Pages

2019-07-11

„Współczesna rodzina” Helga Flatland


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 350

Przekład: Karolina Drozdowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół emocji

Zawsze cierpię w dwójnasób, kiedy czytam słabą książkę z segmentu skandynawskiej literatury obyczajowej. Nie tylko dlatego, że nordyccy twórcy wyjątkowo wrażliwie analizują kondycję współczesnego człowieka i od dwóch dekad robią to chyba najlepiej po tym, jak przez wiele lat mistrzostwo w tej tematyce mieli Rosjanie. Tu rozpada mi się obraz wyjątkowo monolitycznej literatury opartej na dystansie i budującej umiejętnie wszelkie formy literackiego niedopowiedzenia. Helga Flatland po prostu do nas krzyczy. Jak przekupka na literackim targu – głośno, donośnie, bardzo wyraźnie. Nie ma w jej powieści charakterystycznego dla Skandynawii stwarzania pewnej bariery wobec bohaterów i ich przeżyć, nie ma również gry dwuznacznościami, brakuje tu symboliki, wszystko podane jest na tacy, a dominują emocje. Tak, „Współczesna rodzina” to zaskakujący przykład północnej literatury, w której do głosu dochodzi ekspresja emocjonalna i idąca za tym labilność. Bohaterki powieści są antywzorami Norweżek. Rozhisteryzowane, rozkrzyczane, kompletnie nieprzewidywalne i tworzące dramat z niczego. Bo w tej powieści dojdzie do zakończenia związku przed dorosłe, dojrzałe osoby. Ta autonomiczna decyzja zacznie być kwestionowana i nie chodzi tylko o brak szacunku do tego, co drugi człowiek wybiera i jak chce dalej żyć. Zwłaszcza że bohaterki sugerują, iż za tą decyzją może stać życie oparte na kłamstwach. Chodzi o to, że Flatland tworzy na siłę psychodramę, kiedy w rzeczywistości nie dzieje się naprawdę nic, zupełnie nic, co mogłoby powodować wahania nastrojów bohaterek tak wielkie jak te opisane. Poza tym ta książka jest podręcznikową, pełną uproszczeń apoteozą rodziny i relacji rodzinnych. Nie chodzi o to, że zawsze ciekawiej jest czytać o rodzinie dysfunkcyjnej, a do prezentacji tej szczęśliwej i spełnionej trzeba dołożyć jakieś dramatyczne elementy. Chodzi o to, że nic tu nie jest opowiedziane w taki sposób, który nasunąłby jakieś nowe skojarzenia, interesujące myśli, nietuzinkowe przemyślenia. Flatland i jej bohaterki same się nakręcają. I coraz głębiej wpadają w narracyjny chaos.

Zatem seniorzy ogłaszają swojej rodzinie, że odtąd będą żyć osobno. Norweska prozaiczka buduje opowieść w taki sposób, że wypowiadają się na przemian ich córki, a potem tym trzecim, prawdopodobnie najważniejszym i wyróżnionym głosem ma być narracja najmłodszego syna. Decyzja rodziców została przemyślana i zakomunikowana w sposób czytelny, spokojny, zrównoważony i zasadniczy. Wokół tego rozpęta się jednak histeria, zwłaszcza wyjątkowo irytującej bohaterki o imieniu Liv, najstarszej z córek, funkcjonującej z poczuciem jakiejś zdrady, oszustwa, przekonaniem o rozbiciu stabilnych fundamentów życiowych. Jej rodzice zaczynają nowe życie, ona zapada się w sobie i realizuje – uwaga, tak przetłumaczono – „ewaluację wspomnień”. Wszystko po to, by zrozumieć, czym stała się jej rodzina, jak funkcjonowała i w jaki sposób to funkcjonowanie teraz będzie zaburzone. Liv rozpada się świat. Jest to o tyle groteskowe, że autorka dodaje do absurdalnych zachowań bohaterki elementy drażniące nadmiernym dramatyzmem. Oto bowiem jej nastoletni syn szlocha na wieść o rozwodzie dziadków. Pracując na co dzień z nastolatkami, wiem, że szlochaliby z wielu różnych powodów, ale raczej nie z takiego. Mogę się mylić. A może Flatland po prostu się zapędza i podąża w tej irytującej narracji w kierunku, który ma uczynić powieść bardzo dynamiczną, ale – przypominam – wciąż zbudowaną na racjonalnym, prawdopodobnym i normalnym zdarzeniu, które może mieć miejsce w każdej rodzinie, i to bez poczucia jej rujnowania.

Ellen, młodsza siostra, widzi decyzję rodziców inaczej. Tu mamy do czynienia z mniejszym atakiem emocjonalnych zachowań, gestów i słów, ale mimo wszystko także widzimy bohaterkę sfrustrowaną, zmęczoną, wewnętrznie zdruzgotaną – głównie na własne życzenie. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość Ellen, że los naprawdę czymś ją doświadcza i w przeciwieństwie do siostry ma ona realne powody, by popadać w stany depresyjne. Dla niej postrzeganie rodziny jest proste i jednowymiarowe. Ellen cierpi przede wszystkim dlatego, że burzy się uogólnione rozumienie tego, kim się dla siebie jest w rodzinie.

W trzeciej narracji „Współczesnej rodziny” widzę już spektakularną katastrofę tej powieści. Nie tylko dlatego, że autorka powiela wszystkie przykre schematy dotyczące związków myślenia o życiu z płcią. Chodzi o to, co ma nam do zakomunikowania brat histerycznych sióstr. Zbiór truizmów o istocie wolności i mechanizmach tworzenia związków. Bardzo to wszystko proste i bardzo przewidywalne, choć i tak można się cieszyć, bo odpoczywamy od rytmu opowiadania o sobie kobiet, które ostatecznie czują się emocjonalnie wyczerpane z powodu działania dającego emocjonalny komfort i dystans ich rodzicom. Zmierzając zatem do zakończenia, Flatland chwilowo usiłuje zatrzeć wrażenie, jakie stworzyły poprzednie narracje, ale nie dodaje tej książce niczego wartościowego. Całość zbudowana jest na analizowaniu na wszystkie sposoby decyzji ludzi, którzy nie czują już potrzeby żadnej analizy. I tu dochodzę do tego, co jest w tej powieści najciekawsze. Bo „Współczesna rodzina” to interesujące studium samostanowienia. Dojrzewania do osobistej wolności i do decyzji o tym, by zakończyć pewien sposób życia i funkcjonowania.

To właśnie seniorzy, choć nieco z boku, są najciekawsi, niejednoznaczni, intrygujący w niedopowiedzeniach oraz w tym, jak zachowują się po rozstaniu. Wydają się sobie najbliżsi, a przecież to oni się rozstają, reszta chce walczyć o swoje związki i zrobić wszystko, żeby nie powtórzyły się dramatyczne w ich mniemaniu losy rodziców. Do końca nie zdajemy sobie sprawy z tego, co stoi za ich decyzją, ale obserwujemy szereg zachowań i działań ludzi nie do końca pogodzonych z upływem czasu, albowiem ten upływ sytuuje ich w rolach i sytuacjach, których nie chcą zaakceptować, nie są to części ich samych. Są gotowi na ryzyko, ale wiedzą również, ile mogą zyskać. Cała reszta zdaje się nieważna, choć urasta do rangi czegoś najważniejszego. Poza emocjonalnymi opowieściami inkrustowanymi scenkami z życia rodzinnego – na przykład dowiemy się, jak jedna kobieta naprawia pralkę albo jak drugą z nich irytuje niepunktualność – nie otrzymujemy nic więcej. Żadnej diagnozy, żadnych ciekawych sugestii do dalszego przemyślenia. Ludzie sobie najbliżsi w tej powieści stają się uczestnikami wyreżyserowanego dramatu. Oczywiście Flatland mogłaby być teatralna i dałoby to tej powieści dużo dobrego. Ale to nie jest zajmujący teatr, lecz trącący groteskowością zlepek obrazów pokazujących to, co się dzieje, kiedy kobieta traci kontakt z samą sobą, bo obezwładniają ją emocje – same w sobie będące chaosem, niefunkcjonujące w połączeniu z jakimiś znaczącymi wydarzeniami, kompletnie bez znaczenia i formuły. Z dobrych norweskich powieści wykorzystujących w ciekawy sposób motyw rodziny i relacji rodzinnych z pewnością polecam wydany w ubiegłym roku „Spadek” Vigdis Hjorth. Jej rodaczka stworzyła książkę, w której postawiła na ekspresję. Przegrała nie samą ekspresją. Przede wszystkim tym, że Flatland nie ma nam niczego naprawdę istotnego do powiedzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz