Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-05-28

„Rekin i baran” Marta i Adam Biernat

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 23 maja 2017

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Opowieści z wyspy

Ukazanie się „Rekina i barana” Marty Biernat z ujmującymi fotografiami jej męża Adama jest okazją do małego podsumowania tego, co wydarzyło się w minionym czasie na rynku wydawniczym. A zaistniała na nim wreszcie Islandia – wyspa zdobywająca coraz większą rzeszę zwolenników, u Marty Biernat nazywanych islandofilami, których specyficzną tożsamość autorka próbuje nam przybliżyć. To już czwarta książka o północnej wyspie i w żaden sposób nie jest podobna do pozostałych. Na samym początku roku ukazała się relacja z rowerowej wyprawy po Islandii Kuby Witka. Jego „Ring Road” to bezpretensjonalna narracja podróżnicza, która nie bawi się w stawianie hipotez, lecz zwyczajnie opisuje piękno kraju, snując sugestie o tym, ile różnego rodzaju wolności można zaznać na Islandii. Kolejna książka, „Lawa, owce i lodowce” to pełna charakterystycznego humoru opowieść o doświadczaniu wyspy w drodze – innym nieco niż doświadczanie Witka, albowiem wzbogaconym o błyskotliwe refleksje świadczące o uważności, czułości na każdy detal przemierzanej przestrzeni. Po świetnej narracji Agnieszki Rezler pojawiły się „Szepty kamieni” – absolutnie najlepsza książka o Islandii, mocno poetycka, a jednocześnie silnie osadzona w prozie życia, której tkankę Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak usiłują zgłębiać przez pryzmat osobistych pragnień, opowiadając o istocie islandzkiej samotności i nakreślając zarys zupełnie innej książki niż ta, która powstała. Wszystkie wspomniane publikacje opowiadają o Islandii doświadczanej zmysłami. Wydobyły się z podróży, rozmów z ludźmi, z wnikliwych obserwacji i bycia wciąż w ruchu. „Rekin i baran” to książka niezwykle statyczna. Być może dla innego odbiorcy niż wszystkie pozostałe. Kiedy autorka na wstępie zaznacza, że przybyła do Islandii ze sporą wiedzą o tym kraju, odnosi się wrażenie, iż chce odnaleźć w czytelniku kogoś podobnego – kogoś, kto zechce najpierw zapoznać się z faktami, unikając relacji z wojaży i cudzych refleksji połączonych z przemierzaniem wyspy.

Biernat jest szczegółowa, racjonalna, chwilami akademicka i proponuje styl podawczy. Sporo teorii, dużo faktów. Emocje trzymane na wodzy, ale zdradzane w kilku miejscach, bo o Islandii żaden jej wielbiciel nie może napisać bez czułości. „Rekin i baran” to stonowana fraza, zdania z licznymi epitetami. Porządek i struktura pewnego dystansu. Kiedy Biernat wspomina o islandzkich mgłach, odnosi się wrażenie, że jej sposób opowiadania o wyspie specyficznym stylem nakłada na pejzaż tę właśnie gęstą mgłę. To zatem książka, która niesie w sobie spokój i wyraźną formę uporządkowania. Książka, która tak jak wspomniane wyżej i zupełnie od niej różne, wraca do refleksji bliskiej każdemu piszącemu o Islandii. Wyspa nie daje się poznać do końca. Niemożliwe są zasób pojęć ani struktura zapisu mogące oddać złożoność, tajemniczość i nieprzewidywalność Islandii. Marta Biernat – ostatnia publikująca w temacie – proponuje nam nieco podręcznikowy, ale pełen empatii i szerokiej perspektywy obraz wyspy. Penetrowanej uważnie, choć z perspektywy badacza, a nie podróżnika. To wybór czytelnika – czy przystanie na taki sposób jej opowiadania. Być może właśnie w takim się odnajdzie, zanim przewieje go islandzki wiatr, zanim usłyszy islandzką owcę, skosztuje lokalnych specjałów, zmierzy się z trudami języka islandzkiego i nawiąże kontakt z mieszkańcem Islandii. Zanim ujrzy niewyobrażalne piękno i zabraknie mu słów w zachwycie. Tych słów, którymi Marta Biernat może wesprzeć. Kierowanych do tych, co lubią porządkować myśli i podejmować racjonalne decyzje. Dla tych, którzy może nie kupią od razu po lekturze biletu lotniczego na Islandię, ale przede wszystkim zainteresują się tym lądem. Przybędą do niego kiedyś z wiedzą, z którą przybyła autorka. To zdecydowanie książka dla tych, którzy wszystko muszą przemyśleć przed podjęciem decyzji. Biernat daje dużo do myślenia.

Istotą „Rekina i barana” jest pokazanie islandzkiej różnorodności w wielu aspektach, ale także w perspektywie historycznej. Kolejne rozdziały tylko punktowo zaznaczają cechy dystynktywne dzisiejszej wyspy. Biernat jest także oszczędna w opisywaniu indywidualnych doświadczeń. Nie narzuca subiektywnej perspektywy. Chce ujrzeć opisywany problem w szerszym kontekście. I chociaż zagłębia się w tym, co było, bardzo dobrze niuansuje to, co jest. Stara się sygnalizować jedynie te momenty wzruszeń, którym poddawała się, zgłębiając wyspę. Pisze o niej w każdym możliwym aspekcie. O kuriozach islandzkiej kuchni z tak dużym zaangażowaniem jak o islandzkiej specyfice życia towarzyskiego czy liberalizmie oraz otwartości. „Rekin i baran” stara się pokazać, że wszelkie dobra wyspy zdobywane były na drodze ewolucji, a czasami czegoś rewolucyjnego. Że ten późno zasiedlony skrawek lądu, który jako najmłodszy wydobył się z głębin, ma za sobą dość mroczną historię, wskutek której Islandia niejednokrotnie okazywała się lądem różnego rodzaju okrucieństwa, mrocznej charyzmy przybyszów i walki toczonej na wielu poziomach. To, co w Islandii piękne i naturalne, nigdy nie potrzebowało sankcjonowania. To, co związane z działalnością ludzi, było stałą formą ewolucji. Islandczycy doszli do wielu rozwiązań metodami prób i błędów. Zawsze świadomi tego, że mogą dokonywać zmian w sobie, nigdy w strukturze samej wyspy. Można zatem zadać sobie pytanie, czy Marta Biernat chce nam przybliżyć ludzi, czy też otaczającą ich naturę. Proporcje nie są zachowane, poszczególne rozdziały nie do końca domknięte (wbrew uporządkowanej strukturze wywodów). W gruncie rzeczy „Rekin i baran” stawia pytania w morzu stwierdzeń i zdań o charakterze oznajmującym. Tak uporządkowana książka wzbudza pewien niepokój, gdy zaskakująco szczegółowy akapit urywa się w nieprzewidywalnym miejscu. Islandia portretowana jest jako miejsce iluzji, pragmatyzmu, absolutnej nieprzewidywalności atmosferycznej oraz charakterystycznej tajemniczości egzemplifikowanej przez mgłę – w tekście i na zdjęciach. „Rekin i baran” stwarza formalny dystans do opisywanych zjawisk, ale podkreśla też istotę dystansu samej Islandii. Tę, która nie wynika jedynie z faktu bycia gdzieś między Europą a Ameryką, braku przynależności do któregoś z kontynentów.

Nie ma islandzkiego zakątka, z którym Marta Biernat nie powiąże swojej narracji. Islandia portretowana jest z detalami – od północnej wysepki Grimsey, gdzie kraj znajduje ślad łączności z kołem podbiegunowym, do archipelagu Vestmannaeyjar, w którym narodziła się najmłodsza należąca do państwa wyspa. Brakuje mi wzmianki o malowniczych górach Landmannalaugar, ale autorka dobiera opisywane miejsca trochę pod kątem stonowanej kolorystyki. Mówią o tym dołączone do książki zdjęcia. Przykuwające uwagę, a jednocześnie dość mroczne. Islandia mroki historii ma już za sobą, natomiast jej dzisiejsza aura często każe tonąć w mgłach. Barwy interesują Martę Biernat mniej niż wszystkie niuanse związane z kontaktami z Islandczykami. Nie otrzymujemy reporterskich zapisów z tych spotkań. Towarzyszą nam refleksje o naturze ludzi, którzy w barwnej historii potrafili przywiązywać się do kołder, myć moczem, miłować stabilność długich zim i kochać niezależność, dla której byli gotowi poświęcić wszystko. „Rekin i baran” zwraca uwagę na te aspekty życia codziennego na wyspie, które pomagają tworzyć z jednej strony klaustrofobiczną atmosferę pewnych dziwactw, z drugiej jednak – codzienne życie społeczeństwa absolutnie priorytetowo traktującego wolność. Tę wolność, która mieszka na islandzkich czarnych plażach, pośród dziewiczych gór, w szumie niezliczonych wodospadów czy w miejscach niedostępnych dla turystów.

Marta Biernat z pewnym dystansem opowiada o tym, jak przełamywał się jej własny dystans do wyspy. Jak bardzo zmieniała się perspektywa rozumnego oglądu tego, co wywołało miłość do Islandii. To zatem książka o zakorzenieniu. Unikająca emocjonalności, ale w gruncie rzeczy w środku gdzieś emocjonalnie gorąca. Jak islandzka lawa skryta pod lodowcami. Chłód i dystans opowieści zderzają się z czułością i zwyczajnym przywiązaniem do Islandii. Warto tego wszystkiego poszukać i zastanowić się, czy to książka dychotomii. 


PATRONAT MEDIALNY