Pages

2020-10-20

„Na pół” Jasmin B. Frelih

 

Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 21 października 2020

Liczba stron: 512

Przekład: Marlena Gruda

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: W kakofonii

Jasmin B. Frelih odważnie wpisuje się w nurt apokaliptycznej literatury przenoszącej nas w przyszłość. W tej powieści nawet nie futurologia jest najważniejsza. „Na pół” świadomie i przewrotnie prowokuje językiem. Ta narracja musiała być niewątpliwym wyzwaniem dla tłumaczki i będzie nim dla czytelnika, bo opowiadając o świecie Wielkiej Kakofonii jako następstwie szumu informacyjnego technologii komunikacyjnej minionego stulecia, dopasowuje sposób opowiadania o tym świecie do jego charakteru. Frelih będzie zatem momentami świadomie grafomański, chwilami absurdalnie barokowy w swych groteskowych opisach, ale z równą dezynwolturą przejdzie w rejestr zasadniczych zdań pojedynczych, pozbawionego znaków interpunkcyjnych strumienia świadomości czy też najciekawszych tu chyba surrealistycznych opisów, także relacji międzyludzkich. Zmienny puls tej książki nie pozwala zbliżyć się do niej od razu. Kiedy jednak przyswoimy ogólny zarys trzech pozornie odmiennych historii tworzących tę powieść, znajdziemy się w przestrzeni, w której język – przez swoje pozorne szaleństwo i narzucane jednocześnie ograniczenia – będzie opowiadał świat przemocy, opresji, emocjonalnych tęsknot za spokojem i dezintegracji osobowości, która w nieodległej przyszłości usiłuje ponownie nadać sobie znaczenie. Jest to wszystko wyborne i pasjonujące – zwłaszcza że po jakimś czasie trójdzielna kompozycja książki zaczyna składać się w całość. Jeszcze bardziej przerażającą niż historie trójki ludzi w różnych częściach świata.

Evan jest reżyserem rezydującym w japońskim mieście. Swoje chwilowe szczęścia i uniesienia uzależnia od środków, których zdobywanie staje się jego priorytetem. Evan to „depresyjna łupina”, człowiek uświadamiający sobie pustkę, w której nie ma już nikogo bliskiego. Pozostaje forma artystycznego wyrazu niekoniecznie zgodna z zamysłem twórcy spektaklu, za którego reżyserowanie Evan bierze się z konieczności wzięcia udziału w czymś nadającym sens jego ponurej egzystencji. Dużo więcej witalizmu ma w sobie Zoia, awangardowa poetka, wyklęta w Europie, świętująca triumfy w amerykańskiej metropolii. Zoia otacza się ludźmi, którzy tak jak ona poszukują wewnętrznej wolności. A jednak utknęli w świecie sterowanym i symulowanym odgórnie. Tkwią w systemie deprawującym indywidualizm. W świecie, w którym uniform narzuca sposób myślenia i kategoryzowania. W miejscu, gdzie ktoś chce sprzedać uniform naprawdę nadający człowieczeństwo. Ale też w miejscu, w którym życie tętni mimo wszystko w sposób toksyczny. Inny rytm życia narzuca słoweński adres, a tu poznajemy Krasa, pięćdziesięcioletniego ministra wojny otoczonego rodziną. Frelih bardzo się stara, by ta rodzina była nietuzinkowa, a pośród jej ekscentrycznych członków wciąż unosi się atmosfera jakiegoś fatalizmu i zagrożenia.

Tę trójkę słoweński pisarz opowiada przy użyciu bardzo wielu technik narracyjnych. Celowo tworząc kakofonię narracyjną, wprowadza nas w świat, który widzimy panoramicznie, a jednak niewystarczająco. To wyzwanie dla wyobraźni. Zaglądamy do życiorysów ludzi, którzy pozornie nie mają znaczenia dla opisywanych wydarzeń. Jesteśmy tylko przez chwilę skonfrontowani z dramatami, po których nie pozostaje później żaden ślad. Obserwujemy większą zbiorowość, dołączamy do surrealistycznych czasem wydarzeń, ale stale mamy poczucie wyobcowania. Tak jak bohaterowie, którzy szukają zasadniczego sensu swojego istnienia i mierzą się ze strachem. W tej walce o egzystencjalną wolność ich orężem może być przebiegłość (Kras), niefrasobliwość (Evan) i nagość własnego ciała (Zoia). Ale wszystkie te trzy historie łączy motyw stosunku jednostki do opresyjnego systemu. I tu należy wrócić do kwestii przemocy, cały czas obecnej w tej książce – na różnych poziomach interpretacji.

Połączmy choćby seksualność z działaniami przemocowymi. Intymne zbliżenie staje się u Freliha przestrzenią bezpardonowej walki. Zdobywanie ciała drugiego człowieka (zresztą nie tylko człowieka) staje się czymś na kształt ruszania na łowy. To zdobywanie drapieżne, zachłanne. W innych, coraz bardziej publicznych rewirach systemowa przemoc doświadczana jest w tak zapamiętywany sposób, że bohaterowie stają się już zaprogramowani, by nie tyle bać się, ile przede wszystkim czujnie rozglądać wokół. Porządek świata gwarantuje przetrwanie ludziom bez przekonań. Bezpiecznie jest nie rozpoznawać wzajemnie swoich potrzeb i skoncentrować się na zaspokajaniu własnych. Ale przecież do tego doprowadza Wielka Kakofonia – nie jesteśmy już dla siebie podmiotami, które wyrażają komunikaty zrozumiałe dla innych. Miejsce odbiorców i nadawców zajął porządkujący myśli i działania reżim. Przemoc staje się codziennością. W przemoc się wrasta. A unikając jej, można wieść życie gdzieś na marginesie. Półżycie. W półsłowach i półemocjach.

Ale Jasmin B. Frelih fantazjuje także o radykalizacji działań oraz postaw. Czy w tej mrocznej przyszłości bunt ma być tylko reakcją obronną wobec zniewolenia? „Na pół” jest też książką o tym, w jaki sposób buntują się artyści. O tym, jak bywają w tym bezradni, ale także o tym, jaką formą odskoczni jest uprawiana przez nich sztuka. Tymczasem słowa prawdziwej sztuki się kończą. Prawdziwi intelektualiści są już wiekowymi starcami (Slavoj Žižek obok Zoi). Frelih ustami swoich bohaterów pyta o to, czym są w przyszłości moralność, tożsamość, czym są etyka i polityka międzynarodowa. To też historia tego, czym może stać się społeczeństwo, jeśli ludzie przestaną rozumieć komunikaty kierowane do siebie. Przestaną im wierzyć albo nie zobaczą w nich treści. To wszystko staje się bardzo groźne i wyjątkowo mroczne. Futurystyczne obrazy – przede wszystkim z historii Evana – obrazują świat całkowitych przewartościowań. Czas chaosu potęgowany przez dyktaturę. Czas naprawdę nieodległy, w którym człowiek urodzony w dniu ataku terrorystycznego na World Trade Center ma zaledwie trzydzieści pięć lat.

„Na pół” to także opowieść o tym, czym jest dom. Jeden z bohaterów twierdzi, że ma go każdy. Tymczasem widzimy poszukiwania przestrzeni realnej i symbolicznej, którą można byłoby nazwać właśnie domem. To, co najbardziej go przypomina w opowieści o rodzinie Krasa, staje się pułapką i miejscem niedomówień. Evan stoi na rozdrożu – opuścił jakieś bezpieczne miejsce i szuka kolejnego. Zoia tylko pozornie jest we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Świat opowiedziany przez historię tej trójki jest miejscem, które już za życia ludzie mogliby nazwać opresyjnym piekłem. W tym wszystkim pewna zuchwałość i nietuzinkowość opowiadania, jak różne są to przestrzenie i jak niejednorodnie rozwinęła się rzeczywistość, w której wszędzie istnieje deficyt człowieczeństwa. Fantazja Freliha – jakkolwiek skomplikowana formalnie – pozostawia niezatarty ślad i dręczy. Myślę, że to jedna z ciekawszych europejskich fantazji o świecie, o jakim większość z nas woli nie myśleć, bo boi się choćby ułamka tego, co sportretował słoweński pisarz. Bardzo oryginalna książka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz