Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-06-28

„Spadek” Vigdis Hjorth


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 368

Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mikrospołeczeństwo w rozpadzie

Kiedy Gro Harlem Brundtland powiedziała rodakom, że „być dobrym to typowo norweskie”, wielu zaczęło przywiązywać się do tego stwierdzenia jako doskonałej etykiety relacji społecznych. Także uzasadniającej norweską chęć zgodnego współistnienia i niezgody na jakąkolwiek formę przemocy czy terroru. O tym, jak projektowane jest po norwesku pojęcie dobra, i o tym, jak stało się ono wybiórcze, doskonale pisze w swym socjologicznym szkicu Nina Witoszek. Powieść Vigdis Hjorth to nie publicystyka „Najlepszego kraju na świecie”, lecz bardzo mocna proza obyczajowa wychodząca poza ramy portretowania rodzinnej psychodramy. Na niej norweska autorka zbuduje przesłanie jeszcze trudniejsze do uniesienia niż to mówiące o toksycznych relacjach, które niszczą rodzinę od środka. „Spadek” to powieść o tym, czym jesteśmy jako syte, uporządkowane społeczeństwa europejskie. Do czego doprowadzamy zachowawczością, poprawnością poglądów i zachowań, tuszowaniem rzeczy niewygodnych. Na pewno norwescy czytelnicy mocno przeżyli spotkanie z tą książką. Nie tylko dlatego, że Hjorth udowadnia, iż w sielskich okolicznościach przyrody jedynie pozornie toczy się życie uporządkowane, właściwe, sensowne i dobre. Rozsadzone zostaną tutaj wszelkie ramy porządku – tego rodzinnego, ale również społecznego. Sytuacja ofiary, której świadectwu inni nie chcą dać wiary, będzie przejmującym obrazem konfrontacji norweskiego dobrego życia z tym, jak tuszuje ono wszelkie formy okrucieństwa, a zatem z tym, jak bardzo jest fasadowe i ile w nim hipokryzji.

Vigdis Hjorth ciekawie rozgrywa swój dramat. Początkowo odnosimy wrażenie, że będziemy mierzyć się tylko ze sferą emocji głównej bohaterki. Że w jej rwanej, fragmentarycznej i chaotycznej narracji pełnej – celowych! – powtórzeń odnajdziemy jedynie analizę krajobrazu emocjonalnego skrzywdzonej osoby, która nie zdradzi nam zasadniczych faktów ujawniających, w jaki sposób została skrzywdzona. Kiedy dowiadujemy się prawdy, nie jesteśmy zaskoczeni, niemniej Hjorth dokonuje rzeczy niesamowitej: z dość typowej historii o traumie niesionej przez życie tworzy boleśnie dotykający traktat o istocie człowieczeństwa i o tym, jak definiują ją relacje z najbliższymi.

Od początku widzimy, że tworzą się dwa fronty między rodzeństwem. Syn i córka, który odcięli się od rodziców, oraz dwie ich córki pozostające w ścisłym związku emocjonalnym z tymi, którzy decydują w jesieni życia o podziale rodzinnego spadku. Kością niezgody stają się domki letniskowe przepisane córkom, które wiernie trwały przy rodzicach, ale wiemy od początku, że nie będzie chodzić ani o żadne domki, ani też o niesprawiedliwy podział dóbr. Symboliczny spadek jest dużo bardziej skomplikowany. Dużo trudniejszy do udźwignięcia. Niemożliwy wręcz w swym ciężarze. Nie do wytrzymania, nie do przepracowania w dorosłym życiu.

Hjorth opowiada o tym, jak niemożliwe jest wydobycie się z toksycznego dzieciństwa. Dwoje rodzeństwa, która postanowiła zerwać z rodziną, dobiegając szóstej dekady życia, wciąż ma poczucie bezradności i bólu, w które wbiło ich dzieciństwo. Bergljot jest cenioną krytyczką teatralną, matką i żoną, która odeszła do tego, co się podobał i fascynował. Tym samym zrobiła coś, na co nie miała odwagi jej matka – zawsze pozostająca bezwolną własnością w rękach ojca. To właśnie relacje Bergljot i jej rodzicielki są tu najważniejsze. Wydają się dużo ważniejsze niż realne dramaty, jakich doświadczyła bohaterka niemogąca uwolnić się od przeszłości i projektująca na swoje dalsze życie odziedziczoną niemoc wraz ze strachem. Matka wzięła na siebie rolę świadka, który wolał milczeć. Niesamowite jest, że doświadczona złem kobieta przenosi to zło dalej, współuczestniczy w nim, jest gotowa je sankcjonować. Hjorth opowiada o tym, jak przenosi się destrukcja – na inne osoby, w inny wymiar, do kolejnego pokolenia. Buduje obraz toksycznych relacji, w których ktoś chce zabrać głos i opowiedzieć o krzywdzie, ale jest ignorowany. Wszystko dla dobra rodziny. Dla bycia dobrym po norwesku. Fasadowo. Zachowawczo. W tym portretowana rodzina się wyspecjalizowała i doskonała scena pogrzebu ojca pokazuje, jakimi aktorami się stali jej członkowie. Bergljot – na co dzień demaskująca sceniczne kreacje – chciałaby wreszcie wyjść z roli i zmusić do tego członków swojej rodziny. Okazuje się to prawie niemożliwe. A może po prostu niestosowne, bo za dużo upublicznianych krzywd zrujnuje wizerunek. Ile jest takich norweskich rodzin? Ile większych społeczeństw działa wedle okrutnych zasad ustanowionych przez portretowaną przez Vigdis Hjorth rodzinę?

Fascynujące i przerażające jest śledzenie tego, w jaki sposób rodzice od początku wpływali na decyzje i wartościowanie swoich dzieci. Czytelny front dwójki odrzuconych i dwóch przywiązanych do nich córek obrazuje bolesny rozdźwięk w tym, jak ta rodzina się komunikuje i jaki kod komunikacji przyjęła. Nieprzypadkowo ci, którzy odeszli, podjęli taką, a nie inną decyzję. Bergljot nie kontaktowała się z bratem bardzo długo. Każde z nich doświadczyło innej formy opresji i każde mierzyło się z jej śladem na własny sposób. Zatomizowali się, ale podejmują wspólne działania związane z brakiem dziedziczenia wspomnianych już domków. Bergljot zdobędzie się na odwagę, by zwerbalizować swoje lęki oraz uprzedzenia. Po raz pierwszy w swym długim życiu będzie gotowa stanąć do walki ze swoimi demonami. Co wyniknie z tej konfrontacji?

Hjorth zastanawia się nad tym, czy możliwy jest prawdziwy rozrachunek rodzinnych krzywd bez pełnego pojednania. Nie chodzi tylko o zrozumienie krzywd, ale usankcjonowanie statusu ofiary. Emocjonalna pustka głównej bohaterki to pokłosie skomplikowanego procesu odcinania się od mroków czasu przeszłego. Bezskuteczna próba uwolnienia się od czegoś, co nie doczeka się przeprosin czy choćby zrozumienia. Bergljot nie współczuje matce, gdy ta – dość teatralnie – podejmuje próbę samobójczą. Nie jest gotowa jej współczuć, ale nie ma też w sobie dużej empatii wobec problemów innych, których stara się unikać. Wyjałowienie emocjonalne postępowało latami. Dzisiaj może postarać się o to, by zaakceptować postawę oprawcy, ale nie jest gotowa wybaczyć. Prawdopodobnie nigdy nie wybaczy. Rozważania o roli dystansu tworzonego w rodzinie są okazją do tego, by pokazać, jak atomizuje się nowoczesne, wygodne społeczeństwo. Jego przedstawicielką jest także Bergljot, która przypadkiem blokuje telefon i w tym pełnym dóbr świecie natychmiast kupuje nowy, by rozmawiać, bo taką ma potrzebę. Bohaterowie tej powieści mają wszystko, co jest im potrzebne. Nie mają tego, co niezbędne – czułości oraz zrozumienia. Bogate społeczeństwo okazuje się nie toczyć walki o domki letniskowe z obniżoną ceną rynkową. W tym rodzinnym mikrospołeczeństwie rozpaczliwie walczy się o zainteresowanie i miłość. To towary deficytowe, choć wszystkie inne są w zasięgu ręki.

„Spadek” to mimo pozornie chaotycznej konstrukcji powieść bardzo spójna i czytelna. Oddająca głos komuś, kto nigdy nie chciał go zabrać, nigdy nie pokonał deprymującego dystansu wobec rodziny, która funkcjonowała fasadowo. Hjorth fantazjuje także o tym, czego uczy bycie człowiekiem nieszczęśliwym i odrzuconym. W jaki sposób można przekuć w siłę odtrącenie oraz idące za tym smutek i melancholię. To także świetna książka o tym, jak odrzucający potrafią wypracować sobie bezpieczne ramy przestrzeni odrzucenia i nie współczuć tym, którzy zdecydowali się odejść. Narracja wielu przesłań i mrocznej tezy, że ludźmi w każdej relacji rządzą zgubne instynkty. Nawet instynkt przetrwania może przerodzić się w piekło autodestrukcji. Zdecydowanie warto przemyśleć te kwestie.

Brak komentarzy: