Pages

2026-06-09

„Pod wodą” Tara K. Menon

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 20 maja 2026

Liczba stron: 236

Przekład: Aleksandra Weksej

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: W żałobie

Wszyscy znamy fatalistyczne znaczenie czasownika „tonąć” w jego dosłownym rozumieniu. Nie wszyscy myślimy o tym, że można tonąć w smutku, w rozpaczy, w żałobie po bliskiej osobie, w przeświadczeniu jej bezgranicznego braku, zwłaszcza że gdy żyła, żyła obok, bez granic dosłownych ani emocjonalnych. „Pod wodą” to przejmujące studium zespołu stresu pourazowego, z którym nie sposób dać sobie radę w pojedynkę, ale także historia niezwykłej przyjaźni, której tłem jest natura otaczana szacunkiem i nadająca relacji dwóch dziewczynek dodatkową wartość. Czyta się to ze smutkiem, bo Tara K. Menon pisze o nieodwracalnym. Także o tym, jak bardzo boli smutek, który nie jest w stanie odejść. Jest to książka o traumie, melancholii i życiu na adrenalinie. Takim ostrym jak smak papryczki chili. Nieprzewidywalnym jak przyroda, która – choć traktowana z szacunkiem – niekiedy okazuje się śmiertelnym wrogiem. Nie ma tu jakichś specjalnie skomplikowanych rozwiązań fabularnych, powieść tworzy klasyczna dwutorowa narracja, jednakże Menon nie napisała typowej powieści obyczajowej.

Wstrząsający jest sam prolog, a te wizje potem powracają. Od początku zdajemy sobie sprawę, że wszystko, co zostanie opisane, to zdarzenia w cieniu śmierci, najbardziej bolesnego odejścia. Marissie pozornie wiedzie się dobrze. Ma stałą pracę w magazynie podróżniczym, gdzie jako mistrzyni przymiotników roztacza przed potencjalnymi klientami iluzję wspaniałości miejsc, w których chcieliby wypoczywać. Ale kobieta nie ma uporządkowanego życia. Wraz z mieszkańcami Nowego Jorku oczekuje na huragan, który uderzy w wielkie miasto z niezwykłą siłą. Marissa od ośmiu lat tkwi w samym centrum kataklizmu. Jest owładnięta myślami o destrukcji, ale ma także myśli autodestrukcyjnie. Wspomina czas sprzed ośmiu lat, kiedy żywioł zabrał jej to, co najcenniejsze. A może jednak przyjaciółka – w przeciwieństwie do Marissy – nie chciała walczyć o życie i poddała się żywiołowi świadomie?

Znamienna jest tu doznawana przez główną bohaterkę retrospekcja, kiedy kobieta wspomina, jak pilot zabrał ją do kabiny samolotu i zaprezentował, jak można przechylać pojazd w lewo i w prawo. Marissa nigdy nie stała w pionie. Jej życie roztrzaskało się o fale wspomnień o tsunami z 2004 roku i już nigdy nie odzyskało równowagi, do jakiej bez problemu pilot przywracał maszynę po pokazaniu dziewczynce możliwości technologii. Mamy tutaj do czynienia z kobietą, która – tak jak manty pokochane przez nią i przez przyjaciółkę – żyje w ciągłym ruchu, nie przystaje nawet na chwilę. Nie może się z nikim związać, ale często wybiera do kompulsywnego seksu mężczyzn. Tych, którzy z wahaniem albo współczuciem patrzą na jej dwie blizny. Zwłaszcza na tę dużą. Świadectwo tego, że przed laty Marissa podjęła jednak walkę z zawłaszczającą ją wodą i wygrała. Tylko co? Pustkę, nicość i traumatyczne wspomnienia?

Wbrew pozorom wspomnienia są tu malowane pastelowymi kolorami i kiedy przenosimy się do Tajlandii sprzed katastrofy, widzimy tworzącą się relację, którą uzupełnia sielankowy obraz fauny i flory, gdy dwie dziewczynki przyglądają się otaczającej je przyrodzie, a z niektórymi jej elementami wręcz się zaprzyjaźniają. Zbliża je ostrość chili, są czasami bezkompromisowe w swych działaniach, wciąż rozgrzane i gotowe do działania. Tajskie gorąco paradoksalnie przynosi im wytchnienie. Są różne, a stają się takie same, są jednością. Marissa przybywa do obcego kraju, w którym nie ma żadnych znajomych rówieśników. Arielle z nonszalancją przygarnia jej wyobcowanie i ciekawość, a nawet od razu dzieli się z nią swoją mamą; Marissa swoją straciła w wypadku samochodowym. Dziewczynki penetrują bliskie i dalsze okolice, zbliżając się na specyficznych zasadach, pokazanych symbolicznie przez Menon, która nie zamierza tworzyć łzawej narracji o zdobyciu i utraceniu wszystkiego.

Fascynująco opisywane są atmosfera zagrożenia i antycypacje z nią związane już w Nowym Jorku, gdy Marissa wie, co może się wydarzyć, podczas gdy przed laty nikt nic nie wiedział i nikt nie spodziewał się okrucieństwa, które przyszło nagle. Potem pozostało ono na zawsze w kobiecie, która przygląda się z ciekawością mnogości i różnorodności Nowojorczyków na ulicach, ale być może jest to tylko ciekawość podszyta zazdrością, że oni żyją i mają się dobrze, a ona pozostaje kompletnie sama – także ze swoimi wewnętrznymi dramatami, bo niczego nie sposób zapomnieć, gdy nosi się wielką bliznę, a świat wokół wydaje się tak zaskakująco inny i spokojny. Jakby nikt w nim nie kosztował papryczki chili. Jakby słodycz i beztroska ludzi była dla Marissy dodatkową formą cierpienia, doświadczania normalności, której już nie ma, która została pochłonięta przez wodę na innym kontynencie. A teraz pozostaje już symboliczny stan opisywany przez tytuł książki. Kobieta żyje jak na wstrzymanym oddechu. W końcu tego nauczyła się, nurkując i oglądając podwodne cuda natury. Tym razem ten oddech nie chce nadejść w pełni z innego powodu. A Marissa czeka na coś, co tym razem jest przewidywalne. Na katastrofę, do której można się przygotować. A śmierć przyjaciółki jest katastrofą, na którą nigdy nie jest się gotowym.

Tym bardziej że żałobę trzeba przeżyć samotnie i bez jakiegokolwiek wsparcia. Przyjaciółka to nie członek rodziny. To nie osoba, którą wolno jest długo opłakiwać. Tara K. Menon pokazuje, że życie bez bliskiej kiedyś osoby to kolejne tonięcie. Tonięcie w morzu niewidzialnych łez, bo na te prawdziwe Marissa jest zbyt dzielna, nie może sobie na nie pozwolić. Nie po tym, co przeszła. Nie z bagażem traumy, który paradoksalnie staje się jej mocną stroną, nie pozwala zapaść się w sobie. Ale kobieta nie odradza się jak fauna i flora, które kiedyś tak kochała. Zapadając się w sobie, pokazuje nam – a właściwie robi to w znakomity sposób autorka – jak dalece mogą sięgać ludzkie tęsknoty, jakim ciężarem może być smutek i jak niewyobrażalnie trudne jest… noszenie siebie w sobie po przeżyciach, które powinny zabić.

Tu powoli zabijają też melancholia i izolacja. Bohaterka książki próbuje wszystkiego, by senne koszmary przestały ją męczyć, a dalsze lata były wypełnione jakąś treścią, nie tylko pustką i marazmem. Jest jednak w tej książce więcej innych emocji i uczuć. Trochę punktowanych w krótkich scenach, trochę skrytych w metaforach, a trochę pojawiających się w czytanej przez Marissę literaturze. Najwięcej jest jednak burzy wspomnień. Tymczasem nad Nowy Jork nadciąga burza, na którą trzeba się przygotować. Przygotować na prawdziwą konfrontację z samą sobą?

Pod wodą” jest hołdem dla piękna natury i ostrzeżeniem przed jej nieprzewidywalnością. I tak też jest z człowiekiem: niebezpieczny dualizm czasami wzmacnia, czasem może zniszczyć. Wspominana Arielle to charyzmatyczna nastolatka, która uwielbia przełamywać bariery i burzyć schematy. Ona uczy Marissę swoistej niepokorności i dzięki niej życie wciąż ma ostry smak chili. Nawet teraz, kiedy tak wiele się skończyło i nic nie zapowiada, by coś konstruktywnego w życiu pełnym żałoby mogłoby zacząć się dziać. Pozostaje oczekiwanie na kolejny żywioł. Zajmowanie myśli, ale wybiórcze – tym, co wzmacnia smutek, nie oddala go od bohaterki. Nie ma w tej książce ekspiacji, bo nigdy nie było czegoś, co mogłoby do niej prowadzić. Po prostu stała się śmierć. Stała się pustka. Cała przyroda, tak różnorodna i fascynująca, w jednej chwili pokazała, że nie zna granic życia ani śmierci.

Jest to jednocześnie powieść o niezwykłości tego pierwszego. O świecie, którego nie dostrzegamy naprawdę, choć często nas porusza i zachwyca. O naturze, która sama w sobie nie odczuwa melancholii, wstydu, gniewu, smutku i rozpaczy. Ale to wszystko gnieździ się gdzieś w umyśle i ciele kobiety, która skazuje siebie na egzystencjalną banicję. Czy rzeczywiście do niej doprowadzi? Warto, by pisarka prowadziła nas ku odpowiedziom swoimi nieoczywistymi ścieżkami. Nieprzypadkowo ta książka znalazła zainteresowanie w tak wielu krajach na świecie. Nie jest jedynie kameralnym opisem dramatu i wspomnienia szczęścia. Jest tym, czego wszyscy szukamy w literaturze: barwną opowieścią, w której gama kolorów emocji współgra z paletą barw niezwykłej natury.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-05

„Duszność” Violette Leduc

 

Wydawca: Wydawnictwo Karakter

Data wydania: 25 maja 2026

Liczba stron: 176

Przekład: Jacek Giszczak

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: Oblicza wyobcowania

Uwielbiam oficyny, które odnajdują wydane dawno za granicą perełki literackie i udostępniają je polskiemu odbiorcy, czyniąc je nowościami specyficznymi, wyróżniającymi się na tle pozostałych, książkami odżywającymi na nowo. „Duszność”, wydana w oryginale tuż po drugiej wojnie światowej, a od niedawna dostępna w języku polskim dzięki Wydawnictwu Karakter, wnika dzisiaj do naszej świadomości i podświadomości w sposób nieopisanie wieloznaczny. Tak potężnej intensywności emocji – tych nazywanych wprost i tych zawoalowanych, ukrytych w gąszczu metafor i przesłoniętych mgłą oniryzmu – w tak krótkiej książce jest aż zbyt wiele. To rzecz z tych, które zajmują jeden wieczór, ale przyciągają swoją enigmatycznością na bardzo długo. Violette Leduc napisała powieść odważną, bezkompromisową, a przy tym delikatną w swojej melancholii. Coś, co kiedyś wywołało duży rezonans wśród krytyków i czytelników, dostajemy w znakomitym tłumaczeniu jako historię inicjacyjną i powieść o dorastaniu do nazywania swojego smutku. Lecz najważniejszy jest język, bo tu smakować można i całe zdania, i pojedyncze zatrzymujące na dłużej określenia – jak „mężczyzna owiany smutkiem”, „chrapiący piec” czy „zadumane stopy”.

To jedna z tych powieści, które przykuwają uwagę czytelnika pierwszym zdaniem. Moja matka nigdy nie podała mi ręki”. Połączenie tego zdania z tym, które zamyka książkę, daje wszechstronny obraz niejednoznaczności relacji dziewczynki z wyjątkowo surową dla niej matką. W to wszystko włączona jest również opowieść o więzi z babką stanowiąca swoistą odskocznię od dusznej (sic!) atmosfery opisu tego, kim córka nie powinna być, kim się nie stanie i w jaki sposób wyzwala to gorycz matki.

Matki, która jest tu postacią bardzo niejednoznaczną, żadną antybohaterką mimo prezentowanych okrucieństw w zachowaniu oraz w tym, co mówi. Dialogi tną tutaj ostro jak żyletka, ale i część zdań narracji Leduc konstruuje w taki sposób, by były w stanie zranić czytelnika. Duszność” jest o ranach zadawanych, ale też o tych immanentnych. Nie takich, które mają specyficzne podłoże. Nie takich, które mają podłoże konkretne. Konkretu jest tu oczywiście dużo, jednak nie o to chodzi. Matka chce kształtować swoje dziecko, które potrafi nazwać idiotką. Ona doskonale wie, ile pociągnięć szczotką uczyni fryzurę jej dziecka właściwą, co powinno ono mówić, jeść, w co się ubrać i przede wszystkim: jak myśleć o sobie. Bo o świecie każda z trzech postaci myśli inaczej, choć z podobną goryczą. Wynika to nie tylko z sytuacji egzystencjalnego niepokoju o własną wartość, ale jest także pokłosiem tego, co tworzy społeczną nierówność. Metaforyczne wyrastanie ze wsi i biedy kontrastowane jest z wędrówką dziewczynki po cichej, wręcz wymarłej ulicy arystokratów. Francuskie społeczeństwo tuż przed Wielką Wojną zarysowane jest tu całkiem wyraźną kreską, chociaż są miejsca, gdzie jest ona nieco niepewna, szczególnie tam, gdzie nakreślono wizerunki mężczyzn.

Czy Duszność” niesie w sobie feministyczny przekaz? W dużym stopniu tak. Mężczyźni portretowani przez Leduc są przemocowi albo słabi względem samych siebie oraz otoczenia. Potrafią odejść na zawsze (śmierć) w mało spektakularny sposób i pozostać wiecznie w świadomości kobiet jako ci, którzy niezdrowo fascynują; potrafią też rujnować. Wyznaczają kobietom przestrzeń ich przynależności dokładnie w taki sposób, w jaki matka wyznacza córce zakres tego, co ma myśleć i jak działać.

Niektóre fragmenty tej niesamowitej książki czyta się z poczuciem, jakby cały czas słyszało się obecne w jednej ze scen skrzypienie papieru ściernego czyszczącego kuchenkę. Ta szorstkość jest jednak zestawiona z wyjątkową wrażliwością dziecka, dla którego nie ma miejsca w świecie matki, jeśli nie stanie się ono czymś na kształt jej kopii. Tej matki, która wiecznie dba o wygląd, zdaje sobie sprawę, że wartość kobiety zawiera się w jej sposobie noszenia się, pokazywania światu. Ale to wszystko wydaje się fasadowe. Leduc nie napisała przecież książki o dorastaniu w niepokoju i lęku, pod ciągłym surowym spojrzeniem niebieskich oczu rodzicielki. Nie tylko o tym, jak wielkim ratunkiem w sytuacji braku porozumienia z matką jest bliska więź z babką. To rzecz o relacjach w bliskim kręgu, ale także o tym, kto do tego kręgu usiłuje się zbliżyć – niszcząc, podbudowując albo definiując na nowo to, co łączy kobiety w trzech pokoleniach.

„Duszność” korzysta z kilku rejestrów językowych; dominuje oczywiście perspektywa dziecka, ale wymyka się ona swojej formie z powodu niezwykłej plastyczności i wynikających z niej asocjacji. Bardzo ciekawe jest to, jak francuska pisarka wprowadza na scenę swego świata przedstawionego nowe postacie. Nawet te – dość liczne – epizodyczne wpływają na tok trudnej do jednoznacznego zdefiniowania akcji. Leduc jest znakomita w portretowaniu ludzkich sylwetek. Ich wygląd zderza się z tym, jak dziewczynka postrzega połączenie postaci z jej zachowaniem i jego natychmiastową interpretacją. Często jako zagrożenia, bo Duszność” to opowieść o szponach lęku, które więżą zarówno dziecko, jak i osobę dorosłą. Komplikacje psychologiczne prowadzące do konfliktów między matką a córką są dość czytelne, ale włączyć w to trzeba także fantazję literacką o tej trzeciej relacji. Wkraczająca na karty powieści babcia pozornie zniweluje lęki córki, lecz pomiędzy tymi trzema członkiniami jednej rodziny nieustannie coś pulsuje niepokojem.

Dla matki normalne życie ma być poukładane jak towary na sklepowej wystawie. Dla córki tworzy się tam przestrzeń do ich przestawiania, mieszania i wymieniania. Akurat motyw bliskości z wystawą sklepową jest tu ważny, bo wskazuje na bolesne doświadczenia, czasami te graniczne. Nad wszystkim unosi się dodatkowo klimat niepokojącego zawieszenia i niepewności. Dołącza do tego subtelnie świat natury. Przyroda nie jest wroga, jednak nie sprzyja odnalezieniu komfortu. Leduc stwarza świat, w którym na wszystko trzeba uważać, bo jest symbolicznie zbyt kruche albo też wyjątkowo trwałe i okrutne.

Czy to rodzaj autofikcji? Ile w tej historii biografizmu, ile wynikającej z twórczej wrażliwości prawdy w opowiadaniu świata, który już wtedy, przed laty, przed nadejściem dominacji obrazkowości, nadmiaru dźwięków i bodźców słownych, jest przestrzenią, w której można się zagubić? Język jest bezkompromisowy, jednak kryje się w nim nadzieja. Nadzieja pojawiająca się nawet podczas przyglądania się złu i opisywania go jako czegoś, co może być twórcze i doprowadzić do ucieczki w jakiś bezpieczny rejon świadomości. Zapada też w pamięć zapisana tu niewolnica ciekawości” – postać niejako uwięziona między tym, co realne, a tym, co wyobrażone. Bo Duszność” to także opowieść o niespełnionych tęsknotach i o kilku innych rodzajach niespełnienia przenoszonych z pokolenia na pokolenie, w każdym kolejnym bardziej frustrujących. Tę narrację napisano w taki sposób, że można by ją porównać do pomału gotującej się wody. Na początku chłód i surowość, a na końcu wrzenie, odbywająca się na naszych oczach eksplozja i uderzająca w nas dekoncentracja. Leduc rozprasza uwagę zresztą wiele razy, tworząc pozornie nielinearne historie albo opisy sytuacji nieprzystających do pozostałych. Tak czy owak jest to lektura przejmująco smutna i perfekcyjnie wieloznaczna. Nie można się opowiedzieć po którejś ze stron, nie można jednoznacznie stwierdzić, co z czym toczy tu walkę. Mamy nieszczęśliwe dziecko, nieszczęśliwą matkę i starszą kobietę, która chciałaby zapobiec nieszczęściu, zapominając o pewnych sprawach lub interpretując je na nowo.

Na koniec warto sobie zadać pytanie: czy Duszność” jest o dziewczynce, która chce być częścią matki, czy antycypującej pewne wydarzenia i doskonale wiedzącej, że nigdy taką częścią nie będzie, bo nie odpowiada ideałowi, sztucznie wykreowanemu wizerunkowi. Przejmująca książka o dorastaniu w smutku i pośród często smutnych ludzi, a także o dzieciństwie naznaczonym przemocą ze strony mężczyzn, nie tylko pozornie najbliższej osoby. Boli dość długo po przeczytaniu, choć jest krótka i wkraczamy do tego niepokojącego świata wyobraźni Leduc tylko na chwilę. I na tyle głęboko, na ile sama autorka nam pozwala, jeśli chodzi o wiedzę o zaprezentowanej rzeczywistości.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-01

„Moi przyjaciele” Fredrik Backman

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 3 czerwca 2026

Liczba stron: 432

Przekład: Anna Kicka

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Minione i obecne życie

Niezwykły humanista literatury środka. Człowiek, na którego kolejną książkę naprawdę czeka się z wytęsknieniem. Tutaj Backman dziękuje w zakończeniu wszystkim bliskim mu ludziom, dzięki którym powstała poruszająca opowieść… o bliskości ludzi, choć czasami szorstkiej, naznaczonej głównie utratami, której tłem jest wszechobecna śmierć, ale również sugestia, co to znaczy żyć naprawdę. I tak jak autor dziękuje tym wszystkim ludziom, ja dziękuję właśnie jemu. Takie książki jak „Moi przyjaciele” powinny zasłużenie trafiać na półki z bestsellerami, bo nie są ani skomplikowane formalnie, ani uwikłane w problematykę trudną do objęcia rozumem czy całkowitego przyswojenia. To po prostu rzecz dla wszystkich. Znając wcześniejsze powieści Fredrika Backmana, oczekiwałem jednocześnie śmiertelnie poważnej historii i przezabawnej opowieści; tym razem pisarz gra detalami: opisami mrugania, przewracania oczami czy brania głębokiego oddechu.

Tym, co mnie zaskoczyło w tej książce, jest sposób budowania historii. Tu jedna opowieść wyłania się z drugiej. Fundamentem jest klasyczna narracja drogi – podróż dwójki ludzi, którzy zupełnie do siebie nie pasują i pozornie są całkowicie różni choćby z racji wieku, a jednak przemierzają przestrzeń, od początku wiedząc, że w jakimś stopniu do siebie przynależą. A potem zrozumieją tę przynależność bardziej, kiedy właśnie z jednej historii wydobywać się będzie kolejna. Obie zmierzają ku zakończeniu, które – znając twórczość Backmana i proponowane przez niego tezy dotyczące kondycji egzystencjalnej człowieka jako takiego – staje się przede wszystkim zaprzeczeniem wcześniejszego założenia, że dużym ciężarem jest „słyszeć samego siebie w innym”. Zarówno pozbawiona bliskich oraz poczucia sensu istnienia nastolatka, jak i dobiegający czterdziestki mężczyzna, który wciąż żyje pamięcią tego, co minęło, usłyszą od siebie być może więcej na swój temat, niż zdołali się o sobie nauczyć do tej pory.

Ona żyje dużo krócej, lecz bardziej intensywnie niż on. Za chwilę przestanie być istotna dla systemu poszukującego uciekinierki. Skończy osiemnaście lat i stanie się dla tego systemu nieważna, niewidoczna. Dorosłych już się nie ściga z takich przyczyn. Ich problemami już nikt się nie interesuje. „Moi przyjaciele” to gloryfikacja nastoletniości poprzez czynienie jej zauważalną. Ale to również mroczna historia mężczyzny, który jako nastolatek doświadczał, tego, czego doznawać nie powinien, bo to wypaczyło jego poglądy na życie i samego siebie. Nie ma jeszcze czterdziestki, a zdaje się, że ten wciąż jeszcze młody człowiek przymusza się do każdego kolejnego oddechu. Dzieje się tak, dopóki los nie połączy go z dziewczyną, która mimo doświadczonych traum (w tym śmierci przyjaciółki) pełna jest witalności i ciekawości tego, o co bohater często sam siebie nie pytał. I tak oto niedobrane charakterologicznie postacie ruszają w świat pociągiem. Tyle tylko że ten pociąg zaczyna przemierzać przestrzeń inaczej. Zaczynamy się cofać, a retrospekcje stają się coraz ważniejsze. To one opowiedzą o tym, co wie wielu z nas, ale co Backman podkreśla wyraźnie: „(…) najniebezpieczniejsze miejsce na świecie jest w nas samych”.

Podążamy jednak do miejsca, w którym rodzi się wyjątkowa przyjaźń. Tam, dokąd nie dociera formalizm ani zdrowy rozsądek świata dorosłych i gdzie żadna relacja nie zawiąże się w jakimś klasycznym albo choć przewidywalnym stylu. Są młodzi ludzie doświadczeni przez przemoc, alienację i poczucie bycia bezwartościowymi i jest cud świata natury, który niweluje ich lęki oraz troski, coraz bardziej zbliża do siebie, a ostatecznie prowadzi do tego, że znajdują się na pewnym niezwykłym obrazie. Nie wszyscy, bo ktoś ich przecież malował. Młodziutki artysta. Potem doceniony przez świat. W najważniejszym etapie swojego życia doceniany przede wszystkim przez przyjaciół. Fredrik Backman nie opowie o tej przyjaźni banalnie. W ogóle będzie unikał banałów czy truizmów, które wplątywały się w treść jego poprzednich książek. Autor „Zwycięzców” opowie przede wszystkim o wewnętrznej sile przeciwstawiania się temu, co naciska, sugeruje, nakazuje: żyj tak, by żyć normalnie, niewidocznie. To zresztą porada dla syna wygłoszona przez jedną z matek bohaterów. O młodych ludziach, którzy zaklęli dla siebie krótki czas niesamowitej bliskości. Nigdy się z tego czasu nie wydostali. I zawsze będą wyczekiwali jakiegoś jutra, choćby nawet umierali, fizycznie znikali ze świata, z którym tak uporczywie walczyli.

„Moi przyjaciele” to w dużej mierze historia tego, w jaki sposób uciekamy od piekła w nas samych, ale również opowieść o przypadkowości zdarzeń, których sekwencja prowadzi do niesamowicie silnego przywiązania na całe życie. Jest tu wszystko, co wiemy o życiu albo czego za chwilę się dowiemy: że nikogo nie rozpieszcza, a z wieloma rozprawia się okrutnie. Doświadczane tu rzeczywiste fizyczne ciosy są także ciosami od losu, który wymierza je bohaterom na ich własne życzenie. Piekłem jest żyć wśród ludzi, którzy stają się automatycznie obcy, nie przynależąc do stworzonego świata przyjacielskiej paczki. Piekłem jest jednocześnie żyć w tej paczce, w której każdy niesie bagaż przejmujących doświadczeń i każdy jedynie udaje, że sobie radzi. Albo nie udaje, tonie w sobie, pozwala kierować sobą za pomocą poczucia bezsensu istnienia. Czy portretowani przyjaciele żyliby dalej, gdyby nie zdarzyła się ta niesamowita więź, która pomogła im przetrwać wszystko, co trudne?

Ale przecież najtrudniejsze dopiero przed nimi. Przed każdym z osobna w inny sposób. A przed jednym z mężczyzn pojawia się trudność zderzenia z emocjonalnie rozchwianą nastolatką, która dziwnym trafem potrafi uporządkować jego chaotyczne wnętrze pełne lęków o siebie i przepełnione przekonaniem, że wraz z tamtym nastoletnim okresem bliskości przeminęło już wszystko, na pewno zaś pojawiła się bariera utrudniająca dotknięcie drugiego człowieka, znalezienie się przy nim blisko. W fizycznym znaczeniu trudności życiowych Backman nie dobiera jakichś specjalnych motywów – wykorzystuje ten klasyczny i wszechobecny nie tylko w literaturze, lecz przede wszystkim w życiu motyw przemocy domowej, w której noszone na ciele siniaki są nie tylko świadectwem doświadczonego bólu. Tutaj mowa jest o cierpieniach egzystencjalnych, które są zniuansowane właśnie przez to, że „Moi przyjaciele” to historia różnego rodzaju relacji. Mimo że bohaterowie mogą wydać się papierowi, że autor nie wchodzi gdzieś głębiej w ich umysły, nie koncentruje się jakoś specjalnie na miejscu ich pochodzenia, zaznacza jedynie wyobcowanie przez podkreślanie motywu emigracji i bycia obcym także w języku i państwie.

Pozornie to powieść po prostu o nieszczęśliwych dzieciach, które stają się potem nieszczęśliwymi dorosłymi. Ale tylko pozornie. Istotnym motywem jest sztuka łącząca się tutaj z absolutnie każdą życiową emocją, która tworzy nasze człowieczeństwo. Backman nie odchodzi w wielu akapitach od dydaktyzmu, ale tym razem jest to bardziej sugerowana sentencjonalność. On już po prostu tak pisze: obrazuje jakiś świat przedstawiony i podsumowuje go wnioskami, do których dojście być może utrudnia czytelnikowi. Jednakże tutaj nie pozbawia go zadumy nad tym, kim się stajemy w gromadzie, kim samotnie, a kim jesteśmy, gdy grupa bliskich się rozpada, jednak trzeba żyć dalej. Kochać kogoś lub coś albo w kogoś lub coś wierzyć. To sobie przecież obiecywali nastoletni ludzie widniejący na obrazie będącym wyjątkowo barwnie wykorzystanym leitmotivem „Moich przyjaciół”.

Backman jak zawsze stara się być ironiczny i humorystyczny, ta rozpoznawalna cecha jego prozy zaznacza się już na samym początku. Jednak potem, gdy jedna historia przeradza się w drugą, tę właściwie odradzającą się na nowo, jesteśmy już dalecy od rozbawienia. Tę powieść powinien przeczytać każdy samotny człowiek, by może pojąć, dlaczego samotność mu szkodzi i w jaki sposób się w nią wpędził. Także ten, który uważa, że ma wszystko. A może nie mieć siebie. Na koniec zaś to, co najważniejsze: Fredrik Backman po raz kolejny napisał powieść absolutnie dla każdego, a tym razem mam wrażenie, że fragmentami mogłaby to być lektura szkolna inspirująca niezwykłe lekcje o nadzwyczajności smutku i szczęścia naszego istnienia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ