilka sposobów, a mimo wszystko wciąż jest się w świecie bezkompromisowego odchodzenia i gwałtownych pożegnań? Fragmenty, w których Konar próbuje poetyzować, stają się nieco afektowane. Autorka chce pozostawić przestrzeń niedopowiedzenia tam, gdzie obrazy działają najsilniej, gdzie nie ma miejsca na kilka interpretacji, gdzie wszystko osadzone jest w ponurej dychotomii istnienia wbrew nadziei i śmierci wbrew godności umierania. „Mischling, czyli kundel” to specyficzna powieść inicjacyjna i jedna z tych historii wojennych, które muszą dać odpowiedź na pytanie o to, jak ponownie pokochać świat, w którym wydarzyło się tak wiele zła, tak wiele brutalnych śmierci. Myślę, że pisanie Konar stara się oddać kruchość i niepewność oczywistego stwierdzenia, że przecież nasze życie należy do nas. Istnienie bliźniaczek jest zagarniane nie tylko przez Mengelego. Obie będą zmuszone się rozstać. Żyć samodzielnie. Pożegnać tę część siebie, w której miały siłę przetrwania. Zmierzyć się nie tyle z okrucieństwem wojny, ile przede wszystkim z bezkompromisowością czasu tuż po wojnie.

Stusia i Perła przybywają do Auschwitz wtedy, kiedy komory gazowe i krematoria działają już pełną parą. Proces zabijania wchodzi w makabryczną rutynę. One dwie staną się eksperymentami. Obie wiedzą, że muszą udowodnić, iż nie tylko nimi się stają. Wbrew temu, co się dzieje wokół. Siedemnastoletnia Bruna, która uczy dziewczynki przetrwania w nieludzkich warunkach, na zawsze pozostanie tylko eksperymentem. Przetrwanie zależy od przypadku. Bliskość ma obronić przed wszechogarniającym złem. Złem świata, w którym widzimy siwego chłopca, dziewczynki odzierające z ubrań zwłoki czy dzieci bawiące się w kopanie grobów. Nowym bogiem świata przełamanych wartości staje się cyniczny wujaszek Mengele. On decyduje o wszystkim – o formach dalszego życia i formach umierania. Stusia i Perła zostaną skonfrontowane z takim ogromem cierpienia, w którym zanika gdzieś nadzieja, że mama i zajde wrócą do nich. Że one same kiedykolwiek oddane zostaną życiu. Że Zoo kiedyś się skończy i że nieśmiertelność stanie się faktem. Tymczasem ze stygmatem szkarłatnego krzyża na plecach muszą walczyć o intymną relację. Mentalne różnice między bliźniaczkami wpłyną też na to, w jaki sposób dziewczynki przyswajają sobie wszechobecne zło. Relacje zaczną się komplikować, a w pewnym momencie Stusia zrozumie, że Perła zniknęła. Konar przedstawi studium tęsknoty oraz poczucia winy. Wszystko w scenerii pochodów śmierci – wyzwolonych, a jednocześnie odartych z godności uciekinierów, którym przestrzeń wyzwolonego obozu da początek nowej, trudnej drogi. Drogi ku życiu i ponownemu jego akceptowaniu.

Affinity Konar próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, kim stajemy się, doświadczając takiego ogromu zła, jaki stał się udziałem bliźniaczek. Trudno określić, która część powieści jest bardziej wstrząsająca. Ta, w której dziewczynki usiłują zachować godność i trwać obok siebie mimo okaleczeń – te emocjonalne wydają się bardziej nie do zniesienia niż fizyczne? Może jednak ta, w której wędrują, przyswajając sobie świat po katastrofie? Oddalone, niepewne, zagubione i nieszczęśliwe. Stusię pcha do przodu chęć zemsty. Nie tylko ta dziecinna, która pozwala uwierzyć w to, że będzie można zemścić się na samym Mengele. Także inna, wzbierająca goryczą. Co z Perłą? Czy przetrwała? Przecież Stusia widzi ją w wielu mijanych osobach na swojej drodze. Nie może jednak dojrzeć siebie, bo wraz z siostrą znikła pewność, znikło poczucie bezpieczeństwa. Podzieliły się wszystkim, co złe. Nawet czas i przeżycia starały się przyjąć na równi, tak by druga nie ugięła się pod ciężarem doświadczeń. Tymczasem Konar pokazuje bolesną bliskość, w której każde ekstremalne doświadczenie zapisuje się w obu pamięciach. Jedna z tych pamięci będzie pałać chęcią zemsty, druga będzie usiłowała zapomnieć.

Nasuwają się pytania o to, co i w jaki sposób bliźniaczki chcą w sobie ocalić. Czy mogą zaprzeczyć złu, którego doświadczyły, czy też muszą przyjąć jego istnienie w sobie, te bolesne i wieczne ślady po Auschwitz. Affinity Konar stawia swoje młode bohaterki przed ekstremalnymi sytuacjami, w których najważniejsza będzie duchowa autonomia. To, by nie dać dostępu do siebie wszystkiemu, co wpłynie na rozpad więzi, na destrukcję świadomości. A przecież Zamorskie są dziewczynkami, one dopiero kształtują swoją tożsamość. Nie mogą ochronić się przed złem i przemocą, ale mogą te wszystkie traumatyczne doświadczenia przekuć w pewną siłę. Czy znajdą ją w sobie, kiedy los je rozdzieli?

Konar pisze przejmująco. Perspektywa opisu dziecka dynamicznie kontrastuje w swej naiwności, ciekawości i niedowierzaniu z tym, czego dokonują przesyceni już złem dorośli. Ta opowieść nie obrazuje kruchości ludzkiego istnienia. Ona ujawnia pokłady zła, z którymi człowiek musi się zmierzyć, i konsekwencje zatarcia w świecie granic między tym, co dozwolone i niemożliwe. Autorka przeciwstawia symboliczną nieśmiertelność zagładzie. Powieść ta, wgryzająca się gdzieś głęboko w świadomość czytelnika, pokazuje proste mechanizmy tej zagłady i dużo bardziej skomplikowane mechanizmy ratowania się przed duchowym unicestwieniem. To również kolejna z odważnych książek mówiących o tym, co zaczyna się w momencie końca wojny, i o tym, że ten koniec może dla niektórych nigdy nie nadejść. Momentami wstrząsająca proza, która zabiera oddech i nadzieję. Symboliczna. O chaosie i próbach wydobycia się z niego. O woli przetrwania, przywiązaniu i miłości.

2016-11-24

"Para zza ściany" Shari Lapena

Wydawca: Zysk i S-ka

Data wydania: 24 października 2016

Liczba stron: 336

Tłumacz: Piotr Kuś

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Bolesne tajemnice

„Para zza ściany” to niezły debiut. Autorka postawiła na dynamikę zdarzeń połączoną z ludzkimi atawizmami. Każdy bohater kryje w sobie jakąś tajemnicę i każda z nich zostaje umiejętnie odsłonięta. Można odnieść wrażenie, że wszyscy mają w tej książce nerwy napięte do granic, atmosfera kumulujących się podejrzeń jest już nie do zniesienia. A Shari Lapena dokłada wciąż nowe i wciąż zaskakujące narracyjne wolty, dzięki którym zmieniamy swój punkt widzenia na skomplikowaną sprawę zbudowaną wokół porwania sześciomiesięcznego niemowlęcia. Motyw zaginionego dziecka i niefrasobliwej matki jest już tak okrutnie wyeksploatowany we współczesnej literaturze popularnej – wystarczy wspomnieć niedawno wydaną „Wdowę” Fiony Burton czy „Gdzie jest Mia?” Alexandry Burt – że wydaje się niemożliwe, aby wydobyć z niego coś naprawdę wartościowego, opowiedzieć unikalną historię. Autorce „Pary zza ściany” się to udaje. Mankamentem książki są te fragmenty warte usunięcia w redakcji, które wyręczają czytelnika usiłującego dodać dwa do dwóch i dość natrętnie przypominają fakty, wobec których już został postawiony. Wymusza to niejako narracja kilku różnych perspektyw, ale jest to dosyć męczące i odbiera przyjemność poszukiwania rozwiązań na własną rękę. Te prowadzone przez zdeterminowanego detektywa Rasbacha są nieco groteskowe, bo Lapena stworzyła wyjątkowo marną postać drugiego planu, która z jednej strony antycypuje odkrywanie pewnych tajemnic, z drugiej jednak – jest tylko papierowym bohaterem, który w gruncie rzeczy stoi w miejscu, choć jest gotowy do działania o każdej porze dnia i nocy.

Nic to. Mankamenty są drobne i do wybaczenia. To naprawdę pasjonująca historia. Opowieść o małżeństwie, które stanie przed poważną próbą. Lapena zrekonstruuje przeszłość, umiejscawiając w niej tych, którzy pełni niefrasobliwości pozostawiają swoją małą córeczkę samą w domu i udają się na przyjęcie urodzinowe do sąsiadów. Po zniknięciu Cory opinia publiczna wydaje od razu surowy werdykt. Tymczasem nikt nie jest świadom tego, co działo się feralnej nocy, kiedy rodzice co pół godziny odwiedzali śpiące dziecko, a po powrocie z imprezy z przerażeniem odkryli, że Cory nie ma w łóżeczku. Retrospekcje wydają się ciekawsze niż nerwowa noc, podczas której nikt nie zmruży oka. Autorka serwuje nam coraz to nowe zbiegi okoliczności, tłumaczy skomplikowane relacje, ukazuje ogrom emocji i stopniuje napięcie zmierzające do koszmarnego apogeum.

Lapena nie daje nam złudzeń co do tego, kto jest bohaterem pierwszego planu. To Anne Conti – to ona otwiera i zamyka tę książkę w bardzo sugestywnych okolicznościach. Na samym początku widzimy, że jest już nieco zniesmaczona przyjęciem u sąsiadów i najchętniej znalazłaby się przy córce, zamiast obserwować, jak mąż flirtuje z Cynthią. Specyficzna relacja Marco i jego uroczej sąsiadki zaważy na dalszym przebiegu zdarzeń. Będziemy się zastanawiać nad tym, kim naprawdę jest mąż Anne. Tym bardziej że ona sama odkrywa bolesną prawdę o niemoralnej bliskości i ta prawda zamroczy ją nieco, odbierze jasność widzenia faktów. Anne zapadnie się w sobie już nie pierwszy raz. Po urodzeniu Cory doświadcza depresji poporodowej. Co naprawdę dzieje się w jej głowie? Jak bardzo zamglony obraz rzeczywistości może mieć kobieta, która w pewnym momencie dojdzie do przekonania, że zabiła córkę?

Wspomniany mdły detektyw już od samego początku podejrzewa, że w zniknięciu dziecka maczają palce jego rodzice. Wie, że ustalenie prawdy to kwestia czasu. A ten przyspiesza bardzo nerwowo. Mnożą się hipotezy co do tego, kto wyniósł Corę z domu. Ktoś doskonale przemyślał całe to porwanie. Komuś jednak coś wymknęło się spod kontroli. Lapena świetnie portretuje cały wachlarz zmiennych emocji. Kierunki śledztwa wikłają się, wciąż pojawiają się nowe tropy. Rodzice nie są bez winy, ale czy ktokolwiek nie jest nią obarczony? Najlepiej portretowana jest atmosfera wzajemnej nieufności, jaka buduje się między małżonkami. Marco ukrywa coś przed Anne. Ona również ma swoje tajemnice. Z czasem jedno z nich dojdzie do wniosku, że żyło z wrogiem. Kto tak naprawdę komu zagraża? Jaki związek mają problemy finansowe Marco z jego chaotycznym zachowaniem tuż po zaginięciu córki?

„Para zza ściany” to opowieść o kłamstwach, chciwości i takiej formie bezradności wobec losu, która wywołuje działania irracjonalne – napiętnowane potem przez otoczenie, bo niezrozumiałe, okrutne, a może bezmyślne. Mimo wszystko królową akcji jest Anne. Kobieta najpierw przeżywa rozpacz i czuje się bezradna, by potem odzyskać siły i walczyć o córkę inaczej, niż moglibyśmy się spodziewać. Anne kryje w sobie najwięcej zagadek i jest najbardziej wdzięczną postacią do czytelniczej obserwacji. Marco natomiast jest mężem, dla którego oddalanie się od żony było czymś naturalnym po tym, gdy macierzyństwo zaprzątnęło jej uwagę. Konsekwencji tego oddalenia będzie kilka. Marco przyjmie w tej powieści na siebie być może najwięcej wszelkiego rodzaju odium, ale to Anne będzie zagadką, wobec której staniemy bezradni. Nawet wówczas, gdy okaże się, że wszystko jest już jasne. Bohaterowie tej książki komplikują sobie życie na wiele różnych sposobów. Trudne relacje małżonków z teściami idą w parze z enigmatycznym związkiem Cynthii i Grahama, u których małżeństwo Contich bawi w otwarciu powieści.

Shari Lapena układa intrygę bardzo precyzyjnie. Przyglądając się relacjom bohaterów, musimy być wyczuleni na każdy szczegół. To nic, że ostateczne rozwiązania pojawiają się może zbyt szybko i że stopień zawikłania fabuły nie idzie w parze z prostotą jej zamykania. Myślę, że to taka książka, przy lekturze której może nas zmrozić, możemy być zaskoczeni, możemy być przede wszystkim bezradni – a to duża zaleta narracji etykietowanej jako thriller psychologiczny. Mamy się przestraszyć bohaterów i tego, co z nich może tkwić w nas samych. I przestraszymy się. Każdy ma bowiem mroczne tajemnice i świat przedstawiony drży w posadach – co chwilę bowiem następuje nieoczekiwany zwrot akcji, a wraz z nim pojawia się cała gama nowych emocji. Lapena nie oszczędzi nikogo, ale też nie zamiecie żadnego sekretu pod dywan. Sprytne to wszystko, pomysłowo skonstruowane. Taka książka prezentująca kilka ważnych perspektyw – świadomość człowieka osaczonego, zagubionego, zaburzonego czy wściekłego. Ta różnorodność i charakterologiczna wiarygodność czynią z tego debiutu rzecz wartą uwagi i promocji, która pozwoliła Shari Lapenie uwieść świat tą mroczną narracją o nas samych, często chowających się w cieniu przed światem. A potem ponosimy tego konsekwencje, bo świat chce znać nasze tajemnice. Ujawniając je, ranimy siebie, niszczymy związki. Co jednak można zyskać? Lapena oczyści swoich straumatyzowanych bohaterów, ale pozostawi nas także w pewnym niedosycie. Dlatego to powieść naprawdę warta uwagi.

2016-11-22

"Podróżowanie z Beniaminem" Martin Vopěnka

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 19 września 2016

Liczba stron: 272

Tłumacz: Elżbieta Zimna

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ojciec i syn

Czeski autor, zupełnie nieczeska książka. Martin Vopěnka odczaruje w niej Pragę. Miasto nie jest magiczne, staje się źródłem opresji. Z Czech trzeba się wydobyć, by zrozumieć istotę życia, zadać o nie właściwe pytania, skonfrontować się ze wspomnieniami oraz pragnieniami. „Podróżowanie z Beniaminem” to książka opowiadająca o fundamentalnych deficytach w duszy każdego człowieka. Takich, których istnienie obnaża często śmierć bliskiej osoby. Każdy z nas może wówczas stanąć przed niepowtarzalną szansą, aby zdefiniować istotę życia ponownie. Wydobyć z niego to, co naprawdę wartościowe. Odrzucić brzemię konieczności, rytuałów i obowiązków. Spojrzeć na ulotność egzystencji. Tylko od nas zależy, czy wówczas, w tej traumatycznej dla nas chwili, podejmiemy się wewnętrznego rachunku sumienia. U Dawida, bohatera książki, egzystencjalne rozliczenie idzie w parze z przemierzaniem Europy. Vopěnka konstruuje swoją powieść przewrotnie. Każe się dziwić nieodpowiedzialności ojca, który naraża straumatyzowanego śmiercią matki syna na niebezpieczeństwa podróży w nieznane. Zmusza do zastanowienia nad tym, czy nie są nam tu serwowane truizmy i banały pod płaszczykiem urokliwej fabuły z bardzo plastyczną narracją. Nie. To naprawdę świetna książka. O przemierzaniu przestrzeni, ale przede wszystkim o bliżej niesprecyzowanym obszarze zwanym „Nieznane”. W nim każda forma tożsamości ludzkiej będzie możliwa i żadna nie będzie konieczna. Do czego doprowadzi wędrówka osamotnionych – ojca i syna?

Dawid czuje ulgę po śmierci żony, choć z trudem przychodzi mu przyznanie się do tego. Trudne były domowe relacje z labilną emocjonalnie kobietą, która tonęła w smutku, nie dając możliwości zrozumienia swoich decyzji. Mężczyzna trzyma za rękę ośmioletniego syna, stoją nad trumną kogoś, kogo dziecko nie może opłakać, bo nie pojmuje ogromu pustki po mamie, a dorosły nie jest w stanie naprawdę jej żałować. Dla Dawida skończył się pewien męczący etap życia. Dla Beniamina otwiera się przestrzeń ryzykownego zagubienia. Vopěnka doskonale oddaje świadomość dziecka skonfrontowanego zbyt wcześnie z czymś absolutnie ostatecznym – z odejściem osoby, którą kochał i która porządkowała jego świat. Dziś tym porządkowaniem musi zająć się ojciec. Musi oswoić Bena z pustką i pokazać mu, że wciąż ktoś go kocha. Kocha bezwarunkowo i z całą mocą. Ten ktoś był oddalony od matki, ale stale czujny wobec dziecka. Nie może mu teraz pozwolić na wyobcowanie. Wie, że musi mu poświęcić czas i uwagę. Dochodzi do wniosku, że doskonałym sposobem na złagodzenie bólu będzie niezwykła podróż. Oswajanie tego, co Nieznane. Odkrywanie siebie we wzajemnych relacjach połączonych wspólnym celem. Dziecko będzie szukać ukojenia i miłości. Dorosły przede wszystkim sensu. Gdzieś z dala od prozy życia, która warunkowała jego działania i myślenie. Rozpoczyna się niezwykła przygoda. Ojciec i syn nie będą mieć pojęcia o tym, jaki będzie jej finał. Nie wszystko da się doskonale zaplanować. Ucieczka z Czech będzie miała swoje konsekwencje. Czym okupiona zostaje potrzeba odnalezienia wewnętrznej wolności? Martin Vopěnka usypia naszą czujność, by zadziwić i zaskoczyć w miejscu, w którym już wszystko rozumiemy, wszystko wiemy. „Podróżowanie z Beniaminem” będzie jednak przede wszystkim narracją zagadek. Książką stawiającą wiele pytań retorycznych oraz takich, na które odpowiedzi są zawsze trudne i niewygodne.

Ta powieść drogi odsłania nam oblicza Europy, które z jednej strony dobrze znamy, z drugiej jednak – nie jesteśmy tego wszystkiego tak bliscy jak wędrujący, czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi, bohaterowie. Vopěnka portretuje Stary Kontynent jako przestrzeń, w której równie szybko można się zagubić, co odnaleźć pośród inności. Nie jesteśmy pewni, dlaczego Dawid staje się wędrowcem (nie podróżnikiem). Chce sobie przypomnieć wszystko to, co może mieć stałą wartość, czy może doświadczyć czegoś nowego? Na pewno chce zaznać bliskości z synem na innych niż dotychczasowe warunkach. Nie chodzi tylko o porzucenie Pragi, wyjazd z mieszkania przypominającego o zmarłej. Chodzi o nakreślenie wspólnego azymutu i taki rodzaj zależności, który sprawi, iż wędrowcy poczują tylko bliskość samych siebie. Beniamin przyjmuje wszystko z dziecięcą ufnością, ale pojawiają się przecież pytania o zmarłą matkę, domaganie się jej obecności czy próby zaakceptowania, że śmierć jest czymś absolutnie nieodwracalnym. Zagubienie Bena to przede wszystkim dziecięce wątpliwości, które zawsze może rozwiać mądry, odpowiedzialny ojciec. Czy Dawid jest kimś takim? Pytając o celowość swojego istnienia, nie kwestionuje jednocześnie praw Beniamina do bycia wśród innych bliskich mu członków rodziny?

Vopěnka opowiada o męskich relacjach w trzech pokoleniach. Ważna jest postać nieobecnego dziadka Bena, ojca Dawida. Niezwykle istotne jest to, w jaki sposób autor nakreśla najpierw szorstkość, potem niezwykłą czułość w tym, co łączy ojca z synem. Dawid nie chce być dla swego dziecka kimś takim, kim był dla niego ojciec. Chce porwać Bena, zabrać go światu. W tym świecie jest też zaborczy dziadek. Ktoś, kto nie godzi się na podróż. Ktoś, kto okupi ją w sposób zaskakujący i Dawida, i Bena. Bo każdy dorosły mężczyzna w tej historii musi rozprawić się ze swoim egoizmem. Wrażliwość Beniamina idzie w parze z odkrywaniem rzeczywistości wokół dziecka – innej niż ta praska, ograniczona do obowiązków i czasu wolnego. Okaże się, że wakacje nie będą wystarczającym czasem dla ojca i syna. Żaden z nich nie wróci do swoich obowiązków i do tego, co porządkowało życie przed dramatycznym odejściem żony i matki.

Martin Vopěnka opowiada o tym, w jaki sposób biały, syty Europejczyk poszukuje definicji ludzkiego losu. Odrywa Dawida od wszystkiego, co w mniejszym lub większym stopniu określało jego dotychczasową tożsamość. Zmusza go do tego, by być ojcem w zaskakująco nowej roli. Prawdziwym opiekunem i przewodnikiem. Kimś, dzięki komu Nieznane będzie przestrzenią doznań niesamowitych, dotychczas niepoznawalnych. To też nostalgiczna opowieść o bezradnym buncie wobec śmierci i o gloryfikacji każdej formy życia. Historia poszukiwania spełnienia i marzenia o prawdziwej miłości. O tej formie czułości, która gdzieś została zagubiona, ale dzięki wędrowaniu odrodzi się, będzie nazwana, będzie silnie łączyć. Nie wiem, czy bardziej ujmuje trochę chłopięca niefrasobliwość Dawida, czy nad wyraz analityczna i poważna postawa Bena, który przyjmuje zaskoczenia i niespodzianki od losu z niezwykłym jak na ośmiolatka stoicyzmem. A może Vopěnka opowiada przede wszystkim o tym, jak reagujemy, konfrontując się z różnymi formami inności? Śmierć też jest czymś takim. Stale przy nas obecna, wiecznie nas zaskakująca. Dużym zaskoczeniem będzie śledzenie finału opisanej historii. „Podróżowanie z Beniaminem” to niezwykłej urody książka, która zmusza do empatii… i pochylenia się nad samym sobą.

2016-11-19

"Zabójca z sąsiedztwa" Alex Marwood

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 26 października 2016

Liczba stron: 400

Tłumacz: Magdalena Koziej

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Solidarność odrzuconych

Przyznam, że z dużą niepewnością sięgałem po „Zabójcę z sąsiedztwa”. Unieść ciężar doskonałego debiutu – a takim była powieść „Dziewczyny, które zabiły Chloe” – jest czymś bardzo trudnym, bo na autorze ciąży spora presja i w kolejnej narracji może się… rozsypać. Nic się nie rozsypuje, Alex Marwood znowu po mistrzowsku gra na nosie czytelnikowi, zwodzi go bardzo długo i zaskakuje tym razem w innym stylu i za pomocą innych środków wyrazu. To, co od razu rzuca się w oczy, to specyficzny czarny humor, który będzie wisiał nad światem przedstawionym „Zabójcy z sąsiedztwa” – książki chyba bardziej o wydźwięku społecznym, choć też z elementami thrillera i klasycznie rozgrywaną intrygą kryminalną. Trudno jest cokolwiek napisać o tej książce, bo każda analiza szczegółu może sugerować pewną interpretację. Głowimy się bowiem nie tylko nad tym, kto z mieszkańców pewnej londyńskiej kamienicy jest psychopatycznym mordercą. Rozmyślamy nad zależnościami, w jakie wchodzą bohaterowie z szemranymi biografiami. Ludzie gdzieś na marginesie życia, którzy znaleźli się tam z bardzo różnych powodów. Lokatorzy bezlitośnie wykorzystywani przez właściciela nieruchomości, który gotów jest szantażować i dopuszczać się innych bezkompromisowych sztuczek, by wykorzystać sytuację, w której lokator nie ma żadnych praw i można z nim zrobić, co się żywnie podoba.

Marwood opowiada o ludziach, którzy z różnych powodów ukrywają się lub nieudolnie zacierają po sobie ślady. Odnajdują namiastkę bezpiecznej przystani w domu, w którym rządzą dzikie prawa rynku nieruchomości. Wynajmujący staje się podległy wobec właściciela lokum. Groteskowo portretowany Kamienicznik jest uosobieniem wszelkiego ludzkiego zła i postacią wywołującą jedynie gniew. Gniew w bezsilności, albowiem lokatorzy jego kamienicy nie mogą zrobić niczego, by ukrócić jego bezwzględność. Autorka sygnalizuje, w jak trudnym położeniu znajdują się w Londynie ci, którzy z różnych powodów muszą godzić się na dyktat i niegodziwości właścicieli posesji. To oni mogą wszystko i oni dyktują warunki, na które zgodzić się trzeba, bo nie ma wyjścia. Czy mieszkańcy są niejako poddanymi Kamienicznika? Nie spodziewają się, że w wyniku zaskakującego zbiegu okoliczności będą mogli się od niego uwolnić. Od człowieka odbierającego im godność. Deprecjonującego dodatkowo po tym, gdy dostali już od losu zbyt wiele gorzkich razów. Alex Marwood napisze o pewnej solidarności wykluczonych. O rodzącej się pomiędzy nimi empatii, która zaowocuje kilkoma spektakularnymi akcjami, ale jednocześnie zwiąże ich ze sobą o wiele bardziej, niż mogliby przypuszczać.

Współczesny Londyn portretowany jest jako miasto bez empatii. Konglomerat wspólnot, których podstawy są bardzo kruche. To miasto, którego mieszkańcy nie interesują się losem drugiego człowieka, a inna dzielnica jest dla nich daleką galaktyką. W Londynie Marwood można zatem zatrzeć po sobie ślady. To także miejsce, w którym doskonale mogą radzić sobie mordercy i psychopaci. Nikt nie chce wiedzieć niczego o sąsiadach, znajomych. Anglicy są obojętni nie tylko wobec obcokrajowców, ludności napływowej. W „Zabójcy z sąsiedztwa” są zatomizowaną społecznością, gdzie jakikolwiek akt zainteresowania drugim człowiekiem uchodzi za kuriozum. W takich warunkach ci najbardziej wykluczeni gotowi są sobie pomagać. Ci, których porzucają inni, których degraduje życie, a system usuwa gdzieś poza nawias. To właśnie im ze specyficzną empatią przyjrzy się autorka, to im odda głos i to ich czynami udowodni, że ludzka solidarność jest możliwa nawet w najbardziej nieludzkich warunkach. Nawet wówczas, gdy skrywamy przed światem swoje tajemnice, bezpiecznie wchodzimy w anonimowość aglomeracji. Gdy mimo wszystko potrzebujemy kogoś, kto będzie z nami dzielił nasze brzemię. Zrozumie skomplikowaną sytuację, która sprowadza na nas nieszczęście i każe się ukrywać.

Świetnie sportretowane są tu kobiety w trzech pokoleniach, które muszą z różnych powodów trzymać się z dala od głównego nurtu życia. Anonimowe, samotne w wielkim mieście. Sędziwa Vesta, która ze smutkiem odkrywa swoje wyobcowanie. Staruszka poruszona nieszczęściami swoich współlokatorów, wzbudzająca ich sympatię i skłaniająca do zwierzeń. Vesta pozostała sama ze swoimi wspomnieniami, zakurzonymi bibelotami, poczuciem niedopasowania i zagubienia w tym, co do tej pory przeżyła. Bilans jej długiego życia jest fatalny. Vesta zmaga się ze specyficznym rodzajem wyobcowania. Dostrzega je w Lisie, która mogłaby być jej córką, oraz w młodziutkiej Cher – ta z kolei mogłaby być wnuczką Vesty. Lisa podjęła ryzyko ucieczki przed bandytą, który ściga ją nie tylko dlatego, że widziała scenę egzekucji, ale również z powodu przywłaszczenia sobie sporej gotówki. Marwood doskonale obrazuje stan psychiki kobiety osaczonej – Lisa boi się wszystkiego, strach jest jej codziennością, wspomnienia nie pozwalają zasnąć, niechęć do policji proponującej ochronę świadka wciąż narasta, a dodatkowo bohaterka szuka resztek bliskości z umierającą matką. Cher matkę już pożegnała. Podobnie jak kolejny dom opieki, z którego uciekła. Żyje z polowania na frajerów. Jest butna i arogancka, ale jednocześnie poszukuje ciepła. Znajduje je u Vesty. Tak jak Lisa, która postanawia zwierzyć się staruszce ze swoich problemów. Te postacie będą w powieści najważniejsze. Dlaczego? To już kwestia misternej konstrukcji tej powieści. Wielbiciele intrygi kryminalnej westchną z zawodem, gdy poznają tożsamość mordercy już w połowie książki. Nie o niego chyba będzie chodzić. Nie on – mimo spektakularności swych okrutnych czynów – będzie spiritus movens „Zabójcy z sąsiedztwa”.

Alex Marwood opowiada o ludziach, którzy kontestują system i potrafią zagrać mu na nosie. Prowadzi nas przez świat życiowych nieudaczników mogących radzić sobie w trudnych sytuacjach zaskakująco dobrze. Motyw seryjnego mordercy przydaje narracji dodatkowych kolorów, jednak powieść nie jest klasycznym thrillerem. Pokazując, czym stajemy się po śmierci, zapychając rury kanalizacyjne, udowadnia, na co stać nas za życia. Na walkę o własną godność wbrew temu, że świat odmawia tej godności. Wycofanie z życia nie oznacza bezwolności i bierności. Lokatorki Kamienicznika wezmą sprawy w swoje ręce nieoczekiwanie i z wszelkimi tego konsekwencjami. Są obok nich także mężczyźni i jeden z nich zabija kolejne ofiary. Stają się one jednak tłem dla zmagań bardzo wiarygodnych bohaterek pierwszego planu. „Zabójca z sąsiedztwa” to książka zaskakująca na wiele sposobów. Opowiada o wyobcowaniu z równą wrażliwością jak o solidarności i chęci walki z tym, co w życiu niesprawiedliwe. Marwood po raz kolejny udowadnia, że jej książki to wyzwania czytelnicze. Nokautuje nas i zaskakuje. Nie mamy pojęcia, za co się bierzemy, odwracając pierwszą stronę. Nie spodziewamy się tego, co przyniesie ostatnia. Kolejna wyborna rozrywka na wysokim poziomie i jednocześnie książka z wyraźnym wydźwiękiem społecznym, która piętnuje niesprawiedliwości i absurdy. Dużo grozy, sporo wnikliwych obserwacji socjologicznych, świetny wizerunek psychopaty pośród zwłok oraz dynamiczne tempo, które niejednemu czytelnikowi każe zarwać noc przy „Zabójcy z sąsiedztwa”.

2016-11-17

"Wróżba. Wspomnienia dziewczynki" Agneta Pleijel

Wydawca: Karakter

Data wydania: 14 października 2016

Liczba stron: 256

Tłumacz: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Znaleźć siebie

„Wróżba” Agnety Pleijel to nie tylko jedna z tych wspomnieniowych książek, w których pisanie okazuje się najlepszą życiową terapią, wyzwalając uczucia i emocje, dla jakich brakło definicji w całym dorosłym życiu. To przede wszystkim poruszająca historia tego, w jakim piekle emocjonalnym może tkwić dziecko patrzące na rozpad relacji między rodzicami. Agneta Pleijel opowiada o domu w Lund, swoim miejscu pierwszym. O najbliższych jej ludziach, którzy oddalali się na tyle, że pozostawiali ją samotną, niemą, niczym kukiełkę bez woli, niczym papierową laleczkę. Wróżba” usiłuje wskrzesić zmarłych przede wszystkim po to, by dopisać ich biografie, nazwać nienazwane. Ukończyć w słowie to, czego nie dało dokończyć przerwane życie. To także książka o pamięci i jej porządkowaniu. O czymś, co utraciła adorowana przez autorkę ciotka tuż przed tym, jak rozstała się z życiem, a co stało się największą siłą Pleijel. Zapamiętywała, by zrozumieć. Usiłowała poskładać sobie rozbity świat, w którym z dziewczynki stawała się kobietą. Kierowana imperatywem uzupełnienia biografii najbliższych, pisze intymną autobiografię. Być może po raz pierwszy w życiu mierzy się w niej z samą sobą. Ta książka osadza nas w trudnym do zniesienia smutku, ale daje również swoistą pewność, że siłą człowieka jest siła jego wspomnień i że kształtujemy się tak naprawdę w pierwszych kilkunastu latach naszego życia. Potem zastygamy w czasem nieznajomej nam formie, którą musimy zbadać i opisać. Agneta Pleijel robi to w poetycki, ale także bezkompromisowy sposób. Opowiada o dziewczynce, która zawsze tkwiła w ciele dorosłej kobiety, ale musiała walczyć o swój głos. Tak jak latami walczyła o miłość, czułość i zainteresowanie. Jakie to wszystko delikatne, a jaką ogromną siłę rażenia posiada! „Wróżba” to jedna z piękniejszych książek, które udało mi się przeczytać w tym roku. Opowiada o tym, kogo nosimy w sobie – czyje utraty, braki, odrzucenia i smutki.

Wróżka określiła tor życia ciotki Ricki, zanim ta zaczęła żyć naprawdę. Ricki jest centralną postacią we wspomnieniach Pleijel, bo tylko ona – co obserwowała dziewczynka – zdobyła się na odwagę, by żyć naprawdę, czuć najwięcej, rzucać życiu wyzwania i prawdziwie przeżywać świat. Ciotka cechuje się odwagą, której nie mają ludzie z otoczenia wspominającej czas miniony dziewczynki. Miała dom, o jakim marzyłaby pewnie niejedna młoda Szwedka. Dom, który oparł się powojennej traumie, i środowisko, gdzie dorastały trzy dziewczyny. Jedna z nich wyjątkowo smutna. Rodzice żyli w uporządkowanym świecie, bez transcendencji, bez nielogicznych wzruszeń. Ona w tym wszystkim wyjątkowo wyobcowana, także pośród rówieśników, których grupy wciąż zmieniała. Ona i rodzice. Zapracowany ojciec, naukowiec. Tkwiący w świecie liczb, symetrii, matematycznego porządku i wypracowanych rytuałów. Ojciec zawsze wydawał się niedostępny, choć Pleijel tak bardzo starała się do niego zbliżyć. Adorowany przez córki zdecydował się jednak na to, by je porzucić. Własne dzieci oraz żonę. Kobietę latami dumnie wyprostowaną przy fortepianie, zawsze wyjątkowo pragmatyczną, ustalającą domowy ład i wyciągającą konsekwencje z tego, co ów porządek zaburzało. Matka w cieniu zaburzeń depresyjnych wydawała się dziewczynce odległa. Wieczne wyrzuty kierowane do córek przeszły w gromy ciskane w stronę męża, który zdecydował się odejść.

Pleijel opowiada nie tylko o pustce w duszy dziecka, którego rodzice są skonfliktowani. Nie tylko o rozpaczliwej próbie brania na siebie odpowiedzialności za to, co im w życiu nie wychodzi. Udowadnia, że przestrzeń życia rodzinnego jest miejscem, z którego wyprawiamy się w drogę życiową z koniecznym bagażem doświadczeń, często z ich balastem. Ruina domu w Lund to nie tylko kwestia braku porozumienia i rozstania dorosłych na oczach zrozpaczonych córek. To niemożność zbudowania domu, jakiego oczekiwałoby ufające w ludzką dobroć dziecko. Takie dziecko, dla którego świat musi mieć jakiś porządek, a życie sens. Ono jest w stanie nawet uwierzyć w boga, jeśli jego figura będzie mogła dać choć odrobinę stabilizacji. Agneta Pleijel czyta po latach listy matki, odkrywa prawdziwą sferę jej przeżyć i doznań, analizuje relacje z mężem oraz przypomina sobie ojca tak czule, jak czule chciałaby być przez niego kochana. Są w tych wspomnieniach tak nasycone emocjami zdania, że nie da się czytać „Wróżby” bez autentycznego wzruszenia i empatii w stosunku do tej, która nie została ochroniona, nie zaopiekowano się nią, nie ofiarowano serca i zainteresowania. A jednak te toksyczne przecież więzi były bardzo silne. Musiały wystarczyć, by zbudować dorosłe życie. Czy nietrafione wybory mężczyzn to wieczny ślad po utracie ojca, dla którego wybór nie zawsze oznaczał wewnętrzną pewność działania?

„Wróżba” to opowieść o kobiecej tożsamości z delikatnie zaznaczonym feministycznym przekazem. Chodzi o podsłuchiwane przez młodziutką Pleijel rozmowy o roli kobiet w życiu społecznym i o wsparciu, którego kobiety mogą oczekiwać przede wszystkim od siebie. Tymczasem bohaterka pozostaje sama. Pierwsze seksualne doświadczenia z własnym ciałem to symptom tego, że potem będzie musiała sama siebie kochać, tulić, zapewniać czułość jako namiastkę tego, czego nie może uzyskać od świata. To opowieść o smutnej i wyobcowanej dziewczynce, w której rodzi się świadoma swoich wyborów kobieta. Silna i pewna siebie dopiero wówczas, gdy zrozumie, co przez lata tę pewność siebie blokowało. Agneta Pleijel opowie o tym, jak rozwijały się w niej tendencje ucieczkowe oraz kiedy postanowiła przestać uciekać. Przed samą sobą.

To także dużej wagi proza autotematyczna. Rozprawa z pisaniem jako tworzeniem sensu i porządkowaniem przeszłości – tak by wyjaśnić, które jej elementy rzeczywiście wpłynęły na odbiór świata po latach. Pleijel zapamiętuje to, co dla niej charakterystyczne, i niezwykle ciekawą przygodą jest rozpoznawanie kryteriów tego zapamiętywania. „Wróżba” opowiada o tym, w co chcemy wierzyć, i o niespełniających się obietnicach. Także o bezkompromisowości śmierci, poza którą nie ma już słów. Nie ma możliwości jakiegokolwiek porozumienia. Czas na porozumienie wydaje się zawsze za krótki. Słowa nie brzmią adekwatnie. Emocje unoszą i każą błądzić. To naprawdę wzruszająca opowieść o tym, co możemy odkryć w sobie, dając zmarłym możliwość mówienia w naszej wyobraźni. Pleijel portretuje dziewczęce, a potem kobiece wyobcowanie, ukazując jednocześnie siłę, dzięki której można wciąż na nowo dawać innym serce i czułość. Wyjątkowa, ujmująca narracja.


PATRONAT MEDIALNY

2016-11-15

"Ból" Zeruya Shalev

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 320

Tłumacz: Magdalena Sommer

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Kobieta w relacjach

Zeruya Shalev kazała poczekać na swoją nową książkę. Tym razem uniknęła przegadania charakterystycznego dla „Po rozstaniu”, ale w gruncie rzeczy znowu opowie o tym samym – kondycji kobiety w średnim wieku, która nie zamknęła w sobie przeszłości, żyje w iluzorycznym bezpieczeństwie czasu teraźniejszego i zmaga się ze wspomnieniami oraz uczuciami tak silnymi, że należne jest im ponowne przeżywanie. Iris z „Bólu” rozstała się z miłością swego życia bardzo dawno, więc jej rany nie są tak świeże jak Eli Miller z poprzedniej powieści. Shalev opowiada jednak o tym, że moment mentalnego rozstania z ukochanym to kwestia akceptacji w sobie pewnej formy gotowości do życia bez niego. Nic odkrywczego! Wydobywający się z przeszłości Ejtan, tak jak powracający fizyczny ból po zamachu terrorystycznym, w którym Iris została przed dziesięciu laty poważnie ranna, to dwa strumienie odczuwania, które powodują, iż zaburza się ogląd dnia dzisiejszego. „Ból” jest opowieścią o tym, że prawdziwa wolność wewnętrzna to stan bez tendencji ucieczkowych. Iris ucieka w przeszłość, bo nie rozprawiła się z nią, nie pogodziła z bólem. To także brzmi jak klasyczna rozprawka z gabinetu terapeutycznego. Nagła utrata ukochanego była traumą tak silną jak utrata sprawności po wypadku, po którym zupełnie niespodziewanie zaczęły się rozluźniać więzy rodzinne. Ten rozpad zostanie uwidoczniony w momencie, w którym bohaterka ponownie straci głowę dla swego pierwszego kochanka. Jednocześnie uświadomi sobie, że od momentu jej choroby w rodzinie rozpełzły się zabójcze przemilczenia. Że pewne rysy i pęknięcia nie były możliwe do usunięcia, rodzinna tkanka cierpiała, a każdy zapadł się w sobie. Czy będzie szansa porozmawiania o tym, co tak naprawdę wydarzyło się przed dziesięcioma laty?

Związek Iris i Mikiego to obecnie czas trwania gdzieś obok siebie. Ona zaabsorbowana jest szkołą, którą nadzoruje. On po pracy ucieka w świat wirtualnych szachów. Siedemnastoletni Omer znajduje się jeszcze przy nich, ale starsza Alma ruszyła już w świat. Iris żyje w świecie bezpiecznej stabilizacji. Wypracowała sobie rytuały, które pozwalają jej normalnie funkcjonować, na przykład wczesne chodzenie spać. Miki z nią nie sypia. Oddzielne sypialnie to także symbol oddzielnych światów, w których małżonkowie coraz mocniej się osadzają od czasu, kiedy Iris w zamachu o mało nie straciła życia. Miki to taki poczciwiec, który nie zauważa wokół siebie niczego złego. Nie dostrzega zagadkowych zachowań żony, kiedy na jej drodze stanie nieoczekiwanie dawna wielka miłość. Nie widzi, że ukochana córka wpada w sidła toksycznej zależności i że niewielka odległość między Jerozolimą a Tel Awiwem powiększa się tak jak jego oddalenie od żony. Tymczasem Iris cierpi fizycznie, bo odzywają się bóle przypominające o koszmarze zamachu. Udając się do lekarza, który ma uśmierzyć ból, nieoczekiwanie dostrzega, że oto staje twarzą w twarz z Ejtanem – mężczyzną, który porzucił ją przed laty, na zawsze pozostawiając w ruinie uczuć i z wielką wyrwą w sercu.

Zeruya Shalev portretuje Iris z wnikliwością i wrażliwością na każdy emocjonalny niuans. Jest wiarygodna. „Ból” staje się kroniką jej wewnętrznych przeżyć – licznych rozczarowań, nagłego powrotu miłosnych uniesień i goryczy, gdy poczuje macierzyńskie niespełnienie. Ejtan pojawia się na jej drodze z pozornie czystą biografią. Najważniejsze, że nie dzieli z nikim życia i można się oddać płomiennemu romansowi, który stanie się czymś, co może zagrozić uporządkowanemu życiu rodzinnemu. Wzniosła miłość odżywająca po latach ze zdwojoną siłą kontra problemy rodzinne nakazujące myślenie zdroworozsądkowe. Co warto ocalić? Iluzję tego, co określa się mianem miłosnego spełnienia, czy solidny rodzinny fundament podkopywany już od lat, tworzący coś na kształt fałszywych relacji, a może przede wszystkim relacji obopólnego czymś zmęczenia? Shalev nie oszczędza swojej bohaterki. Czytających również. Irytujące podejrzenia, oskarżenia czy pretensje wobec członków rodziny idą w parze z egzaltowanym odczuwaniem wygasłej kiedyś namiętności. Wszystko to bardzo teatralne, choć niewątpliwie sugestywnie opowiadane. Izraelska pisarka rezygnuje z ornamentów słowno-symbolicznych z „Po rozstaniu” i tym razem daje do rąk książkę, którą czyta się dość zachłannie. Tyle że Iris przestaje być wiarygodną bohaterką, skoro widzimy, iż cała jej tożsamość opiera się na relacjach z innymi. Iris nie definiuje siebie jako kobiety. Widzimy ją w roli zagubionej w odzyskanym szczęściu kochanki. W roli żony, której uwiera wypracowany domowy ład i która ucieka do osobnego łóżka, by w nim zamknąć swoje żale i tęsknoty. W roli matki, zrozpaczonej kobiety uświadamiającej sobie oddalenie córki. Iris będzie musiała o nią walczyć. Czy będzie gotowa, by powalczyć o samą siebie? Co takiego ważnego o sobie ma nam do powiedzenia? Czy Shalev nie prezentuje nam postaci, którą możemy ujrzeć w wyraźnych zarysach dopiero wtedy, gdy konfrontuje się z drugim człowiekiem?

Nie dylematy Iris przyciągają w tej powieści największą uwagę. Shalev okazuje się mistrzynią niuansów, bo jest w „Bólu” kilka naprawdę dobrych scen i parę sygnalizowanych problemów, które poruszą wyobraźnię bardziej niż miłosne uniesienia, dość prozaiczne sankcjonowanie zdrady, takiej zdrady bez konsekwencji, w konwencji pewnej igraszki. Doskonałe sceny rozmów Iris z matką. Kobietą, której samotność podkreśla nie tylko demencja, ale też rozpaczliwe porządkowanie rzeczywistości już dawno pozbawionej porządku i konturów. Ta bezsilność między dorosłą córką a zagubioną matką – mistrzowska psychodrama zapadająca w pamięć. Podobnie jest z rozważaniami Iris o tym, kto odpowiada za jej poczucie bycia skrzywdzoną, i o tym, czy naprawdę osiągnęła w życiu to, co chciała. Izraelskie tło powieści także czytelnie działa na wyobraźnię. Zamach terrorystyczny z jego mocą zniszczenia nie tylko w chwili wybuchu. Wojsko upominające się o każde bez wyjątku dziecko, które niekiedy wyrywane jest z domu rodzinnego jak z bezpiecznego gniazda. Projekt o poszanowaniu inności prowadzony w szkole przez Iris jako sprzeciw wobec rosnącego radykalizmu w społeczeństwie. Tak, są momenty mistrzowskie – także literacko. Całość „Bólu” to jednak opowieść wtórna względem tego, co Shalev już zdążyła nam opowiedzieć. Książka usiłująca między rozdziałami przemycić truizmy o tym, że są różne rodzaje bliskości i oddalenia. Opowieść w gruncie rzeczy dość przewidywalna, bo mówiąca o tym, że druga szansa na lepsze życie to bardzo często tylko ironiczny chichot losu.

„Ból” czyta się dobrze, bo to narracja dość spójna, pięknie przełożona, dająca gwarancję obcowania z czymś wartościowym. Odnoszę jednak wrażenie, że autorka tak bardzo chciała pogłębić psychologicznie sytuację swojej bohaterki, że zapomniała ją samą usytuować i przedstawić jako integralną postać, kobietę z krwi i kości, z tożsamością świadomą, bez toksycznych uzależnień od innych. Bez istnienia tylko w opozycji albo bliskości do kogoś. Być może wielu z nas jest kimś takim, ale chciałoby się poczytać o kimś, kto choć raz zadecyduje o sobie, zamiast przypisywać wszelkie decyzje zaistniałym okolicznościom.

2016-11-12

"Smutek cinkciarza" Sylwia Chutnik

Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 26 października 2016

Liczba stron: 222

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Męskość obnażona

Ta sprawa porusza wyobraźnię do dziś! 26 września 1985 roku na jednym z sopockich blokowisk został zamordowany pewien znany w swoim środowisku waluciarz. Zbrodnia zaskakująca i elektryzująca opinię publiczną przede wszystkim dlatego, że denata znaleziono w windzie, w bloku, pośród roju ludzi. Nikt nie dowiedział się wtedy, kto zabił cinkciarza, a po latach analizy sprawy znaleziono poszlaki wskazujące na syna. Nikomu nie przedstawiono zarzutów, ale fantazje na temat sprawcy stały się elementem ponownej analizy tego, co się wydarzyło w 1985. Ktoś udusił czterdziestoletniego Wojciecha? Jeśli zrobił to syn, nie doczekał się kary. Jeśli miał miejsce konflikt interesów w rodzinie, dziś możemy tylko fantazjować o tym, jakie były relacje zabitego i jego syna. Sylwia Chutnik pofantazjowała. Stworzyła świetną książkę, w której podjęła się narracji pierwszoosobowej. O swoim życiu opowiada denat. Śmiesznie to trochę wygląda, bo z jednej strony jest monologowaniem przy wódce, z drugiej – narrator sam podkreśla, że już nie żyje. Nic to. Ważniejsze byłoby spenetrowanie środowiska w Trójmieście, w którym dorastał i zginął cinkciarz, ale autorka nie podejmuje się trudu nadania swojej opowieści reporterskiego sznytu. Swojego czułego cinkciarza umieszcza w Warszawie. Portretuje środowisko i zwyczaje, którymi już nieraz się zajmowała. Echa codziennego życia z tej opowieści znajdziemy i w „Jolancie”, i w „Cwaniarach”. Można wybaczyć Sylwii Chutnik lekkie pójście na łatwiznę, albowiem książka jest znakomita. Porzucone przez pisarkę biografie gniewnych lub sfrustrowanych kobiet zastąpione zostają opowieściami o męskich zależnościach, traumach, o szorstkiej bliskości i deficycie uczuć. Mężczyźni kilku pokoleń są w „Smutku cinkciarza” najważniejsi. Ci, których już nie ma, doświadczyli bolesnych przeżyć – wojna czy trudna rzeczywistość powojenna zostawiły w nich ślady i uniemożliwiły bliższy kontakt z synami. Narrator Chutnik to taki cyniczny, lecz honorowy cwaniak. Cwaniak o wielkim sercu. Czuły i nostalgiczny, choć szorstki i zdystansowany. Snuje opowieść o tym, co utracił oraz zyskał. Opowiada o sile i słabości rodziny w czasach PRL-u. Udowadnia, że rozpaczliwy hedonizm dancingów to za mało, by zapomnieć o smutnych aspektach prozy życia w mrocznym systemie.

Wiesiek dostawał w skórę od ojca. Tego ojca, którego jednocześnie adorował. Mężczyznę winiącego go za śmierć brata i odwracającego od niego twarz tuż przed śmiercią. A jednak Wiesiek wie, że ojciec był najważniejszy. Tak jak ważny był jego dziadek, kiedy powojenna trauma nie uczyniła z niego wariata. Mężczyzna jest punktem odniesienia dla chłopca. Jest wzorem do naśladowania, choć ład ustanawia zakazami i przemocą, a czułość to kwestia deficytowa lub niemożliwa. Wiesiek chce być lepszym ojcem dla swojego Jacka. Chce mu udowadniać miłość i nie budować relacji na zasadzie wymagań oraz kar. Tymczasem Jacek jest jakiś dziwny, trochę dziki, zamknięty w sobie, nie garnie się do ojca, nie docenia ojcowskiej troski. Wiesiek wie, że tylko syn może być godnym gwarantem trwania rodziny w przyszłości. Bo w rodzinie jest siła i bez względu na wszystko należy o nią dbać. Ochrona rodziny i zapewnienie jej środków do życia powinny być priorytetami każdego mężczyzny. Wiesiek jest męski. Daje radę. Zdobywa walutę, mebluje mieszkanie, umożliwia normalne życie w czasach, w których namiastką normalności było jedynie szalone wirowanie na parkiecie podczas nocnych dancingów. Wiesiek wierzy w to, że syn się przed nim otworzy. Wiesiek mu ufa, choć nie może do niego dotrzeć.

Sylwia Chutnik podejmuje się dość karkołomnego zadania. Z marymonckiego cwaniaka, którego celem jest nabicie w butelkę, a raczej nabranie na walutę jak największej liczby nieświadomych ofiar, czyni rzewnego opowiadacza, dla którego nie ma miejsca na cynizm i udawanie, kiedy opowiada o najbliższych i o tym, kim się stał w relacjach z ojcem lub dziadkiem. Ufamy Wieśkowi ze „Smutku cinkciarza” i mamy ochotę postawić mu kolejkę. Tymczasem wzruszający chwilami narrator jest kombinatorem, oszustem i malwersantem. Przyjacielem ludzi z marginesu pogubionych w życiu tak samo jak on. Chutnik oddaje głos tym, którzy swoje pragnienia, marzenia i życiowe plany wyśpiewywali w rytm PRL-owskich szlagierów, tych polskich i tych przemycanych z zagranicy. Wiesiek musi uczestniczyć w dancingach nie tylko po to, by odreagować frustracje. Tam, na parkiecie, otwiera się inny, lepszy świat. Taki, jakiego szukało wówczas wielu ludzi gotowych sporo zapłacić za iluzję. Barwne wieczory, podczas których muzyka i taniec zmieniały rzeczywistość, wyraźnie kontrastują z rzeczywistością wszelkiego rodzaju niedoborów. Ta książka jest też o pewnych niedoborach w relacjach rodzinnych. Wiesiek ma sprytną i gospodarną żonę. Córkę, która zdaje się niewidzialna, bo doskonale wpasowała się w ustaloną hierarchię domową. I syna, który obserwuje spode łba. Rozmawia tylko o pieniądzach. Jest zamknięty w sobie i izoluje się od ojca. Czy to on jest sprawcą śmierci Wieśka w windzie?

„Smutek cinkciarza” to opowieść o męskich relacjach naznaczonych goryczą i rozczarowaniami. O tym, w jaki sposób PRL odczarowywali sobie wszyscy ci, dla których nie było jednoznacznie określonego miejsca. Tacy bez pracy na etacie, niewpasowani w system, omijający doniesienia na temat rządu czy gospodarki, nieczuli na jakiekolwiek państwowe przemiany. Dla tych ludzi porządek i prawa wyznaczają ulice, uliczni gangsterzy i ci, dla których ucieczka w przestępczość to jedyna forma przetrwania, naznaczenia sensu w swym życiu. Sylwia Chutnik zabiera nas w niezwykłą podróż po czasach, których urok poznawała z opowieści rodzinnych. Myślę, że ta opowieść mogłaby się zrodzić bez odniesień do faktów i zbrodni sprzed lat. A jednak mamy w tym wszystkim atmosferę niepokoju i niepewności. Mamy przede wszystkim bohatera z krwi i kości. Mężczyznę, który potrafi uderzyć oraz oszukać, ale jednocześnie przytulić i okazać bliskość. Jednocześnie nakreśla smutek swojej egzystencji, bo to już kolejny mężczyzna w rodzinie, którego odrzucił te drugi, starszy, rzekomo najbliższy, wzór do naśladowania.

Sylwia Chutnik portretuje bohatera, który nigdy niczego nie żałował i wiedział, że codziennie należy żyć intensywnie. To także opowieść o pęknięciach w rodzinie, w której coś się rozpada. Nieznacznie, bez spektakularnych zwrotów akcji. Wiesiek to uosobienie komunistycznej tęsknoty za inną formą życia, istnienia, funkcjonowania codziennego i przeżywania radości. To książka o czasach, w których wszelkie śmiałe pomysły na życie rozbijały się w konfrontacji z szarością kolejnego dnia. Wówczas pomagały szlagiery i kombinatoryka życia. Pojawiały się także cienie, które trudno było zdefiniować. Chutnik opowiada o wieloznacznym smutku i o tym, co pozwalało choć na chwilę smutek ów pożegnać. Świetny, kwiecisty, pełen pasjonujących dygresji styl. I mroczny finał ze znakami zapytania. Książka pozostawiająca w niedosycie i z wątpliwościami. Naprawdę soczysty kawał prozy o tym mrocznym PRL-u, w którym jednak tyle barwnych rzeczy się działo.


PATRONAT MEDIALNY

2016-11-10

"Ma być czysto" Anna Cieplak

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 11 października 2016

Liczba stron: 232

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Zagubione

Niełatwo napisać książkę o problemach gimnazjalistów. Można ją w bardzo prosty sposób zepsuć – stylizacją, stronniczością, wybiórczością. Annie Cieplak udało się stworzyć bardzo obiektywny, przejmujący, pozbawiony stylistycznych ozdobników i uczciwy obraz tego okresu dojrzewania, w którym kompleks i trauma idą wiecznie w parze z poszukiwaniami, określaniem siebie, egzystencjalnym zagubieniem i nietrafnością wyborów. Ma być czysto” to bardzo uczciwa, dobra powieść. Zdziwią się wszyscy ci, którzy będą ją kartkować z potrzebą poznawania potknięć i ułomności wieku nastoletniego. Cieplak z całą stanowczością pokazuje, że czasem bywa tak, iż to ci ze starszego pokolenia są emocjonalną gimbazą. To im przydałyby się sesje terapeutyczne, wizyty u pedagoga, czasem kurator, ale przede wszystkim możliwość uczciwego spojrzenia w siebie. W tej książce wszyscy są zagubieni. Różnica polega na tym, że dorośli swoje traumy i frustracje już jakoś uformowali, znaleźli sposób na osadzenie się w nich i zamiast z nimi walczyć, negują oraz atakują osoby z zewnątrz. Młodzi mają w sobie tyle pokory i mądrości (sic!), że nie wychodzą poza sferę indywidualnych przeżyć. Także się porównują, wpadając w kompleksy. Z tych porównań nie rodzi się jednak toksyczna agresja, a ta naznacza rodziców, którzy instytucjom ochrony dzieci umykają przede wszystkim dzięki swemu statusowi społecznemu.

Narracja toczy się dwutorowo, ale omawia te same problemy. Widzimy je oczyma gimnazjalnych przyjaciółek oraz macochy jednej z nich. Julia i Oliwia to taki awers i rewers. Pierwsza ma wszystko, czego można jej zazdrościć. Kasę, pozycję, fejm. Może decydować, może wybierać. Nic jej nie ogranicza i nikt nie spojrzy na nią krzywo, bo pochodzi z tak zwanego dobrego domu. To nic, że domu bez urzędowych więzi, bo trzynaście lat młodsza od ojca macocha nie potrzebuje instytucjonalnych zapewnień o trwałości związku. Julia nie nawiązuje z nikim bliskich relacji, ale robi dobre wrażenie. Uszczypliwości czy docinki do niej nie trafiają. Nawet nie musi specjalnie używać filtru, by jej zdjęcia na portalach społecznościowych przykuwały uwagę. Julka to wolność i swoboda. Brak obarczenia obowiązkami względem obcych ludzi. A Oliwia jest tym, czym jej przyjaciółka nie chciałaby być. Oliwia w pierwszej ze scen wstrzymuje oddech, usiłując spławić kuratora stojącego za drzwiami. Nią różne instytucje są szczególnie zainteresowane. Oliwia mieszka w gorszej dzielnicy, ma na głowie młodsze rodzeństwo i nakazy ojczyma. W kartotece wszystkich opiekunów figuruje jako trudna nastolatka, którą poprzednia ekipa rządząca nazwałaby w aktach eurosierotą, gdyż matka wybyła do Niemiec, by zarabiać jako opiekunka emerytów. Julka czasami zazdrości wolności koleżance, ale wie, że to wolność iluzoryczna. Oliwia zdaje sobie natomiast sprawę z tego, że czasem trzeba dać się trochę pokontrolować. Wtedy odpuszczą. Wszystkie mądre panie psycholożki, kuratorzy, sędziowie.

Tytuł sugeruje, że dzisiejsza nastolatka powinna mieć przede wszystkim porządek w papierach. Kiedy tak jest, uczestnictwo w sklepowej kradzieży może skutkować jedynie aresztem domowym. Oliwia po przykrej akcji w sklepie może spodziewać się dużo bardziej surowych konsekwencji. W końcu nią interesuje się państwo, Julią tylko jej rodzina. Czy przyjaźń dziewczyn przetrwa próbę? Dokąd zmierza Julia, a dokąd Oliwia? Co będzie trwałe i solidne w świecie, w którym liczą się szybkość, spontaniczność, a komunikacja SMS to dla młodych archaizm na miarę pisania listów? Obie bohaterki książki będą zagubione, ale tylko jedna z nich specyficznie z powodu tego zagubienia stygmatyzowana. Cieplak opowiada o dramacie piętnastolatki, która za wszelką cenę chce zbudować swoją wartość w relacjach z rówieśnikami, a jednocześnie nie zawieść w konfrontacji z sądem i organami kontroli jej niepoukładanego życia. Poddawana testom psychologicznym ani razu nie zostaje poddana zwykłej ludzkiej empatii. Nie ma szans na to, by zostać wysłuchana jak jej przyjaciółka. A może jednak taka szansa się pojawia?

Bardzo ważną postacią jest Magda, młoda macocha Julii. Jest do dziewczyny bardzo przywiązana i jako pierwsza dorosła osoba w jej życiu przejmuje się tym, co nastolatka przeżywa. Także perypetiami jej przyjaciółki. Oliwia ściąga na siebie uwagę Magdy, przypominając tej ostatniej, jaka była w swojej, nieodległej przecież przeszłości. Też jest stygmatyzowana jako ta zła, sprawczyni rozpadu małżeństwa, nieodpowiedzialna opiekunka. Toksyczna matka Julii projektowała jej dzieciństwo i młodość, Magda stawia na poczucie bezpieczeństwa i dialog. Sama w życiu niezbyt często miała okazję ku temu, by być zrozumianą. Okazuje się, że Julka i Magda razem znajdują się w matni toksycznych zależności. Dziewczyna swoje boleści i frustracje dopiero uczy się nazywać. Magda ma je już jakby wgrane w osobowość, plan na dalsze życie. Obie żyją z deficytami uczuć. Obie chcą wyciągnąć rękę do Oliwii.

Anna Cieplak stara się oddać ułomność instytucjonalnego spoglądania na młodość i jej błędy. Pokazuje, jak łatwo wpaść w wir uprzedzeń i jak wielkie znaczenie w Polsce ma to, co w urzędowym akcie, a nie w umyśle tym aktem opisywanym. To nie jest książka, w której autorka idzie na łatwiznę i zderza patologię z tak zwanym dobrym domem. Nie jest to narracja, w której jedna z młodszych bohaterek ewidentnie zbacza z kursu, a druga ma wytyczoną życiową drogę. To opowieść o dziewczęcych oraz kobiecych formach zagubienia. O tym, że wsparcie mogą sobie dawać osoby, które pozornie się do tego nie nadają. „Ma być czysto” obrazuje przede wszystkim patologię działań instytucji odpowiedzialnych za kontrolę nad rodzinami. Rodziny nie budują bowiem status społeczny, bogactwo i uporządkowane na co dzień życie. Chodzi o więzi – więzi bliskości rozpaczliwie poszukiwane przez Julkę i Oliwkę. Chodzi też o samotność. Tę egzemplifikowaną przez sytuację życiową Magdy, ale także tę codzienną, urastającą do rozmiarów muru, którego samodzielnie nie jest się w stanie sforsować.

„Ma być czysto” to książka dla gimnazjalistów, dla ich rodzin, wszystkich pracowników OPS-ów i sądów rodzinnych. To przejmujący obraz tego, co nam wolno, a do czego jesteśmy zmuszani. Książka o presji wywieranej na młodych wówczas, gdy sami nie są pewni niczego, co własne. To nie tylko opowieść o urojeniach i zaburzeniach. Przede wszystkim kawał uczciwej prozy o tym, że nigdy i w żadnych okolicznościach nie da się formalnie uregulować ludzkiego życia. Całej sfery emocji i deficytów, które potem mogą nas czynić kalekimi emocjonalnie dorosłymi w relacji z poszukującym sensu dzieckiem.