FILM
Gatunek: dramat
Tytuł oryginalny: If I Had Legs I'd Kick You
Produkcja: USA
Czas trwania: 113 minut
Data polskiej premiery: 20 lutego 2026
Tytuł recenzji: W matni
Nie jestem pewien, czy ten film tylko wgniata w fotel, czy również rozgniata emocjonalnie – chciałoby się zapomnieć, co się zobaczyło, ale obawiam się, że może to zapaść w podświadomość na zawsze. Dla ludzi zmagających się z lękami i rozmaitymi zaburzeniami psychosomatycznymi to kino po prostu niebezpieczne. Dla tych, którym nigdy nie rozpadł się sufit nad głową (tu dzieje się to i dosłownie, i metaforycznie), może być to niezwykła i przejmująca przeprawa. Albo męczący, choć przecież znakomicie zmontowany film, który może przerazić. Bo tu dramat egzystencjalny zamienia się w horror, a znakomita Rose Byrne tworzy niezapomnianą kreację ukazującą kobiecy obłęd i bezradność.
Ta opowieść działa na wszystkie zmysły. Rozgrywa się na wielu poziomach. Pochłania widza dzięki znakomitym ujęciom i ciągłemu zacieraniu śladów – nie wiemy, co dzieje się naprawdę, co jest wymysłem zrujnowanego umysłu głównej bohaterki, a co dodatkowo łączy świat imaginacji i bolesnej prozy życia. W tym wszystkim słychać rozpisaną na głosy paranoję. Głosy z ust osób, z którymi Linda rozmawia. Głosy z telefonu sugerujące jej, że wciąż coś robi źle. Głosy wydobywające się z miejsc, które się rozpadły. I dźwięki zderzające się z konfrontacjami słownymi.
Recenzje tego filmu zdradzające szczegóły zabierają widzowi całą przyjemność – lub doskonale wykreowany w scenariuszu dyskomfort – oglądania, bo detale nabierają znaczenia w ukryciu, a opowiadający o filmie niekoniecznie skupiają się na tym, co ukryte. Jakby nie było widać, że jest to wielowarstwowa opowieść o utracie kontroli nad własnym życiem i o macierzyństwie zamieniającym się tutaj w kolejny koszmar egzemplifikowany dysfunkcją dziecka, której matka nie może zapobiec, a przecież to ona w pierwszej kolejności powinna być w stanie to zrobić.
Konkrety? Mężatka pozostawiona sama sobie z chorym dzieckiem, bo mąż jest tylko głosem strofującym przez telefon (choć ostatecznie widzimy go fizycznie, ale jako osobę, lecz w stroju informującym o pełnionej funkcji). Terapeutka, która zamawia sobie sesję u kolegi po fachu pracującego w gabinecie obok. Dom, który przestaje być ostoją stabilności, i zamieszkanie z dzieckiem w hotelu, w którym panuje surrealistyczna atmosfera rodem z filmów Davida Lyncha. Poradnia, gdzie leczona jest dziewczynka i gdzie odbywa się psychoterapia dla matek bezradnych wobec chorób ich dzieci. Chyba tam dostaje się głównej bohaterce najbardziej, i to w dodatku z ust reżyserki, Mary Bronstein, podejmującej się jednej z ról. Reszta jest już szaloną fantasmagorią. Znakomicie – jak już wspomniałem – zmontowaną przez Luciana Johnsona. Piekielną drogą ku obłędowi, na którą widz zostaje wepchnięty z niebywałą siłą, bo nie można po tym filmie szybko dojść do siebie. Główna bohaterka ma dużo gorzej. Nie rozumie, co to znaczy „dojść do siebie”, bo coraz mniej wie, kim sama jest. Podsycane lękami piekło znajdujące się w jej głowie bliskie jest eksplozji. Wtedy zaczyna być nieprzewidywalnie. I metaforycznie.
Na początku pojawia się motyw plasteliny. Psychika bohaterki jest w stanie takiego rozchwiania, że można ją modelować do woli, wcale nie mając takiego zamiaru. Potem pojawia się zwierzątko, które nie chce być tam, gdzie jest, a także finał tego, co się stanie, gdy zdecyduje się na ucieczkę. Kobieta z tego filmu nie jest w stanie uciec od siebie. Od tego, że rozsypuje się każdy element jej życia. Że wpada ona w otchłań symbolizowaną przez zniszczony sufit domu, ale to miejsce stanie się wrotami do kolejnego kręgu piekła. Robi się surrealistycznie i klaustrofobicznie. A to wszystko potrafi odegrać Rose Byrne w ramach tej jednej roli.
Bo Linda każdy niuans popadania w szaleństwo ma dokładnie wypisany na twarzy. Mniej lub bardziej prawdopodobne zwroty akcji z tak zwanego realnego życia to tylko niewielki dodatek do tego, co ujawniają oczy, mimika, znakomita praca kamery: zbliżenia oczodołów, zmarszczek, zmieniającej się struktury skóry twarzy. Wszystko rozgrywa się w jednym miejscu, bo głębiej nie sięgniemy. Nie zobaczymy, jak rozpada się umysł, jak przestają ze sobą współpracować poszczególne elementy mózgu, do jakiego stopnia depersonalizacji prowadzi ta mroczna historia.
„Kopnęłabym cię, gdybym tylko mogła” samym tytułem wyraża bezradność. A przecież w tylu sytuacjach trzeba trzymać gardę. W konfrontacji z innymi pokazywać niezłomność, bezkompromisowość, pewność siebie. Linda – takie odnoszę wrażenie – nie jest pewna żadnego swego kroku, żadnego działania, te kompulsywne zrywy połączone z obrazem jej niespokojnej twarzy stwarzają pulsującą przerażającą energią wizję. Coś, co przestaje być rzeczywiste, choć w dużej mierze takie jest. Bo zaczyna się chyba od prozaicznego lęku o zdrowie własnego dziecka. Co z finałem? Z pewnością zaskoczy jak prawie każdy z kadrów. Być może wprowadzenie tutaj popijania wina to jeden z banalniejszych elementów, ale Mary Bronstein musi wykorzystać wszystkie wizualne środki, by wciąż tworzyć w tym filmie niepokojący balans między tym, co rzeczywiste, a tym, co urojone i bolesne. Znakomita historia bólu, którego nie można wyrazić słowami. Który przychodzi we śnie. Niszczy relacje ze wszystkimi wokół. Każe skupić się tylko na sobie. Ale nie ma siebie. Jest plastelina do ugniatania.
To wszystko jest tak zmontowane, że zacieranie granic gatunków filmowych idzie w parze z powracaniem do pewnych konwencji przy równoczesnym traktowaniu innych jako dodatku do tego psychodelicznego obrazu rozpadu świadomości. Sytuując bohaterkę w różnego rodzaju przedpokojach, scenariusz mocno podkreśla tymczasowość wszystkiego. Nie pomagają żadne relaksacyjne ćwiczenia oddechowe odtwarzane z telefonu. Nie pomaga struktura systemu, który ma w założeniu pomóc matce w trudnej sytuacji, a staje się dodatkową formą opresji. Coraz trudniej to wytrzymać, ale jest tak nakręcone, że stanowi nie tylko filmowy efekt, złudzenie i fantazję dające się zamknąć po obejrzeniu ostatniej sceny. Jest tu też miejsce na sceny absurdalne i z elementami komizmu, a to już wielka sztuka, by stworzyć taką mieszankę w strukturze jednego filmu. Znakomite kino o histerii, szaleństwie i rozpaczliwym miotaniu się w sobie, gdy lęki stają się drogowskazami, a drogę zaciera umysł rozpaczliwie broniący się przed rozpadem.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ






