2016-05-09

"Rausz" Tomasz Białkowski

Wydawca: MUZA

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 432

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pokłady zła

Wszystkim tym, którzy z trwogą przeczytali „Wybrańców” Steve’a Sema-Sandberga, Tomasz Białkowski – pisarz od lat konsekwentnie opisujący oblicza zła w człowieczeństwie – proponuje fikcję literacką opartą na prawdziwych wydarzeniach inicjujących szereg akcji egzemplifikowanych przez Am Spiegelgrund z opowieści Sandberga. Wydarzenia koncentrować się będą wokół nazistowskiej Action T-4 mającej na celu porządkowanie narodu Trzeciej Rzeszy poprzez eliminację jednostek słabszych, chorych i nieprzydatnych społecznie. Białkowski wprowadzi nas w mroczny świat historycznych faktów, ale jednocześnie nakreśli bardzo sugestywną fabułę z fikcyjnymi postaciami nabierającymi kształtów kogoś realnego. „Rausz” jest książką ze wszech miar przerażającą, bardzo trudną do przyswojenia i w swym wyrazie ludzkiej diaboliczności nieprzyzwoicie dobrą, albowiem autor wspiął się na wyżyny swoich możliwości ujawnione choćby w „Teorii ruchów Vorbla” czy świetnej „Zmarzlinie”. Poznamy losy młodziutkiego esesmana. Zaledwie dwudziestodwuletniego chłopca skażonego złem ideologii i potwornością wojny. Tej wojny, która jawi się nam jako zbiorowe szaleństwo, od którego można uciec jedynie w śmierć. Od poczynań Egona von Rauscha nie będziemy mogli uciec. Białkowski przykuwa do fotela, zakleszcza nas w swym przerażającym świecie, pokazuje fragment lokalnej – okołoolsztyńskiej – historii eksterminacji chorych i jednocześnie obrazuje, w jaki sposób zrodził się koszmar Holokaustu. Niemieckie gazowanie nieprzydatnych rodaków to przecież preludium wojennego piekła. Wszyscy – czytelnicy i bohaterowie – znajdziemy się w tym piekle o niewyobrażalnych wręcz rozmiarach.

Egon jest arystokratą, koneserem sztuki, estetą, wielbicielem tańca i łatwych kobiet. Żył pod szklanym kloszem zapobiegawczej matki i jest produktem końcowym inteligenckiego wychowania z dala od tej grupy ludzi, którą nauczył się pogardzać. Dorosły Egon wypiera pewne zdarzenia z przeszłości, jak choćby mroczny incydent z synem podległego rodowi stajennego, który położy się cieniem na późniejsze relacje Egona i Josefa. Pamięta natomiast pustkę po ojcu, który – tak przypuszcza syn – z tylko sobie znanych powodów opuścił go przed laty. Dziś Egon nosi czarny mundur i wiele czarnych myśli w głowie. Jest karny, uporządkowany, podległy rozkazom, bezwstydnie dumny. Ma w pogardzie tych, których nie porządkuje hierarchia wojskowa, do jakiej sam przynależy. Mężczyzna doskonały – fizycznie i mentalnie. Oddany Rzeszy i wierny Führerowi. Gotowy na wykonanie każdego rozkazu. Nieświadomy tego, w co zostaje wmanewrowany. Wtedy już nie jest ukochanym synem swojej matki. Jego świadomość ukształtowała się inaczej, niż oczekiwała tego Gisela. Rodzina von Rauschów kryje wiele mrocznych sekretów, a Egon będzie je poznawał na równi z tajemnicami akcji, do której mobilizuje go Viktor Brock.

Bohater Białkowskiego staje się takim mrocznym posłańcem, który ogarnia jedynie fragment zamierzeń swoich zwierzchników. Wie, że toczy się gra o uporządkowane społeczeństwo niemieckie. Chorych psychicznie, nierokujących poprawy należy poddać utylizacji. Do tej pory osobników takich tylko sterylizowano. Action T-4 ma być szeroko zakrojonym działaniem eliminującym w sposób sprawny i bezproblemowy niepotrzebne jednostki. Misją Egona staje się przekazywanie informacji, a także przyglądanie się niektórym pracom, bo to przecież u boku Herberta Langego odbywa lekcje zabijania, a potem sam będzie w stanie zabić z zimną krwią.

Wiele wydarzeń ma miejsce w wojennym Olsztynie. Kortowo jest miejscem, w którym przebywają ci chorzy, dla których znaleziono już miejsce i czas zakończenia żywota. Von Rausch wtapia się w Olsztyn sportretowany niezwykle mrocznie. To miasto dwuznacznych moralnie postaw, siedlisko ludzi bez sumienia. Domy kryją w sobie potworności, a hotele ludzkie żądze. W tym wszystkim Egon, dla którego pozostaje już tylko równia pochyła. Wkracza w świat niewyobrażalnego okrucieństwa, wielkiej determinacji, równie wielkiego strachu, podłości i podległości w wykonywaniu najgorszych rozkazów. Bohater z czasem uświadamia sobie, iż jego funkcja i porządek świata dookoła nijak mają się do jego wyobrażeń. Stanie przed widmem przerażającego faktu. Zamieni się w ofiarę, ale taką, której czytelnik w żaden sposób nie jest w stanie współczuć.

„Rausz” jest opowieścią o tym, jakie niezgłębione pokłady zła drzemią w każdym z nas. Mogą zostać uruchomione przez siły z zewnątrz, ale człowiek gotowy jest do stworzenia naprędce własnej moralności, by w jej imieniu czynić rzeczy niewyobrażalnie okrutne. Książka Białkowskiego staje się chwilami nie do zniesienia, bo nagromadzenie różnego rodzaju patologii myślowych oraz działań zmierzających do eskalowania przemocy jest olbrzymie. To jednak bezkompromisowa książka, która każe przyglądać się ludzkiemu wstydowi, małości, śmieszności i diaboliczności. Tak, bohaterowie „Rauszu” są diabłami, a wszelkie możliwe interakcje między nimi naznaczone są fatalizmem, niepewnością. Każdy staje w sytuacjach granicznych, w których musi wykazać się obojętnością na zło. Resztki człowieczeństwa, które każą nam trwać przy Egonie, zabierze wir Historii – ludzie w tym wirze cierpią, zagłuszając cierpienie poprzez czynienie zła. Ale to także książka zadająca fundamentalne pytania o odpowiedzialność za ludzkie czyny, która jawi się jako ich konsekwencja – bez względu na kontekst, tragizm wyboru czy brutalność wymuszonych działań. Autor „Drzewa morwowego” dokonuje na kartach tej powieści także prywatnego, regionalnego rozliczenia z bezmiarem ludzkiego bestialstwa. Stara się pokazać, kiedy zaczyna się wspomniane już przeze mnie szaleństwo wojny, a kiedy docieramy do momentu, w którym naprawdę świadomie odpowiadamy za każde uczynione innym zło.

„Rausz” to także opowieść o przewrotności ludzkiego losu i bezmiarze absurdu nazistowskich taktyk, które uderzały w społeczeństwo, ale przede wszystkim w odpowiedzialnych za scenariusze szybkiego końca. To książka, w której śmierć może być wybawieniem od podłości życia – portretowanej wciąż na nowo ze specyficzną świeżością i poczuciem nieskończenia. Nie można odmalować zła czającego się w człowieku. Białkowskiego nie interesuje tylko rys psychopaty. Wręcz przeciwnie – portretuje on ludzi zagubionych, którzy musieli opowiedzieć się po tej przerażającej stronie, a potem sami ugrzęźli w przerażeniu i niemocy. „Rausz” przewrotnie opowiada też o banalizacji zła oraz o tym, że możemy je przyjąć do świadomości jako coś oczywistego. Ani przemoc, ani zło nie są czymś ludzkości naturalnym. Białkowski prowadzi nas w przewrotny sposób tam, gdzie jedno i drugie ma szansę się narodzić. Opowiada o machinie samounicestwienia. O zbrodni bez kary i o złu sankcjonowanym na wiele chorych sposobów. Przejmująca i hipnotyzująca opowieść.

2016-05-06

"Jakby nikogo nie było" Marco Magini

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 10 maja 2016

Liczba stron: 240

Tłumacz: Agata Pryciak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Piętno zbrodni

Każdy, kto przeczytał wstrząsający reportaż Eda Vulliamy’ego „Wojna umarła, niech żyje wojna”, zaskakująco słabo promowany w Polsce tak jak zaskakująco niepopularny w Europie, powinien przeczytać powieść Marco Maginiego. To beletrystyczne spojrzenie na okrucieństwo wojny bałkańskiej zogniskowane na masakrze w Srebrenicy, której przyglądamy się z trzech perspektyw: żołnierza zabijającego jeńców, uczestnika wojskowej misji pokojowej patrzącego bezradnie na grupowanie Muzułmanów kierowanych na rzeź oraz sędziego Międzynarodowego Trybunału Karnego, który musi określić rodzaj popełnionej winy i wymierzyć karę przyznającemu się do zbrodni młodemu człowiekowi. Początkowo wydaje się, że Magini operuje stereotypami. Każdy z jego bohaterów mówi i myśli dokładnie to, co można przewidzieć. Każdy staje się rzecznikiem własnej prawdy i koncentruje na wydarzeniach, które nie dają nam w rezultacie oglądu szerszej perspektywy. Widzimy ogrom zła Srebrenicy, ale nie do końca czujemy jego konteksty. Okazuje się jednak, że ta powieść w przewrotny sposób każe nam spojrzeć na wyrządzone zło, definiując kilka wyraźnych opozycji. „Jakby nikogo nie było” to powieść o odwadze i bezradności, o bestialstwie i czułości, o karze oraz wątpliwościach, a w końcu o człowieczeństwie i różnych odcieniach zła. Magini sugeruje nam pewną nieznośną wątpliwość. Każe zastanawiać się nad tym, kto niesie w sobie największą odpowiedzialność za masakrę srebrenicką. Który z bohaterów wyrządza sobie i światu więcej zła? Ten, co zabija na rozkaz? Ten podporządkowany innym rozkazom, który tylko patrzy i nie reaguje na sam początek rzezi? A może ostatecznie ten, który ma podjąć decyzję o tym, jaką karę wymierzyć ludzkiemu trybikowi w machinie okrucieństwa, gdy jedynym dowodem zbrodni jest przyznanie się do winy?

Dražen Erdemović jest postacią rzeczywistą, którą Magini – wbrew wszystkiemu – obdarza chyba największą dozą empatii. Dražen trzeci raz z rzędu wkłada mundur w momencie, w którym po nieudanej emigracji nie jest w stanie niczego innego zaoferować swojej żonie i córce. Będąc żołnierzem, zapewni im utrzymanie. Chce się trzymać z dala od przepełnionych okrucieństwem kolegów. Nie ma zamiaru być wojennym bohaterem w żadnym możliwym znaczeniu tego słowa. Dražen cierpi, dokonując wyboru i przyjmując rozkazy. Stara się zachować człowieczeństwo i godność, nie depcząc przy tym godności innych. Bo inni nie są dla niego wrogami. Sam jest pół Serbem, pół Chorwatem. Nie widzi siebie w roli agresora, nie chce jednocześnie być tym pokonanym. Wykonuje rozkazy przy wewnętrznej niezgodzie na nie. Cierpi, bo w gruncie rzeczy nie chce żadnych podziałów ani wojny. Zostanie postawiony w sytuacji tragicznego wyboru, gdy żaden z wyborów nie będzie słuszna i właściwa.

Dirk w prologu odreagowuje napięcie z misji pokojowej, demolując własne mieszkanie – ostoję spokoju, sytości i gwarancję dobrego życia. Po tym, co przeżył jako żołnierz na Bałkanach, nigdy już nie będzie mógł spokojnie żyć. Dirk zdaje sobie sprawę, że zesłano go do miejsca, z którym nie czuje żadnej emocjonalnej więzi. Z wyższością patrzy na autochtonów, nie rozumie ich konfliktu, stara się zwyczajnie przeczekać swój czas i snuje marzenia o lepszym życiu. Tymczasem jego Holandia jest daleko, a obok pojawiają się ludzie, którymi nie zaprzątał sobie uwagi do momentu kierowania ich na pewną śmierć przez drugą stronę konfliktu. Dirk podczas misji głównie czeka i obserwuje. Zaczyna się przyglądać, tylko patrzy. Na jego oczach rozpoczyna się muzułmańska rzeź, a on pozostaje bezradny, bierny.

Bierność i bezradność wydają się też bliskie sędziemu Romeo Gonzálesowi. Hiszpański prawnik został awansowany i teraz orzeka w sprawach o wydźwięku międzynarodowym. Takich jak ta, w której oskarżonym jest Dražen. Czy zło, jakie wyrządził, można usprawiedliwić? Czy nie jest tak, że nie miał wyboru, musiał zabijać, musiał stać się elementem machiny śmierci? Jak sprawiedliwie orzec w sprawie, która ukazuje nam naiwną ofiarę, prostego żołnierza, swoisty produkt uboczny historycznej machiny niesprawiedliwości? Czy rzeczywiście pojawiają się okoliczności łagodzące dla człowieka, który zamordował kilkadziesiąt osób? Gonzáles, sądząc go, przechodzi trudne chwile. To dla niego raczej ekstremalne doświadczenie. A musi wydać wyrok. Opowiedzieć się po jednej ze stron. Chce, żeby to, co wskaże, było jego ostatnim w życiu prawniczym wyborem. Miotają nim wątpliwości, ale jest pewnego rodzaju determinacja. Jaką decyzję podejmie? Czy skaże oskarżonego?

Marco Magini prezentuje w swej powieści trzy perspektywy patrzenia na zbrodnie. Nieprzypadkowo tylko narracje Dražena i Dirka to narracje pierwszoosobowe, sędziego dystansuje inny rodzaj opowiadania. To trzy męskie konfrontacje z szaleństwem konfliktu, którego zażegnanie nawet dziś do końca nie jest możliwe i o czym przejmująco opowiada wspomniany przeze mnie na wstępie Vulliamy. Ta książka jest dowodem bezsensu bałkańskiej wojny i świadectwem skali zniszczeń, jakie uczyniła ona przede wszystkim w tych, którzy przetrwali. Dražen jako jedyny postanowił zmierzyć się z upiorami przeszłości i stanąć twarzą w twarz z sądem, wziąć na siebie konsekwencje mordowania. Wielu jego kolegów oddało broń, wróciło do swych rodzin, zaczęło wieść normalne życie. Wielu takich jak Dirk powróciło do swych zasobnych i uporządkowanych życiorysów z niepisanym nakazem wymazania z pamięci okrucieństw, wobec których stali bezsilni. Magini kreśli dramatyczne życiorysy i stawia kilka ważnych pytań. Jednym z nich jest pytanie o to, jakie propagandowe znaczenia ma sąd nad prostym chłopakiem, wykonawcą w zbrodniczej machinie, w rękach decydentów i wojska, pośród których nikt do żadnej winy się nie przyznaje. Jak żyje się po Srebrenicy tym, którzy pozwolili na czystki etniczne, i czy normalne życie kiedykolwiek będzie miało miejsce tam, gdzie zbrodnia naznaczyła ziemię na zawsze?

„Jakby nikogo nie było” to książka wstrząsająca, choć bez elementu zaskoczenia. Mógłby on wystąpić w narracji obrazującej dylematy Gonzálesa, ale włoski autor czyni sędziego dość przewidywalnym, odbierając w znacznej mierze dozę dramatyzmu na rzecz przemyśleń natury filozoficznej, bez których nie można zobaczyć zła w obliczu sądzonego chłopca w zielonej koszuli. Magini pozostawia nas w pewnym niedosycie, ale jednocześnie wyraźnie zaznacza granicę szaleństwa i niepamięci, którą wyznaczyło najbardziej dramatyczne od czasu drugiej wojny światowej ludobójstwo w samym sercu Europy zdystansowanej od tego w takim stopniu, jak zdystansowany jest oddział powieściowego Dirka. Ta literacka fikcja to kolejne mroczne memento czasów, które wciąż mrożą krew i przerażają w wyobraźni.


PATRONAT MEDIALNY

2016-05-04

„Święto trąbek” Marta Masada

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 576

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Niepokój i histeria

Brawurowy debiut Marty Masady, książka napisana z nerwem, bardzo soczysta językowo i stymulująca wyobraźnię, jest w gruncie rzeczy opowieścią o problemach z tożsamością i poczuciem życiowej porażki, a już samo to nie przekonuje, że będzie oryginalna. I nie jest, niestety. To, co najbardziej zwraca uwagę, to brak jakiegoś punktu kulminacyjnego tej fabuły – momentu zwrotnego albo chociaż sytuacji lub myśli będących podsumowaniem, jakąkolwiek głębszą diagnozą problemu rozbuchanej seksualnie i emocjonalnie teatrolożki z Warszawy. „Święto trąbek” nasuwa kilka prostych, zapewne krzywdzących bohaterkę (i autorkę) stwierdzeń. Po pierwsze – kobieta powinna mieć dziecko, bo to ją emocjonalnie uspokoi. Po drugie – im mniej książek się przeczyta, tym bardziej oczywista i bezproblemowa będzie rzeczywistość wokół. Po trzecie – sytość oraz dostatek są doskonałym fundamentem do histeryzowania i wiecznego utyskiwania na własny stan emocjonalny, niegotowość do trwania. Byt określa świadomość, ale jednocześnie określa ją seksualność. O niej również jest ta książka. Seks Masady to niejako obłąkańcza walka, także walka płci. Dosadność idzie w parze z różnorodnością świadczącą o zrobieniu przez autorkę przeglądu serwisów pornograficznych – jest i pissing, i dildo, i cała masa intensywnych doznań cielesnych. Po czwarte zaś – to wyjątkowo irytująca historia uzależnienia od chama oraz egocentryka roszczącego sobie prawo do kawałka mięsa w łóżku i hipnotyzującego na tyle silnie, że zagubiona w sobie bohaterka jest gotowa oddać mu serce i waginę na każde zawołanie.

Co poza tym? „Święto trąbek” to historia nieustannej gotowości na wojnę i jej obecności w trzewiach oraz myślach. Zula Pogorzelska dorasta w cieniu Holokaustu oraz wojny. Wychowana przez dziadka, więźnia obozu Auschwitz, wchłania w siebie jego krańcowe przeżycia, rozwijając latami poczucie winy za swoje życie i adorację dla wszystkich, których zgładził obóz. Czuje się winna za przeszłość, jakiej nie doświadczyła. Zula stale wmawia sobie, że po doświadczeniach drugiej wojny światowej ludzie nie powinni mieć moralnego prawa do tego, by żyć lekko i przyjemnie. Ona tak nie żyje. Ma stabilną sytuację zawodową, wystarczająco dużo pieniędzy, niezależności oraz wdzięku, a jednak wciąż jest łkającą gdzieś w kąciku dziewczynką z deficytem bliskości i przekonaniem, że jakiekolwiek zbliżenie z drugim człowiekiem równa się błyskawicznej utracie. Dziadek gruntuje w niej przekonanie, iż zawsze trzeba mieć się na baczności, zbierać rzeczy oraz wszelkie niewygodne wspomnienia. Wojna może przyjść w każdej chwili i wszystko odebrać. Tyle tylko, że Zula tak naprawdę niewiele ma. Doświadczona utratą rodziny zamyka się w swoim świecie, dociera się z własną samotnością, a potem żali na nią, gdy staje się ona nie do zniesienia. To nie tylko poczucie życiowego rozgoryczenia, to też natrętnie – dydaktycznie wręcz! – podkreślane uczucie nieprzystawalności do świata i niemożności znalezienia harmonii w sobie. Życie Zuli w każdym możliwym wymiarze staje się codziennie nowym polem walki. Wojna rozgrywa się także między jej mózgiem a waginą. Bohaterka spala się w namiętnościach do mężczyzn, bo w świecie Masady każdy osobnik z odrobiną testosteronu, który stanie na drodze Zuli, ulegnie jej urokowi i pozwoli zapomnieć się w mniej lub bardziej wyuzdanych formach miłosnego (nie)spełnienia.

Nowojorska przyjaciółka bohaterki mówi jej, że „opis rzeczywistości nie powinien być dosłowny”, i Zula bardzo się stara, by w jej narracji taki nie był. Chodzi o sferę przekonań, uprzedzeń, wahań, pytań i fascynacji judaizmem portretowanym tutaj z wyjątkową wręcz determinacją, albowiem większość egzystencjalnych dylematów Zuli łączy się ze współczesnym modelem postrzegania tego, co żydowskie. Bycie Żydem ma wiele definicji. Marta Masada opowiada także o żydowskim powojennym nieistnieniu. Przenosi swą bohaterkę do Nowego Jorku i Tel Awiwu, by pokazać różne punkty widzenia na judaizm, różne sposoby odbierania go, ale przede wszystkim zobrazować, czym tak naprawdę dla świata współczesnego jest pojęcie „Żyda” w wielu możliwych znaczeniach. Zula rozprawia się także ze swoją polskością. Z ambiwalencją, która ją męczy, bo nad Wisłą zarówno filosemityzm, jak i antysemityzm mają się bardzo dobrze. Zwłaszcza ten drugi – i tu Masada niezbyt odkrywczo diagnozuje rzeczywistość – w polskiej krwi i mentalności zakotwiczonych wciąż w czasie przeszłym, niechęci i okrucieństwie. Nieprzypadkowo przyjaciółka z dawnych lat okaże się antysemitką. Także nieprzypadkowo nowojorski kochanek Zuli porzuci ją i jej polskość. Nieprzypadkowo również Zula trafi do Izraela, gdzie zostanie uświadomiona, jak to w Polsce z Żydami jest i bywało. A przecież polskość – ze wszystkim, co zasługuje w niej na potępienie – jest czymś, co bohaterka wywozi za granicę i tam stara się ze wszystkich sił obronić, w Warszawie nie będąc już tak pewna swych przekonań.

Skomplikowane relacje polsko-żydowskie obrazować mają barwne namiętności, w których Marta Masada spala swą bohaterkę i jednocześnie odradza ją – po każdym bolesnym doświadczeniu miłosnym Zula niczym Feniks gotowa jest na kolejne i jeszcze następne. Zasadniczo nic jej to nie daje, bo poczucie wyobcowania jedynie się potęguje, a kolejne związki niosą tylko gorycz porażki. Sprawdza się więc jej wewnętrzne przekonanie, że bliskość idzie w parze z utratą. Nie utraci jednak tego, co najważniejsze i co w finale – i prologu – łączy się z filozofią posiadania potomka. Miłość jest grzechem i przekleństwem, a wojenny front uciszy się w Zuli dopiero wówczas, gdy przestanie wchodzić w kolejne toksyczne relacje z mężczyznami. Czy jednak na pewno?

„Święto trąbek” to dość pomysłowo skonstruowana proza, której jednak nie mogę polecić. Historie o nieustannie utyskujących na świat i siebie kobietach koło trzydziestki w różnych kontekstach życiowych zawirowań zalewają rynek wydawniczy w ilościach co najmniej nieprzyzwoitych. To, co Masada ma do powiedzenia na temat polskości oraz skomplikowanych relacji polsko-żydowskich, także jest raczej wtórne. Myślę, że jednymi z najlepszych fragmentów są opisy snów Zuli – enigmatyczne projekcje jej lęków oraz pragnień. To, co dzieje się w jej życiu, trąci nieznośną powtarzalnością i – jak wspomniałem na wstępie – w wirze wydarzeń nie odnajdziemy ani jednego będącego początkiem drogi do harmonii. Tak, dziecko harmonizuje, ale to dość trywialna i nieprawdziwa teza. Sporo w tej książce też nieznośnej pretensjonalności. Jak wtedy, gdy Zula rozczula się nad jazdą metrem czy nad lotem, bo prawdziwie dobrze czuje się jedynie pod albo ponad powierzchnią ziemi. Połączenie erudycji i intensywności seksualnych doznań to także dualizm wykorzystany literacko. „Święto trąbek” jest zatem książką, która zwróci na siebie uwagę, ale w moim odczuciu powieścią sporych rozczarowań, mnożącą pytania bez odpowiedzi – takie, które literatura zadawała już wielokrotnie, i takie, które mają nas umieścić w prawdziwym nurcie życia, odrywając jednocześnie od jego stereotypów. Życia wyznaczanego przez traumy i rozczarowania. Z nadzieją, której – a jakże! – przecież nie może zabraknąć. Dlatego ta powieść może po prostu zmęczyć. Nie tylko dlatego, że jest zdecydowanie za długa i kopiuje sytuacje, przemyślenia, konteksty. Jest prawdopodobnie jednym z najbardziej wyrazistych debiutów ostatniego czasu, ale wyrazistość nie niesie w sobie znamion oryginalności. Niestety.

2016-05-02

"Serce umiera ostatnie" Margaret Atwood

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 20 kwietnia 2016

Liczba stron: 382

Tłumacz: Małgorzata Maruszkin

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Projektowane życie

Nowa powieść Margaret Atwood może zaskoczyć. Czego w niej nie ma! Intrygi kryminalne, romanse, groteska i ironia futurystycznego obrazowania świata. Ponadto odważna rozprawa egzystencjalna o ludzkiej godności, o definicji wolności i o tym, jak wiele możemy poświęcić, by prowadzić uporządkowane, pozbawione chaosu życie. „Serce umiera ostatnie” to także mroczny thriller i czuła powieść obyczajowa w jednym. Kanadyjska pisarka tworzy porywającą historię niepozbawioną humoru, w której przeglądamy się z ciekawością i ze wstydem. Wprowadza nas najpierw w świat bez alternatyw, potem w model stabilnego życia, a następnie rozsadza wszystko, bo stajemy się świadkami szpiegowskiej wręcz intrygi, której kolejne etapy zadziwiają surrealizmem i trafnością spostrzeżeń na temat ludzkiej kondycji oraz tego, jak podatny na sugestie może być ludzki umysł. Atwood szarżuje, ale jest tego w pełni świadoma. Całkowicie panuje nad rozszalałym światem przedstawionym i konsekwentnie prowadzi nas ku końcowemu przesłaniu, które już wcześniej staje się dość czytelne. Bo ta powieść ma brawurową i mocno kontrowersyjną konstrukcję, ale wykorzystuje literackie motywy znane od stuleci, budując rzeczywistość z eksperymentami à la Zimbardo i orwellowskim mrokiem, przed którym nikt nie może się schronić.

Nic nowego zatem, ale mimo wszystko oryginalna jakość. Margaret Atwood przenosi nas w przyszłość. W niej wszystko to, co już dzisiaj może spędzać sen z powiek – apokaliptyczny kryzys niszczący wschód Stanów Zjednoczonych, idąca za nim anarchia, wzrost wszelkiego rodzaju przestępczości, pustka wraz z ogromem wysiedleń. A w tym wszystkim para życiowych wyrzutków mieszkających w samochodzie. Stan i Charmaine to jedna z par, którym nie wyszło. Los dał im wiele, ale bardzo szybko to odebrał. Świat okazał się dla nich zbyt bezkompromisowy, zbyt okrutny. Kochają się, jednak miłość to za mało. Cały czas gotowi do ucieczki, wciąż w napięciu i przekonaniu o niepewności jutra. Byli kimś, a stali się ludźmi marginesu, którzy rozpaczliwie uciekają przed beznadzieją i przemocą ogarniającą świat. Brak perspektyw oraz frustracje doprowadzają do tego, że bohaterowie z nadzieją witają propozycję wzięcia udziału w pewnym projekcie zapewniającym im stabilną egzystencję. Wchodzą w to po omacku i w pośpiechu. Są pewni siebie, swoich potrzeb i uczuć, jednak nie spodziewają się prób, jakie czekają na nich w wyidealizowanym świecie Pozytronu.

Autorka "Moralnego nieładu" portretuje projekt, który wciąż na nowo w różnych możliwych wersjach odradza się i działa stymulująco na wyobraźnię ludzi pogodzonych z niedolą. Pozytron ma być szansą godnego życia. Uporządkowanego, odizolowanego od zalewających świat patologii i przemocy. To rzeczywistość, w której socjalistyczne mrzonki łączą się z pułapkami rodem z Orwella, bo twórcy Pozytronu kryją oczywiście swoje paskudne zamiary pod pozorem stwarzania ludziom raju na ziemi. Stan i Charmaine nie mają niczego do stracenia, a wszystko do zyskania. Pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie znajdą się pary takie jak oni. Dla normalności i spokoju są gotowi poświęcić bardzo wiele. Stan nie wyobraża sobie nawet, do czego zdolna będzie jego partnerka, by utrzymać status quo związku rozpadającego się na oczach kamer, gdy oboje zaczynają podejmować śmiałe flirty i gubią się we własnych emocjach.

„Serce umiera ostatnie” to opowieść o świecie, w którym stymuluje się ludzkie potrzeby. Inwigilowana jest każda sfera życia, ale w imię inwigilacji kupuje się wolność. Pozorną, lecz i taką, jakiej potrzebują wszyscy ci, których życie na różne sposoby zniewoliło. Charmaine jest przekonana o tym, że praca w Pozytronie da jej potrzebną stabilizację. Stan nie jest do końca przekonany, czy wchodzą w dobrą zależność, ale dość szybko dostosowuje się do nowych warunków. Dramat tych dwojga Atwood sygnalizuje nad wyraz czytelnie. To osoby mogące dopasować się do najbardziej nawet skomplikowanego i dwuznacznego moralnie układu, by ocalić resztki zdrowego rozsądku w sobie i dać namiastkę spełnienia. Niewiele potrzeba, by zadowolić ludzi takich jak Stan i Charmaine. Wystarczy uporządkować chaos, w którym tkwią tysiące takich jak oni. Nieważne kiedy i nieważne gdzie. Sukces Pozytronu to sukces o zasięgu symbolicznym. Istota ludzkiego zniewolenia poprzez zagwarantowanie fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Bohaterowie Atwood powalczą o to, by nadal być razem. Nawet wówczas, kiedy dowiedzą się o sobie nawzajem rzeczy co najmniej przerażających.

Margaret Atwood odważnie fantazjuje na temat naszych potrzeb w przyszłości, a może przede wszystkim potrzeb od dawna w nas zakodowanych. Wiele można zapłacić za każdą możliwą iluzję bezpieczeństwa. Wiele stracić w sytuacjach, w których poddawani jesteśmy ostatecznym próbom. Bo związek Stana i Charmaine to pewien rodzaj organizmu, na którym przeprowadza się bolesną wiwisekcję. Kochankowie czuli dla siebie i sobie bliscy oddalają się, by potem ponownie zbliżać. Walczą z kolejnym systemem opresji. Jeden się rozpadł i w jego miejsce wkroczył chaos. Próby zapanowania nad nim powodują wejście w kolejną przestrzeń pełną udręki. Bo Pozytron jest światem, w którym więzienie staje się symbolem złudzenia wolności. W tym świecie trzeba walczyć o uczucia i o zachowanie godności. Atwood odziera z tej godności swe chwilami groteskowe, chwilami nad wyraz tragiczne postaci. Każe nam przyglądać się czasowi próby miłości oraz przywiązania. Czasowi próby człowieczeństwa. Bez modyfikacji pamięci, pragnień czy doznań.

Ta przewrotna i niezwykle dynamiczna powieść wciąż na nowo stawia granice między tym, co moralne, a pozbawionym moralności. Między światem uporządkowanych wartości a chaosem ich dewaluacji. Mroczny świat, do którego komizm wdziera się w bardzo specyficzny sposób. Thriller o emocjach i o tym, kim w każdym momencie swojego życia możemy się stać dzięki manipulacjom. Książka o różnych odcieniach moralności, ku przestrodze – bo opisany świat dzieje się tu i teraz, nie jest żadną groteskową futureską.

2016-04-29

"Ballada o drobnym karciarzu" Lawrence Osborne

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 kwietnia 2016

Liczba stron: 270

Tłumacz: Anna Gralak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Hazard życia

Laurence Osborne wraca do portretowania zderzenia cywilizacji. Pustynne Maroko z "Przebaczenia" było przestrzenią, w której wyższość zderzała się z wrogością i tajemnicą. „Ballada o drobnym karciarzu” to książka rozgrywająca się na pograniczu Makau i Hongkongu. W tej pozbawionej wyraźnych zarysów strefie pozornie kopiującej zachodnie wzorce, ale pozostającej odrębnym światem. Wschodnim Zachodem iluzji i zagubienia. Pośród przybytków rozkoszy dla hazardzistów, gubiących w nich tożsamość i poszukujących wrażeń w niepewności wygranej. Osborne kreśli znany już z doskonałych książek obraz dryfującego gdzieś na powierzchni życia wyrzutka zachodniej cywilizacji. Portretuje go w walce o zapomnienie. Stawia w sytuacji, która mogłaby być dla niego początkiem innej drogi, i wyraźnie pokazuje, jak niewiele korzysta z momentu przełomu. W życiu niejakiego Doyle’a przełom bowiem nastąpił. Angielski prawnik ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, by wytyczyć swoją własną. Uznać biografię za skończoną i pozostawić ją jedynie pośród opcji pomnażania majątku lub jego utraty. Zgorzknienie oraz samotność jawią nam się nad wyraz czytelnie, ale ta powieść jest przede wszystkim historią o osobliwym spotkaniu, niezwykłej konfrontacji i o złudzeniach, których bohaterowie muszą pozbyć się na dobre.

Osborne portretuje współczesne Chiny jako świat, w którym nikt nie jest zakorzeniony i gdzie ludzka podmiotowość tonie w morzu możliwości. To taka pozornie stabilna przestrzeń, w której można w każdej chwili zniknąć bez śladu. Doyle chce zniknąć nie tylko dla tych, którym wyrządził w Anglii krzywdę. On stapia się z otoczeniem przede wszystkim po to, by zakwestionować wszystko to, czym był wcześniej – jako mężczyzna i jako członek zachodniej cywilizacji. Hazard to dla niego adrenalina oraz sens istnienia. Odrzuca marzenia, minimalizuje pragnienia, istotne są tylko obrót gotówką i zapomnienie. To specyficzny eskapizm i wyjątkowo smutne odreagowywanie życiowej goryczy. Bohater ma co odreagować, ale jednocześnie wie, że całe jego angielskie pochodzenie to wygrana na życiowej loterii równie krucha co nabyte w kasynach bogactwo. W tym znaczeniu powieść Osborne’a rozprawia się z kondycją człowieka Zachodu konfrontowanego ze światem, w którym może poczuć się lepszy. A wszystko to jednak uwarunkowania, szczęśliwe położenie geograficzne, równie szczęśliwy życiorys. Doyle nie wie jednak, co to szczęście. Odpuścił sobie szukanie go. Nawet definiowanie pojęcia.

Tymczasem jednak stanie przed dość specyficzną bliskością. Na jego pozbawionej azymutu drodze pojawi się prowincjonalna chińska piękność Dao-Ming. Połączą ich kupna namiętność i chwile zapomnienia tak charakterystyczne dla miejsca, w którym każdy stara się na chwilę zapomnieć o tym, kim jest. Dao-Ming z niezrozumiałych powodów zainteresuje się bliżej Doyle’em. Co więcej – będzie gotowa uratować go od zguby. Zacznie się specyficzna gra między kochankami. Życiowy oportunista zostanie skonfrontowany z ludzką czułością. Czy Dao-Ming może zaoferować cokolwiek, po co Doyle byłby w stanie sięgnąć? Oboje przecież miotają się, by zerwać z takim, a nie innym pochodzeniem oraz błędami wynikłymi z tego pochodzenia. Każde z nich stara się zapomnieć siebie na kilka możliwych sposobów. Co wydarzy się w momencie, w którym nie będą chcieli uciekać w tajemnice, a zostanie im dana szansa na nową, szczerą relację?

Doyle jest nieufny, a Dao-Ming zachowawcza. To specyficzna literacka para portretowana z czułością, a jednocześnie silnie osadzona w marazmie i tym rodzaju życiowego rozgoryczenia, w którym można się pozbawiać możliwości wyborów. Osborne ukazuje nam bohaterów, którzy z różnych powodów nie chcą walczyć o coś więcej, bo utrwalili już w sobie schematy zachowań odpowiednie do znanych im sytuacji. Mogliby być członkami innego świata, ale nie zgadzają się na jego zasady. Nie są też gotowi na zmianę. A może tylko oszukują się wzajemnie? W tej powieści podobnie jak w „Przebaczeniu” Osborne stawia na niejednoznaczność motywacji działań swych zamkniętych w sobie ludzi, z których każdy zdaje się tragiczną w swej samotności wyspą. Ponownie obcujemy ze światem przeżyć, w których czają się lęk i rosnące obawy. Orbitujemy wokół postaci z krwi i kości, które zgorzknienie godzą z tymi resztkami siły, by walczyć o kolejny dzień, nie oczekując od niego zbyt wiele.

Laurence Osborne pisze w sposób bezkompromisowy, nie dając jednoznacznych rozwiązań fabularnych i nie sugerując dalszych ciągów, gdy tworzy zakończenia otwarte. „Ballada o drobnym karciarzu” to przykład książki obrazującej poziomy ludzkiego lekceważenia siebie oraz pokazującej, w jaki sposób oddalamy się od struktury społecznej, bo weszliśmy w nią z poczuciem presji i z kompleksami. To także wyrazista rozprawa z tym, co znaczy dzisiaj cywilizacja, i gorzka diagnoza różnic, które – jak relacja dwojga kochanków – z góry zakładają czyjąś wyższość i uległość drugiej strony. To także rzecz o cynizmie tak zwanej rozwiniętej cywilizacji i poczuciu pustki, z którego nie potrafimy się wydobyć, gdy krwią życia staje się gotówka, a jedyną szansą na emocjonalny wstrząs – wielka i spektakularna wygrana w wąskim kręgu.

Osborne portretuje także wewnętrzną przestrzeń prywatnego więzienia, z którego wydostać się nie sposób, a którego ramy nakreśliła już przeszłość, boleśnie uwierająca i niemożliwa do wspominania. To opowieść o euforii i upadku – tak sobie bliskim w świecie, w którym kasyna wiecznie tęsknią i gdy jest to jedyna tęsknota, z którą może mierzyć się zgorzkniały życiowy uciekinier. Przejmująca powieść pełna czytelnych przesłań i mrocznych sugestii. Jednocześnie przepełniona humanizmem i empatią pozwalającym w piekle azjatyckich miejsc hazardu dostrzec moment, w którym można zagrać… o czułość oraz zainteresowanie drugiego człowieka. Po raz kolejny Laurence Osborne udowadnia nam, że wciąż uciekamy od siebie i jedynie krańcowe doświadczenia pozwalają nam spojrzeć w siebie uważniej. Często jednak nie wykorzystujemy tej możliwości, bo nie chcemy kontaktu z sobą. Doyle jest przykładem człowieka odwróconego tyłem do swej cywilizacji, ale także do własnych pragnień i potrzeb. Osborne portretuje go, by moralizować, ale także po to, by zadawać niewygodne pytania egzystencjalne. Rzecz warta szczególnej uwagi.

2016-04-27

"Armenia. Karawany śmierci" Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 marca 2016

Liczba stron: 232

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Cierpienie i odwaga

Trzeba dużej czułości i taktu, żeby napisać o współczesnej Armenii. Andrzejowi Brzezieckiemu i Małgorzacie Nocuń wychodzi to doskonale. Opowiadają o wspaniałości i podłości Ormian. Budują wyraźne kontrasty, ale ich pisanie o tym kraju to przede wszystkim zacieranie tego, co jednoznacznie dobre i złe. W morzu nienawiści albo obojętności ukazane są silne ludzkie uczucia. Pośród grozy okrucieństwa obrazy sygnalizujące wielkie przywiązanie do ziemi nękanej wojną i głodem, niesprawiedliwie obarczonej przez historię cierpieniem, jednocześnie czarującej pięknem przyrody i wrażliwością Ormian. Wszystko w tym reportażu rozgrywa się między nakreślonymi skrajnościami. I to jest naprawdę piękne, choć równie mocno niepokojące. Ta książka unika jednostronności, nadmiernie wyrazistych sądów, unika także portretowania społeczeństwa armeńskiego jako zbiorowości skazanej na udrękę. Wszystko, co ważne, ukryte jest pośród wieloznacznych śladów i różnorodnych rozmów przeprowadzanych z poczuciem taktu oraz z wyjątkową uwagą słuchaczy starających się oddać odcienie złożoności armeńskiego losu. Brzeziecki i Nocuń patrzą na Armenię w taki sposób, że już od pierwszych stron przestaje być ona dla nas obcym krajem. Staje się krajem pytań, zagadek i dwuznaczności. A w tym wszystkim czytelny kaukaski fatalizm, z którym autorzy muszą się oswoić.

Tam, gdzie tka się piękne dywany, jednocześnie dopuszcza aborcji i usuwa płody, gdy rodziny spodziewają się dziewczynek. Wyborny smak armeńskich koniaków idzie w parze z gorzką strukturą patriarchalnego społeczeństwa i pozycją kobiety, dla której bardzo często nadrzędnymi życiowymi uczuciami są uczucie niespełnienia i żałoba. Ujmująca dzikością gór i soczystej zieleni kraina to także miejsce różnych patologii, korupcji, zachowawczości i obojętności społecznej. Armenia cierpi niczym biblijny Hiob - autorzy sygnalizują te cierpienia wyraźnie. Kolebka cywilizacji, pierwszy chrześcijański kraj na świecie latami doznawał ogromu cierpienia. Ormianie przyjmowali je z pokorą, choć w kolejnych pokoleniach złość i chęć odwetu zaczęły już narastać. Brzeziecki i Nocuń notują i słuchają uważnie - o rzezi Ormian w 1915 roku, o trzęsieniu ziemi z roku 1988, o strzelaninie w parlamencie 1999 roku czy strzałach oddawanych do tłumu sześć lat potem. Armenia została naznaczona cierpieniem. Jest jednocześnie kraj w silnej orbicie rosyjskich wpływów, wciąż pozostający w stanie gotowości do wojny z Azerbejdżanem, ustawicznie walczący o uznanie swej wyjątkowości i z sentymentem spoglądający na pobliski Ararat  - święta góra Ormian znajduje się poza granicą ich kraju i to dość czytelny symbol dziejowego oszustwa. Armenię oszukano i wykorzystano wielokrotnie. Dzisiaj pozostają w niej nieutulony żal i gorycz, dla których ujścia raczej nie ma. Dzisiejszy Ormianin staje przed niewesołą alternatywą - emigracja albo ciche przyzwolenie na to, co na co dzień utrudnia egzystencję. Być mieszkańcem Armenii to cierpieć i zmagać się z przeciwnościami losu. Żyć w kraju, z którego wyemigrowała rzesza znacznie przewyższająca aktualną liczbę mieszkańców.

Autorzy reportażu starają się odpowiedzieć na pytania o to, dlaczego dzisiaj to bierność i swoisty marazm są cechami charakterystycznymi społeczeństwa niezdolnego do rewolty typu Majdan i uwięzionego w sieci wielu toksycznych zależności. Niczego nie tuszują, obrazując armeńską codzienność z pewną bezkompromisowością, bo na co dzień bardzo trudno jest być Ormianinem. Skomplikowane układy władzy, armia mordująca własnych żołnierzy, wiszący w powietrzu konflikt o Górski Karabach i poczucie, że świat w dużej mierze nie reaguje na bolesne absurdy życia w Armenii. Otrzymujemy przede wszystkim obraz społeczeństwa, które nigdy nie przepracowało własnych traum. Ludzi odartych z godności wielokrotnie, brutalnie zabijanych, odrywanych od ziemi, od domu rodzinnego. Wspomnienie nierozliczonych nigdy bestialstw z 1915 roku to taka bolesna spuścizna, która pozostaje w kolejnym pokoleniu, bo wówczas i potem nie doczekano się zadośćuczynienia. Nikt nie zapłakał nad milionami zabitych ponad sto lat temu. Nikt nie przeprosił. Nikt nie pomyślał, że urażona godność to brzemię pozostające już na zawsze. Dziś Armenia nadal pamięta o 1915 roku i tkwi w niej ten mroczny gniew niepomszczenia tego, co się wówczas wydarzyło. Ale dziś to także konflikt o Górski Karabach wciąż rozpala namiętności i wywołuje napięcia. Walkę o sąsiadem o sporne terytorium jeden z rozmówców nazywa "patologicznym nacjonalizmem". Granica azersko-armeńska tkwi w wiecznym niepokoju i pośród odgłosów wystrzałów. Przyczajeni sąsiedzi wiedzą, że konflikt może eskalować. Bierność zabijanych  w 1915 roku nie jest już cechą narodu, który na co dzień tkwi być może w strachu i milczeniu, ale dziś potrafi walczyć, wciąż gotowy na kolejny rozlew krwi.

"Armenia. Karawany śmierci" to poruszająca opowieść o tym, jak żyje się kaukaskim kochankom, bojownikom, politykom, kobietom i młodemu pokoleniu. To historia wielkiej dumy i równie wielkiego wstydu. Narracja o kraju, którego dogłębne poznanie kryje się pośród wielu kontrastów i być może między tym, co skrajne, ujawnia się on w całej okazałości. Bo Armenia to gniew i bierność, to rozpaczliwe próby określania własnej tożsamości i codzienna walka o każdy kolejny dzień. Wszystko w cieniu milczącego Araratu, który kiedyś dał początek nowemu życiu, a dzisiaj to życie okrywa mrocznym cieniem.

Andrzej Brzeziecki i Małgorzata Nocuń odbywają wiele barwnych, ale i trudnych podróży. Wskazują, że kaukaska żałoba pod tą szerokością geograficzną nie ma szans, by się dopełnić. Zbyt wiele trudnych rozdziałów z przeszłości wciąż nie zostało zamkniętych, a dzisiejszy Ormianin chce wierzyć, że jest wyjątkowy, ukradkiem ocierając łzę albo wspominając jakąś niesprawiedliwość, bo jest ona doświadczeniem właściwie każdego. Piękna książka o trudnej rzeczywistości i o bliznach na organizmie społecznym, które pozostają na zawsze. Jednocześnie opowieść o wielu nadziejach, żarliwych uczuciach, trwałych relacjach rodzinnych i wierze w to, iż kraj wybrany przez boga otrzyma kiedyś zadośćuczynienie za hiobowe cierpienia. Ormianin ma siłę, dumę i wiele determinacji. Dużą dozę wrażliwości i jednocześnie sporo mrocznego okrucieństwa. Autorzy pytają, dziwią się, zaczynają rozumieć i szanują. Oddają czytelnikowi osąd i refleksję, będąc czułymi przewodnikami. Takie książki jak ta to wyjątkowe świadectwa ludzkiej podłości i niezwykłości jednocześnie. Jeden z lepszych reportaży, jakie miałem okazję przeczytać.

2016-04-25

"Wilimowski" Miljenko Jergović

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 15 kwietnia 2016

Liczba stron: 182

Tłumacz: Magdalena Petryńska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Wbrew końcowi

Niezwykła jest historia tej enigmatycznej książki. Niezwykłe wyczulenie tłumaczki, która konsekwentnie dąży do ujawnienia zamiarów autora. Czytamy „Wilimowskiego” głównie dzięki Magdalenie Petryńskiej, a jest to rzecz, którą autor skazał na dość specyficzny los. Specyficzna jest także jej konstrukcja. Początkowo niespiesznie podążamy ku punktowi kulminacyjnemu, jakim jest słuchanie radiowej relacji z meczu polskiej reprezentacji na mundialu 1938 roku. Potem Jergović buduje bardzo osobistą narrację o specyficznej relacji i o tym, co w niej zostało zaniedbane, co trzeba poprawić przed rychłym końcem. Bo jest to przecież w znacznej mierze powieść o czymś, co się kończy. Właściwie o całym świecie naznaczonym widmem rychłej zagłady lub chaosu. Nieprzypadkowy jest rok wydarzeń, w czasie którego Europa oferuje już coraz mniej miejsc, gdzie można byłoby się schronić przez wizją kolejnej wojny światowej. Zamknięci w sobie wędrowcy z Polski odnajdują jednak takie miejsce. Schronią się na wzgórzu nieopodal nadmorskiego miasteczka w Jugosławii, w domu niemieckiej gospodyni – enklawie spokoju, gdzie nie docierają wpływy tego, co faktycznie dzieje się w Niemczech. Takie miejsca w 1938 mogą być tylko zmyślone, ale właśnie zmyślenie, niebywała wyobraźnia oraz egzystencjalna głębia budują nam powieść kilku odczytań o tym, co staje się przez chwilę możliwe w świecie odbierającym wszelkie możliwości.

Najważniejszą postacią w wymiarze symbolicznym jest polski piłkarz Ernest Wilimowski, który po wybuchu wojny grał w barwach III Rzeszy i nigdy już nie wrócił na rodzinny Górny Śląsk, gdzie (jak i w całej Polsce) zarzucono mu zdradę. W dynamicznych opisach słuchowiska radiowego Wilimowski jawi się jak mityczny bóg. Skupieni przy radioodbiorniku słuchacze mają okazję skonfrontować się z niezwykłą szansą dla Polski. Mecz z Brazylią staje się dla nich centrum wszechświata. Pojawiają się nadzieje i możliwość istnienia choć przez chwilę w innym wymiarze rzeczywistości. Takim, w którym ojczyzna profesora Mieroszewskiego i jego chorego syna Dawida staje przed dziejową szansą. Może pokazać swą wielkość. Pokazuje ją Wilimowski. Hipnotyzuje tych, którzy słuchają o jego dokonaniach na boisku. Mecz z Brazylią w wywołujących strach Niemczech ma znaczenie symboliczne i pozwala na pewnego rodzaju ekspiację. Przybywający z Krakowa Mieroszewski zaczyna istnieć w innym wymiarze. Samodzielnie skonstruował radioodbiornik, z którego sączą się słowa napawające dumą. Jest optymizm i jest szaleńcza chęć uwierzenia w to, że stanie się niemożliwe. Pojawia się rozczarowanie, ale także pewien rodzaj nowej refleksji o życiu. Taki, który pomoże Mieroszewskiemu uporządkować jego relacje z synem. Spojrzeć na cierpiącego Dawida z innej perspektywy, akceptując rychły koniec dziecka. Także jego wewnętrzną siłę, którą odziedziczył po ojcu – zwolenniku życiowej determinacji.

Dni Dawida są policzone. Tak jak dni pokoju w Europie. Jergović na dwa różne sposoby i w dwóch różnych wymiarach opowiada o świecie przed unicestwieniem. W postaci Dawida kryją się znane już z „Ruty Tannenbaum” refleksje pisarza o dziecięcym wyobcowaniu i mocy sprawczej jego odejścia. Ruta jest małą gwiazdą, która oddziałuje na otoczenie. Chorowity Dawid – obcym przybyszem wywołującym w wiosce lęk i ciekawość. „Wilimowski” jest kolejną książką Jerovicia o swoistym dziecięcym fatalizmie, o wyobcowaniu i oddalaniu się od realnego świata. Także o dziecięcej potrzebie akceptacji i miłości. Ta Dawidowa skierowana jest do ojca, któremu trudno pogodzić się z rychłym odejściem syna. Pożegnał już swoją ukochaną, za której śmierć czuje się odpowiedzialny. Bolesna strata w perspektywie najbliższego czasu blokuje krakowskiego profesora, a Dawidowi przysparza przykrości. Obaj jednak prezentują tę siłę charakteru skonfrontowaną w walce o godne zapamiętanie siebie.

Mieroszewski także przecież odchodzi. Jego życie dobiega końca i być może wyprawa, którą zafundował synowi, jest ostatnią z możliwych podróży. Polski intelektualista konfrontuje się z niemiecką gościnnością, ciepłem i empatią. Właścicielka pensjonatu na wzgórzu, Katarina, odcięła się od tego, co nacjonalistyczne, co nazistowskie i co tak gwałtownie wygraża od pewnego czasu pięścią całej Europie. Przestrzeń, w której Jergović umieszcza cierpiących ojca i syna, jest przestrzenią warunkującą ład oraz spokój. W niej można przeżyć ekstatyczne uniesienia, słuchając radiowej relacji z meczu. W niej także pojawia się możliwość kilku przemian. Szansa na to, by pogodzić się z nieuchronnym, ale zachować przy tym tożsamość i wewnętrzny spokój. „Wilimowski” bowiem to powieść o tym, że wyobcowanie niesie w sobie niepokój i że każdy z nas poszukuje przestrzeni bezpieczeństwa, w której może uwierzyć w niemożliwe. W to, że Polska awansuje na mundialu, lub w to, że śmierć ominie bezbronne dziecko, a wojna struchlałą ze strachu Europę. Miljenko Jergović fantazjuje na temat tego, co to znaczy opowiedzieć własną historię i jak w niej pozostać naprawdę. Relacje ojca z synem opisane są za pomocą wielu niedopowiedzeń. To, co najbardziej czytelne, ujawnia się w opisach miejsc, które oddziałują na bohaterów. W nich kryje się pewna baśniowość, choć doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że Jergović opowiada bardzo mroczną baśń i jest w tym bardzo konsekwentny.

„Wilimowski” to jedna z tych małych książek o naprawdę wielkich egzystencjalnych sprawach. Piękna historia o poszukiwaniu własnej tożsamości i o rodzeniu się nadziei w czasie, który każdą nadzieję chce odebrać. Nostalgiczna i wieloznaczna historia rozgrywa się w miejscu będącym prawdziwym centrum wszechświata. Takim jak boisko piłkarskie, gdzie toczy się walka relacjonowana w radioodbiorniku – urządzeniu wychwytującym głosy nadziei i dającym namiastkę spokoju. Jergović zadaje pytanie o to, na ile możemy istnieć gdzieś wewnętrznie i okopać się przed światem. Pokazuje także, jak wiele różnych oblicz może mieć strach, jak się go konsekwentnie pozbyć i jak uwierzyć w to, że każdy z nas może na swej drodze znaleźć rajskie wzgórze zapomnienia i przemiany.


PATRONAT MEDIALNY

2016-04-22

"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" Jessica Knoll

Wydawca: Znak

Data wydania: 30 marca 2016

Liczba stron: 446

Tłumacz: Dorota Pomadowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Samoświadomość i chaos

Gilian Flynn, Paula Hawkins, a teraz Jessica Knoll – wszystkie uznają, że umieszczenie słowa „dziewczyna” w tytule powieści to gwarant sukcesu i wabik na czytelników. Oszałamiające sukcesy tych trzech pisarek dowodzą tego, że mają rację i że taka proza idzie jak świeże bułeczki. Moim obowiązkiem jest zatem przestrzec przed kolejną rzekomo fascynującą narracją o dziewczyńskich i kobiecych rozterkach duchowych, które tym razem dotyczą konsekwencji radosnego nastoletniego hedonizmu – za nim stanie mroczna tajemnica i dylematy mające porwać wyobraźnię milionów. „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” to opowieść o samoświadomości. Portretuje bohaterkę, która chce zatrzeć ślady młodzieńczych wybryków i rzucić się w paszczę świata sukcesu. Tylko on może być gwarantem bezpieczeństwa po tym, co wydarzyło się przed laty i co cieniem kładzie się na dorosłym życiu kobiety wciąż poszukującej spełnienia. Wciąż niepewnej swojej wartości tak jak przed czternastoma laty, kiedy z determinacją szukała akceptacji grupy. Dziś ostoją są bogaty mąż, świetna praca w magazynie kobiecym, rozmiar XS i świadomość, że można dobierać sobie najdroższe marki tylko po to, by pod szykownym wyglądem skryć wciąż trzęsącą się ze strachu dziewczynkę.

Przez dłuższy czas – jakieś kilkadziesiąt nerwowo przekładanych stron – nie ma się żadnego pojęcia, o czym jest ta powieść i w którą stronę podąża. Narracja jest kompulsywna, narzuca wartki tok myślowy bohaterki, łączy ze sobą odczucia, wrażenia i działania, wciąż zacierając jasny pogląd na to, co się dzieje. Bo Knoll serwuje nam w dużej mierze chaos. Nie pomaga dyscyplina myślowa drugiej części książki, kiedy to porządkowane są okrutne fakty z przeszłości, od których bohaterka ucieka w wielkomiejski świat blichtru i pozorów sławy. Sama konstrukcja TifAni ma irytować, bo nie jest to bohaterka, którą obdarzamy sympatią. Odnosi się jednak wrażenie, że jej rozmyślania wtrącają nas w jakiś trudny do zrozumienia tok myślowy. Narracja TifAni to taki korkociąg, w którym szamoczemy się bez sensu i bez celu. Najpierw poznajemy rozmaite nastoletnie zbliżenia i układy, potem relacje u progu wielkiego ślubu z Lukiem, który ma stać się dla bohaterki zwieńczeniem jej marzeń o doskonałej egzystencji – jej definicją może być między innymi sposób, w jaki zjada się ostrygi. Sens i cel umyka już na pierwszych stronach i potem trudno go odnaleźć, bo powieść z jednej strony trąci kiczowatą formą rozprawy o niezrozumieniu nastolatki, która sama siebie nie rozumie, a z drugiej – jest pełną śmiesznego patosu historią zdobywania świata i determinacji, bo TifAni nie odpuszcza marzeniom o sukcesie i markach nawet wówczas, gdy doświadcza traumy zmieniającej świadomość każdego człowieka.

Można potraktować „Najszczęśliwszą dziewczynę na świecie” jako ironiczny obraz rzeczywistości serwowanej kobietom przez media zajmujące się ulepszaniem ich życia. TifAni pisze o seksie, ale jej koleżanki produkują artykuły na temat tego, jak należy się odżywiać, co na siebie włożyć i w jaki sposób chodzić, a może nawet oddychać. Byłaby to celna satyra na pustkę tak zwanego wysokonakładowego dziennikarstwa dla kobiet, gdyby Jessica Knoll sama nie tkwiła w świecie TifAni. Należy zatem spojrzeć na jej książkę jako na przestrogę oraz wsparcie. Dla wszystkich naiwnych dziewcząt amerykańskiego światka, które chcą pożegnać swoje drobnomieszczańskie pochodzenie i gotowe są zrobić bardzo wiele, by stać się członkiniami lepszego świata. Knoll obrazuje pewien rozpad osobowości oraz sygnalizuje pułapki czyhające na biedne dziewczęta z prowincji, które chcą zmienić swój status, właściwie się ubrać i zachowywać. To opowieść o sile atrakcyjności w oczach innych i mieliznach emocjonalnych, jakie się za tym kryją. „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” przybiera więc znamiona poradnika. Nie postępujcie jak TifAni, a jeśli już tak się stanie, weźcie z niej przykład, bo dziewczyna w finale naprawdę ogarnia siebie – i swą narrację przy okazji.

Mamy tutaj zderzenie świata przeżyć i oczekiwań z prozą życia, w której liczą się bezwzględne prawa hierarchii społecznej. Bohaterka Knoll musi zmierzyć się z nimi w nowej szkole będącej dla niej uosobieniem wolności, dla której wiele można poświęcić. Poświęca godność, ale przede wszystkim wchodzi w skomplikowane relacje z rówieśnikami. Nie jest gotowa, by stanowić o sobie, w związku z czym akceptacja jakiejkolwiek grupy jest dla niej priorytetem. Jeśli nie można wejść w grupę, istotna będzie jakakolwiek bliskość. Czy to ze szkolnym outsiderem, czy też z nauczycielem, który jako jedyny zdaje się dostrzegać wartość TifAni. To też książka o opresyjnym charakterze rodziny i stygmacie pochodzenia – takim do zatarcia w przyszłości, ale jednocześnie niemożliwym do pożegnania. W świecie nowojorskiej finansjery i wśród zawistnych kobiet pełnych złośliwości i fałszu bohaterka Knoll jest tak samo zagubiona jak przed laty, gdy próbowała się wkupić w łaski opiniotwórczej grupy nastolatków w nowej szkole. Byłaby to budująca opowieść o tym, jak nabiera się szacunku dla samego siebie, gdyby nie fakt, że w biografię TifAni Jessica Knoll włożyła wszystko, co mogłoby skomplikować jej egzystencję, dołożyła sporo amerykańskiej papki słownej i wtłoczyła biedną bohaterkę w sytuację medialną, której nośność to zdecydowanie amerykańska wizytówka. Ta książka wyrasta w dużej mierze z amerykańskości, jej marzeń o sukcesie i pokłosia tego, że takie marzenia rzadko się spełniają.

Ta powieść zbudowana jest z namnożonych zbiegów okoliczności, które stwarzane są jakby na siłę, byle tylko uatrakcyjnić tę prozę. W gruncie rzeczy chodzi o stałe zaskakiwanie czytelnika, ale kolejne wydarzenia wywołują już tylko uśmiech politowania, gdy zdamy sobie sprawę, że Knoll upycha do swej książki wszystko to, co mogłoby być przede wszystkim dobrze sprzedawalne. Tak, ta proza to taki smaczny produkt, który dobrze się sprzedaje, gdy jest świeży. „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” to opowieść o dość mrocznej definicji szczęścia, męcząca stylem oraz nagromadzeniem zdarzeń, w których gubimy się już na wstępie. Obawiam się, że tego rodzaju narracje mają się dobrze przede wszystkim dzięki temu, że kilkanaście znanych osób uznało, iż zarwało noc i że było warto. Straciłem dwa wieczory i podkreślam z całą stanowczością, że warto nie było. Co nie umniejsza faktu, że Knoll sprzeda się doskonale w każdym kolejnym kraju, w którym ją przetłumaczą.

2016-04-20

"Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć" Kuba Wojtaszczyk

Wydawca: Akurat

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bezradność i rebelia

Nowa książka Kuby Wojtaszczyka to ciekawy materiał do rozważań o tym, czy autor para się literaturą, czy publicystyką. Jeśli stara się łączyć jedno z drugim, może to wyglądać nie do końca przekonująco. Zamiast szerszej diagnozy przedstawianego problemu otrzymujemy zlepek groteskowych życiorysów oraz imponującą rewoltę, w której biorą wszyscy główni bohaterowie, ale trudno orzec, dlaczego tak naprawdę do niej przystępują. Wojtaszczyk zastanawia i prowokuje. Zasadniczym celem tej książki jest zwrócenie uwagi na problem bezradności absolwentów uczelni humanistycznej, którzy zderzają się z brukiem rzeczywistości i uświadamiają swą zbędność. „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to także książka o tym, na ile nasze działania determinuje pochodzenie oraz jak wpływa ono na widzenie świata wokół. Myślę, że można tę powieść odczytywać jako gorzką alegorię ludzkiego wykluczenia z systemu. Tego systemu, który latami utrwala iluzję wyjątkowości, by wyrzucić poza nawias wówczas, gdy moment samostanowienia powinien być startem pełnym możliwości. Autor zadaje pytanie o to, czy jesteśmy kowalami swego losu, czy też złożonością jego uwarunkowań. Prezentuje postaci z krwi i kości, które dokonują ważnych czynów, ale całe tło otula mrokiem niejednoznacznych skojarzeń i punktowania zamiast nakreślania rzeczywistych problemów swych bohaterów.

Nie jest jednak źle, bo czyta się Wojtaszczyka z niesłabnącym zainteresowaniem. Narracyjne wolty zdumiewają i prowadzą nas w ślepe zaułki. Niespodziewanie pojawiają się kolejne trupy, a to czyni książkę bardziej smakowitą, bo zabicie człowieka wydaje się w niej pozbawionym emocji czynem, jednak za tym czynem idą rozmaite zmiany w świecie, któremu brakuje denata. Kuba Wojtaszczyk portretuje przestrzeń ludzkiej izolacji, zagubienia oraz towarzyszących mu frustracji. Jesteśmy świadkami rozbijania złudzeń i towarzyszymy młodym ludziom w sytuacjach, w których muszą dokonać wyboru. To sytuacje skrajne, ale nie zmieniają wszystkich. Najpierw należy sobie zadać pytanie o to, w czyim sercu tkwi prawdziwy gniew, a w czyim jedynie bezradność kreślona w taki sposób, że irytuje, nie wywołując współczucia.

Witold Szpak czuje się angielskim lordem. Gardzi ludzkością niższych klas, a szczególnie plebsem, który wciąż go otacza. Witold sfingował sobie swój życiorys. Złożył tożsamość z lęków i pragnień, po czym… odkleił się mocno od rzeczywistości. Nie jest potomkiem brytyjskiej arystokracji, a wyimaginowana służąca nie ułatwia mu życia, bo życie dla Witolda to zamknięcie się w pewnej pozie pełnej pogardy. Ta poza to całkiem czytelny rodzaj eskapizmu. Świat, ten polski świat, jest zbyt trudny do zniesienia. Witold żyje rojeniami, ale proza życia wymusza na nim, by wynajął dwa pomieszczenia i obcował ze współlokatorami prezentującymi całkowicie odmienny styl życia. Jest dla nich niegroźnym wariatem, jednak nie spodziewają się, do jakich czynów ów wariat jest zdolny…

Evan porzucił marzenia o rzeźbie i utkwił w codzienności związku z Adamem. Cztery lata razem to czas, w którym Evan odrzucił wszystko to, co konstytuowało go jako człowieka. Artystyczna dusza domaga się wyzwolenia, bo związek przytłacza, zmuszając do przewidywalności. Evan nie przeczuwa nawet, jaki scenariusz napisze dla niego życie, a to, co się wydarzy, mogłoby być marzeniem niejednego człowieka zmęczonego związkiem. Ten bohater jest bardzo zachowawczy, nieautentyczny w swym cierpieniu, zblazowany i miałki. Opiera się codzienności, tworząc scenariusze innego, lepszego życia. On – w przeciwieństwie do Witolda – ma jednak angielskie korzenie i postanawia to wykorzystać. Polskie realia zabijają jego artyzm. Perspektywa zmiany kraju kusi. Tymczasem niespodziewanie ktoś informuje go, że jego ostatnie dzieło sztuki może zostać wystawione na widok publiczny. Evan decyduje się na to.

Brak umiejętności podejmowania decyzji charakterystyczny jest dla Weroniki. Ona lubi kolektywność, lubi ludzi, nie rozumie niechęci Witolda do nich. Działa kompulsywnie, inwestując w siebie. Planuje i realizuje swoje plany. Okaże się jednak, że świat nie czeka na nią z otwartymi rękoma, a promotorka doktoratu wystawia do wiatru. Weronika przechodzi metamorfozę. Od zachowawczego tkwienia pośród prozaicznych czynności do prowadzenia zbuntowanej młodzieży na ulice Poznania. To najciekawsza z bohaterek Wojtaszczyka i chyba jedyna obrazująca ludzkie lęki skryte w fasadowości codziennych działań oraz potencjał, by zacisnąć pięść i zadziałać wbrew dotychczasowemu uporządkowaniu.

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to książka groteskowa, ale i bardzo wyrazista. Na początku autor deklaruje, iż opisane przez niego wydarzenia nie miały miejsca. A może powinny je mieć? Być może Wojtaszczyk pisze o czymś, do czego brak woli albo przekonania, a może przede wszystkim determinacji? Ta książka obrazuje ten tragiczny moment, gdy polska edukacja przestaje stwarzać złudzenia, a życie rynku pracy odrzuca bardzo wielu. Polska kondycja humanisty jest w tej powieści wręcz tragiczna, ale czy autor proponuje jakieś zasadnicze rozwiązanie, które zapobiegałoby opisywanym problemom? Jest w tym wszystkim sporo gorzkiej ironii i niebywałej fantazji, bo – jak wspomniałem – każde wydarzenie zwodzi nas na manowce i niewiele możemy przewidzieć. Kuba Wojtaszczyk w gorzkim tonie oskarża, ale i przygląda się z empatią środowisku ludzi pozbawionych możliwości, a przecież przepełnionych właściwościami i nadal wierzących w edukacyjny model mówiący o tym, że są wyjątkowi i niepowtarzalni.

Jest to też satyra na świat mediów i przejmująco smutny portret młodych ludzi zdolnych do ucieczki, a niezdolnych do wzięcia za siebie odpowiedzialności. Na kartach tej powieści buzuje rebelia zrodzona z frustracji i lęku przed przyszłością. Myślę, że to książka wyrosła ze złości oraz bezradności. Ukazująca w krzywym zwierciadle wszystko to, co w normalnych konturach jest po prostu nie do zniesienia.