2024-01-24

„Nielat” Piotr Kościelny

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarna Owca

Data wydania: 24 stycznia 2024

Liczba stron: 424

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: W piekielnej matni

Piotr Kościelny przyzwyczaił nas do tego, że nie bierze jeńców. Choć krytykowany za mało literacki język, konsekwentnie stosuje znakomitą formułę opowiadania o sprawach, o których opowiedzieć trzeba właśnie za pomocą takiej składni i fleksji, jaką autor dobiera. Byłem przygotowany na kolejną bezkompromisową powieść. Nie sądziłem jednak, że lektura „Nielata” rozkłada na łopatki. A zakończenie tej książki nokautuje w taki sposób, że nie da się przestać o niej myśleć. To dopiero początek roku, jednak mam wrażenie, że otrzymaliśmy od Kościelnego najbardziej poruszającą powieść kryminalną 2024. Trudno o niej pisać bez emocji, bo wzbudza ich całe spektrum. Zwłaszcza gdy ma się świadomość tego (bo poznało się mroczną stronę życia, która jest tu opisywana), że „Nielat” nie posługuje się hiperbolizacjami czy innymi subtelniejszymi przejaskrawieniami tylko po to, by nimi epatować. Świat przedstawiony tej powieści, niesamowicie duszny i przepełniony fatalizmem, jest odzwierciedleniem prozy życia. Za dużo okrucieństwa, krzywdy, zła? Niekoniecznie. Nie w tym zaproponowanym zestawie. Nie w świecie, którego unikamy i nie znamy, a który składa się jedynie ze smutnych i tragicznych koincydencji prowadzących po równi pochyłej ku piekielnym kręgom ludzkiej egzystencji. Za dużo? Za mocno? Nie. Uczciwie i prawdziwie. O ludziach, którym nie pozostawiono wyboru, i o tych, którzy otrzymawszy wybór, zdecydowali się na destrukcję. Ale ten kryminał to także świetny panoramiczny obraz pracy grupy policjantów bardzo od siebie różnych i mimo niewielkiej indywidualizacji postaci przekonujących w swej bezradności wobec zła. A raczej w zbrukaniu tym złem, bo o czymś takim myśli jeden z mundurowych bohaterów.

Zaczynałem czytać z pewnym sceptycyzmem. Miałem wrażenie, że „Nielat” będzie nie do końca udaną kalką „Szymka”. Zwłaszcza że motyw samobójstwa młodego bohatera niebezpiecznie się powtarza. Jednak jest to zupełnie inna opowieść, choć ponownie portretująca zderzenia pewnych młodych ludzi – tych, którzy z różnych powodów nie mają szans na normalne dorastanie, inicjacje życiowe, swobodę nastoletnich doświadczeń i błędów – ze światem dorosłych. Ci nastolatkowie nie mogą się pomylić, a jeśli się mylą, to być może jak saper. Piotr Kościelny wprowadza nas w mroczne środowisko nastoletnich przegranych. W towarzystwo chłopaków, którzy z różnych powodów robią to, co robią, jednak utrzymują wobec siebie bezpieczny dystans, a przede wszystkim zachowują dyskrecję – każdy miał powód, by trafić do tego piekła: jako grupa i jako jej pojedynczy członkowie.

Michał staje się tym, kim się staje, bo już gdy miał jedenaście lat, życie napisało mu konkretny scenariusz. Scenariusz przetrwania w dramatycznych warunkach, z których nie można się uwolnić. „Nielat” to opowieść o strukturalnej przemocy, ale również niemocy. I o samotności dziecka, które musi szybko stać się dorosłym. Po to, by otoczyć opieką drugie dziecko. Kolejne nieszczęśliwe istnienie, które pojawiło się na tym okrutnym świecie i trzeba je za wszelką cenę ocalić. I Michał jest gotowy poświęcić wszystko, by to to się udało. Tymczasem obserwujemy młodych ludzi, dla których nie ma już szansy na ocalenie normalności. Ich życie nigdy nie będzie normalne, a to, co ze sobą niosą, to pokłosie traum oraz krzywd. Jednak w tym przerażającym świecie Kościelny nie epatuje nihilizmem i grozą. Znajdzie się tu miejsce na empatię i współczucie, a nawet miłość. Ciepłe uczucia pojawiają się na chwilę i nie rozświetlają mroku tej powieści. Konsekwentnie zbudowanej na przejaskrawieniach opowieści o tym, że ludzkiego zła przejaskrawić się nie da.

Wspomniałem już, że nie ma tutaj wyraźnie wyeksponowanego jednego policjanta walczącego ze złem, a silniej zarysowana jest hierarchia panująca w grupie śledczych. Podążają oni tropem mordercy, jednak Kościelny tak kształtuje fabułę, że denat staje się postacią cokolwiek kontrowersyjną. Mówiąc wprost: nie żałujemy, że został zabity. Ale nawet jeśli „Nielat” zmanipuluje uwagę czytelnika na tyle, że będzie on pewien słuszności tego, jak rozlokował sympatie oraz antypatie, nie można stracić czujności. Bo zmierzając do przerażającego finału, Kościelny rozbija wszelkie pewniki, kwestionuje fundamenty przyzwoitości, nie można znaleźć żadnego punktu zaczepienia, by odróżnić dobro od zła, uporządkować jakoś wnioskowanie moralne, ustalić kategorie katów i ofiar. Z pewnością to, w jaki sposób autor prowadzi do nieoczekiwanych rozwiązań finałowych, jest największym atutem tej powieści. Książki pochłaniającej i naprawdę przerażającej: o nieczułości oraz znieczulicy. O tym, jak bardzo potrafią krzywdzić najbliżsi. A także o policjantach przechodzących tutaj swoiste inicjacje. Zderzonych z ogromem niesprawiedliwości, niegodziwości i bólu. Nawet policyjna rutyna nie będzie w stanie pomóc podczas doświadczeń granicznych, jakie staną się udziałem śledczych. Policjanci nie odpuszczają. Podobnie jak nie odpuszcza zło, które jest tu wszędzie. I w tym wszystkim poprowadzona znakomicie narracja o determinacji w walce o godne życie. Z wieloma przegranymi. Bo w „Nielacie” nic nie może skończyć się dobrze.

Tutaj każda, nawet epizodyczna postać została w mniejszym lub większym stopniu naznaczona złem na całe życie. Środowisko narkomanów, bezdomnych, ludzi z marginesu, przegranych – oni wszyscy cierpią tutaj zbiorowo, lecz Piotr Kościelny umiejętnie wyłania z tego piekła zbiorowości indywidualne losy naznaczone przede wszystkim obojętnością innych wobec nich. Wkraczamy w tkankę miejską, w której ukryli się ludzie gotowi poświęcić bardzo wiele, by odzyskać choć część człowieczeństwa. Nastoletni Michał samego siebie uznaje za przegranego, ale zależy mu na innej egzystencji. Tymczasem wszystko układa się jak w jakichś koszmarnych puzzlach. Jednak za dopasowanie elementów do siebie płaci się bolesnym tarciem. Epizody z życia Michała oraz otaczających go ludzi ranią jak ciernie. Nie do zniesienia. Albowiem jest to świat, w którym nie można znieść samego siebie. A także miejsce, w którym przemoc znajduje swoje miejsce bardzo szybko i jest wszechobecna. „Nielat” to z pewnością powieść dla czytelników o mocnych nerwach, kiedy uświadomi się sobie, że nie jest tylko przejaskrawioną powieścią o fatalnych zbiegach okoliczności.

Sporo jest tu ukrytej publicystyki, ale Kościelny dba o to, by powieść gatunkowo była rasowym kryminałem, nie uciekała w stronę zaangażowanej społecznie obyczajówki. Warto zwrócić uwagę na motyw rodzicielstwa – zwizualizowanych rodziców przegranych, ale również przyszłego ojca tonącego w niepewności losu swojego dziecka, kiedy widzi, jak cierpią dzieci, które w wyniku zbiegu okoliczności stały się podmiotami sprawy kryminalnej. „Nielat” to także książka o ogromnej bezradności, która tutaj konfrontuje się z atawizmami. Michał walczy o to, co podpowiada mu instynkt. A instynkt każe działać przede wszystkim w imieniu niewinnego istnienia. Każdy bohater niesie tu jakąś winę, są postacie obrzydliwe i przerażające. W tym wszystkim jednak usłyszeć można subtelny ton sugerujący, że ludzkie cierpienie skądś pochodzi, a w późniejszym życiu formowane bywa po części przez przypadek, po części przez strach, który często paraliżuje, obezwładnia, a czasami prowadzi ku irracjonalnej ucieczce. Kościelny napisał chyba najbardziej wstrząsającą i najbardziej przerażającą książkę w swoim dorobku pisarskim. Wcale nie wykorzystał do tego prostych środków formalnych. Struktura tej mrocznej powieści pokazuje, że kryje się w niej dużo więcej przejmujących znaczeń niż te zaakcentowane za pomocą hiperboli. Książka, która zostawia naprawdę bolesny ślad w pamięci.

2024-01-17

„Kontratak” Sohn Won-Pyung

 

Wydawca: Wydawnictwo Mova

Data wydania: 24 stycznia 2024

Przekład: Edyta Matejko-Paszkowska

Liczba stron: 280

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Istota buntu

Sohn Won-Pyung w swojej nowej powieści prezentuje panoramę społeczną charakterystyczną dla tych dekad Korei Południowej, o których wspomina potem tłumaczka, dlaczego warto zapoznać się z jej słowami po lekturze, by zobaczyć w tej książce więcej. „Kontratak” to jednak także bardzo uniwersalna w wymowie opowieść o kryzysie tożsamości, o jej budowaniu, funkcjonowaniu w tkance miejskiej i poszukiwaniu drogi wyrażenia samej siebie, bo główna bohaterka – co jest jej sugerowane – być może mało znaczy przede wszystkim dlatego, że w taki sposób myśli o sobie. Koreańska pisarka, podobnie jak w „Almondzie”, stawia na powieściową konfrontację dwójki bohaterów z ciekawie zarysowanymi portretami psychologicznymi. Kierując tę powieść do dorosłych czytelników, Sohn Won-Pyung odchodzi jednak od dydaktyzmu i kilku fabularnych uproszczeń charakteryzujących „Almonda”, by pokazywać swoją bohaterkę w zderzeniu z punktami widzenia innych osób. Dorastająca do prawdy o samej sobie Kim Ji-hye wysłuchuje opowieści znajomych i przygląda się modelom życia, które oni uznali za słuszne. Swoją życiową ścieżkę określa jako pełną goryczy, a wszystko, co osiąga, traci znaczenie zaraz po tym, jak zostanie osiągnięte. Wokół rzeczywistość, która poddała się trendom humanizmu spod znaku Steve’a Jobsa; świat podążania za ideałami, których nie można osiągnąć, i miejsce, gdzie słowo „samorozwój” odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Bohaterka „Kontrataku” utknęła. Nie rozwija się albo jest przekonana o tym, że tak jest, bo obserwuje, jak rzekomo powinno być. Czytamy o kobiecie, która, by zdefiniować swoją życiową drogę, najpierw uważnie się przygląda, jak wędrują jej bliżsi i dalsi znajomi. Co mają do powiedzenia, a co do pokazania. Intrygująca jest jej historia o tym, w jaki sposób wyjść poza wyobcowanie, by poczuć się częścią otaczającego świata.

Kim Ji-hye niczym się nie wyróżniała i nie wyróżnia. Jej pospolite imię symbolicznie podkreśla poczucie braku wartości. Do bohaterki w ciekawy sposób wracają szkolne lata, kiedy nie była przez własne imię definiowana. Do pewnego czasu bycie niewidoczną i niewyróżniającą się uważała za wygodne. Ale przyszedł czas, w którym toksyczne emocje, paraliżujące i niszczące, mogła wyrzucić z siebie tylko dzięki rozpaczliwemu krzykowi. Kim Ji-hye chce być kimś istotnym, także dla samej siebie. Nie chce mieszkać w miejscu, o którym wstyd powiedzieć rodzinie. Pracować w firmie, do której się dostała, pokonując liczną konkurencję, ale w której czuje, że stoi w miejscu, wiedzie przewidywalną i nudną egzystencję zawodową. Z marazmu wyrywa bohaterkę nowy pracownik. Charyzmatyczny i tajemniczy. Pokazujący Kim Ji-hye, że można żyć inaczej, prezentować się światu lepiej, być w tym świecie częścią istotnych zdarzeń, nie przebywać na jego marginesie. Gyu-ok także dosłownie zwróci jej uwagę na to, że możliwa jest inna perspektywa spojrzenia na swoje życie, dzięki której kształtuje się nowy porządek. Tu symboliczna rola krzeseł, o których rozmawiają, przeniesie się na coś, co bohaterka wykreuje później. Tymczasem Koreanka wchodząca w dorosłe i odpowiedzialne życie chciałaby, żeby ktoś zdjął z niej ciężar dorosłości i się nią zaopiekował. Dlatego zacznie zbliżać się do ludzi, którzy nie tylko rozmawiają o zmianach, ale również ich dokonują. To zbliżenie będzie miało oczywiście swoje konsekwencje.

Sohn Won-Pyung opowiada historię kobiety, która nie daje sobie prawa do bycia zwyczajną, gdyż traktuje to jak stygmat. Tymczasem z zaskoczeniem przyjmie argumentację kogoś, kto będzie ją chciał przyjąć do innej pracy. Wydaje się, że odpowiedzi na wszystkie pytania bohaterki tej książki znajdują się tuż obok niej. Albo mają być wynikiem obserwacji tego, co się dzieje wokół, i wyciągania właściwych wniosków, albo są ukryte w postawach życiowych ludzi zdolnych do czegoś więcej niż podporządkowanie się i bierne wejście w życiową i społeczną rolę. Kim Ji-hye spotyka się ze swoją przeszłością w bardzo ciekawie pod względem literackim opowiedzianych konfrontacjach. Autorka w zasadzie odchodzi od klasycznej formy operowania retrospekcjami w powieści, gdyż prawdę o przeszłości bohaterki chce odkryć nieco inaczej. Dużo więcej niż można sobie wyobrazić, słyszy się tutaj wprost – zachowania albo modele eskapizmu nazwane zostały w taki sposób, by czytelnik przede wszystkim zrozumiał, skąd wynika egzystencjalny dyskomfort głównej postaci. A potem przyjrzał się temu, co można z tym zrobić.

„Dlaczego plączesz się pod prąd?!” – gani główną bohaterkę staruszka mijana na ulicy. To ciekawa scena, bo bardzo wyraźnie symbolizująca, z czym Kim Ji-hye ma największy problem. Niekoniecznie z nieprzystawalnością do świata. Chodzi tu zapewne bardziej o rozczarowanie wynikające z faktu, że jest dostrzegalnie opozycyjna, jednak nie idzie za tym nic więcej. „Kontratak” to nie tylko powieść o dojrzewaniu do buntu, ale przede wszystkim historia określania tego, czym ma być buntowanie się, kiedy jest zasadne i w jaki kreatywny sposób może zmienić życie. Bo życie ludzi, którzy otaczają bohaterkę, ale także jej własne, cały czas jest dynamiczne i wciąż podlega jakimś metamorfozom. Koreańska pisarka chce zaprezentować kobietę w całej jej egzystencjalnej wątpliwości, ale także postać, która stoi o krok o zdobycia nowej wiedzy o samej sobie. Być może najwięcej o sobie dowiemy się wówczas, gdy będziemy umieli uważnie przyglądać się ludziom, którzy nas otaczają.

Powieść ma bardzo klasyczną konstrukcję, w zasadzie niczym nie zaskakuje, prezentuje wydarzenia linearnie, stara się być lojalna wobec świata, który otacza Kim Ji-hye: jest zasadniczy, klarowny, ma wyraźnie określone ramy, nie ma w nim tylko miejsca na wątpliwości oraz rozterki niepozwalające się dostosować. To książka o tym, jakie konsekwencje ma dostosowanie się, lecz także historia o tym, że bycie w opozycji nie zawsze gwarantuje wygraną albo nie zawsze jest tym, co uczyni życie lepszym. Dlatego dużo tutaj rozmów między bohaterami na temat tego, w jaki sposób doszli do konkretnych życiowych wyborów i na jakim etapie życia uznali, że potrafią sumiennie przeprowadzić bilans egzystencjalnych zysków oraz strat. Sohn Won-Pyung proponuje panoramiczne ujęcie tematu z uwzględnieniem tego, że sygnalizowane są zmiany w społeczeństwie południowokoreańskim, ale także opisane dzięki technice obrazowania różnych życiowych postaw. Jakby główna bohaterka musiała się z nimi mierzyć, tak jak mierzy się z niepewnościami i poczuciem wyobcowania. O tym drugim w „Kontrataku” jest dużo więcej, niż się pozornie wydaje. Być może jest to powieść o tym, że na pewien rodzaj samotności w społeczeństwie zawsze jesteśmy skazani. Ale to książka, w której bohaterowie wciąż na nowo podejmują jakieś działania, gotowi są wybierać, a przede wszystkim potrafią mówić o sobie, choć niekoniecznie słuchać innych. Uniwersalna historia dla wszystkich czujących się szaro i anonimowo. Zwłaszcza w otoczeniu miejskim, które tutaj jest eksponowane szczególnie – jako przestrzeń wyzwalająca dodatkowy niepokój.  

2024-01-15

„Lekcje seksu doktora Alzheimera” Radosław Piwowarski

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 17 stycznia 2024

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Ten czas 

Radosław Piwowarski przekonuje, że nigdy nie jest za późno na literacki debiut. Czytając jego powieść, uświadomiłem sobie, że współczesna literatura polska jest bardzo poważna. Wręcz śmiertelnie poważna. Tymczasem znany reżyser jako autor udowadnia, że można opowiedzieć o śmierci także w sposób pozbawiony tak charakterystycznej dla polskich książek atmosfery nihilizmu, duszności i poczucia, że każde doświadczenie jest skrajnie egocentryczne, jednocześnie aspirując do bycia uniwersalnym. Piwowarski napisał o starości, czyli o tym, czego Polacy boją się najbardziej. O starych ludziach, którzy w jego książce odzyskują witalność, a może raczej uświadamiają sobie, że nigdy jej nie stracili. „Starość to życie bez braw?”. Dla głównego bohatera brak poklasku zaczyna być problemem. Dla bohaterki powieści zawsze był czymś, czego unikała i do czego nie dążyła. „Lekcje seksu doktora Alzheimera” to słodko-gorzka opowieść o dwóch tożsamościach: jednej zmierzającej do pewnego końca, którego granicę wyznaczy niepamięć, i drugiej, która dopiero się rozwija. Piwowarski opowie o takim spotkaniu dwojga ludzi, na które zazwyczaj się nie czeka i którego z pewnością się nie spodziewa. Umiejętnie oraz inteligentnie wplecie w tę historię gorzkie rozważania o tym, czego oczekuje się społecznie od osób w jesieni życia i jak bardzo jest to deprecjonujące. Nawet wówczas, gdy będzie mowa o przedmiotowym traktowaniu ludzi starych lub o przekonaniu, że po przekroczeniu pewnej granicy wieku powinno pozostać się niewidocznym, wszyscy bohaterowie tej powieści nakreśleni zostaną wyraźną kreską, jako ludzie dynamiczni i fascynujący. Życie kipi tu od emocji, jest przedstawione za pomocą czarnego humoru, intrygującej ironii, a także charakterystycznego dla autora absurdu. Wyolbrzymienie to sposób pokazania tego, jak postrzegamy pewne sprawy, wcale ich nie rozumiejąc. A najbardziej nie rozumiejąc tego, że ludziom starszym może przydarzyć się miłość.

Helena zawsze była nijaka. A właściwie skrojona wedle wzorca idealnej obywatelki – spełniała oczekiwania innych, wychodziła naprzeciw oczekiwaniom społecznym, była zachowawcza i umiarkowana, bez potrzeby kontestacji czegokolwiek, bierna i bezwolna, z dala od uniesień emocjonalnych, a już na pewno z dala od mężczyzn. Adam natomiast zawsze był jakiś. Musiał taki być, bo jego celem było zawłaszczanie uwagi i bycie w jej centrum. Adam wielbił, adorował i może też wykorzystywał kobiety, a samotność jego starości doskwiera mu bardzo przede wszystkim dlatego, że czuje się zbędny. Światła jupiterów nie padają już na jego wspaniałą sylwetkę – człowieka, który kiedyś stał w centrum zainteresowania i je podsycał. Dziś Adam pozostaje z tym, co zawsze kochał, czyli z poezją, ale przede wszystkim ze świadomością, że nikomu już nie jest potrzebny.

Tak pokrótce prezentuje się ekspozycja dwójki bohaterów, którzy uwikłają się w fascynującą emocjonalną relację. Obok nich Radosław Piwowarski sportretował postacie drugiego planu, których wizerunki dopełniają oblicza Heleny i Adama, a przede wszystkim definiują, kim się stali w opozycji do innych ludzi. Dlatego poznamy także syna marnotrawnego hołubionego przez matkę, która nie widzi jego wad. Poznamy córkę artysty, kobietę-potwora, matkę najwspanialszej wnuczki na świecie, a jednocześnie kobietę wyznaczającą pewien kurs życia swojego ojca. Jest w „Lekcjach seksu doktora Alzheimera” sporo barwnych postaci, które tworzą wspólnie zaskakującą mieszankę. Do tego dodać należy zdarzenia niezwykłe i absurdalne, takie jak jazda karetką z zaskakującym finałem czy domowa hodowla marihuany. Autor bardzo się stara, by na każdej stronie jego powieści działo się coś zajmującego uwagę i by jego główni bohaterowie wciąż zaskakiwali. Jest tu bowiem tak wiele zwrotów akcji, że chwilami giniemy w ich mnogości, jednak wszystko ma swój ukryty cel. Wszystko zmierza do przemyślanego i pogodnego finału. Albowiem – choć jest to rzecz o sprawach trudnych, ostatecznych i skomplikowanych – Piwowarski proponuje niezwykle optymistyczną opowieść o tym, w jaki sposób seniorzy gotowi są mierzyć się z nowymi życiowymi wyzwaniami. Bo w ich życiu pojawi się coś, co jest całkowicie nowe. I nie będzie to tylko miłość.

Syn Heleny podkreśla, że „love” jest tylko dla młodych. Jej była uczennica z misją prokreacji dziwi się planom matrymonialnym, bo przecież Helena już nie urodzi i nic z tego związku nie będzie. Tymczasem zacieśniająca się relacja jest dowodem na to, że zbieg okoliczności może wykreować coś, co będzie doświadczeniem, na które z różnych powodów nie było miejsca w dotychczasowym życiu. Piwowarski nie tylko sugeruje, że miłość i starość to nie jest jakieś absurdalne połączenie. W tej powieści widzimy przede wszystkim przemiany pod wpływem związku. Zdecydowanie najciekawsza jest postać Heleny, bo to wyjątkowa bohaterka dynamiczna. Kobieta nie tylko uświadamiająca sobie, co może i jaki ma potencjał. W tej historii będzie mowa przede wszystkim o tym, że możemy być przez całe życie egzystencjalną zagadką dla samych siebie. I niekiedy to życie przespać. Nie dowiedzieć się prawdy o sobie i nie przekonać się, do czego możemy być zdolni. A bohaterka Piwowarskiego przekracza kolejne granice w zdumieniu wobec samej siebie i świata, który jej to umożliwia.

„Lekcje seksu doktora Alzheimera” to także opowieść o bardzo intensywnych relacjach rodzinnych. Mamy tutaj opowieść o dwóch siostrach, które przez całe życie są jakby przeciwnymi biegunami. Ale też intrygującą historię relacji ojca z córką. Wszystko buzuje od ukrytych emocji i każda z tych opowieści pokazuje, jak ciekawie wygląda opozycyjność wtedy, kiedy dotyczy rzekomo najbliższych sobie ludzi. Helena otrzymuje szansę od losu dzięki determinacji swojej siostry, która żyje i funkcjonuje zupełnie inaczej niż spolegliwa Helena. Adam zrozumie więcej z relacji, w którą wejdzie, także dzięki temu, jak na tę relację spojrzy jego ekspansywna córka. Piwowarski podkreśla wagę tych uwarunkowań, pokazując w nich jednak przede wszystkim punkty zapalne. Dzięki temu powieść jest żywa i dynamiczna, ale wszystkie te intensywne sceny pokazują siłę przywiązania. Dlatego też dwoje głównych bohaterów przywiąże się do siebie z powodu tego, że coś wydarzy się nagle, z mocą nieodwracalności. Sportretowani na samym początku samotnicy w jesieni swego życia zaskakująco dynamicznie wejdą w jego niespodziewaną wiosnę. A Helena, która najpierw może tylko podglądać, czym jest miłość, jadąc w windzie z młodymi ludźmi, zdefiniuje to uczucie na nowo, doświadczając go wyjątkowo intensywnie.

Radosław Piwowarski snuje fantazje o niemożliwym, które staje się zaskakująco oczywiste. To książka nie tylko o romansie w późnym wieku. To satyryczna, ale i pełna trafnej ironii wobec życia historia ludzi, którzy z różnych powodów utknęli w ograniczeniach i nie są gotowi na zmianę. Tymczasem uderzające w nich uczucie wpływa na całe otoczenie. Autor daje bohaterom prawo do szczęścia i spełnienia, lecz portretuje również świat, który w swoich ograniczeniach często bywa klatką dla ludzi, którym już nie wypada i którzy myślą o przeżyciu czegoś za późno. To pełna humoru opowieść o kobiecie, która nie znosiła niespodzianek, a zaczęła się konfrontować z wieloma, a także o mężczyźnie, który myślał, że zaskoczył już wszystkich, jednak nie zaskoczył samego siebie. Zgrabnie napisana literatura środka pełna odniesień do innej literatury, bo Piwowarski ładnie ozdabia swoją prozę wyimkami z poezji. Duch Bułhakowa spotka się tu trochę z duchem Barei. Opowieść o uwarunkowaniach, fałszywych sądach na temat wieku, ale także o absurdzie myślenia o tym, że na wszystko jest właściwy czas. Tu przychodzi czas na zmiany. I Piwowarski zgrabnie opowiada o ludziach, którzy potrafią zrobić coś niemożliwego – zmienić samych siebie.