Pages

2015-01-27

"Wyspa Łza" Joanna Bator

Wydawca: Znak

Data wydania: 15 stycznia 2015

Liczba stron: 302

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Podróż w głąb siebie

Na taką książkę czeka się w napięciu. Pierwsza powieść po przyznaniu Wielkiej Nagrody. Wielu zastanawia się przede wszystkim nad tym, czy autor dał się ponieść fali sławy i popularności, w związku z czym napisze rzecz kiepską, dużo gorszą od pozostałych i udowadniającą niektórym, że mu się wtedy nie należało. Wielu czeka, by przeczytać, przyszpilić to i owo, przyciąć, dokopać, zdyskredytować i dumnie głosić wszem wobec, że po Wielkiej Nagrodzie to już złe pisanie.

"Wyspa Łza" - nowa książka Joanny Bator, laureatki Literackiej Nagrody Nike sprzed dwóch lat - z pewnością wielu zaskoczy. Formą przede wszystkim, bo tematyka wydaje się już nieco znajoma i taki sposób opowiadania o świecie nie jest niczym nowym w przypadku tej pisarki. Nie chodzi o uzupełnienia, jakie stanowią zdjęcia Adama Golca, który towarzyszył w pisarskiej podróży. Idzie też o inny rodzaj zaskoczenia. Tym razem Bator pozwala sobie na autotematyczną prozę z wieloma dwuznacznymi figurami. Pisze nadzwyczaj poważnie, ale chwilami ironizuje -  nie oszczędzając siebie, świata wokół, konwencji opowiadania o tym świecie. Otrzymujemy książkę, w której autorka dość obsesyjnie trzyma się samej siebie. To taka opowieść o przekraczaniu własnych granic i o tym, jak umiejętnie wszelkie granice sobie wyznaczać. Narracja chwilami męcząca, bo "Wyspa Łza" to prawdziwy autobiograficzny kocioł podporządkowany impulsom, pewnym śladom i duchom nieobecnych, ale przede wszystkim rzecz, w której mnożą się afektowane czasem metafory i porównania, liczne złożone zdania wijące się niczym jadowite węże i nakładające się na siebie płaszczyzny czasowe. To ostatnie wynika z faktu, iż autorka mierzy się w podróży na Sri Lankę z czasem linearnym i tym wertykalnym, stawiającym przed nią dużo większe wyzwania.

Tak, "Wyspa Łza" jest sporym wyzwaniem. Interpretacyjnym przede wszystkim. Impulsem do pisania staje się historia niewyjaśnionego zniknięcia pewnej kobiety, która w czasie podróży po świecie zatrzymała się na Sri Lance prawdopodobnie na zawsze. Te ostatnie dwa słowa razem z niepokojącym "znikła" stanowią bazę, pewien nadbudowany już szkielet kompozycyjny, wokół którego mnożyć się będą osobiste refleksje o tym, w jaki sposób wchodzić w życiowe role i jak od życia nie być uzależnionym, podróżując oraz pisząc przede wszystkim w strachu przed unicestwieniem, odejściem w niebyt. Joanna Bator ruszy w podróż, której zarówno sensu, jak i celu nie jesteśmy do końca świadomi. Sandra Valentine to wieloznaczny symbol - począwszy od figury "mrocznej bliźniaczki", która sugeruje, iż zaginiona kryje w sobie wszelkie braki i wyparte treści oraz emocje samej Bator, skończywszy na biografii nieznajomej, do której można się odnieść w takim znaczeniu, że jest się z nią w swoistej drodze, ale ta droga jest świadoma, bo dzięki niej przede wszystkim się istnieje.

Są zdania, do których się wraca, i takie, które przyczepiają się uparcie i tkwią gdzieś pod skórą niczym upał, smaki i zapachy na egzotycznej wyspie w kształcie łzy. Jedno z nich tworzy niejako motto tej specyficznej opowieści. "Trzeba szatkować, ucierać, mieszać, miksować motywy z własnego życia i zszywać ze skrawkami rzeczywistości, które uda się wyszarpać z tropikalnej materii". Bo to jest tak, że w poszukiwanie Sandry angażuje się nie tylko zmysły, ale i rozsądek. Idzie się w kierunku zaginionej z balastem własnych przeżyć i doświadczeń, dla których trzeba w tej drodze znaleźć jakiś sposób wyrazu. Jest nim niezwykłe połączenie tropików i własnego ja. Pochodzących z różnych okresów życia motywów autobiograficznych, które stają się czymś jednoznacznym i stapiają się w upale Sri Lanki, eksplodując szeregiem wspomnień i rozważań o tym, kim było się wcześniej, zanim natrafiło się na niepokojący ślad zaginionej.

Są słowa, zdania i zdarzenia, które napędzają tę opowieść, by w coraz większym rozbuchaniu opowiadała o tak wielu sprawach naraz, że nie sposób ustalić, które są ważniejsze, ale rozpoznać można jeden zasadniczy lęk - przed porządkiem, który może zrujnować opowieść. Przecież narodziła się spontanicznie. Autorka przeczytała gdzieś o czymś takim jak nisza w czasie i ze swoją egzotyczną historią chciała się w tę niszę wbić. U samych początków były impulsy pozornie bez wspólnego mianownika, ale całość trzyma się mocno dzięki temu, że mówi o życiowej sile. Napisać własną historię to prawdziwe wyzwanie i tylko zahaczając się o nią w różnych momentach, można wydobyć prawdę i słowa, jakich być może nigdy nie chciało się wypowiedzieć, napisać. Joanna Bator nie jest obsesyjnie skupiona na sobie. Jest skupiona na sobie jak każdy z nas, tylko nie każdy jest w stanie z tego skupienia wyłuskać te wieczne dylematy, które każą trwać w jakimś dziwnym napięciu. Takim, jakie towarzyszyło być może Sandrze w ostatnich chwilach jej życia. Kto wie, czy brak śladów oznacza w tym przypadku śmierć. Bator pozostawia zatem ślady po sobie. Wchodzi świadomie w obcość niezwykłego świata wokół, ale jednocześnie w samą siebie. Być może tropikalny klimat, niecodzienne otoczenie - to gwaranty zdobycia się na przemyślenia, które nigdzie indziej nie pojawiłyby się w głowie.

Bator w swą podróż śladami zaginionej zabiera czarny zeszyt, kilka lektur oraz wyostrzone zmysły. One to bowiem są w tej książce najbardziej problematyczne. Ta opowieść niebezpiecznie zbliża się do trudnego do zrozumienia strumienia świadomości, w którym nie chodzi już o jakikolwiek porządek i przekaz, lecz o uporczywe wgryzanie się gdzieś do wewnątrz, istotne dla samej piszącej i potrzebne jej, ale niekoniecznie czytającym. Jest w tej książce kilka momentów, które wzmagają w nas poczucie wyobcowania - nie tylko dlatego, że niczego w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się o Sri Lance, choć przecież jesteśmy z nią w tak silnej symbiozie dzięki zmysłom autorki. Joanna Bator skupia się na pamiętaniu i na pamięci. Mierzy się z pewnym stygmatem bycia znikąd, bo przecież pozornie przynależy do miejsc, w żadnym nie tkwi na stałe i z żadnym nie jest ściśle związana. Będąc podróżniczką znikąd donikąd, obiecuje zaginionej Sandrze opowieść o sobie zbudowanej z pewników i oczywistości. Wahań będzie niewiele, chociaż czas jest mrocznym przeciwnikiem i nie zawsze można z nim walczyć z hardą miną.

"Wyspa Łza" to problem czytania o tym, co z Joanny Bator wyszło, a nie o tym, co w niej jest naprawdę. Każdy może sobie pozwolić na książkę, w której rozprawi się z samym sobą. Dobrze byłoby w taką podróż poznawczą zabrać także czytelnika, a o nim autorka tej powieści zdaje się czasami zapominać, gdy komplikuje mu świat własnych przeżyć niczym czarownik z Negombo, co potrafi zagmatwać rzeczywistość. Jest to zatem rzecz dla cierpliwych przede wszystkim. Inna niż wcześniejsze książki Bator. Stosowanie mglistych metafor czy szczerość do bólu? Poza czy pełna odsłona siebie, z każdą słabością i niepewnością? Powieść zagadka. Nie można jej spuentować żadnym wyświechtanym "polecam" lub "nie polecam".

2015-01-24

"Najdroższa" Wanda Żółcińska

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 13 stycznia 2015

Liczba stron: 348

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 32 zł

Tytuł recenzji: Odpowiedzialność i lekkomyślność

Cechą charakterystyczną tego debiutu ma być rwana fraza. Żółcińska męczy nią tym doskonalej, że bardzo łatwo jest przewidzieć, ku czemu mogą zmierzać zdarzenia opisane językiem kompulsywnej udręki wynikającej z niedostosowania i  z niezgody na warunki, w jakich trzeba wykazać się odpowiedzialnością. Krótkie zdania mają siec i atakować zmysły, oddawać wiarygodnie strumień świadomości kolejnej obsesyjnie skupionej na sobie osamotnionej kobiety teoretycznego sukcesu. Jest ona przekonana o tym, iż cierpi na atrofię uczuć, tak zwane normalne życie może tylko podglądać, a szarpiące nią namiętności czynić mają z tej narracji rzecz o popadaniu w emocjonalne pułapki przywiązania do rzeczy, stanów i ludzi zmiennych, przemijających. W pułapkę wpada jednak sama pisarka - opisuje stany dość bolesne w sposób niewiarygodny, bo przepełniony nadmiernym dramatyzmem. Dramatyczny staje się bowiem nie tylko dylemat ”jak żyć", ale także problem doboru ubrania i spojrzenia na siebie w lustrze. Straszne.

Autorka "Najdroższej" stara się tak skomplikować sytuację życiową bohaterki, aby można było wejść w tę opowieść z oczekiwaniami i współczuciem. Już pierwsza scena ucieczki po odbytym potajemnie akcie miłosnym ma nam uświadamiać, że w pościelowym strachu kryć się może coś więcej. Otrzymujemy w gruncie rzeczy kolejną powieść o tym, jak niedostrzegalna może być granica między tym, co odpowiedzialne a tym, co lekkomyślne. W historii Soni, która analizuje wszystko z zaangażowaniem mikrobiologa na tropie naukowego odkrycia, wszystko jest jednak szare i przewidywalne. Wielowymiarowość tej narracji budowana jest jedynie na samoudręczeniu, co w połączeniu z faktem, iż bohaterka wciąż stara się podejmować ważne życiowo decyzje, ma czynić "Najdroższą" powieścią osadzoną w emocjach, ale warunkującą doznania inne niż emocjonalne.

Oddajmy jednak sprawiedliwość bohaterce - rzeczywiście ma "pod górkę" i życie się z nią nie pieści. Tkwi w matni, zajmując się chorą matką, dla której nie ma już nadziei tak, jak nadzieję odbiera sobie sama córka niepostrzeżenie wchodząca w rolę, na którą nie jest gotowa. Odpowiedzialność za tę, dla której można zrobić niewiele, determinuje codzienne wybory Soni. Kobieta podlega matce w każdym możliwym wymiarze, a jej oddanie zderza się z egoistycznym pragnieniem bycia gdzieś ponad problemem, od którego nie ma przecież ucieczki. Udręczona córka matkuje niesamodzielnej rodzicielce. Musi w jakiś sposób odreagować ciągłą gotowość do pomocy i wsparcia. Odpowiedzialność za matkę idzie w parze z lekkomyślnością w doborze partnerów. A jest ich dwóch, by dramatycznie ukazać labilność emocjonalną opiekunki, która także chciałaby znaleźć dla siebie opiekuna; kogoś, kto ją uratuje, uwolni od samej siebie. Zbliżenie się do anioła okazuje się nad wyraz proste, ale wejście z nim w relację takie już nie jest. To właśnie o dramacie niepełnych relacji, o dyskomforcie nadmiernych oczekiwań i bolesnej konfrontacji z drugim człowiekiem jest w dużej mierze "Najdroższa" - ambitna w założeniu powieść o złudzeniach i niemożności wyboru, o poszukiwaniu szczęścia i tego szczęścia utracie. Bo Sonia cierpi naprawdę, wciąż niezdecydowana, wciąż gotowa do zmian, stale na te zmiany nieprzygotowana i ustawicznie niepewna swego statusu jako kobiety, córki, kochanki czy przyjaciółki.

Maciek i August są z innych światów. Pierwszy nieregularny, nieprzewidywalny i zaskakujący. Drugi nad wyraz uporządkowany, bezpretensjonalny, oczywisty i oddany sprawie. Z powieści Żółcińskiej dowiedzieć się można, iż poziom skomplikowania mężczyzny określa nieregularność odbierania przez niego telefonów. Z kobietą jest dużo bardziej zawikłana sprawa. Główna bohaterka komunikuje swoje potrzeby, ale jednocześnie odbiera im status ważności; stale i uporczywie kwestionuje swoje prawo do osiągnięcia szczęścia, a stan spełnienia rozmywa się gdzieś między dwoma płomiennymi romansami. Maciek jest aniołem, który upadł i sam potrzebuje wsparcia. August umeblowałby sobą życie Soni i dyskretnie stał obok niej, bo trudno z kimś takim jak ona wejść w relacje partnerskie. Dramat miłosnego trójkąta jest dramatem rozwoju wewnętrznego lęku, który nie pozwala na podjęcie decyzji o życiowym spełnieniu. Nie daje go przecież ani męcząca praca w korporacji, ani spotkania na dwa fronty, po których czuć można tylko gorzką niechęć do siebie, bo miłosne zbliżenia są źródłem frustracji i niesmaku. Sonia przygląda się z oddalenia życiu swojej jedynej przyjaciółki, która postawiła na tradycyjny model rodziny i poukładała się z  tym życiem bardzo szybko. Czego brakuje bohaterce "Najdroższej"? Osoby, która z jednej strony rozumiałaby jej chwiejne stany emocjonalne, z drugiej jednak - umiała być autorytatywna i dominująca, bo Sonia poszukuje takiego solidnego opiekuna, jakim nie może być dla własnej matki.

Żółcińska stara się obiektywnie oddać nastroje i ich uwarunkowania. To książka o tym, co dramatycznie rozdarta między obowiązkiem a przyjemnością singielka posiada, czego oczekuje i fantazja o tym, co jej się należy. Tytuł sugeruje, że ufać można tylko sobie. Tylko o siebie dbać. Bo Sonia musi uratować się sama, samodzielnie podjąć kilka decyzji i zdecydować, w jakim stopniu angażuje ją każdy ze związków. To narracja o niemożności dokonania wyboru, ale przede wszystkim dość irytująca opowieść o histerii, nad którą nie da się zapanować, bo nie chce się tego w gruncie rzeczy; daje się na nią pozwolenie, gdy na co dzień trzeba być odpowiedzialnym oraz uporządkowanym ogniwem w życiu nieuleczalnie chorej oczekującej wsparcia i pewności.

Wanda Żółcińska proponuje nam cały szereg zbędnych scen, z których nic nie wynika. Ale nawet gdyby tę przesyconą emocjami narrację dostatecznie skrócić, nadal opowiadałaby historię stosunkowo prostą. Historię o braku satysfakcji z własnych działań i o niemożności wyjścia gdzieś poza to. "Najdroższa" pewnie niektórych porwie, innych zirytuje. Obawiam się, że grupa tych drugich może być większa, bo nie ma w książce Żółcińskiej niczego poza formalnym zabiegiem składni podporządkowanej emocjom. Niczego, co czyniłoby ten debiut w jakikolwiek sposób wyjątkowym.

2015-01-21

"Koktajl z maku" Marta Syrwid

Wydawca: Lampa i Iskra Boża

Data wydania: 27 grudnia 2014

Liczba stron: 166

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 26 zł

Tytuł recenzji: Literackie ułomności

Czytanie "Koktajlu z maku" może przyprawić o ból głowy. Co najmniej. Książka zawiera zebrane z lat 2009 - 2013 teksty o polskiej grafomanii publikowane w "Lampie". O ile podczytywanie tych złośliwostek raz na jakiś czas mogło służyć przede wszystkim rozrywce, o tyle cały zbiór przygniata i deprymuje, bo nie ma takiej siły, by przeczytać to wszystko naraz. Pośród wybuchów śmiechu pojawia się jednak smutna refleksja o tym, w jak złym stanie psychicznym jest wielu z tych, co mienią się literatami, serwując czytelnikom niestrawny koktajl z własnych frustracji, lęków, kompleksów i stylu, który doprowadza do furii i osłupienia. Jak bardzo oni wszyscy oderwani są od rzeczywistości...

Marcie Syrwid udała się wielka sztuka, jaką jest niewątpliwie zachowanie zdrowych zmysłów i wrażliwości estetycznej po przeanalizowaniu surowców - tak autorka nazywa teksty podlegające analizie i ośmieszeniu - nieprzebranej wręcz masy literatury kompostowej. To nie jest jednak tak, że autorka "Koktajlu z maku" w minionych latach drwiła sobie ze wszystkiego, co słabe i co jej w ręce wpadło. Syrwid jest tu buńczuczną trochę, szalenie zadziorną i inteligentną poszukiwaczką literackich defektów na skalę unikatową. Przedziera się przez lingwistyczne bagno, by znaleźć nie tyle cechy dystynktywne omawianego śmiecia, co przede wszystkim zadrwić z braku pokory i egocentryzmu większości krytykowanych autorów. Piszę o większości, bo z analizowanych "dzieł" wyłania się czasami obraz bezradnego wobec siebie i swoich zapędów twórczych człowieka, który być może niczego nie zrozumie z tekstu  o własnym upadku już na starcie. Są w tym niechlubnym zestawie postacie, jakich zwyczajnie jest mi szkoda.

Zbiorek wywołuje dość ambiwalentne uczucia. Z jednej strony nasuwa się refleksja o tym, że wszelkie działania Marty Syrwid to nic innego jak kopanie leżących. Autorka nie podejmuje się krytyki grafomanii głównego nurtu wydawniczego, bo tak czy owak sprzeda się ona na pniu i szkoda pióra, by przekonać o ryzyku zakupu tego czy owego, co rozświetlają neony Wielkiej i Ambitnej Dystrybucji. Jej wnikliwej analizie podlegają twory, których właściwie nikt nie czyta. Zastanawiające jest zatem, w jakim celu poświęcać czas i uwagę na rzeczy, których po prostu nie da się przyswajać? Albo jest w tym wyjątkowy heroizm, albo niespotykana kompatybilność z żenującymi frazami, których obnażanie może być źródłem zwyczajnej przyjemności. "Koktajl z maku" to przecież książka w specyficzny sposób rozrywkowa. Fragmenty mnie bawiły. Te, dzięki którym nie nasilał się wspomniany już ból głowy. Czy jednak pisanie o literackich zaburzeniach i zaburzeniach czynionych przez lekturę rzeczy do cna złych naprawdę ma jakiś sens?

Ano ma i to inna garść refleksji, jakie przyszły mi do głowy. Takie książki powinny być wydawane cyklicznie, ale niewielu znajdzie tyle determinacji, aby podobne wyzwanie podjąć. Polski rynek wydawniczy zalewają rokrocznie dziesiątki tysięcy publikacji. Dla znikomego procenta czytających, w którym znajdą się też ci określający się w ankietach jako czytelnicy, a książki kupujący dla ozdoby i szpanu, bo zestaw rżniętych szkieł plus butelek dobrych trunków za szybą domowych witryn jest już nieco passé. Marta Syrwid ostrzega przed specyficznymi zjawiskami domorosłych literatów. Przed egocentryzmem i wspomnianymi już zaburzeniami, ale także przed gruntowaniem w sobie przekonania, iż dzisiaj pisać może każdy i większość z piszących ma talent. Bo każdy - i to dużo bardziej tragiczne - znajdzie dzisiaj grupę swoich czytelników...

"Koktajl z maku" omawia płody ludzi, których odszukiwanie potem w Internecie może być samo w sobie czynnością ekstremalną. Są tu wszystkie motywy charakterystyczne dla tego marginesu literackiego, o jakim często z poczucia przyzwoitości się milczy. Jakie to motywy? Fekalne, wulgarne, waleczno - patriotyczne. Często sadomasochistyczne, funeralne i żałobne oraz mesjanistyczne. Większość z nich to motywy irracjonalne, które bazują na przekonaniu, iż ma się w poezji czy prozie naprawdę coś ważnego do zakomunikowania. Marta Syrwid bada warstwę semantyczną tych komunikatów, ale osadza je także w wielu bolesnych kontekstach, w których omawiana rzecz staje się jeszcze bardziej tragiczna niż jest w istocie.

Niektóre koktajle zawierają po dwie porcje. Nie sposób opisać dziwactw i dramatów w jednym krótkim tekście. Inne bazują na znajomości całej, bogatej bardzo twórczości danego grafomana. Jest kilka chwytów poniżej pasa i jest czasami mało wyszukana złośliwość, ale ta książka w gruncie rzeczy informuje o banalizowanym stanie, jakim jest masowy atak piszących na instytucje i miejsca w sieci, które gwarantują im cud objawiony wydania, czyli możliwość porażenia odbiorców swymi smutnymi w gruncie rzeczy przekazami.

Uważam, że całość to swego rodzaju traktat nie tyle o ludzkim egocentryzmie, co przede wszystkim o ludzkich ograniczeniach, poza które nie jesteśmy w stanie wyjść. "Koktajl z maku" to jedna z bardzo niewygodnych książek, o której - jako całości właśnie - nie można zapominać tak, jak zapomina się większość nazwisk i omawianych tytułów jeszcze w trakcie lektury. To publikacja mająca ostrzegać przed tymi wszystkimi, których - tu myślę o męskiej części - charakteryzować może bolesny do bólu cytat jednego z analizowanych twórców. W swym smutku brzmi następująco: "Chciałbym przelać to, co myślę, na papieru stronie/ By zrozumieć mogło wielu i przekazać żonie". I to wcale nie jest najbardziej bolesny z zestawu cytatów, jakimi raczyć nas będzie Marta Syrwid - pogromczyni absurdów, dyletanctwa i bylejakości przybierających niejedną formę opatrzoną okładką. Gdyby nie przyrządzała swych koktajli z właściwym sobie poczuciem humoru i dystansem do spraw, do jakich nie są zdystansowani omawiani twórcy, byłaby groźna i bardzo, bardzo złośliwa. Tymczasem podejmuje się walki z wiatrakami z pewną przekorą i dynamizmem. Takim specyficznym, bo dotyczy babrania się w pseudoliterackim błocie. Czy "Koktajl z maku" to rzecz warta poznania? Mimo wszystko tak. Niestety.

2015-01-19

"Służąca" Tara Conklin

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 14 stycznia 2015

Liczba stron: 416

Tłumacz: Justyna, Sławomir Studniarz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 32,99 zł

Tytuł recenzji: Ku wolności

Amerykanie wstydzą się za niewolnictwo jak Niemcy za nazizm. Na fali tego wstydu i pośród licznych pytań, dzisiaj brzmiących kontrowersyjnie i bezradnie zarazem, powstają ważne dzieła literackie oraz poruszające obrazy filmowe. W USA problem czarnoskórych Amerykanów uwypuklił wcześniej "Kamerdyner", dzisiaj robi to "Selma". Trzeba tylko żywić nadzieję, że Tara Conklin nie podjęła się napisania swojej książki z powodu nośności tematu i nie zrobiła tego tylko dla zarobku. Chce się wierzyć w uczciwy ładunek emocjonalny i ideologiczny "Służącej", bo to naprawdę dobra proza obyczajowa - wielowątkowa, dynamiczna, sprytnie łącząca w sobie proste rozwiązania fabularne z komplikacją życiorysów postaci. Conklin wyróżnia się, pisząc o temacie dość wyeksploatowanym, kiedy stawia na przekaz dzieł sztuki, którymi porozumiewają się bohaterowie ponad czasem i okolicznościami oraz subtelnie sygnalizując wątek kobiet decydujących się na wolność i pozostawiających swoje dzieci.

"Służąca" to dwie narracje prowadzone jednocześnie. Jedną z bohaterek jest nastoletnia Josephine, tytułowa służąca w upadającym Bell Creek, która w 1852 roku rozmyśla o ucieczce, obserwując jednocześnie agonię swojej pani. Ona nie tylko dała Josephine szansę lepszego życia, ale pozwoliła rozwijać talent malarski, z jakiego potem zrodziła się fałszywa legenda. Druga postać to niezależna i zdeterminowana Lina, młoda prawniczka z XXI wieku, córka znanego malarza, doskonale zdająca sobie sprawę z własnej wartości i podążająca drogą kariery zawodowej. Josephine nie jest dany żaden wybór, może jedynie rozważać kwestię nocnej ucieczki. Lina wybiera mądrze i właściwie, zawsze przekonana o swojej racji i korzystająca z możliwości, jakie stawia przed nią los. Czarnoskóra służąca zdeterminowana jest jedynie w myśleniu o własnej wolności. Determinacja Liny to ciągłe przekraczanie granic, bo jej wyzwolenie stanowi kilka działań naraz, ale przede wszystkim daje ją wspomniana już pewność siebie oraz pochodzenie i stan majątkowy.

Conklin buduje napięcie stopniowo i bez większych zaskoczeń. Przewidujemy pewne zwroty akcji, ale nie rozumiemy jeszcze pełnych motywacji bohaterek. Jeśli chodzi o Josephine, to są one w miarę czytelne; cała życiowa sytuacja służącej klasycznie wpisuje się w schemat opowieści o zniewoleniu, a bolesny policzek otwierający scenę jest jedynie mocnym punktem wyjścia do snucia przewidywalnej fabuły. Nie wiemy, co połączy Linę i Josephine, choć wydaje się to niemal pewne w momencie, w którym Lina podejmuje się udziału w przygotowaniu akt do procesu, jaki wstrząsnąć ma opinią publiczną. Oto bowiem rodzi się w pewnej głowie śmiały plan, by odnaleźć potomków niewolników i sformułować akt oskarżenia, w jakim znajdą się tak mocno działające na wyobraźnię tezy, jak ta, że przez 250 lat światowe mocarstwo budowało swą potęgę na przemocy i wyzysku. Lina otrzymuje szansę awansu, jeśli tylko odnajdzie wystarczająco medialną osobę, którą zamieni się w głos zbiorowości. Całe przedsięwzięcie jawi się jednak dwuznacznie. Od początku autorka zmusza nas do myślenia o tym, czy planowane pozywanie majętnych korporacji jest słuszną sprawą czy sprytną manipulacją opinią publiczną. Te wątpliwości rozwiewa na moment prywatna historia Josephine. Lina wchodzi w czas miniony wyjątkowo silnie, by odkryć przed nami to, z jakim brzemieniem zmagała się służąca w Bell Creek.

Lina też mierzy się z bolesnymi doświadczeniami. Kiedy miała cztery lata, jej matka zginęła w wypadku samochodowym. Lina szybko wzięła na siebie odpowiedzialność za siebie i ojca - artystę, już jako nastolatka pracowała zarobkowo, skończyła dobrą uczelnię, zabezpieczyła byt niejako sobie i Oscarowi borykającemu się z przeszłością i pamięcią o żonie. Jej to malarz poświęca swą nową wystawę. Zaskakujące Linę obrazy opowiadają historię jej matki na nowo. Młoda nowojorska prawniczka odkrywa powoli mroczne fakty i dowiaduje się, kim naprawdę była jej rodzicielka, jakie miała marzenia i co ją uwierało.

Mamy nowoczesne malarstwo, w którym Oscar Sparrow komunikuje żal po utracie i nienazwane dotąd emocje żony. Mamy także piękne obrazki z XIX wieku. Ich autorstwo przypisuje się Josephine, choć są tacy, którym zależy na utrzymywaniu opinii publicznej w złudzeniu, że oto ma do czynienia z malarstwem pewnej dziedziczki z Wirginii. Tymczasem sztuka, do której zbliża się Lina, stanowi plastyczną opowieść o człowieczeństwie zniewolonych. To, co malowała Josephine, zdaje się tak samo bliskie pragnieniu bycia naprawdę wolnym, jak malarstwo matki Liny, a potem jej ojca - ujawniającego symbolicznie bolesne sekrety małżonki. O ludzkiej wolności rozumianej na kilka różnych sposobów jest właśnie "Służąca". Bo to nie tylko opowieść o krzywdach zniewolenia. Nie, ta książka w gruncie rzeczy nie mówi niczego nowego o amerykańskim niewolnictwie. Ważne są figury z portretów oraz wizje zachowane na płótnie i walczące o swą ważność z czasem. Tym, co zacierał krzywdy, ale nie był w stanie odebrać sugestywności dziełom malarskim.

Tara Conklin buduje wieloznaczną narrację o tym, że zniewolenie to nie tylko zakucie w kajdany czy przymusowa praca na polu. Tytułowa służąca może mieć inne niż to oczywiste dla każdego znaczenie. Powieść sytuuje się gdzieś na granicy obyczajowej rozprawy z sumieniem nawołującym o wskazanie granic, poza którymi istnieje prawdziwa wolność a prawniczym thrillerem opartym na gromadzeniu faktów i bezlitosnym konfrontowaniu się z emocjami, tak przecież zbędnymi i w tak oczywisty sposób odrzucanymi przez prawnika zajmującego się dochodzeniem do prawdy.

Lina jest pewna siebie i tego, że jej życie zbudowane jest na samych pewnikach. Analizując listy z przeszłości i nowopowstałe obrazy ojca, weryfikuje pewne przekonania, a przede wszystkim odkrywa własną tożsamość. "Służąca" nie idzie w stronę nadmiernego komplikowania fabuły i bardzo słusznie pozostawia nas z zakończeniem otwartym. Sygnalizuje, że ludzka wolność mimo upływu lat wciąż walczy z okrucieństwem okoliczności, w jakich musi zostać ograniczana. Conklin wspomina także o tym, co gotowa jest poświęcić kobieta w imię uzyskania wolności odbieranej przez drugiego człowieka w bardzo różny sposób. Okazuje się, że los nieobecnych w XIX i XXI wieku jest w gruncie rzeczy bardzo podobny. Za tę niejednoznaczność "Służącej" należą się brawa dla Tary Conklin. Za wszystko to, co ukryła między dwiema narracjami. Za subtelność i wrażliwość oraz świadomość tego, które zdanie uciąć i skrócić, by nie prowadziło jedynie ku sentymentalnemu rozczuleniu.

2015-01-16

"Mała Zagłada" Anna Janko

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 14 stycznia 2015

Liczba stron: 262

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Ten straszny czas...

Kiedy pod koniec 2013 roku rozmawiałem z Anną Janko, powiedziała mi wówczas o książce, która wywarła na niej ogromne wrażenie. Był to "Pamiętnik Dawida Rubinowicza", świadectwo dziecka z kieleckiej wsi, które podczas okupacji składało słowa z tego wszystkiego, co pozostawiła w nim Zagłada. Czy wówczas autorka myślała już o napisaniu swej najnowszej książki? O tym nie rozmawialiśmy. Dzisiaj dowiadujemy się, że matka Anny Janko była tylko o trzy lata młodsza od Dawida, kiedy tak jak jemu niebo spadło jej na głowę, rujnując świat i każąc mu opisywać rzeczywistość pustki. To Teresa Ferenc, dziewięcioletnia dziewczynka ze wsi Sochy nieopodal Zamościa, jest główną bohaterką tej przejmującej narracji. Dziewczynka, której zniszczono wieś i zabito rodziców. Te okrutne formy bezosobowe... Jedna z tych szczęściar losu, jakim dane było przeżyć niemiecką pacyfikację wioski w 1943 roku. Ale nie tylko Terenia jest bohaterką "Małej Zagłady". Anna Janko usiłuje rozmawiać sama ze sobą, podążać śladem skrzywdzonej matki w sobie i zadawać pytania o wojnę, która przecież nigdy się nie kończy, nigdy nie odpoczywa, nigdy nie pozwala o sobie zapomnieć i zawsze jest okrutna.

Teraz rozumiem, co pisarka miała na myśli, mówiąc na końcu naszej rozmowy z 2013 roku, że lubi stan, kiedy nie musi się bać. Teraz też inaczej patrzę na jej enigmatyczne wtedy odpowiedzi dotyczące zmiany miejsca zamieszkania. "Mała Zagłada" - tak odmienna od poprzednich książek Janko - pozostawia ślad na zawsze, bo mówi o rzeczach, o których nikt nigdy nie powiedział wystarczająco wiele. Może dlatego, że nie da się opisać strachu, okrucieństwa; można jedynie próbować zrozumieć zło, które tkwi w człowieku od wieków i które za każdym razem domaga się nowego, humanistycznego zdziwienia. Złu ciężko się przeciwstawić, można nad nim zapłakać. Można zapłakać nad sobą i nad swoim rozumieniem życia w cieniu traumy matki. To jest trochę tak, że Anna Janko właśnie teraz, wiele lat po wojnie, czule ociera łzy swej płaczącej matki - dziewczynki. Próbuje zabrać od niej cierpienie, ale zmierzyć się także z własnym. Tym podsycanym lękami i wyobraźnią.

Bo Janko nie opowiada historii matki dla siebie czy dla niej. Wszystko, co ma nami naprawdę potrząsnąć, musi mieć twarz, biografię, kontekst i imię. To, co wydarzyło się rankiem 1 czerwca 1944 roku w Sochach, to takie zdarzenie "z twarzą". Wokół niego koncentrować się będą zdziwienia, pytania, gorzkie refleksje i brutalna konfrontacja faktów z wyobrażeniami o wojnie, która wciąż jest przecież obecna, wciąż gdzieś nieopodal. Wojna jest tu swego rodzaju symbolem zarówno stanu duchowego, jak i okaleczenia istoty ludzkiej w kilku możliwych wymiarach i na kilku płaszczyznach. To wspomnienie o zabitych soszanach, ale przede wszystkim refleksja nad tym, co po brutalnym mordzie wioski pozostało. Teraz i w konkretnej świadomości. Dlatego boli czytanie "Małej Zagłady", bo zbliżamy się niebezpiecznie do spraw najintymniejszych. Jesteśmy jednocześnie świadkami rozrachunku z przeszłością, stawianiem mocnych pytań oraz formułowaniem oskarżeń.

Specyficzna jest konstrukcja książki. Po części to monolog wewnętrzny, pozbawiony nadmiaru niepotrzebnego patosu i unikający grania na emocjach odbiorcy. Równie ważne są zapisy rozmów matki i córki. Ta druga nie tyle interpretuje mroczne zdarzenia z 1943 roku, co przedstawia ich świadkowi nowe interpretacje. Janko poprawia matkę, uzupełnia ją. Prowadzi do tego momentu przypominania sobie, do którego Teresa Ferenc jest gotowa powrócić. Opowiada historię dziewięcioletniej ocalonej, która zbyt wcześnie musiała dojrzeć do tragedii i zbyt mocno się od niej potem oddaliła. Anna Janko wyrusza więc na własne poszukiwania prawdy o tym, co wydarzyło się przez laty. Okazuje się, że pacyfikacja wioski na Zamojszczyźnie to pewne imię i pewien kontekst do opowiadania o okrucieństwie, któremu zabiera się tożsamość. "Mała Zagłada" dotknie fundamentalnego problemu odporności na to, co z ludzi wyszło, choć nie wydaje się ludzkie, bo jest nie do wyobrażenia. Terenia musiała odciąć się od zgliszcz po wsi, w której tak nagle, zupełnie niespodzianie, zupełnie oderwana od kontekstu i jakichkolwiek zależności, w jednej chwili stała się sierotą, co przez rok płakała po stracie. Okazuje się, że ta książka to przede wszystkim rzecz o stracie córki tej, która przeszła piekło. I o odwadze - zarówno poszukiwań, jak i formułowania pytań o to wszystko, co z jednej strony niewygodne, z drugiej zaś nadal do dziś niepojęte.

Zbieranie śladów, gromadzenie wspomnień, liczne lektury, wizyty w miejscach zbiorowej kaźni... To wszystko ma służyć odciążeniu pamięci matki i wzięciu na siebie obowiązku córki, która musi zrozumieć dużo więcej, bo inaczej nie będzie mogła normalnie funkcjonować. Czym jest normalność? Wiecznym poczuciem, że za chwilę może nastać TEN CZAS. Historia nie zna moralnego postępu, ludzkość wyciąga tylko pewne wnioski, zło odpowiedzialne za wojnę pod każdą postacią ma się doskonale w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną. Anna Janko podąża śladami matki, by odnaleźć ślady tych wszystkich, którym można wykrzyczeć oskarżenie i przed którymi przyznać się do niemocy. Bo stan zwany wojną w 1943 roku ujawniał najbardziej bestialskie z oblicz. Ale to nie tylko o ten potwornie okrutny 1943 rok chodzi. Chodzi o świadectwa istnienia i świadectwa doświadczeń, dla których nie ma już czasu ani miejsca, bo niewielu ocalałych z wojennej pożogi dostanie w prezencie od losu dziecko decydujące się o zadbanie, by czas dzikości i strachu raz na zawsze pożegnać, w każdy możliwy sposób.

"Mała Zagłada" to książka o znaczeniu uniwersalnym i bardzo mądry traktat o istocie zła. Wokół niego lęk, potem przerażający strach. Dużo jest w tej książce strasznych słów, których nie ma się siły wypowiedzieć i z trudem można je odczytać. Dużo jest opowieści o tym, co strach i zniewolenie robią z ludzką świadomością. Anna Janko niespiesznie idzie własną drogą i coraz silniej gruntuje się w przekonaniu o tym, jak wiele przypadku, zwyczajnej niefrasobliwości losu oddziela czas normalnej egzystencji od czasu szaleństwa, ale przede wszystkim od tego czasu, który może zostać brutalnie i bez żadnego usprawiedliwienia odebrany. Czytamy także o kilku rodzajach stanów gdzieś między śmiercią a życiem. O samej śmierci, bezkompromisowej i potwornej, jest w tej książce bardzo wiele. O Bogu też sporo. Także o potrzebie zrozumienia i przebaczenia. Przede wszystkim jednak "Mała Zagłada" to jedno z tych wstrząsających wyznań, po którym nie można spoglądać na świat inaczej niż przez pryzmat kilku przemyśleń autora. Są takie strony, które zapamiętuje się w całości. Choćby - jak dla mnie - strona 102. Wiele zdań, wiele obrazów - one wywołują poczucie duszności. Takich odważnych, bezkompromisowych i przepełnionych niezwykłą wrażliwością książek naprawdę nam brakuje. Świadectw człowieczeństwa, które mogą stać się orężem, kiedy TEN CZAS ponownie zagości. Wojna nie umiera, upomina się o swoje. Janko odbiera jej część siły, choć wie, że do walki siły mieć nie będzie. Piękny ukłon w stronę ocalonych i pomordowanych. Wielka rzecz, lektura bezwzględnie obowiązkowa!

2015-01-13

"Magik" Magdalena Parys

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 19 listopada 2014

Liczba stron: 624

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Sofia, Berlin, pamięć i życie

O "Magiku" można napisać wiele, bardzo wiele. Rzadko kiedy spotyka się prozę tak wielowątkową, która daje przyjemność czytania i miłośnikom thrillerów, i zwolennikom intrygi kryminalnej, i tym skupiającym się na ludzkich przypadłościach zamkniętych w pokaleczonych życiorysach bohaterów pierwszego planu. Dla mnie osobiście ta epicka rzecz Magdaleny Parys jest  w dużej mierze rozprawą z enerdowską skazą, z tym przejmującym stygmatem drugiego pokolenia Niemców, którzy zapominają o nazistach, ulegając jednocześnie innego rodzaju złu - skrytemu w okrutnych namiętnościach i w surowym systemie. Tam, gdzie nie sposób dbać o człowieczeństwo, kiedy trzeba dbać o siebie. Paradoks? Bynajmniej. I nie tylko o tym jest ta książka.

"Magik" opowiada o szaleństwie odbierania ważności aktom, które teraz, po latach, mają świadczyć przeciw zbrodniarzom w białych rękawiczkach. Takich, którym obce były egzystencjalne dylematy, bo postępowali tak słusznie, jak słusznie nakazywał system. Parys opowiada o ludziach, którzy przysłużyli się mitowi nowej, powojennej niemieckiej hańby. Ta proza sugeruje i prowokuje, ale prawie wcale nie ocenia jednoznacznie. Tych, którzy w "Magiku" widzieć będą czarno - białe, dobre i złe postaci, pozostaje wrażenie słuszności tez autorki, ale ona przede wszystkim pyta, nakreśla coraz to nowe perspektywy; oskarża jednoznacznie tylko wtedy, kiedy dana postać ma służyć udowodnieniu tezy o tym, że Niemcy mogą się wstydzić nie tylko za nazizm i wojnę. W wielkiej międzynarodowej intrydze kryją się jednak dramaty, które przykuwają uwagę najbardziej. Osobiste dramaty, trudne wybory, konsekwencje tych wyborów...

Do Sofii przybywa pewien niemiecki fotoreporter. Przez lata nie podejmował tematów ważnych i odważnych, ciekawie opowiadał o niczym. Tymczasem w Bułgarii zadaje bardzo niewygodne pytania i szuka odpowiedzi, jakich lepiej nie szukać. Kiedy umiera, zostaje porwany Frank Derbach - wieloletni pracownik Urzędu do spraw Materiałów Stasi, który latami grał podwójną rolę tylko po to, by ujawnić fakty z czasu, gdy na granicy bułgarsko - tureckiej tracili życie wszyscy ci, co chcieli przekroczyć inne nieco granice - upokorzenia w systemie nazywającym ich opozycjonistami. W Sofii rozpoczyna się mroczna intryga poznawania niewygodnych faktów z życia kilku ważnych współczesnych ludzi, którzy przeszłość zapomnieli tak, jak zapomniano o zabitych podążających okrężną drogą ku wolności.

Reporter Gerhard Samuel spełnia pewną osobistą misję. Jest coś komuś winien. Derbach, którego trup zaskoczy i przerazi niemieckie służby bezpieczeństwa oraz policję, także podjął się gry. Ryzykownej. Likwidator akt Stasi uchodził za bliskiego przyjaciela Christiana Schlangenbergera, ambitnego polityka z krwią na rękach, o jakiej pamiętają już nieliczni. Rozpoczyna się brawurowo przedstawiona intryga, której celem jest ustalenie, kto stoi za śmiercią Derbacha i jakie tajemnice zabrali do grobu ci, dla których zamknięta w archiwach przeszłość wciąż na nowo ożywa we wspomnieniach nadal żyjących.

Berlin stanie się centrum zdarzeń i to w Berlinie ogniskować się będą przedstawione przez Parys problemy na kilku różnych płaszczyznach. Mnie zainteresował ten Berlin emigrantów. Tych, co uważają miasto za swoje, a w gruncie rzeczy nie mają do niego pełnego prawa. Wokół sofijskich zabójstw zaczynają działać dwie nieznajome sobie osoby. Pierwszą jest komisarz Thomas Kowalski, który zostaje odsunięty od śledztwa, by prowadzić własne i odkryć tajemnice, jakie nosił w sobie Derbach. Druga osoba dramatu to Dagmara Bosch, która z różnych względów staje na celowniku tych, co za wszelką cenę chcą uniknąć kompromitacji Schangenbergera i ujawnienia spraw, o jakich współcześni Niemcy wiedzieć już nie powinni. O ile Kowalski angażuje się w działanie w wrodzonej ciekawości, wnikliwości i by uciec od życiowej pustki, o tyle Dagmara musi dowiedzieć się prawdy, skoro wraz z już nieobecnymi wraca do niej sprawa umarłego przed laty, zabitego na granicy. Jej ojca, polskiego opozycjonisty.

Thomasa i Dagmarę łączy pochodzenie. Pierwszy przeprowadza się regularnie w obrębie Berlina, by poczuć większą bliskość z tym miastem. Jego miastem, jak uważa, a przecież jest tylko zagubionym w życiu Tomaszem z Gdańska, dla którego los był łaskawy i przekorny jednocześnie, sytuując go w mieście, gdzie popada w marazm. Dagmara Bosch nigdy nie zapomniała o swoich polskich korzeniach. O czasie, w jakim dotarła przed laty do Berlina Zachodniego i o mentalności, którą przypomina sobie, przyjeżdżając do Polski po latach. Dziennikarskie zacięcie Bosch każe jej poszukiwać naprawdę angażujących tematów i widzi je właśnie za wschodnią granicą, niemieckie dziennikarstwo oceniając następująco: "Wiecznie przestraszeni, ostrożni niemieccy komentatorzy z tą winą zbiorową, z ciężkim piętnem przeszłości, z przesadną przesadnością, z tą profilaktyką, z tą poprawnością". Dagmara nie jest poprawna w żadnym możliwym znaczeniu tego słowa. Nosi w sobie jednak ślad z przeszłości, który każe jej wciąż na nowo przypominać sobie o tym, kim jest i co osiągnęła. Zdobyła dużo więcej niż Kowalski. Oboje jednak są tylko emigrantami w Berlinie. To miasto ich wchłonęło, jak chłonie pamięć i zaciera ślady, ale tak naprawdę nakazało im, by byli dzielni. O tym harcie ducha i dzielności na przekór wszystkiemu Magdalena Parys opowiada najbardziej sugestywnie, przez co "Magik" jest także powieścią o nieuporządkowanej przeszłości niekoniecznie w aktach Stasi, ale przede wszystkim we własnych wspomnieniach i zranionym sercu.

Budując sensacyjną intrygę, autorka w gruncie rzeczy przede wszystkim podkreśla i sygnalizuje widoczne rysy sytego, uporządkowanego społeczeństwa, które w poczuciu winy nazbyt szybko zrobiło porządek z tym czasem w Historii, o jaki nadal trzeba pytać. Wciąż na nowo i wciąż z uporem. "Magik" osadzony mocno we współczesności przenosi nas jednak do czasu, gdzie podjęto niewłaściwe decyzje, błędnie oceniono swoje szanse. Dokonano zbrodni i okrucieństw, po czym wybielano samych siebie. Magdalena Parys rozlicza się z czasem minionym w sposób bardzo osobisty, ale także na płaszczyźnie historycznej. Mimo domknięcia wszystkich wątków pozostawia na końcu z wieloma pytaniami. One zapowiadają początek ciekawej trylogii. Oby autorka miała siłę unieść ciężar pierwszej jego części, bo "Magik" to naprawdę dobra powieść.

2015-01-11

"Ja, judaszka" Ewa Bartkowska

Wydawca: JanKa

Data wydania: 26 października 2014

Liczba stron: 372

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 34,86 zł

Tytuł recenzji: Miłość i inne dramaty

Debiutancka powieść Ewy Bartkowskiej gra przede wszystkim na emocjach. Nie ma tam niczego ponad to, niestety. To zmarnowanie dość dobrego potencjału nie tyle powieści inicjacyjnej, co narracji dotyczącej życiowego spełnienia, jakie może mieć miejsce poza społecznymi ramami, towarzyskim porządkiem i kliszami, którymi posługują się ci, co oceniają zasadność związku dwojga ludzi w różnym od siebie wieku. Punkt wyjścia - interesujący. Realizacja tematu - co najmniej rozczarowująca. Tej książki nie chciało mi się w pewnym momencie czytać dalej. W swej wieloznaczności jest tak naprawdę bardzo przewidywalna.

"Ja, judaszka" jest powieścią, w której jest po prostu za dużo słów. Przesyconą nadmierną egzaltacją - zarówno w stosunku do portretowanych postaci oraz ich relacji, jak i tego, w jaki sposób postrzegają świat i mówią o nim. Bartkowska raczy nas truizmami o istocie miłości i związku. Próbuje przekonać, że miłość między pokoleniami jest czymś nadzwyczaj oryginalnym. Napięcie buduje, bazując na bardzo prostych środkach. Kiedy coś złego zaczyna się dziać między kochankami, nie mamy wyjścia. Trzeba się nad nimi pochylić z czułością i współczuciem. Wszystko osadzone jest w jakimś efemerycznym klimacie miłosnych udręk preromantycznych bohaterów oraz w filozofii, która raz to ociera się o to, kim jesteśmy, przeżywając swe uczucia świadomie, raz o jakieś marne kawałki o reinkarnacji, przeznaczeniu czy wiecznym cierpieniu za dwoje. To powieść o tym, że niczego nie ma na zawsze, że każdy nasz świadomy wybór prowadzi do wyzwolenia i o przyjmowaniu cierpienia jako nieodłącznego elementu egzystencji. Czy pośród tych zagadnień jest choć jedno, które czyniłoby tę rzecz nowatorską i ważną?

Temat związku dojrzałego mężczyzny i młodej kobiety podjął niedawno choćby Zbigniew Kruszyński w "Kuratorze". O ile tam miłosna relacja była wybawieniem od pozbawionego konturów świata, w którym każdą wartość można podważyć i zbyt wiele (również ciało) kupić, o tyle Ewa Bartkowska skupia się przede wszystkim na kobiecym przeżywaniu dramatu dojrzałości do niekonwencjonalnego związku, a potem - uniesienia w sobie bólu i żalu po przedwczesnej utracie. Kruszyński był bardziej wiarygodny nie tylko dlatego, że jego podstarzały zakochany nie wyglądał tak doskonale jak Wiktor z powieści "Ja, judaszka". Autor "Kuratora" analizuje miłosny fatalizm w kilku głębszych aspektach. Bartkowska przenosi nas do sfery przeżyć kobiety, która z jednej strony uświadamia sobie, kim jest bardzo wcześnie i bez potrzeby wchodzenia w bliższą relację z kimkolwiek, z drugiej jednak - nie jest w stanie unieść swego życia w pojedynkę. Tak jakby miłosna relacja wykruszyła w niej tę witalną siłę i tę mądrość bycia sobą naprawdę. A to ona przyciąga do nastoletniej Alicji tajemniczego Wiktora, zachowawczego mężczyznę po przejściach. O czym jest ta książka w zasadzie? O relacji dopełnienia czy o utracie mimo woli? Siebie czy samej siebie w drugim człowieku?

Zaczyna się jak dobry romans z odrobiną obyczajowej pikanterii. Mamy bowiem uczennicę i nauczyciela. Ona pochodzi z prowincji, stara się być przezroczysta, oddalona od rówieśników i zamknięta w świecie własnych przeżyć, na które składają się przede wszystkim przekonania o zdrowym egoizmie i wartości, jaką ma w sobie ktoś, komu los podarował dorosły umysł w młodym ciele. Nie jest wyjaśnione - a mogłoby to być ciekawe - dlaczego Alicja jest dokładnie taka, jaką pochłania umysł Wiktora, bo to umysł na początku tej miłosnej historii odgrywać będzie nadrzędną rolę. Równie wiele znaków zapytania Bartkowska stawia w przypadku swego starszego bohatera. Wiemy o kostycznej rodzinie, sporym majątku, nieudanym małżeństwie i początku życia z odzysku. Dość dobrego życia. W epoce Pewexów i wiecznego niedoboru Wiktor bez żadnych problemów podróżuje za granicę i posiada dokładnie to, co chce posiadać. A jednak brak mu czegoś, co odnajdzie w Alicji. Ta znajomość zmieni jego życie na zawsze i każe zastanowić się nad tym, jak wiele ryzykuje, oddając siebie pod opiekę starej maleńkiej, tak niezwykle dojrzałej i świadomej swego czaru.

Ewa Bartkowska niespiesznie prowadzi nas przez kolejne miesiące i lata życia tych dwojga. To nie jest po prostu płomienny romans. To dojrzała znajomość oparta na świadomości utraty. "Ja, judaszka" jest narracją o kompromisach na drodze miłości. O tym, że dojrzewamy do wchłonięcia  w siebie drugiej osoby i że nie ma to związku ani z metryką, ani z pochodzeniem. Nie ma nic niezwykłego w bliskiej znajomości nastolatki z mężczyzną grubo po czterdziestce. Niezwykłe, a raczej nieprawdopodobne jest to, w jaki sposób ta znajomość się zacieśnia, co sobie mówią bohaterowie i jak niebezpiecznie balansują wciąż na granicy kiczu i nieprzekonującej wzniosłości. Bartkowska chce uwiarygodnić opisywane sytuacje poprzez komplikowanie sfery oczekiwań, jakie mają wobec siebie zakochani. Są momenty, kiedy truizm i sztampa uciekają gdzieś na chwilę, dając nam chwile obcowania z niezłą prozą obyczajową. Są to jednak tylko fragmenty. Całość udowadnia, że najważniejsze, co może nam się w życiu przytrafić, to moment, w którym dokonamy niemożliwego, czyli zrozumiemy nasze emocje.

Alicja dedykuje Wiktorowi następujące słowa: "Największą zaletą pisania jest możliwość obdarzania własnymi grzechami (i marzeniami) stworzonych postaci". To zdaje się jest credo pisarskie Ewy Bartkowskiej. Mamy tutaj marzenie o porywającej powieści, która ma wzruszyć i zakwestionować wszystkie te dotychczasowe wyobrażenia o miłości i przywiązaniu, jakimi raczyliśmy się w uporządkowanym świecie. Mamy także grzech wtórności tematycznej oraz grzech zaniedbania. Autorka zdaje się nie myśleć o czytelniku, wpisując w swych zakochanych cechy niemiłosiernie irytujące swą egzaltacją. A jeśli myśli o nim, to zapewne w kategoriach rozchwianego emocjonalnie odbiorcy, którego może porwać niekonwencjonalna historia o zdobywaniu szczęścia i jego utracie. "Ja, judaszka" jest prozą, która manipuluje czytelnikiem. A to jeden z największych błędów każdej powieści. Jeden z powodów, dla których Bartkowska nie tyle nie przekonała mnie to swojej historii, co zmęczyła pewną manierycznością w jej przedstawianiu.

2015-01-08

"Cudowna" Piotr Nesterowicz

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 10 listopada 2014

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty objawienia

"Dowody na Istnienie" to oficyna, która po raz kolejny - po "Nie oświadczam się" Wiesława Łuki - wprowadza nas w mroczny świat zależności polskiej prowincji i komunistycznej władzy. Łuka ukazywał mikroświat Zrębina, w którym ludność była w stanie tuszować i wyprzeć z pamięci okrutne zabójstwo dokonane przy świadkach. Piotr Nesterowicz zabiera nas na Podlasie, gdzie w 1965 roku na jednej z łąk wydarzy się coś, co na zawsze podzieli społeczność Zabłudowa, ale przede wszystkim da władzy zielone światło, by powalczyć nie tyle z ludową religijnością, co przede wszystkim ludzką świadomością tego, że może być coś więcej niż system, jakaś transcendencja, cokolwiek pozwalającego wyjść poza narzuconą perspektywę, poza szare i nudne życie.

Czegoś takiego doświadczyła czternastoletnia Jadwiga. Ujrzała i usłyszała Matkę Boską. Nie wiedziała jeszcze, że to doświadczenie naznaczy ją na zawsze. Stanie się stygmatem, z którym trudno będzie potem żyć, ale Nesterowicz rozmawia po latach z Jadwigą pokorną, pogodzoną z losem i wierzącą w to, co kiedyś usłyszała na podlaskiej łące. Cudowna dziewczynka. Świadek objawienia i cudu. Córka labilnej emocjonalnie kobiety i wycofanego mężczyzny, których oskarżono potem o to, że uknuli spisek - przeciw władzy w dużej mierze. Jadwiga, która po pewnym czasie prosi tylko o jedno: "Chcę nieznacznego życia". To życie stanie się na tyle interesujące, by na bazie biografii Jadwigi stworzyć poruszający reportaż o ludzkim okrucieństwie, o absurdach PRL-u w sferze obyczajowej i o zawiści, ogromnej ilości prowincjonalnej i mocno polskiej zawiści. A w tle cud - tych przecież wiele, Polska w 1965 roku cudem stoi, na Podlasiu Matka Boska pojawia się coraz częściej. Ślady, po których pełza sobie ludowa religijność. I jarzmo władzy walczącej o wpływy z Kościołem, racjonalizującej absurd, dociekającej przyczyn, stygmatyzującej i dzielącej opinię publiczną. Trudno zdecydować, który z problemów zarysowanych z wielką uwagą przez Piotra Nesterowicza jest w "Cudownej" najistotniejszy. Najsilniej oddziałują słowa samej Jadwigi. Po latach nie straciła wiary i nie pożegnała się z tym, co widziała i słyszała na łące. W międzyczasie zmienił się system, wyrosło nowe pokolenie, przebudowano Zabłudów i zapomniano o zbiorowej histerii 1965 roku oraz o jej konsekwencjach. A pamięć pozostaje. Jej oddaje hołd autor tego reportażu, wprowadzając nas w świat wiary, urojeń, świat władzy, wzajemnych wpływów, ludzkich słabości i systemowej bezwzględności.

To czy czternastoletnia dziewczyna w 1965 roku cokolwiek sobie uroiła - to jedna sprawa. Druga to rzeczywistość po tym urojeniu. Konsekwencje, w wyniku których przyszło do Zabłudowa niepokojące zainteresowanie surowych organów władzy. Po tym, co zobaczyła Jadwiga, okoliczne łąki i pola uginały się pod ciężarem licznych pielgrzymów. Zaczęło mieć miejsce coś, co nigdy nie jest totalitarnej władzy na rękę, a mianowicie zgromadzenia bez ściśle określonego celu czy statusu. Najpierw z cudem Matki Boskiej Zabłudowskiej mierzyła się wiejska społeczność. Nie wszyscy dawali wiarę temu, co się stało i nie każdy stał pod oknem domu Jadwigi, by spojrzeć na dziewczynkę, która została wybrana. Wieś absorbowała fakty w sposób tylko sobie właściwy. Zmieniały się interpretacje, role wiejskich komentatorów. Tworzyły się sojusze, pojawiała się podejrzliwość i zawiść. Wszystko było źródłem nieustających komentarzy w podzielonych światopoglądowo domach. Jadwiga mówi rzecz oczywistą: "W małych miejscowościach ludzie widzą wszystko. I to, co jest i to, czego nie ma. I o wszystkim mówią". Nesterowicz wysłuchuje swych zabłudowskich rozmówców, budując historię zachwytu, zazdrości, zapomnienia i złości. Badanie tego, w jaki sposób Zabłudów zrósł się z cudem albo odeń odcinał, to jeden z wątków tego pasjonującego reportażu.

Bo z Matką Boską Zabłudowską musiała zmierzyć się także władza. Wytaczając procesy, aresztując, manipulując faktami i starając się nie dopuścić do tego, by opinia publiczna dowiedziała się o podlaskim cudzie. Zjawisko dla władz niepokojące i fenomen, z którym nie można sobie poradzić, bo trudno go zaszufladkować jako wrogi ustrojowi i porządkowi. Prolog reportażu to scena walki o porządek - zomowcy w akcji "Zjawa" próbują wywalczyć z pielgrzymami ład nakreślony prawami władzy. Mają miejsce wahania - atakować, odpuścić? Równie wiele wahań pojawia się w miejscowym kościele, potem na linii proboszcz - biskup, bo Kościół katolicki boi się o swą pozycję, którą może narażać zarówno akceptacją cudu, jak i kontestacją tego zbiorowego szaleństwa, o którym nikt właściwie po roku czy dwóch nie pamiętał, ale którego okrutne ślady pozostały na zawsze w zabłudowskich domach i w ich mieszkańcach. Piotr Nesterowicz pokazuje prymitywny mechanizm walki z działaniami niepoprawnymi w punktu widzenia władzy. Obserwacja poczynań tych, dla których cud w Zabłudowie stał się sprawą wagi państwowej, to kolejny wątek do uważnej obserwacji. To nie tylko sprawa dotycząca tego, jak władza zabijała cud. Mowa jest również o tym, jak bezsilni byli wobec niewytłumaczonego wszyscy ci, co na co dzień tłumaczyli, jak funkcjonować w państwie ówczesnego prawa.

"Cudowna" opisuje recepcję podlaskiego cudu - wszelkie wyolbrzymienia i konfabulacje. Nesterowicz opowiada o ludzkiej ciemnocie, ale i bezkompromisowości. O tych wszystkich negatywnych emocjach, które uczyniły ze sprawy cudu sprawę walki o przekonania. W Zabłudowie szybko pojawia się odium sąsiedzkie, ta wioska zdaje się ujawniać wszystkie najgorsze strony polskiej prowincji - w gruncie rzeczy jednak pokazuje problem bycia innym w uporządkowanym świecie społecznych norm. Tych, dla których cud był czymś wywołującym chaos. "Cudowna" jest opowieścią o kalekiej polskości z jej wszelkimi możliwymi stygmatami oraz historią nierównej walki władzy z podmiotami oraz osobami, którym na starcie odmawiano siły i przekonania. Piotr Nesterowicz zadał sobie trud, aby odszukać i próbować zrozumieć pewien wiejski epizod sprzed lat, ciekawostkę dla reportera, ślad jednak ważny, bo uruchamiający myślenie o bardzo wielu problemach. Także o samej Jadwidze, której życiu daleko było do jakiejkolwiek cudowności. A już na pewno nie było to życie nieznaczne.

2015-01-06

"Do zobaczenia w zaświatach" Pierre Lemaitre

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 29 września 2014

Liczba stron: 544

Tłumacz: J. Polachowska, O. Hedemann

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Wojna w stanie oskarżenia

Każdy, kto czytał choćby "Alex", wie doskonale, jak mistrzowsko Pierre Lemaitre potrafi manipulować czytelnikiem. Tam sprytnie zacierał granicę między katem a ofiarą, w swej nagrodzonej powieści innego nieco sortu stara się zatrzeć granicę między dumą a upokorzeniem; między tym, co wzniosłe a rzeczami małymi, między patriotyzmem w duchu wojny a chęcią życia w spokoju, z dala od wojennej zawieruchy. "Do zobaczenia w zaświatach" oskarża przede wszystkim wojnę. W sposób najbardziej szyderczy z możliwych, ale przede wszystkim kontrowersyjny. Lemaitre - bazując częściowo na faktycznych zdarzeniach -  buduje intrygę wokół zemsty, która jest jednym z jego ulubionych tematów, co udowadnia wyśmienita fabuła "Alex". Stawia jednak pytania o to, czym jest wojna po jej zakończeniu i jak niespodziewane odmiany losu może nieść dla tych, którzy zwątpią w jej glorię i wielkość.

Ta książka opowiada w gruncie rzeczy o tym, że nie ma nic głupszego niż zginąć na wojnie. Równie głupie jest oczekiwanie na to, iż państwo zagwarantuje cokolwiek tym, którym udało się uniknąć śmierci. "Do zobaczenia w zaświatach" oddaje hołd wszystkim ofiarom pierwszej wojny światowej, których się już nie pamięta i które poniosły śmierć zwyczajną, przykrą - nie tragiczną i w imię jakichkolwiek idei. Bohaterowie książki idą na front z przekonaniem o wojnie w typie stendhalowskim. Brodzą w błocie, wśród szczurów, nie istnieją jako ludzie, w ludzkim wymiarze stają się numerami ewidencyjnymi do odstrzału albo ewentualnie do gloryfikowania po tym ostrzale. Francuskiego prozaika boli w tym wszystkim jedno - prawo do wyznaczania komuś granic jego życia w imię wyższych celów. Lemaitre ujawni dwuznaczne cele wyższe, które doprowadzą do narodowego skandalu, a być może ośmieszą jedynie tych, co w powojennej zawierusze gloryfikują zmarłych i doskonale wycierają z pamięci ślady nadal żyjących.

Sporo jest prowokacji w tej brawurowej książce. Mamy wojskowego, dla którego myśl o końcu wojny jest zabójcza i który jest gotów strzelić w plecy paru swoim żołnierzom, by ostatni raz poczuć adrenalinę walki, kiedy wojna dogorywa. Tenże wojskowy nie widzi żadnego problemu w tym, by mieszać ciała ofiar w mogiłach wojennych, ale sporym szokiem staje się dla niego fakt, że do mogił omyłkowo trafiają ciała wrogów. Mamy szalonego artystę - wizjonera, który przedsięweźmie działanie w pełni demaskujące ład po wojnie opłakującej ofiary, a nie jego kalectwo i niemożność dalszego normalnego życia. Mamy przemianę z pokornego i zawsze godzącego się z losem księgowego, który jest w stanie oszukać miliony Francuzów i choć wiecznie w lęku, konsekwentnie dążącego do demaskacji narodowej pamięci o tych, którym nie jest dany ani należny szacunek, ani też refleksja nad powodami śmierci. Jest dodatkowo cięty, ironiczny język - niezwykłe połączenie tragizmu z komizmem sytuacyjnym i słownym. I przede wszystkim intryga. Błoto okopów, niewyobrażalna wolta akcji już na wstępie, a potem jedynie wspieranie dwóch bohaterów, którzy robią przekręt, bo należą im się nie tyle profity, co satysfakcja, iż chory świat wystrychnęli na dudka razem z jego ideami i wojennym porządkiem rozbitym całkowicie.

Albert Maillard walczy na wojnie, bo musi. Gdyby była jakakolwiek inna możliwość, na pewno w spokoju podliczałby słupki w wygodnym fotelu jakiegoś banku. O tym, że jest zachowawczym nieudacznikiem, przypomina mu nieustannie matczyny głos w głowie - nie ma w nim bynajmniej żadnej troski o płochliwego i nieporadnego syna. Albert umarłby w błocie, gdyby nie Édouard Péricourt, który z tylko sobie wiadomych powodów decyduje się na heroiczny akt grzebania w tymże mimo roztrzaskanej przez pocisk nogi, która - jak się szybko okaże - nie będzie najboleśniej doskwierającą częścią jego ciała, jaka zostanie okaleczona. Obaj żyją. Mamy tutaj ocalonych bez nadziei i bez szansy. Jednych z tych, którymi państwo francuskie nie będzie się zajmować, bo dużo ważniejsze jest celebrowanie pamięci po zmarłych bohaterach oraz zapobieganie chaosowi demobilizacji, wśród którego obaj mężczyźni potajemnie wymkną się prawdziwemu życiu. W jaki sposób? Obaj staną się kimś na kształt antybohaterów i nie tylko dlatego, że jeden z nich zatrze po sobie wszelkie ślady, a drugi uporczywie będzie się starał o to, by nigdy i nikomu nie rzucić się w oczy. Maillard i Péricourt zostają doświadczeni obojętnością losu i Historii, porzuceni gdzieś na marginesie, skazani na skomplikowaną symbiozę i upokorzeni na tyle, by pomyśleć o zemście.

Lemaitre prowadzi nas przez powojenny świat, w którym biznes robi się na wszystkim, na czym można go zrobić, a przede wszystkim na patosie, wzruszeniach i symbolice - ona nakaże bowiem stawiać pomniki poległym, ale w żaden sposób nie troszczyć się o tych, co są przy życiu. Bohaterowie tej powieści, witalni na przekór wszystkiemu, zbuntują się przeciw uwznioślaniu śmierci i wypowiedzą wojnę (sic!) światu, który zaciera prawdziwe wojenne ślady, wypierając z pamięci wszystko to, co niewygodne. Albert i Édouard ujrzą ów świat z perspektywy tych wszystkich wykolejonych, dla których nie ma żadnej szansy na normalność. Ta przyjaźń to także zderzenie dwóch zupełnie różnych od siebie osobowości - artysty, jaki nigdy nie zaznał biedy oraz mieszczanina liczącego każdy grosz i rozważającego każde życiowe posunięcie, co mocno spowalnia go w tejże życiowej aktywności. Między outsiderami nawiąże się więź oraz narodzi pomysł. Nikt nie spodziewa się, że kiedykolwiek świat usłyszy o którymś z nich. A usłyszy, tylko nie będzie wiedział, kim są sprawcy zamętu.

"Do zobaczenia w zaświatach" to doskonale skonstruowana proza będąca oskarżeniem i wypowiadająca niewygodne do dzisiaj opinie. Dzieje się  w niej wiele, iskrzy od samego początku - nieznośnie wieloznaczna, często złośliwa, kpiarska i przygnębiająca bardzo, ale żywiołowa i zapewniająca wiele wrażeń. Lemaitre ukazuje patriotyzm w krzywym zwierciadle. Uwypukla wszelkie ludzkie wady, kreując odrażające postacie chwilami dużo bardziej wyraźniejsze niż dwójka pokrzywdzonych przez los kontestatorów porządku społecznego. Dwuznacznie ukazuje problem postrzegania wojennej śmierci i ironicznie pyta o to, czy polegli to zwycięzcy, a jeśli tak - w jakim znaczeniu. Opowiada o wściekłości i o strachu, ale także prawdziwym przywiązaniu do życia, w którym prawo zemsty wydaje się dużo bardziej wiarygodne niż nakaz walki w błocie za ojczyznę. Z niego to przypadkiem wydobywają się ci, co zagrają w życiowej loterii o lepszy los. Świetna rzecz!

2015-01-04

"Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre'a Bourdieu. Raport z badań" Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Alicja Pawęcka, Jan Sowa, Tomasz Warczok

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 22 września 2014

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Kondycja literatury

Raport ekipy naukowców z kręgu Korporacji Ha!art jest dość przygnębiający, by nie rzec po prostu - druzgoczący. By ukryć oczywistość pewnych wniosków, a niektórym nadać znamiona czegoś naprawdę odkrywczego, autorzy osadzają swoje badania w teorii Bourdieu, która w dużym uproszczeniu określa literaturę w socjologicznych kontekstach. Ich badanie zwraca szczególną uwagę przede wszystkim dlatego, że - jak twierdzi Grzegorz Jankowicz - sama literatura jest w dużej mierze autonomiczna, ale dalekie od autonomii są wszelkie obszary jej produkcji. W raporcie badana jest nie tylko literatura jako taka. Silny nacisk kładzie się na tak zwane pole wydawnicze oraz zbadanie pozycji piszących. Będziemy mieli do czynienia ze specyficzną nomenklaturą, poznamy aktorów socjologicznej sceny oddziaływania literatury na życie społeczne i dowiemy się, jak w praktyce funkcjonuje rynek wydawniczy - jakie są jego słabe strony oraz jak bardzo zmienił się on po 1989 roku, kiedy określenie "promocja" na zawsze już sprzęgło się z procesem wydawania w zdecydowanym nadmiarze, co także jest pewną bolączką i dużym problemem dzisiejszego świata literackiego.

Wspomniany Jankowicz czyni bardzo sensowny wstęp do problematyki tworzenia, kreowania i recepcji współczesnej literatury w Polsce. Zwraca uwagę na szalenie istotne przemiany rynku książki, przygląda się poziomom realizacji celów przez wielkiego i niszowego wydawcy, wyciąga wiele konstruktywnych wniosków, ale także podąża w stronę powtarzania oczywistości bądź też stwierdza rzeczy nieprawdziwe. Jeśli chodzi o pierwsze - naprawdę niczym odkrywczym nie jest stan współczesnej polskiej edukacji literackiej na poziomie szkoły ponadgimnazjalnej, każdy z nas to przeszedł. Tutaj - mimo upływu czasu i zmiany formuły egzaminu maturalnego - wszystko raczej stoi w miejscu. Literatura dla uczniów kończy się wraz z Szymborską czy Herbertem. Kiedyś poloniści stawiali sobie ambitne cele, by omówić historię literatury choćby do czasów Nowej Fali. To, o czym pisze Jankowicz, nie wymagało szczególnych badań. Obcowania ze współczesną literaturą polską w szkołach praktycznie nie ma. System zawęża zatem horyzonty młodych, ale przede wszystkim nie pozwala na rozwinięcie nowych kompetencji czytelniczych. Doświadczenia z literaturą polską po 1989 roku mogą być zatem uwarunkowane tylko i wyłącznie osobistą ciekawością oraz chęciami poszukiwań. Tych nie straciło Wydawnictwo Znak, które - zdaniem Jankowicza - zarzuciło praktyki własnego konkursu na prozę, co nijak ma się do faktu, iż za chwilę ukaże się książka, która zdobyła pierwszą nagrodę w takim konkursie, a mam na myśli "Dom z witrażem" Żanny Słoniowskiej.

Jeśli edukacja nie jest trampoliną do tego, by uważnie i świadomie uczestniczyć dziś w życiu literackim, trudno jednoznacznie orzec, co przyciąga uczestników tego życia, odbiorców literatury oraz ich krytyków w każdym możliwym znaczeniu. Autorzy badań zwracają uwagę na to, iż życie literatury jest krótkie i trudne. Przestrzeń symboliczna, w jakiej funkcjonuje literacki przekaz, nie tyle się zawęża, co mocno hermetyzuje. Dużo więcej czasu i środków przeznacza się na promocję, ale w gruncie rzeczy czyni się to przede wszystkim dla zysków, rzadziej dla określonego przez naukowców kapitału symbolicznego. W nowym bezkompromisowym świecie walki o każdego kolejnego świadomego odbiorcę pojawiają się nowi gracze i nowe funkcje dość szczegółowo przebadane oraz opisane. Mam na myśli agentów literackich oraz redaktorów prowadzących. Linia ich postępowania to jednocześnie kierunek, w którym dynamicznie dąży się do osadzenia samej literatury w świecie społecznych wpływów. Samo już pisanie nie jest dzisiaj czynnością samotniczą, a bardzo silnie osadza się w polu aktywności komunikacyjnych i społecznych właśnie. O tym mówią ankietowani pisarze, których pozycję w dzisiejszym świecie także pozaliterackim bada Jan Sowa, odwołując się do wykonanych pod jego kierunkiem badań ankietowych.

To, co mówią pisarki i pisarze o sobie, może być mrocznym rewersem ich twórczości, dla której - jak nigdy chyba w historii - tło socjologiczne i warunki, w jakich jest tworzona, odgrywają niezwykle ważną rolę. Piszący zdecydowanie podkreślają, iż nie ma czegoś takiego jak zawód pisarza. Z pisania po prostu nie można się utrzymać. Wiodą podwójne życie, zaczepieni na etatach (szczęściarze) i zwykle po nocach, w mocno ograniczonym wolnym czasie piszący z potrzeb i konieczności, o jakich także chętnie mówią. Autorzy raportu osadzają twórców w ich codziennym życiu, ale zwracają też uwagę na relacje łączące ich z wydawcami oraz całym polem wpływów tych, przez których ręce przechodzi książka, także w procesie żmudnej promocji, do jakiej piszący mają ambiwalentny stosunek.

Relacja pisarz - wydawca jest przedstawiona z kilku możliwych punktów widzenia, ale to nie w niej przecież zasadza się recepcja literatury po 1989 roku. Przestrzenie rozmaitych relacji są heteronomiczne i autonomiczne. Literatura pozostaje gdzieś pomiędzy. Jest dzisiaj towarem, który podlega prawom sprzedaży tak jak każdy inny towar. Raport mówi o tym, w jaki sposób i w jakich okolicznościach towar ten dociera do potencjalnego nabywcy. Mówi także o tym, iż dzisiaj zdecydowanie spada rola różnego rodzaju komentatorów literatury. Krytycy mogą czuć się odrzuceni i niedoceniani w równym stopniu, co sami pisarze, dla których coraz częściej osiągnięciem jest samo wydanie książki, a nie zarabianie na niej, ale czyż nie był to cel nadrzędny literatów na długo przed tym, gdy bezkompromisowe prawa rynku wdarły się także do sfery literackiej?

Autorzy raportu dochodzą w podsumowaniu do wniosku, że coś takiego jak habitus literacki nie wyodrębnia się wyraźnie i nie jest widoczny. Badanie zależności między procesem pisania, redagowania, wydawania oraz promocji zaciera gdzieś tę przykrą konstatację o marginalnej bytności literatury w życiu społecznym, dla którego przecież literatura była kiedyś wyraźnym punktem odniesienia do formowania idei czy tez rewolucjonizujących czasem owo życie społeczne. Odnosi się wrażenie, że przeanalizowany na kilka możliwych sposobów świat literatury coraz mniej oddziałuje i tym samym hermetyzuje się też mocno, czyniąc z siebie coś na kształt sfery wzajemnych adoracji. I animozji także, to bardzo widoczne. Bo obszary produkcji współczesnej literatury to obszary bezustannej walki o wpływy. Równie silnej co walka piszących z przekonaniem, że jest dla kogo i o czym dzisiaj pisać.