2024-02-23

„Ostatni dzień na Ziemi” David Vann

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 31 stycznia 2024

Przekład: Dobromiła Jankowska

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Manipulacje

Steven Philip Kazmierczak. Dwadzieścia siedem smutnych lat życia. Walki o normalność, gdy jest się dla siebie największym wrogiem, a wyzwaniem jest sprostanie temu, by żyć w tak zwanej zgodzie ze sobą. Chłopak, który zamordował sześć osób i popełnił samobójstwo. Dość typowa dla Stanów Zjednoczonych sytuacja: młody człowiek z bronią w ręku strzelający do przypadkowych osób. Kazmierczak strzelił potem do siebie. I to najbardziej fascynuje Davida Vanna. Steve jako samobójca, nie morderca. Bo przecież z widmem samobójstwa autor idzie przez całe swoje życie. O tym, jak cierpi, konfrontując się z przedwczesnym i okrutnym dla niego odejściem ojca, napisał znakomitą książkę. Być może dlatego, że Kazmierczak odebrał sobie życie, Vanna tak zainteresowała jego biografia, bo jako syn samobójcy cały czas ma z tyłu głowy, że najtrudniej czasem znieść samego siebie, wytrwać ze swoją zaburzoną psychiką, bez skutku usiłując wydostać się z matni umysłu skażonego destrukcją. A właściwie autodestrukcją.

Mamy zatem książkę o chłopaku, który staje się atrakcyjny jako temat reportażu właśnie z powodu tego, że ostatecznie podejmuje decyzję, by zabić siebie. Tego kogoś, kto przez lata męczył się okrutnie ze swoimi myślami, emocjami, odczuciami. Tego, kto prawdopodobnie potrzebował prawdziwej psychoterapii, farmakoterapii, a może tylko prawdziwego przyjaciela, choćby jednej w jego życiu osoby, która uznałaby go za wyjątkowego, a nie odsuwała się, bo wiecznie był charakterologicznie niedopasowany do tak zwanej normy. Usunięto go nawet z wojska, które ze swoim uporządkowaniem zasad mogło być dla niego odskocznią i dać mu namiastkę takiego życia, w którym nie konfrontowałby się każdego dnia z piekłem, z samym sobą. Ale Kazmierczak to również zabójca. To wybrzmiewa tu jakby w nieco słabszej tonacji. Jakby dzięki temu książka miała nabrać sznytu czegoś, co nazwano jakiś czas temu kreatywną literaturą faktu. Czegoś, do czego kompletnie nie mam przekonania. A „Ostatni dzień na Ziemi” jedynie utwierdził mnie w tej opinii.

Praktycznie każda książka Davida Vanna była dla mnie pewnego rodzaju literackim wydarzeniem. Każdą przeżyłem głęboko i mam wrażenie, że przeczytałem uważnie. Również jestem synem samobójcy, więc rozumiem swoistą obsesyjność problemu. Wiem, że w pierwszej przetłumaczonej dla polskiego czytelnika powieści głównym bohaterem była rozpacz i zostało to w niesamowity sposób oddane. „Halibut na Księżycu” proponował większy dystans do problemu, ale z drugiej strony bardzo dojrzałą, poetycką i brutalną jednocześnie opowieść o dojrzewaniu do tego, by opuścić świat. Przykro mi to stwierdzać, ale nie mam pojęcia, jakie jeszcze uzupełnienia na temat odejścia ojca Vann chciał przemycić w tym „kreatywnym” reportażu, a nawet odnoszę wrażenie, że w pewien sposób wykorzystał biednego Kazmierczaka, aby po raz kolejny napisać o tym, że za ojcem tęskni i bardzo go kocha, ale jednocześnie zrobić to w innej formie, żeby wyglądało twórczo. Nie wygląda. Nie każdemu udaje się być wspaniale monotematycznym w swej twórczości jak choćby noblistka Herta Müller, która rozprawiała się wciąż na nowo ze swoimi traumami, pisząc za każdym razem znakomitą książkę. Tutaj mam wrażenie manipulowania czytelnikiem na kilku poziomach. Pomijam łączenie materiału faktograficznego z dygresjami autora, co zaciera granice reportażu. Bardziej martwi mnie to, że historia chłopaka, który – co trzeba podkreślić bardzo wyraźnie – stał się mordercą, jest tu przyczynkiem do tworzenia swoistego eseju o tym, co zostało już określone w dwóch powieściach, a tutaj przybiera znamiona obsesji – jednej z kilku, które dręczyły Stevena Kazmierczaka. Największych jednak manipulacji Vann dopuszcza się w sposobie opowiadania dwóch historii życia: swojej jako syna niepogodzonego z odejściem ojca i chłopaka, którego tożsamość kształtowały przede wszystkim silne i toksyczne emocje związane z jego matką oraz siostrą. Jakby autor chciał na dwóch płaszczyznach zaznaczyć, że można stracić rozsądek, jeśli nie ma się obok siebie zdrowego męskiego wzorca do naśladowania.

„Ostatni dzień na Ziemi” jest pełną żywiołowości rekonstrukcją zbrodni, lecz także równie pełną niekoniecznie spójnych dygresji opowieścią mającą bardziej charakter eseju. O czym? O tym, że szuka się podobieństw w przeżywaniu świata i czasami chce się je przedstawić w taki sposób, żeby stworzyły jakiś uniwersalny obraz cierpienia. Od początku do końca miałem wrażenie, że uniwersalne jest tu cierpienie samego Vanna, a opowieść o Kazmierczaku to sposób, żeby pomieszać literaturę faktu z esejem i ostatecznie zaproponować rzecz o samotności definiowanej przez samego Vanna, nie przez egzystencję i cierpienie Stevena, który po dwudziestu siedmiu latach przygnębiającego i pełnego napięcia życia odebrał je sobie.

„Nie mam dość doświadczenia, by naprawdę zrozumieć”. Vann wyraża dystans wobec opisywanej postaci, ale podkreśla też, że za wszelką cenę stara się ją zrozumieć. Dość dydaktycznie i chwilami bardzo wprost daje do zrozumienia, że jemu jako autorowi tej książki udało się uniknąć równi pochyłej Kazmierczaka, lecz z pewnością mógłby po takiej kroczyć. Nastolatek pozostający z dziedzictwem ojca samobójcy, czyli z zapasem broni, mógłby z niej zrobić okrutny użytek. Vann idzie w kierunku banalnych i dość jałowych rozmyślań o tym, dlaczego komuś takiemu jak on los wyznacza inny kierunek, a ktoś taki jak Kazmierczak idzie ku zatraceniu. „Ostatni dzień na Ziemi” wybrzmiewa słusznie i ciekawie w formie publicystycznej, gdy sugeruje, że Stany Zjednoczone mają naprawdę wielki problem, ponieważ prawa obywatelskie w tym kraju pozwalają szaleńcom sukcesywnie i bezkarnie się zbroić.

Materiał faktograficzny przedstawiany wprost jest bardzo ubogi. Cytowane w nadmiarze maile Kazmierczaka stają się w pewnym momencie trochę nużące, choć rozumiem, że mają oddać zarówno sposób jego myślenia, jak i matnię, w której się znajdował, zanim zdecydował się na desperacki akt przemocy. Ponieważ ta książka zawiera sugerowane tezy autora, trudno jest uwierzyć temu, co prezentuje – nawet gdy interesująco rekonstruuje czas przed zbrodnią, jej dokonanie i konsekwencje dla tych, którzy przeżyli. David Vann wykorzystuje wstrząsającą historię. Nie waham się użyć określenia „wykorzystanie”. Czuję, że po lekturze tej książki jestem bardzo nie fair w stosunku do Kazmierczaka, którego naprawdę chciałbym poznać, gdyż lakoniczne notatki w Internecie mówią naprawdę niewiele. Podoba mi się to, w jaki sposób Vann niuansuje niepokój czy nieprzystosowanie do świata bardzo różnorodnie wyrażane przez młodego zabójcę i samobójcę. Nie za bardzo zaś rozumiem, co kryje się za próbą pokazania „ludzkiego” wizerunku mordercy. Vann kreśli psychologiczny obraz dramatu dorastającego chłopca, nastolatka, studenta niedopasowanego do życia i samego siebie. Ale orbitując wokół problemów Kazmierczaka, stara się znowu – i mam wrażenie, że tym razem nietrafnie – zainteresować czytelnika tym, co zostało już skrupulatnie, wieloznacznie i naprawdę wyczerpująco opowiedziane w „Legendzie o samobójstwie” oraz w „Halibucie na Księżycu”.

2024-02-12

„Zanim mój mąż zniknie” Selja Ahava

 

Wydawca: Wydawnictwo Relacja

Data wydania: 22 lutego 2024

Przekład: Justyna Polanowska, Aleksandra Wróblewska

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł 

Tytuł recenzji: Rozpad i odkrywanie

Selja Ahava to z pewnością jedna z najciekawszych fińskich pisarek współczesnych. Nie wiem, jak jest w ojczyźnie autorki, ale uważam, że każda jej powieść powinna być uznawana za wydarzenie literackie. Charakterystyczna dla niej krótka forma zawsze kumuluje w sobie mnóstwo ukrytych treści. Takich emocji, które nie są nazywane, lecz sygnalizowane. W swej nowej książce Ahava ponownie po „Rzeczach, które spadają z nieba” opowie o utracie. Chociaż trudno jednoznacznie określić, czy to utrata dosłowna. Bo świat bohaterki tej powieści się rozpadnie, kiedy towarzysz jej życia, którego zawsze była pewna, dokona metamorfozy pociągającej za sobą destrukcję związku. Jak zareagować na to, że ukochany mężczyzna, którego każdy centymetr ciała zna się tak dokładnie, przyjmuje imię Lili, a jego ciało stanie się jakąś obcą mapą, której nie można już studiować i poznawać, bo wymyka się wszystkim kategoriom opisu tego, co przynależne i bliskie? „Zanim mój mąż zniknie” to opowieść początkowo dwutorowa. Symbolicznie opowiada o drodze ku nieznanemu, gdzie horyzont to ciągły niepokój i zagadka, oraz o intymnej relacji, po której pozostają emocjonalne zgliszcza. Fantazje o podróży Krzysztofa Kolumba ku nowemu lądowi łączą się z kameralnym literackim epitafium rozpisanym na krótkie, rwane rozdziały i opowiedzianym w taki sposób, że słowa i składane z nich zdania stają się bezradne wobec tego, co mają opisać.

On w pierwszym zdaniu definiowany jest jako „mój mąż”. Dopiero potem odkrywamy, ile kryje się w połączeniu tych dwóch słów. Co się dzieje z tym, jak doświadcza się związku, kiedy rozpada się znaczenie zaimka, mężczyzna przestaje należeć do żony, wybiera nową drogę życia, rusza jak Kolumb ku nieznanym lądom. Ona nie tylko cierpi. Selja Ahava stara się pokazać przede wszystkim intensywność nieznanych dotąd emocji, jakie kłębią się w bohaterce, paraliżują ją, są dla niej destrukcyjne. Bo wybór nowej drogi życiowej partnera jest także dla niej otwarciem na nowe życie. Dla tej, która czuje się porzucona, osamotniona, oszukana. Kobieta opłakuje związek, którego istotę opowiadają już tylko retrospekcje, albowiem wspólne życie zamknęło się w przeszłości, dokąd nie ma dostępu. Pojawiają się za to nowe możliwości. Czy w tej rzeczywistości sprawdzi się powszechne przekonanie, że kochać to znaczy dać wolność?

„Każdy dzień testuje mnie nieco bardziej” – mówi roztrzęsiona i niepewna siebie bohaterka. Nie potrafi określić swojej roli u boku kogoś, kto staje się obcy, więc chce zdobyć się na coś, co przychodzi najłatwiej: po prostu odejść. Nie jest to jednak z różnych powodów możliwe. „Zanim mój mąż zniknie” to powieść o surowej składni, w której kryją się potężnie oddziałujące na bohaterów emocje. On, ten odchodzący, po dokonaniu wyboru staje się pewny siebie i swoich oczekiwań wobec nowego życia. Ona ucieka w rozpacz i płacz. A jednocześnie rozpaczliwie próbuje ostatni raz do niego przywrzeć, być blisko tego ukochanego ciała, które się zmienia, któremu trzeba wyprawić symboliczny pogrzeb, wygłosić jakąś mowę pożegnalną. Sportretowany problem koncentruje się wokół tego, czy bohaterkę stać na miłość poza ograniczeniami i uwarunkowaniami. Czy jest gotowa kochać pomimo zmiany płci. Czy była świadoma tego, jak naprawdę wyglądał jej związek.

Czyta się tę książkę z rosnącym niepokojem, ale widzi się zarysowane zagadnienie w szerszym kontekście, kiedy towarzyszy się Krzysztofowi Kolumbowi w jego podróży. A właściwie czyta o autorskiej fantazji dotyczącej podróżowania w nieznane, jak również o tożsamości odkrywcy. Jest tu mowa o kreśleniu mapy nowego świata, odnajdywaniu czegoś, co przecież nie jest nowe, lecz jedynie nie zostało odkryte. Emocjonalnie rozbita bohaterka książki zbliża się do kondycji emocjonalnej Kolumba, a w pewnych partiach powieści sama jest tym Kolumbem, bo okazuje się, że to nie jej mąż rusza niczym podróżnik w nową drogę, by odkryć tam wszystko, co niezwykłe. W zasadzie u Ahavy decyzja mężczyzny wcale nie jest efektem poszukiwania. Raczej samoświadomości, która bierze górę nad dotychczasowym sposobem życia. Tymczasem znany podróżnik kierujący się ku światu, który postrzega inaczej, dlatego że zauważa jego nieistniejącą część, to przecież propozycja egzystencjalnej drogi dalekiej od rozterek człowieka, który zdecydował i wie, że zdecydował właściwie. Selja Ahava snuje dwie opowieści po to, by wchodziły ze sobą w różne relacje. Były wzajemnymi odbiciami zarysowanych problemów, ale również w pewien sposób kontrastowały ze sobą. Biorąc pod uwagę, co dzieje się później z tymi pozornie odrębnymi narracjami, widzimy, jak bardzo kameralny dramat fińska pisarka chce opowiedzieć w uniwersalny sposób.

Wspomniane już krótkie zdania, które często są bardzo dosadne, usiłują zdefiniować zarówno rozpad, utratę i poczucie egzystencjalnej dezorientacji, jak i opowiedzieć o niezwykle silnej więzi, bo to przecież opowieść o miłości, która połączyła życiowych wędrowców, a teraz nie może im pozwolić na to, by wybrali swoje własne dalsze życiowe ścieżki. Przemyślana konstrukcja książki stawia na budowanie napięcia, którego wciąż jest coraz więcej, a powieść pęcznieje od trudnej do zniesienia atmosfery niepewności podszytej wielką goryczą. I jest coraz trudniej – bohaterce oraz czytelnikowi. Być może dlatego, że pisarka chce ukazać nieco wstydliwą stronę przywiązania do drugiej osoby. Najciekawiej bowiem Ahava opowiada o tym, czym jest ludzki egocentryzm w najbliższej relacji i jak wiele w niej chce uznać za swoje. Przedstawiony problem to historia, w której chęć posiadania i zawłaszczania zderza się ze świadomie wybraną wolnością. Jest to też opowieść o tym, jak trudno wyobrażać sobie i planować przyszłość po tym, gdy uświadamiamy sobie, że przeszłość jest deprecjonująca, bo nie została nazwana właściwie. A teraźniejsze przeżycia są najmocniejsze, one ukształtują na nowo bohaterkę, one zdefiniują jej spojrzenie na mężczyznę, o którym już nie może powiedzieć „mój”, a przede wszystkim dadzą szansę, by w rozpaczy spojrzeć na siebie z innego punktu widzenia.

„Zanim mój mąż zniknie” to książka intrygująco prezentująca metaforę podróży jako doświadczania przemiany, za którą stać będzie to, co nowe i nienazwane. Ahava opowiada o małżeńskim dramacie, w którym traci się pewność siebie, bo przestaje się rozumieć, co spoiło dwoje ludzi ze sobą i co tak naprawdę ma ich teraz oddalić. Podróż jest tu także takim rodzajem doświadczenia, w którym spojrzenie na samego siebie staje się bardzo bolesne. Anatomia związku, w którym coś się nagle kończy, jest poruszającą panoramą emocji opowiadających o tym, że najboleśniejsza jest niepewność. „Czy coś jeszcze pozostanie?” – pyta rozpaczliwie bohaterka powieści. Ahava stawia na otwarte zakończenie, pozostawia nas z wieloma niepewnościami. Bo to przecież powieść o tym, jak atrakcyjna literacko jest postać pozostawiona w egzystencjalnym niepokoju. Sugerująca, że ten niepokój przynosi zaskakujące myśli oraz emocje. To rzecz o tym, co to znaczy odejść, odpłynąć, poszukiwać i znaleźć. Jak również pełna emocjonalnego napięcia narracja o tym, dlaczego tkwimy pośród zasad oraz wyobrażeń, dzięki którym w naszym świecie wszystko jest na właściwym miejscu, jakby nie było potrzebne już żadne odkrywanie, żadne nowe wychodzenie rzeczywistości naprzeciw. Dawno żadna książka tak mnie nie wzruszyła.