Pages

2012-12-30

"Listy" Jack Kerouac, Allen Ginsberg

Pomiędzy obrazoburczym „Skowytem” Allena Ginsberga a wizyjną i kultową powieścią „W drodze” Jacka Kerouaca skryło się wiele emocji, przeżyć, często dramatycznych doświadczeń egzystencjalnych, a przede wszystkim ukryła się przyjaźń. Genialny projekt mający na celu zebranie i opublikowanie listów, które obaj twórcy Beat Generation pisali do siebie od 1944 do 1963 roku, jest dostępny dla polskiego czytelnika! Opasły wolumin czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem, bo kilkaset listów to może nie jest literatura, ale bardzo intymny zapis skomplikowanych relacji między twórcami amerykańskiej bohemy oraz tego, w jak niezwykły sposób przeżywali prozę życia, czyniąc z niej materię do twórczości ponadczasowej i zaskakującej do dziś. To książka, podczas lektury której rodzi się więcej pytań niż odpowiedzi. Dlaczego? Być może przez to, o czym wspomniał Ginsberg przyjacielowi jesienią 1948 roku: „Listy są równie niejasne jak nasza mowa, ale to dlatego, że my tacy jesteśmy”. Oto dowód istnienia naprawdę. Dwóch fascynujących jednostek oraz ludzi z ich otoczenia. To także opowieść o odwiedzanych miejscach, czytanych lekturach i wzajemnych fascynacjach, dzięki którym Ginsberg i Kerouac latami wspierali się w swej twórczości.

W krótkim czasie wydane zostają dwie pasjonujące pozycje złożone z listów osobowości nietuzinkowych i mocno przeżywających sens (albo dopadający ich bezsens) własnego istnienia. Korespondencja francuskich intelektualistów – bo mam tu na myśli „Wrogów publicznych”, w których to myślami wymieniają się Michel Houellebecq oraz Bernard – Henri Lévy – inaczej jednak obrazuje światopogląd piszących do siebie bratnich dusz. Między Ginsbergiem a Kerouacem wciąż iskrzy, ich epistoły są świadectwem dojrzewania do istnienia. „Wrogowie publiczni” to bardziej popis erudycji i zgorzknienia. Tego nie ma w korespondencji amerykańskich beatników, a przynajmniej nie na początku; nie w okresie z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych minionego stulecia, kiedy to artyści wymieniali między sobą najbardziej płomienne listy o tym, jak za każdym razem od nowa doświadczać życia.

Historia opowiedziana w listach rozpoczyna się w momencie, kiedy młody Ginsberg pisze do przebywającego w więzieniu przyjaciela o ważnych dla niego lekturach – Gogolu, Dickensie, Austen. Próbuje nakreślić ramy ich filozofii, tak zwanej „nowej wizji”. Dla obu literatura miała być bezpośrednim odwzorowaniem myśli i taką też mieli tworzyć. Pod koniec korespondencji doświadczony życiowo Ginsberg przemierza Azję, a wycofany i coraz bardziej zamknięty w sobie Kerouac przeżywa swe istnienie jako porażkę i ból nie do wytrzymania. Co jest pomiędzy? Wiele poruszających wizji, słownych przepychanek i rubasznych upomnień, wzajemne recenzowanie twórczości, wspomnienia przyjaciół i wrogów oraz miejsc, ze szczególnym uwzględnieniem Meksyku. Kerouac w swej korespondencji z 1952 donosi żywiołowo i plastycznie o wyprawie przez Meksyk, trafia tam też Ginsberg dwa lata później; obaj po mistrzowsku oddają klimat odmiennej kultury i miejsca, w którym można oddychać naprawdę.

W 1949 roku Kerouac pisze o tym, że nie znosi społeczeństwa, ale wierzy w człowieka. Obaj przez całe życie widzieli ludzi obok siebie i unikali mas, które ich otaczały. Społeczeństwo nie było przychylne im obu. Ich wizjonerstwo uznawane było za szaleństwo. Był czas, że się tego wstydzili. Sam Ginsberg przecież wypierał się mistycznych wizji, jakich doświadczał w 1948 roku. Kiedy zrozumieli, iż to, co chcą przekazać, nie będzie pojęte tak, jakby tego sobie życzyli, postanowili przede wszystkim szlifować swój warsztat, oswajać słowo, eksperymentować z metaforami, pisać dla siebie i przede wszystkim o sobie. Na ich drodze twórczej stały osobowości takie jak William Burroughs czy Neal Cassady. Dodatkowo piękne kobiety i … piękni mężczyźni. Z jednym z nich, Peterem Orlovskym, Ginsberg spędził praktycznie całe swoje życie. Kerouac wiązał się wielokrotnie, ale nigdy na stałe. Opresyjne było dla niego dzielenie się z kimś na dłużej. W końcu zawsze pozostawał sam ze sobą i ze swoją twórczością. Tą twórczością, z którą zaczynał mieć problem, bo przecież zwątpił w to, że naprawdę może się utożsamiać z poetyką Beat Generation. Egocentryzm twórcy ujawnia się w listach kilka razy. W 1952 roku porównuje swoją powieść „W drodze” do „Ulissesa”, zaś w 1957 roku uznaje, iż jest to pierwsza amerykańska narracja na miarę Dostojewskiego. Gloryfikuje sam siebie czy widzi w tej książce coś, czego nikt nigdy nie dostrzegł?

Wątpiący w to, iż ma naprawdę coś ważnego do powiedzenia, Kerouac pisał w grudniu 1956 roku do Ginsberga: „(…) Ale Bożeż ty mój, za dużo się pisze, nawet dobrzy pisarze piszą za dużo, całe góry niepotrzebnej literatury piętrzą się nad współczesnym światem, a w łonie czasu czekają jeszcze całe hordy nienarodzonych pisarzy i oni jeszcze dołożą swoje do tej góry czystego, niczym nieskażonego gówna (…)”. Obaj zmagali się nie tylko z niezrozumieniem odbiorców, ale także z wydawcami, którzy nijak nie ułatwiali im wydawania tego, co chcieli publicznie ogłosić.

Ginsberg latami dojrzewał do swojej tożsamości, także seksualnej. Kerouac może zbyt szybko zdał sobie sprawę, ile naprawdę znaczy i wątpiąc w sens tego, co robi, uznał – oddając się buddyzmowi, którym zarażał przyjaciela – iż życie jest tylko snem. Tak też można rozpatrywać egzystencję autorów listów, których lektura z jednej strony jest czynnością niezwykle intymną, z drugiej zaś pomaga lepiej zrozumieć, jak trudno kształtować się osobowości niepokornej i takiej, która nie uznaje żadnych granic, nawet w sobie samym.

„Listy” opowiadają o trudzie miłości i przywiązania do drugiego człowieka. O wizjach, planach, wędrówkach i doświadczeniach bliskości innych ludzi, którzy nierzadko zawodzili w trudnych momentach, ale których opuścić było nie sposób. To szczegółowy zapis pasji tworzenia; właściwie takiej samej w przypadku obu twórców, bo wynikającej z głęboko osobistych przemyśleń, do których dostęp mieli chyba tylko oni dwaj. Zbliżyć się do tego choć odrobinę mają teraz możliwość ci czytelnicy, którzy potraktują „Listy” jako opowieść o wędrowaniu i tożsamości. Przede wszystkim jednak o sile przywiązania i męskiej przyjaźni. Taki zbiór korespondencji mocno zapadnie w pamięć nawet tym, którzy dotychczas mogli mieć mgliste pojęcie o dokonaniach amerykańskich beatników.

tłum. Krzysztof Majer
Wydawnictwo Czarne, 2012

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz