Pages

2012-07-28

"Dziewczyna z portretu" David Ebershoff

Dwanaście lat temu David Ebershoff inspirowany prawdziwą historią, wydał swoją literacką fikcję, w której opisuje dzieje niezwykłego związku. Dziś poznaje ją polski czytelnik. Einar Wegener to pierwszy na świecie człowiek, który poddał się w 1930 roku operacji zmiany płci. Ebershoff ukazuje burzliwą historię związku Einara alias Lili Elbe z Gretą Waud (naprawdę Gerdą Gottlieb), która pozwoliła mężowi na to, by uwolnił w sobie kobietę, ujrzał świat jej oczami, stał się nią, a następnie odszedł – w sensie metaforycznym i dosłownym. „Dziewczyna z portretu” to przejmująca opowieść o miłości, która nie zna granic wytyczanych przez płciowość i wzruszająca historia poszukiwania wolności, jaką trudno odnaleźć w związku, najbliższym otoczeniu, w sobie samym.

Ebershoff koncentruje się w swojej powieści bardziej na Grecie. Chociaż w wyrazisty sposób ukazane są oba dramaty – męża odkrywającego w sobie kobietę i żony, która nie uratowała pierwszego męża, więc za wszelką cenę chce ratować drugiego – to jednak Greta Waud jest postacią centralną, wokół niej krąży narrator niewszystkowiedzący i to ona będzie w centrum zainteresowania czytelników. Dlaczego? Być może z tego powodu, że jej dramat, mniej spektakularny od dramatu Einara, mocniej chwyci za serce i jednocześnie zmusi do rozmyślań nad tym, jak wiele w życiu można poświęcić w imię miłości. Takiej, która nie zna granic, nie wymusza ustępstw na partnerze. Miłości bezwarunkowej, ale przecież dalekiej od ideału, bo wywołującej i zawiść, i zazdrość, i ogromny ból po stracie najbliższego człowieka, który staje się kimś zupełnie innym niż był.

Nim wyszła za Einara, Greta była odważną, wyemancypowaną i bezkompromisową kobietą, dla której wszystko było możliwe. Pochodząca z Kalifornii, tam też próbuje założyć rodzinę i znaleźć szczęście. To takie małżeństwo z rozsądku, ulotna miłość i wiele bólu jej towarzyszącego. Greta bowiem traci dziecko i męża Teddego, do którego już zdążyła się przyzwyczaić. Kalifornijskie słońce postanawia zamienić na duński chłód, bo to w Kopenhadze właśnie odnajduje prawdziwą wolność. Szybko znajdzie się u boku Wegenera, sławnego malarza – pejzażysty, który jest osobą zupełnie inną niż Greta. Niepewny, nieśmiały, nawet po latach wstydzący się przed żoną swej nagości. Greta jest szczęśliwa, bo może się przy nim rozwijać twórczo, ale pewnego dnia, proponując Einarowi przebranie się za kobietę (musi dokończyć portret, a modelka akurat wyśpiewuje arie w operze), odkrywa – wraz z nim – iż w ich związku pojawia się ktoś trzeci, Lili.

Wegener w przeciwieństwie do Grety jest malarzem skończonym, doskonałym. Ona wciąż dwoi się i troi przy sztaludze, by nadać swojej pracy znamion czegoś niepowtarzalnego. Odkrywając w mężu inną tożsamość, decyduje się na portretowanie Lili. Będzie to dla niej z jednej strony estetyczna przyjemność, z drugiej – źródło wielu negatywnych emocji. Oto bowiem zacznie się proces rozstawania się Grety z Einarem. Jego miejsce zajmie Lili. Tożsamość, którą Einar odkrywa bez większego zaskoczenia. W końcu już w młodości wraz z przyjacielem Hansem, śmiało - choć nieświadomie - przekraczał granicę własnej płciowości. Uśpiona w nim kobieta wychodzi z mroku i staje się postacią, która rzuci cień na związek Wenegera i Grety. Na początku bycie Lili jest grą. W ten sposób Einar może manipulować otoczeniem. „Aby zniknąć, musiał tylko włożyć koszulkę na ramiączkach z ząbkowanym obrębkiem. Aby uciec od społeczeństwa, musiał unieść łokcie i trzy razy owinąć wokół szyi sznur pereł”. Szybko okaże się, iż pragnienie bycia kobietą to nie tylko wynik awangardowych sesji malarskich i kilku dwuznacznych spotkań z innymi mężczyznami. Lili to byt samodzielny. Chce pożegnać się z Einarem i zacząć własne życie. Chce tym samym dać do zrozumienia Grecie, że muszą się kiedyś rozstać. Bez względu na to, jak Greta kocha i do czego jest w swej miłości zdolna…

Oboje szybko zdają sobie sprawę z tego, że Dania, w której chcieli odnaleźć wolność, jest dla nich zbyt spokojna. Postanawiają przenieść się do Paryża. Zmiana miejsca zamieszkania nie zmieni wagi problemu. Lili chce żyć samodzielnie. Einar tymczasem przeżywa emocjonalne katusze, bo trudno jest mu znieść, iż Lili nie jest prawdziwym bytem. Brat Grety zabiera go do kilku lekarzy. Pojawiają się nietrafne diagnozy – opętanie, homoseksualizm, schizofrenia. Dopiero małżonka Einara znajdzie sposób, by Lili naprawdę zaczęła istnieć. W tym momencie uświadomi sobie, że nie istnieje już jej związek z mężem. Akceptowała i rozumiała jego potrzeby w imię wielkiej miłości. Tymczasem sama zaczyna mieć wszystkiego dosyć, a to dopiero początek echa płciowej transformacji duńskiego artysty.

Ebershoff używa oszczędnych środków wyrazu, tworzy prozę pozornie statyczną i przewidywalną. Oczywiście wiemy, co stało się z Lili Elbe i możemy oczekiwać tragicznego finału. Tymczasem autor stara się ukazać zmiany i przeżycia w Grecie, które najpierw umożliwiły jej akceptację kobiecości męża, a potem zmusiły do tego, by szukała sensu życia gdzie indziej, bo drugie małżeństwo staje się fikcją. Cierpienie Grety jest trudne do wyrażenia, ale David Ebershoff staje na wysokości zadania i ukazuje dramat kobiety z różnych punktów widzenia. Jesteśmy blisko Grety, a daleko od Lili. Kiedy to się zmienia, reakcje i emocje Waud znamy już doskonale. Zagadką pozostaje sama Lili zrodzona z mężczyzny, w którego ciele dusiła się przez ponad trzydzieści lat. Rola niedopowiedzeń w „Dziewczynie z portretu” także jest bardzo istotna i też dzięki nim książka nabiera większej wartości.

Jak sportretować ból i smutek, kiedy obok nas jest coraz więcej pustki, gdy ukochana osoba chce odejść na własnych, niepojętych dla nas warunkach? Co czuje człowiek, który urodził się nie tym, kim być powinien? Czy prawdziwa miłość naprawdę idzie w parze z wolnością i jak wiele jej potrzeba, żeby odkryć prawdę o sobie? Fascynująca historia. W gruncie rzeczy prosta, a jednak tak wewnętrznie skomplikowana. Ebershoff odkrywa to, nad czym większość znających faktyczne losy Lili Elbe, nie zastanawia się tak często. Książka z potencjałem, który zapewne wykorzysta planowany film z Nicole Kidman w roli głównej.

tłum. Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Znak, 2012

3 komentarze:

  1. Nie istnieje coś takiego jak 'malarz skończony', z całym szacunkiem.
    W drodze twórczej liczy się dynamika rozwoju, zmiany, improwizacja czasem też. Ale to tak przy okazji.
    A to co chciałam napisać to że dodaję bloga do swojej linkowni :) Bardzo rzetelne recenzje! (mam nadzieję że nie uraziłam doborem określenia, bo artysta za 'rzetelne' by się jednak chyba obraził ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Einar na swojej drodze twórczej dochodzi do perfekcji. Nic już nie może być w jego malowaniu lepsze. Jako Lili nigdy nie dotknie pędzla. Stąd określenie "skończony", które tak Cię poruszyło.
    Dzięki za miłe słowa. Znam takich, co piszą o książkach dużo rzetelniej. Szkoda tylko, że nie lubią nas wysokonakładowe media, gdzie można by na takiej rzetelności po prostu coś dorobić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie piszesz:) Zabieram link do siebie:) Zafascynowałeś mnie tym opisem.

    OdpowiedzUsuń