Pages

2009-03-06

"Lit-6" Risto Isomäki

Określenie „thriller ekologiczny” w odniesieniu do książki Risto Isomäkiego to spore uproszczenie. Oczywiście, czyta się ją z wypiekami na twarzy; jest tam wystarczająca porcja intryg, kryminalnych i sensacyjnych wątków, wielu bohaterów – herosów, sporo wybuchów, dymu, strachu, bieganiny i strzelania. To także mało zakamuflowany manifest dziennikarza, który protestuje wobec nowego sposobu uzyskiwania energii i nowego oręża w walce między narodami, wskazując szkodliwość działań związanych z rozwojem atomistyki zarówno dla ludzi, jak i dla środowiska naturalnego. Kiedy jednak dostrzeżemy nader wyraźnie, jak mocnym dreszczowcem jest „Lit-6” oraz ile tam publicystycznych tonów ekologa, warto zadać sobie pytanie o to, czym jest ta książka. W moim odczuciu Isomäki doskonale oddał kilka pożerających współczesny świat lęków. Mam na myśli lęk przed trudnym do zdefiniowania wrogiem, jakiego mamy we współczesnej wojnie z terroryzmem. Myślę także o lęku typowo egzystencjalnym; lęku przed niepewnością losu jednostek, losu budujących złudne bariery ochronne państw oraz niepewnością tego, czy w dzisiejszym świecie energii jądrowej jest jeszcze zdrowy rozsądek, który nie pozwoli na jej wykorzystanie w celu unicestwienia ludzkiego życia. „Lit-6” to także książka antyamerykańska, antybushowska (prezydent USA w opowieści Isomäkiego jest… zagubioną w kreowanych przed nią wizjach końca Ameryki kobietą, sprawiającą wrażenie silnej i nieustępliwej) i zdecydowanie potępiająca przemoc w rozwiązaniach konfliktowych – szczególnie tortury, jakim fiński pisarz poświęci kilka stron swej zajmującej powieści.

Akcja rozpoczyna się w Japonii, gdzie zostaje wykradziony tytułowy lit. Niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą przechwycenie izotopu, jest tak ogromne, że o wydarzeniu natychmiast zostają powiadomione służby specjalne w USA. Na czele ekipy, która będzie dzielnie stawiać czoła niezidentyfikowanym terrorystom (co jest do przewidzenia, podejrzenie pada na osoby pochodzenia arabskiego, choć w intrygę będą także wplątani japońscy gangsterzy) stoi Lauri Nurmi – naukowiec, rządowy agent, superman, Einstein i emocjonalnie zaburzony chłopiec w skórze mężczyzny w jednym. Lauri wieść będzie batalię przeciwko nieznanemu wrogowi i przeciw bliżej nieokreślonej sile, jaką niosą ze sobą katastroficzne wizje nuklearnej zagłady. Wizje te powstają w głowie bohatera przede wszystkim podczas koszmarów sennych, których znaczenie jest dość istotne dla zrozumienia powieści.

Mężczyzna jednak walczy przede wszystkim sam ze sobą i nie jest do końca przekonany, czy służba w agencji rządowej Stanów Zjednoczonych oraz działania, które podejmuje do końca są tym, co naprawdę chce robić. Lauri mówi o sobie: „Nie urodziłem się w Ameryce. Chyba jestem z definicji najemnikiem. Psem wojny. Dziwką wojny, jak niektórzy powiadają”. Działania, jakie podejmuje (te mniej i bardziej spektakularne) wydają się nietrafne, kwestionowane jest także ich znaczenie. Oto bowiem przez dłuższy czas wydaje nam się, że celem Nurmiego jest przede wszystkim ocalenie świata przez nuklearną zagładą. W psychozie globalnego strachu, jaki podsycany jest tworzonymi wciąż na nowo scenariuszami tego, co terroryści mogą zrobić z radioaktywnymi pierwiastkami i jak może wyglądać bomba oraz jej wybuch, Lauri traci nie tylko kochającą żonę (równie dzielną i niepokonaną jak on), ale przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa i pewności, że służba, jakiej się oddał, jest faktycznie działaniem właściwym. Nurmi jest przez to jednym z ciekawszych bohaterów powieści, bowiem to nie rozwój sensacyjnej intrygi i fantastyczno-naukowe dywagacje autora są w „Licie-6” najważniejsze. Najbardziej istotne wydaje się być pokazanie w postaci Lauriego lęków i niepewności, o których już wspomniałem. Nurmi bierze na swe ramiona cały świat i w tym metaforycznym znaczeniu niesie na sobie całą powieść. Nadmieniam, że ciężar to wyjątkowo duży, ale dźwigany z kunsztem i gracją.

Isomäki gdzieś pomiędzy USA a Japonią umieszcza swój niepokój dotyczący dalszego rozwoju i wykorzystywania energii jądrowej. To książka o bombie atomowej, ale chyba bardziej o rojeniach na jej temat. Fiński autor w specyficzny i niepowtarzalny sposób ukazuje napięcia, jakie rodzą się we współczesnym świecie opartym na nowoczesnych technologiach i tymi technologiami kierowanym. W świecie z jednej strony próbującym stworzyć raj społeczeństwom rozwiniętym gospodarczo, z drugiej wyraźnie zmierzającym do tego, by społeczeństwa „gorsze” - inne kulturowo, dzikie i uznane za wrogie - z tego utopijnego raju zwyczajnie wyrugować. To opowieść także o strachu, jego manipulacyjnej mocy i o tym, jak strach może stać się narzędziem do sterowania życiem społeczeństw. Lauri pyta bowiem w finale książki: „Czy możemy być pewni, że straszenie innych ludzi jest najlepszym sposobem na zwiększenie naszego bezpieczeństwa?”.

Wielowątkowość i oryginalność „Litu-6” czyni z powieści Isomäkiego książkę ciekawą, pożyteczną i potrzebną. Armagedon, którego nadejście wieści tak wiele przesłanek o charakterze globalnym, jest jednocześnie walką, jaka rozgrywa się praktycznie codziennie w nas samych. To walka między dobrem intencji a złem ideologii. Walka, która toczy się u Isomäkiego bardzo nierówno, ale każe zastanowić się nad tym, czy „Lit-6” to jedynie thriller z elementami ekologicznej propagandy… W moim odczuciu otrzymujemy frapujący traktat o zagrożeniu, jakie bardzo często stwarzamy sami dla siebie.

Wydawnictwo Kojro, 2008

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz