Pages

2013-09-22

"Dziwki morderczynie" Roberto Bolaño

Wydawca: MUZA

Data wydania: 11 września 2013

Liczba stron: 216

Tłumacz: Tomasz Pindel

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Historie fatalne…

Odkrywanie na nowo Roberta Bolaño, mniej lub bardziej deliryczne peany pośmiertne, poznawanie przy nim prawdziwego świata literackiego i wielbienie wizyjności jego prozy – tak, to już chyba mamy za sobą. Postawiono mu pomniki dużo trwalsze niż ze spiżu i uznano za twórcę wybitnego, szczególnie skupiając się na „2666”, dziele faktycznie monumentalnym. A ja sobie pomyślałem, że napiszę o tym Bolaño bardziej bliższym życia, o twórcy zdradzającym swe sekrety w intymnej jak dla niego formie opowiadania; o Bolaño, który nie mógł nigdy pożegnać się z fatalizmem, fatalizmowi poświęcił wiele swych opowiadań i w mroku ukrył to, czego nie znajdzie się w jego wielkich powieściach.

Tak przynajmniej mi się wydaje, bo „Dziwki morderczynie” – świeżo wydany zbiór tekstów z 2001 roku – to impresyjna wędrówka po krajobrazie duszy poety, emigranta, wizjonera, mężczyzny definiowanego po chilijsku i osobno za każdym razem w swej męskości zagubionego. Jest w tym zbiorze czarny humor, jest dużo seksu, są traumatyczne wspomnienia oraz jest wiele tęsknot – tych lirycznych oraz bardzo bliskich prozie życia; życia, które oszukało, wydrwiło, nie dało wytchnienia i kazało wciąż wędrować, bez szansy na to, iż znajdzie się kres tej wędrówki. Można by rzec, że tak jak się Bolaño żyło, tak też pisało. Stąd też nie znajdziemy w tym zbiorze żadnej sensacji, którą prowokuje wybrany przez wydawcę tytuł jednego ze słabszych opowiadań tego zbioru. Znajdziemy przede wszystkim sentymentalną refleksję, dużo osobistych przemyśleń, sporą dozę gorzkiego cynizmu i przede wszystkim wszechobecne przekonanie, iż katastrofa, koniec, rozczarowanie mogą pojawić się już za chwilę…

Te krótkie teksty rozliczeniowe mogą sprawiać trudność w lekturze. Nie można nastawić się na zwyczajnie toczącą się akcję; zasygnalizowane zdarzenia są jedynie punktem wyjścia do rozmyślań. A te już nie trzymają się żadnych ram i wywołują uczucie, że oto autor zwiódł nas na manowce i nie opowiada o tym, co przewidzieliśmy. Opowieści Bolaño to historie z mroku; osadzone w świecie rzeczywistym, ale koncentrujące się przede wszystkim wokół ulotnych przeżyć. To są intymne zapisy wciąż przeżywanych rozczarowań, bo w gruncie rzeczy przygnębiający to zbiór i w żaden sposób niedający się jednoznacznie sklasyfikować, albowiem nie ma żadnego wspólnego mianownika dla tych trzynastu tekstów.

Elementy pornograficzne dodają zbiorowi nie tyle pikanterii, co przede wszystkim innego, głębszego wymiaru. Paradoksalnie dzięki witalizmowi, prostocie ludzkiej fizjologii i pożądaniu, ukazywanemu na wiele różnych sposobów. Wielcy gwiazdorzy filmów porno marnie kończą ze swymi wielkimi penisami. Łase na każdą sumę prostytutki oddają się spustoszone, bo przecież tkwią w marazmie handlu ciałem, które nic nie znaczy. Bliskość fizyczną znaleźć można także przy trupie, czemu przyglądamy się nie tyle z niesmakiem, co przede wszystkim poznając smutek, jaki towarzyszy zbliżeniu z martwym. Historie ociekające seksem to nie tylko pornografia dla prostego celu. To także narzędzie estetycznego wyrazu; ukazujące silniej niż cokolwiek innego degradację, rozpacz, dezintegrację i ból podszyty wstydem. Ale nie one, naprawdę nie one są najważniejsze.

Zwracają uwagę silnie nasycone gorzkością i zwątpieniem teksty autobiograficzne, w których ukazane są różne oblicza końca – ostatnie wspólne wakacje z ojcem, ostatnie spotkania, ostatnie rozmowy czy ostatnie lektury tego, co próbuje odznaczyć się w życiu na nowo. Te opowiadania to takie historie sekretne, których teorię poznajemy w jednym ze smutniejszych opowiadań – w „Dentyście”. Takie historie rodzą się w samotności i nigdy do końca się nie opowiadają. Intymność idzie w parze z niedopowiedzeniami, ale tak naprawdę nie o samo opowiedzenie historii chodzi. Liczy się bardziej opis przeżyć wewnętrznych, co związane wciąż z historią, opowiadają ją w sposób wyjątkowy i nie odzierają z tego, co bardzo osobiste.

I ten fatalizm nieszczęsny, który wciąż powraca i stale domaga się skupienia na nim uwagi. To niemoc przerwania nici fatalnego losu, jakiej doświadcza pewien fotograf – homoseksualista w mrocznych indyjskich zaułkach. To także fatalne, skażone nicością miasto w północnym Meksyku, gdzie niemoc, bylejakość i tymczasowość idą w parze z warsztatami literackimi, na których nie dzieje się nic. To fatalizm przekonania, iż nie można uciec od samobójstwa, mniej lub bardziej spektakularnej samozagłady. To w tekście „Dni roku 1978”, ale podobna teza ukryta jest gdzieś między słowami także w innych opowiadaniach. To w końcu fatalny los uchodźcy i kraju, z którego wyjechał, by się ocalić… przede wszystkim duchowo. Przygnębiający obraz życia, które jako splot takich, a nie innych okoliczności przynosi rozczarowania jest równie wyraźnie nakreślony, co potrzeba świadomego uczestniczenia w kulturze, dzięki której można ocaleć. Estetycznie i w każdym innym możliwym sensie. Tak traktowane „Dziwki morderczynie” są zbiorem tekstów o tożsamości literackiej i przywiązaniu do wzorów, dzięki którym szło się własną drogą twórczą. Mimo fatalizmu i mimo przejmującej samotności, z którą często nie sposób było walczyć.

Bolaño penetruje różne miejsca. Wszędzie jednak jest sobą, tym osobnym, wciąż zadającym pytania i wciąż wielu spraw niepewnym. Doskonałą metaforą drogi życia może być opowiadanie „Włóczęga po Francji i Belgii”, gdzie odczujemy tę trudną do zdefiniowania nostalgię za czasem minionym, jaki nie chce się odnaleźć i lęk przed czasem, w jakim wspomnienia toczą walkę z intelektem, przeczytanymi lekturami, przeanalizowanymi sposobami wyrazu siebie. Najmocniej, najdramatyczniej chyba brzmi Bolaño w „Karnecie balowym”, takim opowiadaniu punktowanym. Punkty są bolesne. Jest ich wiele. Gdzieś tam skryta książka Nerudy, doświadczenie więzienne, socjalizm chilijski, duch Hitlera i śmierć obok emigracji oraz marzenia o prawdziwym domu w Chile.

Ścieżek interpretacyjnych tego zbioru jest bardzo wiele. Nie jest łatwo zaakceptować stylu Bolaño, a potem poddać mu się. To takie krajobrazy duszy, która raz chce się odkryć, innym razem drwią z odkrywającego, czyniąc się jeszcze większą zagadką. Bo w gruncie rzeczy pisanie chilijskiego prozaika, to krótkie, osobiste i zamykające myśl na ledwie kilkunastu stronach, jest pisaniem takim do wewnątrz, symbolicznie zawikłanym i niezdolnym do tego, by pozwolić się podejść. „Dziwki morderczynie” w gruncie rzeczy więcej wikłają niż wyjaśniają. Są jednocześnie zbiorem opowiadań dla czytelnika wymagającego i świadomego, że podąża smutną drogą wizji,  w których dominują pytania, zdecydowanie nie odpowiedzi…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz