Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 20 maja 2026
Liczba stron: 236
Przekład: Aleksandra Weksej
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 49 zł
Tytuł recenzji: W żałobie
Wszyscy znamy fatalistyczne znaczenie czasownika „tonąć” w jego dosłownym rozumieniu. Nie wszyscy myślimy o tym, że można tonąć w smutku, w rozpaczy, w żałobie po bliskiej osobie, w przeświadczeniu jej bezgranicznego braku, zwłaszcza że gdy żyła, żyła obok, bez granic dosłownych ani emocjonalnych. „Pod wodą” to przejmujące studium zespołu stresu pourazowego, z którym nie sposób dać sobie radę w pojedynkę, ale także historia niezwykłej przyjaźni, której tłem jest natura otaczana szacunkiem i nadająca relacji dwóch dziewczynek dodatkową wartość. Czyta się to ze smutkiem, bo Tara K. Menon pisze o nieodwracalnym. Także o tym, jak bardzo boli smutek, który nie jest w stanie odejść. Jest to książka o traumie, melancholii i życiu na adrenalinie. Takim ostrym jak smak papryczki chili. Nieprzewidywalnym jak przyroda, która – choć traktowana z szacunkiem – niekiedy okazuje się śmiertelnym wrogiem. Nie ma tu jakichś specjalnie skomplikowanych rozwiązań fabularnych, powieść tworzy klasyczna dwutorowa narracja, jednakże Menon nie napisała typowej powieści obyczajowej.
Wstrząsający jest sam prolog, a te wizje potem powracają. Od początku zdajemy sobie sprawę, że wszystko, co zostanie opisane, to zdarzenia w cieniu śmierci, najbardziej bolesnego odejścia. Marissie pozornie wiedzie się dobrze. Ma stałą pracę w magazynie podróżniczym, gdzie jako mistrzyni przymiotników roztacza przed potencjalnymi klientami iluzję wspaniałości miejsc, w których chcieliby wypoczywać. Ale kobieta nie ma uporządkowanego życia. Wraz z mieszkańcami Nowego Jorku oczekuje na huragan, który uderzy w wielkie miasto z niezwykłą siłą. Marissa od ośmiu lat tkwi w samym centrum kataklizmu. Jest owładnięta myślami o destrukcji, ale ma także myśli autodestrukcyjnie. Wspomina czas sprzed ośmiu lat, kiedy żywioł zabrał jej to, co najcenniejsze. A może jednak przyjaciółka – w przeciwieństwie do Marissy – nie chciała walczyć o życie i poddała się żywiołowi świadomie?
Znamienna jest tu doznawana przez główną bohaterkę retrospekcja, kiedy kobieta wspomina, jak pilot zabrał ją do kabiny samolotu i zaprezentował, jak można przechylać pojazd w lewo i w prawo. Marissa nigdy nie stała w pionie. Jej życie roztrzaskało się o fale wspomnień o tsunami z 2004 roku i już nigdy nie odzyskało równowagi, do jakiej bez problemu pilot przywracał maszynę po pokazaniu dziewczynce możliwości technologii. Mamy tutaj do czynienia z kobietą, która – tak jak manty pokochane przez nią i przez przyjaciółkę – żyje w ciągłym ruchu, nie przystaje nawet na chwilę. Nie może się z nikim związać, ale często wybiera do kompulsywnego seksu mężczyzn. Tych, którzy z wahaniem albo współczuciem patrzą na jej dwie blizny. Zwłaszcza na tę dużą. Świadectwo tego, że przed laty Marissa podjęła jednak walkę z zawłaszczającą ją wodą i wygrała. Tylko co? Pustkę, nicość i traumatyczne wspomnienia?
Wbrew pozorom wspomnienia są tu malowane pastelowymi kolorami i kiedy przenosimy się do Tajlandii sprzed katastrofy, widzimy tworzącą się relację, którą uzupełnia sielankowy obraz fauny i flory, gdy dwie dziewczynki przyglądają się otaczającej je przyrodzie, a z niektórymi jej elementami wręcz się zaprzyjaźniają. Zbliża je ostrość chili, są czasami bezkompromisowe w swych działaniach, wciąż rozgrzane i gotowe do działania. Tajskie gorąco paradoksalnie przynosi im wytchnienie. Są różne, a stają się takie same, są jednością. Marissa przybywa do obcego kraju, w którym nie ma żadnych znajomych rówieśników. Arielle z nonszalancją przygarnia jej wyobcowanie i ciekawość, a nawet od razu dzieli się z nią swoją mamą; Marissa swoją straciła w wypadku samochodowym. Dziewczynki penetrują bliskie i dalsze okolice, zbliżając się na specyficznych zasadach, pokazanych symbolicznie przez Menon, która nie zamierza tworzyć łzawej narracji o zdobyciu i utraceniu wszystkiego.
Fascynująco opisywane są atmosfera zagrożenia i antycypacje z nią związane już w Nowym Jorku, gdy Marissa wie, co może się wydarzyć, podczas gdy przed laty nikt nic nie wiedział i nikt nie spodziewał się okrucieństwa, które przyszło nagle. Potem pozostało ono na zawsze w kobiecie, która przygląda się z ciekawością mnogości i różnorodności Nowojorczyków na ulicach, ale być może jest to tylko ciekawość podszyta zazdrością, że oni żyją i mają się dobrze, a ona pozostaje kompletnie sama – także ze swoimi wewnętrznymi dramatami, bo niczego nie sposób zapomnieć, gdy nosi się wielką bliznę, a świat wokół wydaje się tak zaskakująco inny i spokojny. Jakby nikt w nim nie kosztował papryczki chili. Jakby słodycz i beztroska ludzi była dla Marissy dodatkową formą cierpienia, doświadczania normalności, której już nie ma, która została pochłonięta przez wodę na innym kontynencie. A teraz pozostaje już symboliczny stan opisywany przez tytuł książki. Kobieta żyje jak na wstrzymanym oddechu. W końcu tego nauczyła się, nurkując i oglądając podwodne cuda natury. Tym razem ten oddech nie chce nadejść w pełni z innego powodu. A Marissa czeka na coś, co tym razem jest przewidywalne. Na katastrofę, do której można się przygotować. A śmierć przyjaciółki jest katastrofą, na którą nigdy nie jest się gotowym.
Tym bardziej że żałobę trzeba przeżyć samotnie i bez jakiegokolwiek wsparcia. Przyjaciółka to nie członek rodziny. To nie osoba, którą wolno jest długo opłakiwać. Tara K. Menon pokazuje, że życie bez bliskiej kiedyś osoby to kolejne tonięcie. Tonięcie w morzu niewidzialnych łez, bo na te prawdziwe Marissa jest zbyt dzielna, nie może sobie na nie pozwolić. Nie po tym, co przeszła. Nie z bagażem traumy, który paradoksalnie staje się jej mocną stroną, nie pozwala zapaść się w sobie. Ale kobieta nie odradza się jak fauna i flora, które kiedyś tak kochała. Zapadając się w sobie, pokazuje nam – a właściwie robi to w znakomity sposób autorka – jak dalece mogą sięgać ludzkie tęsknoty, jakim ciężarem może być smutek i jak niewyobrażalnie trudne jest… noszenie siebie w sobie po przeżyciach, które powinny zabić.
Tu powoli zabijają też melancholia i izolacja. Bohaterka książki próbuje wszystkiego, by senne koszmary przestały ją męczyć, a dalsze lata były wypełnione jakąś treścią, nie tylko pustką i marazmem. Jest jednak w tej książce więcej innych emocji i uczuć. Trochę punktowanych w krótkich scenach, trochę skrytych w metaforach, a trochę pojawiających się w czytanej przez Marissę literaturze. Najwięcej jest jednak burzy wspomnień. Tymczasem nad Nowy Jork nadciąga burza, na którą trzeba się przygotować. Przygotować na prawdziwą konfrontację z samą sobą?
„Pod wodą” jest hołdem dla piękna natury i ostrzeżeniem przed jej nieprzewidywalnością. I tak też jest z człowiekiem: niebezpieczny dualizm czasami wzmacnia, czasem może zniszczyć. Wspominana Arielle to charyzmatyczna nastolatka, która uwielbia przełamywać bariery i burzyć schematy. Ona uczy Marissę swoistej niepokorności i dzięki niej życie wciąż ma ostry smak chili. Nawet teraz, kiedy tak wiele się skończyło i nic nie zapowiada, by coś konstruktywnego w życiu pełnym żałoby mogłoby zacząć się dziać. Pozostaje oczekiwanie na kolejny żywioł. Zajmowanie myśli, ale wybiórcze – tym, co wzmacnia smutek, nie oddala go od bohaterki. Nie ma w tej książce ekspiacji, bo nigdy nie było czegoś, co mogłoby do niej prowadzić. Po prostu stała się śmierć. Stała się pustka. Cała przyroda, tak różnorodna i fascynująca, w jednej chwili pokazała, że nie zna granic życia ani śmierci.
Jest to jednocześnie powieść o niezwykłości tego pierwszego. O świecie, którego nie dostrzegamy naprawdę, choć często nas porusza i zachwyca. O naturze, która sama w sobie nie odczuwa melancholii, wstydu, gniewu, smutku i rozpaczy. Ale to wszystko gnieździ się gdzieś w umyśle i ciele kobiety, która skazuje siebie na egzystencjalną banicję. Czy rzeczywiście do niej doprowadzi? Warto, by pisarka prowadziła nas ku odpowiedziom swoimi nieoczywistymi ścieżkami. Nieprzypadkowo ta książka znalazła zainteresowanie w tak wielu krajach na świecie. Nie jest jedynie kameralnym opisem dramatu i wspomnienia szczęścia. Jest tym, czego wszyscy szukamy w literaturze: barwną opowieścią, w której gama kolorów emocji współgra z paletą barw niezwykłej natury.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ


