Pages

2016-04-15

"Głód" Martín Caparrós

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 31 marca 2016

Liczba stron: 714

Tłumacz: Marta Szafrańska-Brandt

Oprawa: twarda

Cena det.: 69,90 zł

Tytuł recenzji: Księga wstydu

Martín Caparrós napisał książkę, której w dużej mierze się wstydzi. „Głód” to świadectwo jego dziennikarskiej porażki i porażki ludzkości. Jest opowieścią o tym, jak zagarnęliśmy dla siebie planetę i jak nie potrafimy sobie poradzić z tym zagarnięciem. Co pięć sekund umiera z głodu dziecko poniżej dziesiątego roku życia. Ponad miliard ludzi żyje w ubóstwie. Jednocześnie w innym miejscu globu wyrzuca się znaczny procent produkowanej żywności. Otyli Amerykanie są takimi samymi ofiarami nierówności jak afrykańskie czy indyjskie dzieci karmione jednym rodzajem pokarmu i umierające na oczach bezradnych rodziców. Caparrós chce wstrząsnąć opinią publiczną i udaje mu się to doskonale. Potrafi być bezwzględny, ironiczny, dociekliwy i bezkompromisowy. „Głód” to reportaż, esej i znakomita rozprawa socjologiczna. Książka mająca uwierać i świadectwo tego, jak naprawdę wygląda XXI wiek. Argentyński pisarz określa głód na wiele możliwych sposobów. Pokazuje nie tylko to, ile form ubóstwa w sobie skupia. Definiuje głód w sensie egzystencjalnym, prawie że ontologicznym. Udowadnia, że ma się on dobrze w wyniku kolosalnych nierówności, a nie z powodu braku żywności na terenach, gdzie żyją albo usiłują żyć głodujący. Caparrós sygnalizuje, że głód to największy problem dzisiejszego świata. Niemedialna katastrofa rozłożona w czasie. Ocenia wszystkich nas surowo. Bo wszyscy doskonale wiemy o tym, że to głód pożera najwięcej ofiar i że codziennie, w każdym tygodniu i miesiącu mamy kolejny holokaust tych, dla których nie ma już żadnych szans. Ta publikacja ma wstrząsnąć i zmęczyć. Męczy z pewnością, albowiem – i to jej wada – zbyt często powtarza te same tezy, ilustrując je wciąż takimi samymi historiami. W tym znaczeniu jest to książka nieco za długa. Wdzierająca się jednak do świadomości śmiało i boleśnie.

Pomysł na nią rodzi się w Nigrze, a finalizuje w Hiszpanii. Obrazując niedostatek pożywienia i niemożność zrealizowania podstawowego ludzkiego prawa, jakim jest prawo do zaspokojenia głodu, Caparrós wędruje po świecie, pokazując chore wręcz łańcuchy zależności, o których nie mamy pojęcia. Co zrobiliśmy ze światem, w którym syci z równą determinacją forsują sklepy z wyprzedażami, co biedni Argentyńczycy wysypiska śmieci? Dlaczego nie jest nam wstyd, gdy problem głodu tak doskonale jest tuszowany, tak perfekcyjnie odrzucany przez świadomość ludzkości i tak prymitywnie oddalany w czasie, bo przecież zawsze jest jakieś jutro, w którym można zająć się głodem, gdy dziś do rozwiązania jest problem pilniejszy? Martín Caparrós stara się wywołać nasz wstyd i niesmak. Na równi z różnego rodzaju współczuciem. Ukazuje głód w szeregu różnych kontekstów. Niby jest tym samym, a jednak inne jest jego podłoże w Nigrze, na Madagaskarze, w Bangladeszu czy… tak, w Stanach Zjednoczonych.

Autor oddaje głos tym wszystkim biernym i samotnym, którzy o swoim głodzie nie umieją opowiedzieć. W tej książce człowiek głodny nie jest zły, nie krzyczy. Rozmówcy Martína Caparrósa pokornie znoszą swoje nieszczęście. Ich świadomość ograniczona jest jedynie do tej chwili, w której będą w stanie choć częściowo zaspokoić głód. Głodni tego świata są bierni i milczą. Niebywałe, ale tak właśnie jest. Idea boga pomaga trzymać nieszczęśników w ryzach. Są głodni, bo taka jest siła wyższa. Nie mają pojęcia, że są głodni w świecie, który gdzie indziej marnuje tony żywności. W świecie, w którym istnieją miejsca, gdzie umiera się z przejedzenia. Dla tych, z którymi rozmawia Caparrós, absolutna pełnia szczęścia to zdobycie pożywienia. Tego pożywienia, którego nasza planeta ma w swych zasobach dosyć – nawet dla tylu miliardów wciąż rozmnażających się ludzi. „Głód” to książka o tym, jak fatalnie jest się urodzić w danym miejscu i czasie, oraz o tym, jak dobrze, cholernie dobrze jest sporej części ludzkości, która nie potrafi tego docenić i nie jest w stanie ogarnąć ogromu bezradności głodujących.

Ta książka rozpina dość przerażający pomost między czynnościami, które w rozpaczliwy sposób próbują tuszować głód, a zdobyczami cywilizacyjnymi wraz z coraz to nowymi sposobami magazynowania żywności. Gdzie w drodze postępu utknęli wszyscy głodujący? Dlaczego znajdują się w takim, a nie innym miejscu? Na tak bardzo przegranej pozycji? Martín Caparrós usiłuje znaleźć odpowiedzi na te wszystkie trudne pytania, które przestały zajmować ludzi odpowiedzialnych za istniejący stan rzeczy. Za potwornie wielkie nierówności i powiększające się przepaście między sytym światem a jego wstydliwą, głodną stroną.

Bo przecież głód nie jest pojęciem związanym z biednymi krajami afrykańskimi. Głodu wielokrotnie doświadczyła także Europa. Głód wkrada się do wielkich miast – nie tylko do tych wszystkich molochów kumulujących w sobie dzielnice biedy, ale także do aglomeracji rozwiniętego świata. Jak to możliwe, że część globu rozwinęła się w tak niezwykły sposób, a inna część utknęła w miejscu, w którym niemożliwa jest jakakolwiek zmiana, bo zbyt wiele czynników wpływa na ten koszmarny bezruch? Caparrós bardzo wyraźnie pokazuje, iż nie ma w świecie skutecznych struktur wykluczających głód, oraz coś, co jest dużo gorsze – bezruch i niemoc świata, który nie szuka naprawdę realnych rozwiązań problemu głodu wynikającego z coraz większych nierówności. „Głód” to opowieść o tym, do czego mogą prowadzić gry cenami żywności, a także o tym, jak kumuluje się bogactwo na marnym fundamencie biedy oraz jaki związek z tym wszystkim mają organizacje rzekomo walczące z ubóstwem, niedożywieniem, fatalnymi warunkami życia i pracy.

Myślę, że jest to książka jednego czytelnego przesłania i wielu różnych odczytań. Każdy wydobędzie z niej coś innego i za każdym razem będzie to pewna wstydliwa prawda. Martín Caparrós ostrzega także przed tym, iż naprawdę nie jesteśmy świadomi konsekwencji kierunków, w jakich podąża głodny świat. „Głód” powstał ze złości i bezsilności, ale jest też dowodem reporterskiego sznytu i uważności w obserwowaniu różnych oblicz świata. Zabiera nas w mroczną podróż po tych jego częściach, które usuwamy ze swojej świadomości i nie chcemy do nich zaglądać. Caparrós napisał rzecz będącą okrutnym i żenującym świadectwem tego, dokąd zaszliśmy w walce o nasze istnienie i jak bardzo niesolidarni jesteśmy w jego przeżywaniu. To nie definicje głodu, lecz definicje nierówności są w tej książce najważniejsze.

1 komentarz:

  1. Mimo, że książka jest bardzo dobrze napisana – czyta się ją ciężko. Bo trzeba dać sobie czas na strawienie tej niewygodnej wiedzy.
    Trawię więc te słowa, a one zalegają mi na duszy. Wywołują odrzut (niemal torsje), po którym następuje kolejny napad wilczego apetytu na więcej. Aż do przesycenia.
    Wracam. Ciągle wracam i zasiadam na nowo do tej uczty językowej i pożywki dla umysłu.
    I pozwalam, by przy okazji zżerały mnie wyrzuty sumienia.
    Ale to bardzo ważna książka – najważniejsza, jaką czytałam ostatnio. Z całą odpowiedzialnością dałam się autorowi „zmanipulować” - jego bardzo zgrabnie i mocno skontruowanemu przekazowi retorycznemu. Nie sądziłam, że 700 stron tekstu może wywołać tyle emocji i potrzymać je przez całą lekturę. Dlatego napisałam o niej wpis w ramach NOTATEK O PISANIU: http://autentycznycopywriting.pl/co-z-tym-swiatem/

    OdpowiedzUsuń