Pages

2007-10-27

"Sprzysiężenie osłów" John K. Toole


Sporo książek umyka naszej uwadze, dlatego niektóre ich wznowienia są potrzebne i wartościowe. Świat Książki postanowił po raz kolejny ożywić w świadomości czytelników bohatera, o jakim z pewnością szybko po lekturze Johna Kennedy’ego Toole’a się nie zapomni. Ignacy J. Reilly, gargantuiczny jegomość w myśliwskiej czapce i o zaczepnym spojrzeniu jest głównym bohaterem demaskującej amerykańskie mity i szydzącej z ustalonych norm społecznych powieści „Sprzysiężenie głupców” (w nowym wydaniu tytuł brzmi „Sprzysiężenie osłów”). Wokół niego znajdzie się cała galeria dziwacznych postaci, a zachowaniom ich wszystkich przyglądać się będzie milcząco Nowy Orlean, bo to miasto także jest bohaterem tej książki.

Nikt by nie pomyślał, że od zwyczajnej próby wylegitymowania Ignacego przez policjanta dojdziemy do skandalu obyczajowo – społecznego opisanego na pierwszych stronach gazet. Po drodze czytać będziemy o mniej lub bardziej nadzwyczajnych okolicznościach powodujących, iż Ignacy pogrążać się będzie w coraz większych tarapatach. Konstrukcja fabularna misterna, ale jednocześnie lekko drażniąca nagromadzonymi w niej absurdami.

Najpierw jednak słów parę o samym Ignacym. Ignacy toczy wojnę z całym otaczającym go światem. Zapisując kartki dziennika, atakuje system społeczny i jego układy, bezrozumnych mieszkańców Nowego Orleanu, autobusy tranzytowe Greyhound (jedyna wyprawa Ignacego poza Nowy Orlean okazała się dla niego wielką traumą), ale nade wszystko tych, którzy w bezpośrednim z nim kontakcie kwestionują jego racje oraz podważają intelektualizm i nie pojmują głębi cytowanego przezeń często Boecjusza. Wszystko to odbywa się pomiędzy kolejnymi beknięciami i próbami ulżenia jelitom oraz dbaniem o dobro swej zastawki sercowej. Bo nasz Ignacy to niechlujny grubas, który żyje na koszt własnej matki, pielęgnując nienawiść do byłej dziewczyny – jedynej, jaką do tej pory miał. Jego zawiłe quasi – filozoficzne wywody czynione na piśmie i w rozmowach z innymi, nie dorastającymi mu do pięt ludźmi czynią zeń postać groteskową i niepoważną. Przyjaciół ani znajomych nasz bohater nie posiada, gdyż jak sam wyznaje: „(…) mam zwyczaj przestawać albo z równymi sobie, albo z nikim, a ponieważ nie mam równych sobie, więc z nikim nie przestaję”. I chociaż Ignacy to karykatura amerykańskiego inteligenta, człowiek ten w sposób błyskotliwy i celny demaskuje absurdy codziennego życia, sam jednocześnie będąc absurdalnym do bólu.

Kim są głupcy, którzy sprzysięgli się przeciwko Ignacemu? To jego pracodawcy, irytujący pan Levy wraz z neurotyczną żoną oraz Clyde, właściciel wózka z hot – dogami, które nieszczęsny Ignacy próbuje sprzedawać na ulicach Nowego Orleanu po tym, jak zostaje wydalony z firmy „Levi-Portki”. To także policjant Mancuso i człowiek, który podrywa matkę Ignacego, jednocześnie żądając od niej odszkodowania, które Ignacy musi spłacić, pracując. Na kartach powieści Toole’a pojawi się także grupa homoseksualistów i gotowe na wszystko lesbijki, które niczym złośliwe harpie torturują mężczyzn. Będziemy także odkrywać zagadkę pornograficznych zdjęć właścicielki podupadającej spelunki. W końcu nawet sama matka odwróci się od Ignacego i będzie chciała odciąć od siebie i swojego portfela leniwego syna brudasa.

Ta książka atakuje i demaskuje. Ukazuje absurdy amerykańskiego systemu socjalnego lat 60. (utrzymywana na siłę w pracy, zasypiająca przy biurku staruszka Trixie, której pracodawcy nie chcą przyznać emerytury), ale i stawia pod pręgierzem zjawisko rasizmu (pracujący za grosze Jones jest nieustannie szykanowany, choć tak naprawdę to jedna z barwniejszych postaci tej opowieści). Trudno tylko jednoznacznie określić, czy jest to inteligentna parodia, czy może chwilami pozbawiona dobrego smaku komedia gagów sytuacyjnych, których irracjonalność często męczy i denerwuje. Bo książkę tę zaczyna się czytać z niesmakiem. Potem pojawia się na twarzy uśmiech. Następnie widzimy, jak autor buduje spójną i logiczną oś konstrukcyjną utworu. Na koniec zaś zostajemy z pewną wątpliwością: czy tak ostra satyra nie przejaskrawiła samej siebie do tego stopnia, że przestała być przekonująca? Zachęcam do lektury i próby odpowiedzi na to pytanie.

Zastanowić się też trzeba podczas czytania tej powieści, czy ukazywanie świata w karykaturalnym zwierciadle i przedstawianie go przez pryzmat myśli i doznań budzącego śmieszność bohatera jest dobrym sposobem na zwrócenie uwagi, nie staje się przypadkiem budowaniem śmiesznego wizerunku świata dla samej jego śmieszności. Bo trudno jednoznacznie określić intencje, jakimi kierował się autor, kreując świat przedstawiony w swojej książce. Chwilami niewybredny humor i groteskowe konstruowanie sytuacji i dialogów mogą się wydawać męczące. Niemniej jednak jest to powieść, która daje dość bolesnego kopniaka Ameryce i Amerykanom. Nagroda Pulitzera przyznana „Sprzysiężeniu głupców” świadczy natomiast o tym, że potrafią oni śmiać się z samych siebie.

2 komentarze:

  1. > „Sprzysiężenie głupców” (w nowym wydaniu tytuł brzmi „Sprzysiężenie osłów”)

    nowym-starym; gdy czytałem książkę po raz pierwszy, gdzieś tak początek lat 90, nosiła tytuł właśnie „Sprzysiężenie osłów”. Kolejne wydanie miało zmieniony tytuł na „głupców”, zdaje się że było to również inne tłumaczenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam. Twój powyższy wpis cytowałem na mojej stronie: listy lektur męskich. Zapraszam.
    http://www.75ksiazekdlafaceta.cba.pl

    OdpowiedzUsuń