Pages

2019-08-22

„Powrót do Reims” Didier Eribon


Wydawca: Karakter

Data wydania: 29 kwietnia 2019

Liczba stron: 224

Przekład: Martyna Ochab

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Pochodzenie i stygmaty

Odważna i przenikliwa książka, która rzuca cień na przekonanie o liberalnej, tolerancyjnej i nowoczesnej Francji. Zbiór esejów, a właściwie jeden ważny esej, w którym wątki autobiograficzne przeplatają się z uważnymi obserwacjami życia społecznego, ale do tez i diagnoz włączają również filozofię oraz socjologię. Eribon pisze również o polityce, politycznej tożsamości i o tym, w jak wybiórczy sposób deklaruje się poparcie dla danych opcji politycznych z naznaczeniem tego, z jakiego statusu społecznego ktoś się wydobył i czego oczekuje od ludzi rzeczywiście sprawujących władzę tam, gdzie władza nad własnym życiem jest z wielu powodów uniemożliwiona. Akurat rozdział o polityce nie jest najmocniejszy w „Powrocie do Reims”. Dużo bardziej oddziałuje na wyobraźnię ten ostatni, w którym autor rozprawia o anatomii egzystencjalnej zniewagi, o swojej homoseksualnej orientacji stającej się stygmatem, ale jednocześnie czymś, co daje możliwość baczniejszego przyjrzenia się różnym przestrzeniom francuskiej – i uniwersalnej, stworzonej przez ludzkie zło – opresji. Używając mocnego określenia „syn wstydu”, Didier Eribon opowiada jednocześnie o ucieczce od wszystkiego, czego nie mógł zaakceptować w domu rodzinnym, i o powrocie do tego miejsca, do elementów kształtujących jego bunt, jego świadomą potrzebę walki z determinizmem społecznym, do nienawiści oraz przywiązania względem najważniejszych i najbardziej od niego oddalonych ludzi.

Prości rodzice, robotnicza rodzina, przekazywane z pokolenia na pokolenie traumy, ale przede wszystkim deficyty – również te emocjonalne, o nich Eribon opowiada najbardziej przejmująco nawet wówczas, gdy chowa się za figurami stylistycznymi, dzięki którym oddaje głos filozofom, nie sobie samemu. A jednak opowieść o rodzinie, od której musiał się uwolnić, czyni z tej książki historię pewnej ekspiacji, stawiając jednocześnie trudne pytania o to, czy kiedykolwiek jesteśmy w stanie uciec od swojego pochodzenia. I jest to niesamowicie intymny pamiętnik wstydu, który jako taki definiowany jest wówczas, gdy autor opisuje opresyjne przestrzenie, gdzie poruszają się wyobcowani na przykład przez orientację seksualną ludzie. Ale wstyd Eribona to coś znacznie bardziej skomplikowanego. Skryty w trudnych relacjach z matką i ojcem, w odseparowaniu się od braci, w kwestionowaniu przestrzeni pozornego bezpieczeństwa – rodziny, która nie dała się pokochać, ale sama została stworzona także na podwalinach czegoś, co z miłością nie miało za wiele wspólnego.

O ile motywy ucieczki z Reims – symbolizującego pewną przestrzeń, relacje oraz przede wszystkim tożsamość społeczną – stają się coraz bardziej czytelne i ugruntowują przekonanie, że to nie egoizm, lecz świadomy racjonalny wybór stał za potrzebą odejścia, o tyle dużo ciekawsze są motywacje powrotu. Powrót funkcjonuje tutaj w kilku znaczeniach. Sugeruje zmierzenie się z czymś, co było opresyjne, ale także z czymś, co domaga się zrozumienia. Z wielkim szacunkiem Eribon obrazuje środowisko, które go skrzywdziło, i z dużą empatią przygląda się ludziom, którzy w przeciwieństwie do niego nie odnaleźli innej drogi niż tkwienie w koleinach rodzinnych niepowodzeń, powielanych rozczarowań i poczucia, że jakiś mały prywatny fragment Francji jest wciąż na nowo przestrzenią rzucającą kłody pod nogi.

To książka o tym, że świadomość różnorodności świata przychodzi do nas dopiero wówczas, kiedy tę różnorodność odczujemy na własnej skórze. Pisma filozofów czy ich egzystencjalne teorie są pewnymi drogowskazami, nigdy nie stają się nauką czerpaną wprost z własnych doświadczeń. I widać to wyraźnie, kiedy Eribon porównuje dwa rodzaje cierpień z Barthesem czy Baldwinem, rozważa dylematy młodości opisywane przez Bourdieu, wplata do rozważań o anatomii egzystencjalnej zniewagi przemyślenia Foucault. Paralele są mu potrzebne, wynikają z erudycji i życiowej umiejętności łączenia filozoficznych analogii, jednak za tą książką i właściwie za każdym jej zdaniem stoi tylko Didier Eribon. Obnażony na własnych zasadach, ujawniający zaskakująco wiele i mówiący o swoim życiu w bardzo intymnym tonie, ale jednocześnie dojrzały do każdego sądu, z którego wydobywają się niepokojące tezy. „Powrót do Reims” to książka o tym, że nasza życiowa droga może zaczynać i kończyć się w tym samym miejscu, ale tylko uważność oraz umiejętność wyciągania wniosków z własnych doświadczeń nie pozwoli na fatalistyczne przeczucie, że to zamknięty krąg pewnych obsesji i lęków.

Portretowane relacje rodzinne potwierdzają, że najbardziej intensywnie przeżywa się kontakt z rodzicami wydającymi się najbardziej destrukcyjnymi ludźmi uniemożliwiającymi podejmowanie własnych życiowych wyborów. Z jednej strony widzimy, że wydobycie się z wpływów rodzinnych było dla Eribona – z różnych względów – dość proste, z drugiej jednak mamy świadomość, że żadna z decyzji nie była tutaj prosta, a silne przywiązanie emocjonalne do rodziców, od których chciał się odciąć, czyni jego egzystencjalny powrót czymś być może najważniejszym dla samoświadomości. W całym tym prywatnym morzu wspomnień, podsumowań i poszukiwań rysuje się jednak społeczny obraz Francji, w której kilka szczególnych dekad wpływa na bardzo wiele – zarówno w życiu osobistym filozofa, jak i w życiu społecznym, politycznym. Eribon nie rozprawia się tylko z ambiwalentnymi odczuciami w stosunku do miejsc i ludzi, którzy dali początek jego życiu, ale przede wszystkim stara się pokazać, jak tożsamość społeczna skorelowana jest z tożsamością państwa. W jaki sposób ludzie w relacjach odtwarzają to, co oferuje niebezpieczny świat politycznych iluzji. Dlatego czyta się tę bardzo osobistą książkę jak mroczny i trafny traktat o życiu społecznym jednego z najważniejszych krajów europejskich, którego tożsamość jest po części tożsamością nowoczesnej Europy i nowoczesnego świata.

Didier Eribon opowiada o poszukiwaniach przynależności i dramacie wielu ludzi, którzy poprzez brak zakorzenienia, akceptacji i samoakceptacji wchodzą w przestrzeń niebywałej opresji. Jest to traktat o kilku rodzajach wykluczenia. O tym, że wiele ludzkich dramatów rodzi się wówczas, kiedy traci się poczucie bycia częścią albo większej społeczności, albo społecznej struktury, której można zaufać. To także historia o tym, że świat jest tak skonstruowany, iż zawsze ktoś musi ciężko fizycznie pracować, by ktoś inny miał dzięki temu komfort filozofowania. Innymi słowy – Eribon chce zabrać głos w imieniu tych, którzy z różnych powodów nie mogą opowiedzieć o bolączkach i wstydzie, ale którzy dali mu przestrzeń i możliwości do tego, by za nich przemówił. To też istotny esej mówiący o tym, że fundamentem rodziny, a jednocześnie państwa może być konieczność połączona z pozorami. Autor opowiada o niebezpieczeństwach tego, co się może wydarzyć, gdy pytania o tożsamość będą jednocześnie pytaniami o sens porządku społecznego, którego się nie widzi. Mądra i przejmująca książka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz