Pages

2014-01-12

"Nastka, śmiej się" Marian Pankowski

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 28 listopada 2013

Liczba stron: 128

Oprawa: miękka

Cena det: 23 zł

Tytuł recenzji: Język żywy - czas miniony

W przypadku  książki "Nastka, śmiej się" zdecydowano za Mariana Pankowskiego. Zbiór ośmiu tekstów publikowanych w "Twórczości", "Lampie" i "Pamiętniku Literackim" to pośmiertny hołd złożony autorowi, który dzięki świeżości języka nigdy niewpisanego w żadne ramy, pozostał - jak twierdzi Przemysław Czapliński - "najmłodszym wśród najstarszych pisarzy". W omówieniach twórczości Pankowskiego przebija często manieryzm słowny; chce się napisać o nim tak, jak on pisał o świecie, ale zwykle wychodzą z tego awangardowe i puste popisy retoryki. Owszem, najistotniejsze jest to, w jaki sposób autor opowiadał swe historie, ale wydaje się równie ważne, o czym opowiadał. I mimo wszystko skupię się na treści, nie na formie, bo te ostatnie teksty są lingwistycznie buńczuczne, językowo żywe i formalnie nie do okiełznania, ale mówią o czasie minionym z poetycką głębią i realizmem nostalgii.

 "Nastka, śmiej się" to zbiór, w jakim Marian Pankowski jawi się jako gawędziarz zanurzony w czasie przeszłym. Zatrzymuje, gloryfikuje, ironizuje i zapisuje - czas, jaki minął i zdarzenia, które pozostały. Słyszymy minione dźwięki, widzimy półfantastyczne obrazy polskiego życia sanockiego emigranta z Belgii; jest piołunówka, byty zmyślone, historie wyobrażone i sprzeciw wobec tych, co "ciepłą dupą do przyzby przyrośli", bo wyostrzenia w plastycznym opisie rzeczywistości wynikają przede wszystkim z faktu, iż łobuz znad Sanu poznał inne, dalekie, skomplikowane jak sposób jego wyrażania życie, także życie wewnętrzne. Są historie osobiste i Historia obserwowana z boku, z sardonicznym uśmieszkiem i butą tego, co Historii wbrew. Jest dramat życia obozowego, są religijne uniesienia, jest wspomnienie miłosnych fascynacji i zarys tożsamości ciut plebejskiej konfrontowanej z tym, co pańskie - przy stole doktorostwa B. z Ostendy czy we wspomnieniu Ludwisia, którego pochłonęło piekło obozu przed laty...

Tytułowe opowiadanie wyrasta z tego, co mówi matka narratora. W prowincjonalnym świecie zawiści i małostkowości kiedyś tam pewien defraudant i oszustka próbowali urządzić sobie raj na ziemi. Rajskie, odrealnione bardzo, a przecież tak żywe w pamięci, jest wspomnienie pewnej wariatki-posługaczki, co pokazywała i będąc obiektem drwin, stawała się jednocześnie bytem efemerycznie niedościgłym. Pankowski wspomina czas, kiedy jeszcze bywał w Sanoku, kiedy nie została naruszona więź rodzinna. "U starszego brata na przyzbie" to tekst także nobilitujący i podkreślający ważność relacji rodzinnych. Brat jest podkarpackim Andersenem o wargach Rudolfa Valentino; wspomina topielca z Sanu, starego mercedesa, opowiada o naturze pstrąga i zastyga w czasie minionym tak, jak przyzba - punkt widzenia, siedzenia i odniesienia do reszty świata. Ta reszta żyje w oddaleniu. Sanocki czas jest czasem zatrzymanym. Ten emigracyjny przyszłym niedokonanym, a pomostem słowa, związki frazeologiczne rozbijane świadomie, frazy rozedrgane i opisy, które zaciemniają miast rozjaśniać ich przedmiot.

Myślę, że jednym z ważniejszych tekstów jest "Nie grają nam surmy bojowe...". Kostyczność rodzimych ideologii, mroczna martyrologia, życie czasem już przeżytym i polskość uciemiężona - bolą, zadziwiają, rozczarowują i nęcą mimo wszystko. Warszawski sierpień 1944 roku to czas wciąż obecny, kiedy poznaje się kogoś, kto nadal biegnie zrujnowanymi ulicami; nigdy się nie zatrzymał, a kiedy wraca jako emigrant, męczy go polskość ciemiężona swym losem na zawsze smutnym i na zawsze tragicznym. Co nam pozostaje? Co pozostaje tym, co gdzieś daleko? Oberek, kolędy, wspomnienie polskości jasnej, wyrazistej; polskości domowej i takiej, z jakiej wyrosła tożsamość. Piękny to tekst o przyjaźni mimo upływu czasu i o siedemdziesięcioletnich dzieciach, którym nikt już nie odbierze tego, co wzięli z polskości wartościowego.

Kobiety są piękne, kuszące i tajemnicze u Pankowskiego. Wspomniana Nastka jako pewien fantazmat, spotkana przypadkiem siostra straconego Ludwisia, co to w wirze namiętności chce wyrwać z żyjącego ślad zmarłego brata. Jest bohaterka dziesięciu poetyckich miniatur - Daniela. Jest w końcu kobiecość jako kategoria poznawania prawdy o czasie minionym. Tam Marian Pankowski pozostaje w swej bezpretensjonalności sztubaka, któremu życie dopiero się zaczynało. Pośród martwej natury z Ostendy i langust na półmisku zmartwychwstaje człowiek z daleka, zmartwychwstaje językowo, bo słowami ubogaca przeżyte już sny i wspomnienia, jakie można malować wciąż na nowo. Widać wyraźnie, że "Nastka, śmiej się" nie tyle rubasznością i dwuznacznością jest przepełniona, co nostalgią i zadumą skrytą gdzieś między konstrukcjami ze słów, dzięki którym jest to książka niepowtarzalna.

Po lekturze język wgryza się do świadomości i każe powtarzać, te wszystkie "miazgi wesołe" czy "kresy rzeczy pionowych". Niepokoi jedynie fakt, że dbając przecież o formalną strukturę zbioru, redaktor pozwala umknąć uwadze niewłaściwej formie frazeologizmu - "między Bogiem a prawdą" także zostaje w pamięci, niestety. Lektura "Nastki" to także frajda obcowania z pisarzem, dla którego język nie miał ograniczeń i który tej bezgranicznej wolności słowa każe iść w parze z przeszłością, jaka wydaje się surowa, zamknięta w ramach, złośliwie porządkująca to, co przeżyte i to, co wyobrażone. Czytanie Pankowskiego jest poznawaniem świata; napisanego i zapisanego przez kogoś, kto nigdy nie odważył się dać nam do przekonania, iż poznał już formułę, dzięki której w języku świat ów można przedstawić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz