Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-09-24

"Wrogowie publiczni" Michel Houellebecq, Bernard - Henri Lévy

Otrzymujemy dość specyficzny model powieści epistolarnej. To opowieść o hipotezach i subiektywnych próbach ich interpretacji. Popis erudycji, ale także megalomanii w jej całkiem pozytywnym znaczeniu. Listy Michela Houellebecqa oraz Bernarda – Henri Lévy’ego, dwóch francuskich intelektualistów, są prywatną rozprawą na temat kondycji współczesnego świata; także kwestionowaniem kanonu lektur i narzucaniem filozofom być może czegoś, czego sami nie powiedzieli. „Wrogowie publiczni” to zestaw tekstów dotykających wielu różnych problemów, głównie społecznych, ale i tych osadzonych głęboko w literaturze i filozofii. Trudno zatem jednoznacznie określić, o czym jest ta książka. Bo może w gruncie rzeczy o tym, jak takim istotom medialnym udaje się wciąż uciekając od świata, nadal na niego trafiać, męcząc się z uporem materii, do której – takie można odnieść wrażenie – obaj nie należą.

Można by się zapytać, po co właściwie wydano ten zbiór listów. Czytelnikom znającym te dwie francuskie postacie nie da niczego więcej poza pogłębieniem wiedzy o problemach i dylematach, z jakimi muszą się one mierzyć i o jakich wiele razy już mówili. To nie jest książka definicji, jasnych stanowisk; ani tym bardziej zbiór korespondencji mających mieć inny niż terapeutyczny dla dwójki pisarzy charakter. „Wrogowie publiczni” to kolejny, tym razem dwugłos, w sprawie świata, w jakim przewartościowania nie pozwalają już znać jedynej prawdy. Lévy i Houellebecq piszą chwilami bardzo osobiście, a swoje dramaty próbują umiejscowić w otoczeniu, do którego mają stosunek ambiwalentny. Jest przecież, a mogłoby go dla nich nie być. Obaj doskonale budują spójny świat własnych idei oraz poglądów, dla których to, co społeczne, sankcjonowane przez większość, jest jedynie punktem wyjścia do rozważań o tym, jak spełniać się i być sobie wiernym.

Zacznijmy od pogardy, do której nawiązuje pierwsze zdanie z listu Houellebecqa. „Wszystko, jak mówią, nas dzieli – z wyjątkiem jednego, jesteśmy obaj osobnikami godnymi pogardy”. Czy owa pogarda ma źródło w świecie, który bywa dla nich opresyjny? Spójrzmy nieco dalej. „Jesteśmy całkowicie zanurzeni w pogardzie i nad tym ubolewam. Bo pogarda, tak trudna z wiekiem do uniknięcia, jest wszystkim, tylko nie siłą”. Czyżby zatem „Wrogowie publiczni” to książka o słabościach jej autorów? Bynajmniej. Nie kryją się z tym, co dla nich trudne. Opowiadają o skomplikowanych relacjach z rodzicami, które ukształtowały ich takimi, jakimi są. Utyskują nie tyle na mierność wokół, co na własną człowieczą mierność uwarunkowaną różnymi czynnikami, ale przede wszystkim czasami źle dobieranymi lekturami bądź też spotkaniami z ludźmi, jakich powinni unikać.

Rozmowy Houellebecqa i Lévy’ego mówią o problemie samotności ideowej. O tym, jak cierpi się po odrzuceniu przez krytykę, ale także i o postrzeganiu krytyki jako sfory – przepełnionej strachem, słabością i głupotą. Rozmawiają o swym wyalienowaniu – każdy czuje je inaczej i w życiu każdego z nich inna była droga do tego, by poczuć się gdzieś na marginesie życia, z którego czasami trudno się wydostać. Obaj bez krępacji rozmawiają o mocy egocentryzmu, jego sile oraz o zdarzeniach, w których egocentryzm, narcyzm prawie, uratował ich… przed samymi sobą. Ich listy – z inicjatywy Houellebecqa, wyraźnie bardziej pragnącego się w tej korespondencji obnażyć – tworzą specyficzną literaturę wyznania. A nawet jeśli nie to, z pewnością przestrzeń, w której obaj swobodnie wymieniają poglądy.

Lévy wydaje się bardziej stonowany i zachowawczy. Nie zezwala sobie na to, by mówić, iż rozumie jakąś myśl filozoficzną tym bardziej wtedy, gdy jest wyrwana z kontekstu. Houellebecq chwilami wyrywa zeń wiele, ale wcale nie atakuje; w spokojnym i rzeczowym tonie ukazuje świat, po którym najlepiej przemykać od jednego prywatnego mieszkania do drugiego. To przestrzeń publiczna, która już dawno nie chce go zrozumieć, a i jemu specjalnie nie zależy na tym, by być bliżej Europy Zachodniej, którą – jak w książkach – nazywa czymś na kształt wielkiego cmentarza.

Panowie z dużym zaangażowaniem i swobodą potrafią się także spierać. Houellebecq pisze o swym zachwycie Rosją, w której – mimo trudności – da się żyć i czuje się to życie. Lévy jest rosyjskością XXI wieku przerażony. Bojąc się Rosji Putina, boi się też tego, że być może kiedyś we Francji ktoś komuś nie dał dojść do głosu i to uratowało kraj nad Loarą przez problemami, z jakimi zmaga się ten daleki dla Francuzów wschodni kraj. Różnic między korespondentami jest dużo więcej. Houellebecq nie goni nieszczęść tego świata, by o nich wiedzieć i pisać. Lévy jest niespokojny duchem, potrzebuje całej „turystyki nieszczęścia”, by widząc nędzę świata, inaczej spoglądać w głąb siebie.

Obaj czują się wykluczeni z pewnych kręgów, a przez inne nazywani ludźmi niepewnymi. Teraz trudno po prostu zaprzyjaźnić się z jednym albo drugim. Najlepiej niech się zaprzyjaźniają ze sobą, a światu dadzą spokój. Otóż o specyficzne kwestionowanie pokoju także w ich rozważaniach chodzi. Sporo miejsca poświęcają swej pozycji wyalienowanych intelektualistów, z którymi trzeba się liczyć, ale już niekoniecznie wchodzić z nimi w dialog. „(…) Ten, komu uda się zrozumieć, dlaczego to my, dwaj pisarze tak różni, staliśmy się we Francji naszej epoki chłopcem do bicia, tym samym wiele dowie się i o swojej epoce”. Przecież każdy z nich inaczej zapracował na społeczną krytykę. Któremu nie daje to spać, a który ma poczucie atakowania zewsząd daleko gdzieś? Co takiego się po drodze podziało, że bezkompromisowość sądów w połączeniu z estetyką pisania negującego tak bardzo wyprowadza Francuzów z równowagi? Houellebecq pisze: „Francja lat 50. bez wahania znosiła pisarzy takich jak Camus, Sartre, Ionesco czy Beckett. Francji po 2000 roku trudno już przychodzi znosić takich ludzi jak ja”. Chorobliwy narcyzm czy gorzka prawda, trudna do zrozumienia? Można by cytować wiele wypowiedzi korespondentów, ale nie jest trudno odnieść wrażenie, iż sami wchodzą ze sobą w pewną grę, w której już nie do końca należy wierzyć ani jednemu, ani drugiemu.

„Wrogowie publiczni” to także erudycyjna wycieczka do myśli wielu wielkich tego świata. Pojawia się Baudelaire jako przewodnik duchowy Houellebecqa oraz Malraux, z którym bliskość czuje Lévy.  Kilka wyjść do głębszych rozważań? Sartre i jego teoria bestii w człowieku. Cioran o publicznym umieraniu w XVIII wieku. Pamflety Céline’a. Rozważania o teorii spadania w chaosie Lukrecjusza. Dyskusje o współczuciu w nawiązaniu do Schopenhauera. Obaj rozmówcy istnieją w tym, co zostało przez innych powiedziane i napisane, bo przecież punkty odniesienia w życiu każdego myślącego człowieka powinny sięgać w przeszłość i łączyć się z bacznymi obserwacjami tego, co dzieje się teraz. Nawet jeśli obserwacje te czyni się gdzieś daleko w Irlandii, odciętym od świata, a przede wszystkim od Francji, z którą Houellebecq nie znajduje już bliskości. Może – jak Lévy – do lektur dołączyć przerażające obrazy z Darfuru, Bangladeszu czy Serbii? Na pewno ważna jest świadomość. I o niej także rozmawiają. O tym,  w jaki sposób intelektualista winien być zaangażowany w problemy nowego wieku oraz o możliwości stania się postacią medialną, która wykreowana na potwora, jest w gruncie rzeczy ciągle poszukującym pytań indywidualistą.

To nie tylko dialog pisarza negacji i publicysty afirmującego życie, nawet w tym najgorszym wydaniu. To książka o neurozach, ale i o prawdzie. O wewnętrznych uwarunkowaniach i sile świata, który może je zmienić. To nade wszystko wyborna i dowcipna lektura, jaka próbuje podsumować ostatni czas miniony. Ten głównie w przestrzeni publicznej, bo przecież tam żyją nasi bohaterowie. Kim są naprawdę? – odpowiedzi na to pytanie zostawmy. Ważne że są i dają do myślenia. „Wrogowie publiczni” to zbiór i złotych myśli, i wywołujących drżenie skandalizujących poglądów. Wszystko w tonacji nad wyraz spokojnej i dość racjonalnie przekazane. Do dłuższego przemyślenia.

tłum. Marek J. Mosakowski
Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Pogarda, o której piszesz w trzecim akapicie i która otwiera dialog pisarza z filozofem jest tutaj pojęciem kluczowym. Nie da się zrozumieć łączącej ich relacji oraz ich miejsca na duchowej mapie Francji bez wyjaśnienia co ma na myśli autor cząstek. I nie chodzi o - jak twierdzisz - opresję ze strony świata, ale o klasyczną definicję pogardy, w myśl której należy się ona temu, kto zbyt nachalnie narzuca się światu, nie mając jednocześnie światu nic do zaoferowania. MH dystansuje się tym samym od swego statusu pisarza celebryty, świetnie zdając sobie sprawę, że zarówno on jaki i BHL pełnią rolę kulturalnych błaznów, że ich dokonania wcale nie usprawiedliwiają ich wysokiej pozycji, i właśnie ta pozycja, niewspółmierna do tego czym faktycznie są, może i musi w wywoływać tylko pogardę.