Pages

2015-06-21

"Relaks amerykański" Juliusz Strachota

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 4 czerwca 2015

Liczba stron: 218

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Tabletki (nie)szczęścia...

Juliusz Strachota informuje, że nie czytał ostatnich książek będących ostrzeżeniami przed uzależnieniem. O ile lekturę "Najgorszego człowieka na świecie" Halber rzeczywiście może sobie darować, o tyle powinien znać "Kobierki" Franczaka i w ogóle piszący o uzależnieniach winien czytać innych, którzy to robią. Dlaczego? Przede wszystkim po to, by porównać doświadczenia, przyjrzeć się podobnym mechanizmom nałogu. Uświadomić sobie przede wszystkim, że w swym cierpieniu nie jest się wyjątkowym. Bo dobrze robi odrobina zdrowego rozsądku i brak rozpaczliwego pytania o to, dlaczego ja. Dlatego, że nie ktoś inny. Nałóg jest potworny, ale jeśli ma się w sobie siłę do rozliczenia z nim na kartach książki, warto czytelnikom zwrócić uwagę, że w podobnych stanach nie przechodzą niczego wyjątkowego. Ergo - łatwiej jest się z tym rozprawić, bo to nic nadzwyczajnego, aczkolwiek chwilami nieludzko okrutnego.

"Relaks amerykański" to ciekawa książka, bo w morzu beletrystycznych czy paradokumentalnych rozpraw o tym, ile się wypiło, czego naćpało i jakie detoksy przeżyło, porusza temat skryty gdzieś w cieniu, być może bardziej wstydliwy, prawdopodobnie mocno skomplikowany. Chodzi o lekomanię. Zmorę współczesnych społeczeństw, do której bardzo trudno jest się przyznać, a wstyd staje się coraz większy i coraz bardziej nie do zniesienia. Strachota z nutką ekshibicjonizmu, tak potrzebnego do skreślenia wartościowej książki o lekomanii, rozprawia się ze wstydem swojego Juliana, który stosunkowo szybko uzależnia się od leków przeciwlękowych, wytaczając wojnę światu, ale wojnę z góry przegraną, bo świat się nie zmieni - można tylko modyfikować wyobrażenia o nim za pomocą środków przepisywanych na zlecenie bogatych koncernów farmaceutycznych.

Bohater "Relaksu amerykańskiego" wpada w sidła uzależnienia, kiedy nie radzi sobie z emocjonalną presją związaną z rychłym ślubem. Ot, taki, a nie inny przypadek, który prowadzi do zacisznego gabinetu psychiatrycznego, gdzie przy wyraźnym wskazaniu szkodliwości długotrwałego zażywania zestresowany pacjent otrzymuje pigułkę eliminującą lęki. Zaczyna się od lekarskiego kazania, ale i tak codziennie znajdzie się jakiś odziany w kitel mistrz uśmierzania niepokoju rozpoczynający rosyjską ruletkę przepisaniem pierwszego opakowania - dla wielu ostatniego, dla równie wielu jednego z tysiąca kolejnych. Obserwujemy proces zapadania się w sobie, zamykania na bodźce świata zewnętrznego, rugowania resztek zdrowego rozsądku na rzecz przekonania, że tylko tabletka jest w stanie utrzymać na powierzchni życia. Kiedy lek zaczyna kierować psychiką? W momencie, w którym staje się okrutnie niezbędny. Także wtedy, gdy można zadać sobie tak rozpaczliwe pytanie, jakie zadaje Julian: "Czemu, kurwa, zabrałem sobie z życia jakąś zwyczajną bezcelowość, bezproduktywność, lenistwo, pogodę ducha, spokój, bezpieczeństwo, ciekawość, tkliwość, ufność i inne zjawiska, których symulacje osiągam za pomocą tabletek?". Ano właśnie, co się stało?

Dzieje się wiele. Przede wszystkim trzeba kombinować, w jaki sposób otrzymywać hurtowe ilości recept. Bo uzależnienie jest potworne. Dwie tabletki zamieniają się błyskawicznie w dwadzieścia, te następnie w czterdzieści i nie ma już niczego, na czym można zasadzić resztki zdroworozsądkowego myślenia. Nie docierają czytelne komunikaty z otoczenia, które widzi problem, ale nie widzi dla niego rozwiązania. Rozpoczyna się spektakl konfabulacji, bo każdemu nowemu lekarzowi trzeba zmyślić inną historię, by uwierzył, że ten, a nie inny lek jest nam niezbędnie konieczny. Setki wizyt, zmiany przychodni, podmienianie kart, wycieczki do gabinetów w innych miastach. W tym wszystkim trzy zasadnicze typy lekarzy. Ci zachowawczy, którzy przymykają oko na świadomość uzależnienia i oferują w miarę rozsądne dawki na recepcie. Lekkomyślni - wypisujący piguły w ilościach hurtowych, mając świadomość doskonałego rynku zbytu w postaci uzależnionych. Także ostrożni - ci, którzy starają się porozmawiać i przekonać o zgubnym wpływie nałogu. A jego siła jest ogromna. Tworzy się coś na kształt alternatywnego życia. Kroczy się niebezpieczną drogą, na której niczego już z siebie nie daje się światu, świat ten izolując gdzieś z daleka, w bezpiecznej odległości. U bohatera książki pojawia się coraz większa pustka tego nieżycia. Pasja badacza Warszawy zamieniona zostaje na pasję eksplorowania coraz to nowych aptek. Julian jest samotnikiem odkrywającym peryferie - te związane z własną psychiką, doszczętnie niszczoną przez chemię w tabletkach.

Kolejny bardzo wyraźny rys to krytyczne ukazanie środowiska detoksykacji dla lekomanów. Jeden z pacjentów zamkniętego oddziału wyraża następującą opinię: "Bo tu nie ma nic nowego, bo przyszłość jest taka, że za drzwiami czeka przeszłość. Nie ma się jak i gdzie z tego leczyć". Wedle wszelkich medycznych prawideł liczy się przede wszystkim usunięcie objawu, bez zwracania uwagi na przyczyny. Dodatkowo mnożą się nowe oddziały detoksykacji, w których stosowane są środki mogące z powodzeniem być wykorzystywane w leczeniu ambulatoryjnym. Ktoś musi pacjentowi bardzo sugestywnie wmówić, że jego siła woli nie może się mierzyć z ogromem uzależnienia. Co jest zatem oferowane? Szpitalne przechowalnie, które rodzą dodatkowe lęki i frustracje. Przechowalnie dla ludzi, którzy nie wkładają wystarczająco dużo siły w walkę o swą normalność.

I jeszcze teza, którą ta mroczna opowieść nazbyt mocno sugeruje. Lekarze przedstawieni są jako dilerzy w białych rękawiczkach, którzy w świetle prawa mogą przywiązać do środków medycznych, a potem tym przywiązaniem sterować wedle zaleceń koncernów produkujących leki uzależniające. Myślę, że problem jest dużo bardziej złożony. Nie chodzi o to, żeby winę zrzucić na lekarzy i ich decyzje. One są pewną integralną całością, współtworzą okrutny proces, wspomagają go. Strachota opowiada w gruncie rzeczy o człowieku, który najpierw ucieka od jakiejkolwiek formy odpowiedzialności, a potem nad wyraz łatwo zrzeka się bycia odpowiedzialnym za samego siebie. Decyzje nie są już decyzjami jego samego, bo on chce widzieć siebie jako ofiarę koncernów farmaceutycznych. Teoria spisku jest uzasadniona, gdy weźmie się pod uwagę całe spektrum zaburzeń świadomości lekomana. On jednak, jak alkoholik czy narkoman, w dużej mierze chce walkowerem oddać swą tożsamość. Sam ją sobie kradnie, sam się jej pozbawia. A to trudna walka, by nie oddać siebie. W szponach nałogu prawie niemożliwa. Prawie.

Niezła rzecz, wyrazista i sugestywna. Mocny język, humor pomieszany z tragizmem i to rozpaczliwe poczucie tkwienia w stanie, za który nie można już wziąć odpowiedzialności. Czy aby na pewno? "Relaks amerykański" ma być przestrogą dla wszystkich tych, którzy w stosunkowo łatwy sposób oddają swój los w ręce konfabulacji - farmakologicznych oraz swoich własnych, wynikłych ze wstydu, lęku i różnego rodzaju urojeń. Lektura obowiązkowa dla uzależnionych każdego rodzaju i dla tych, którzy uważają, że problem ich nie dotyczy. Zwłaszcza dla tych drugich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz