Pages

2026-03-16

„Pokój Vilhelma” Tove Ditlevsen

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 4 marca 2026

Liczba stron: 184

Przekład: Iwona Zimnicka

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 44,90

Tak się składa, że przeczytałem dwie powieści Tove Ditlevsen. Tę pierwszą, pięć lat temu, o wchodzeniu w życie z brzemieniem egzystencjalnej samotności i wyobcowania. Tę drugą, teraz omawianą, ze świadomością, że pisarka wraca do tego, co ciążyło jej już od początku drogi życiowej: poczucia, że z różnych powodów nie może podejmować odpowiednich dla siebie decyzji i że jest wykluczona z życia mimo nawiązywania nowych relacji, a przede wszystkim – mimo wejścia w związek (który okazał się toksyczny i destrukcyjny). „Ulicę dzieciństwa” wydano w małej oficynie i przez to publikacja przeszła bez większego echa; obdarzona autobiograficznymi cechami autorki postać miała na imię Ester. W „Pokoju Vilhelma” jest to Lise. W tamtej książce dorastająca dziewczyna przekonywała się, że determinujące ją robotnicze pochodzenie uchyla jedynie drzwi do życia w spełnieniu i w zgodzie ze sobą. „Pokój Vilhelma” to jakby epitafium – historia o tym, że autorce udało się przejść przez te uchylone drzwi, ale mimo tego, co realnie w życiu osiągnęła i jak dużą niezależność zdobyła, wciąż pozostawała uwięziona w sobie. Jej ostatnia książka to świadectwo różnego rodzaju bierności, podległości i poczucia, że oto zbliża się moment, w którym można wybrać godnie. A godnie jest odejść. Nie tylko od męża, który tyranizował ją na wiele wyrafinowanych sposobów. Ta książka w każdym kolejnym rozdziale zapowiada to, co się zdarzyło niedługo po jej napisaniu. Ditlevsen wybrała. Nie rozsądne życie, które jej zdaniem wybierają ludzie będący dla niej zagadką, lecz śmierć – bo głównie autodestrukcja towarzyszyła jej przez wszystkie te lata, kiedy rzekomo uciekała od traum młodości i się rozwijała. Albo próbowała uciec, bo w „Pokoju Vilhelma” poza mężem pojawia się też wspomnienie kostycznej matki, w której dojrzała już Else nigdy nie miała wsparcia.

Ten pokój już nie istnieje” – tak zaczyna się książka, w której dzieje się coś zupełnie innego. Mimo fizycznej destrukcji pomieszczenie symbolizujące charakter życiowego partnera wysysającego z małżonki życie nabiera nowych kształtów i jest punktem wyjścia specyficznej narracji. Podobnie jak w „Ulicy dzieciństwa” duńska pisarka stawia na panoramiczność. Umieszcza siebie ze swoimi dylematami i problemami pośród innych osób. Tu pojawiają się specyficzne postacie, które pomagają albo utrudniają przyjęcie do świadomości tego, że jej rola w związku z tym konkretnym mężczyzną – narcystycznym i histerycznym, stosującym każdy rodzaj przemocy wobec żony – miała jakiś cel. Relacja ta, w której kobieta się dusiła, nie tylko spotęgowała cierpienie wewnętrzne. Przyniosła także fascynacje – wyborami męża, który przebiera w kochankach, a Lise gotowa jest zbliżać się do tych kobiet, licząc może na to, że w relacjach z nimi zrozumie, co sama robiła niewłaściwie, by zaspokoić potrzeby męża. Te i inne zachowania nadają postaci enigmatyczności. A raczej dają możliwość ujrzenia jej jako specyficznej istoty – kobiety rozpaczliwie usiłującej wydostać się z marginesu życia, na który została wypchnięta.

Poza panoramicznością, która dodaje tej historii wiarygodności, mamy tutaj ciekawe wolty narracyjne. Nie mam na myśli tylko tego, że Tove Ditlevsen w konkretnych momentach przechodzi do intymnej narracji pierwszoosobowej, by oddalić się potem od sedna prezentowanych problemów egzystencjalnych Lise. „Pokój Vilhelma” jest opowieścią przełamaną na pół. Najpierw wnioski wyciąga się z kontekstów i charakterów ludzi z otoczenia Else. Potem to otoczenie jakby się zawęża, jesteśmy blisko, coraz bliżej samotności i cierpienia kobiety, która rozpaczliwie próbuje jeszcze przez chwilę wierzyć w to, że dane są jej jakieś szanse. Że to życie, w którym pojawi się jakakolwiek forma spełnienia czy radości, jeszcze może mieć miejsce. Z wielu powodów nie może. Początkiem osuwania się w mrok i oddalania od rzeczywistości nie jest związek z mężczyzną, który przyniósł tyle cierpienia, że później staje się czasem koncentrującym w sobie kolejne wydobywające się z bohaterki emocje. To proza egzemplifikująca bardzo specyficzną wrażliwość w zakresie intelektualnym i emocjonalnym. Niebywałe jest, ile asocjacji pojawi się w tak krótkim tekście opowiadającym w zasadzie całe życie przez pryzmat złego wyboru człowieka, z którym chciało się spędzić życie. „Pokój Vilhelma” to także połączenie brutalności prozy realistycznej z esejem i poetyckim odzwierciedlaniem wnętrza, w którym jest już coraz ciemniej – emocje przytłaczają, wspomnienia uwierają coraz mocniej, ludzie z bliższego i dalszego otoczenia jedynie przypominają w różny sposób, że życie Else to klęska. Ale widmem i odniesieniem do tego najgorszego jest oczywiście ten, który nie zamieszkuje już pokoju, w którym po rozstaniu mentalnie zamieszkała straumatyzowana po związku kobieta, której wartość podważana i kwestionowana była przez cały czas. Zwłaszcza ten segment jej życia, który był odważną i intrygującą drogą do stawiania się artystką. Tu artyzm widać w słowach i zdaniach, które symbolicznie płaczą. A Else może tylko powstrzymać szloch i opowiadać. Tyle, ile gotowa jest opowiedzieć tuż przed tym, gdy pożegna się z tym wszystkim, co jest nie do zniesienia.

Tak łatwo się z tego nie wywiniesz” – to słowa męża, które Elsa słyszy w odpowiedzi na zadane wprost pytanie, czy chce rozwodu. Owszem, Else nie wywinie się z tej przerażającej relacji nigdy. Będzie niczym ofiara, która myśli o sobie jak o kacie. Jakby Vilhelm był szklaną figurką, którą przez przypadek upuściła na podłogę i rozbiła. Ale to on rozbija ją. Sukcesywnie, fragment po fragmencie, deprecjonuje ją w roli kobiety, żony, kochanki, artystki, ale przede wszystkim życiowej partnerki. Nieudolnej. Niepotrafiącej załatwić prozaicznych spraw, zająć się rachunkami czy tak zwanym prowadzeniem domu. Cierpienie Else jest sumą doświadczeń wytrącania z ról, które osiągała w sposób znacznie bardziej skomplikowany niż inni. To książka o deprecjonowaniu osobowości twórczej, która z tego deprecjonowania czyni fantazję literacką i pisze powieść przenikającą odbiorcę na wskroś. Jest prezentowaniem tej bolesnej równi pochyłej, na której Else próbuje przez chwilę znaleźć równowagę, ale nie ma ku temu możliwości. Jest zniszczona i zdegradowana. Obrazowanie w „Pokoju Vilhelma” staje się tym bardziej sugestywne, im mniej jest Else w niej samej. Ostatecznie jest to gorzki rozrachunek z samą sobą. A postać – widmo męża, który nigdy nie odszedł, tak jak nigdy nie przestał istnieć jego pokój – staje się punktem wyjścia opowieści o obrzydliwości męskiej dominacji nad kobietą i feministycznej próbie sprzeciwu, zatrzymaniu tego procesu zawłaszczania oraz destrukcji.

Ale Ditlevsen wciąż o autodestrukcji pisze. Od wskazania utraty elementarnych radości bycia w związku po kształtowanie go sobie na specyficznych zasadach w głowie, w której nie mieści się to, że można otrzymać tyle informacji zwrotnych o swej bezużyteczności. Jako znakomita twórczyni potrafi o bólu i odtrąceniu opowiedzieć za pomocą wielu środków wyrazu. Jako kobieta, której cieniem jest przemocowy mężczyzna, Else potrafi już tylko orbitować wokół mrocznych wspomnień i zbliżać się do ludźmi, z którymi nie powinna tworzyć relacji. Jej świadomość płynie na fali trafnie dobranych słów i zdań. Wszystko ma tu artystyczny sens. Nic nie ma sensu, kiedy spogląda się wstecz, dostrzega własną egzystencję jako pasmo porażek.

Ditlevsen nie pisze o nich jednak wprost. Wręcz przeciwnie: to proza skupiająca się generalnie na procesach odbudowywania ze zgliszcz po relacjach, które się rozpadły. Paradoksalnie chwilami gdzieś między poszczególnymi zdaniami świeci słońce, a do pokoju Vilhelma, z wiecznie zasłoniętymi zasłonami, wpada symboliczne światło nadziei. Nie byłoby wielkości tej książki, gdyby nie była barwną opowieścią o poszukiwaniu wyjścia z impasu. Ale jej największą wartością jest to, w jaki sposób ukazuje proces przyjmowania na siebie kolejnej traumy i tego, do czego prowadziła uległość połączona z boleśnie silnym przywiązaniem. Ale Ditlevsen zamknęła wreszcie drzwi do pokoju Vilhelma. To kosztowało zbyt wiele. Zamknięcie drzwi do swojego dalszego życia. Czy to efekt bezradności, czy zamierzony finał, w którym wreszcie można było stanowić o sobie?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz