Pages

2020-10-30

„Drżę o ciebie matadorze” Pedro Lemebel

 

Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 5 listopada 2020

Liczba stron: 206

Przekład: Tomasz Pindel

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Miłość i polityka

Określenie Pedra Lemebela mianem chilijskiego Almodóvara byłoby uproszczeniem i przekłamaniem. Zwłaszcza że ambicją pisarza nie było opowiadanie tylko intymnych historii tożsamości wydobywającej się z upokorzeń, wstydu i nigdy niespełnionych pragnień. „Drżę o ciebie matadorze” – celowo bez przecinka w wołaczu, aby zgasić potencjalne wątpliwości purystów językowych – jest pełną barokowej mnogości epitetów i porównań opowieścią o zderzeniu świata czułości i bezkompromisowości politycznego terroru. Można by uznać, że Lemebel rozprawia o pewnej formie estetyki jako soczewce, przez którą obserwuje i analizuje się życie. W tym znaczeniu nie byłaby to jednak historia o estetycznych gustach, lecz raczej opowieść o tym, w jaki sposób estetyka zderza się z polityką. Nie bez powodu przy sentymentalnej i barwnej narracji transwestyty obdarzającego uczuciem pięknego rewolucjonistę Lemebel w postaci kontrapunktu stawia spojrzenie znienawidzonego Dyktatora, jego pełnej pychy i pogardy żony. Dwa kierunki narracji jednocześnie uzupełniają się i wykluczają. A z tego wszystkiego powstaje sugestywna opowieść o tym, że nasze życiowe wybory determinuje to, co uznamy za najważniejsze. Dla jednych jest to wolność, dla drugich namiastka miłości w pełnym zniewolenia świecie.

Ciotuchna z Naprzeciwka jest hafciarką, nostalgiczną śpiewaczką, zmagającą się z samotnością i starzeniem postacią, która stworzyła sobie bezpieczny rejon swego życiowego niespełnienia w pełnym kolorów i bibelotów mieszkaniu. W miejscu, w którym Santiago doświadczane przez wojskowy terror może złapać oddech. W dzielnicy marginesu – ludzi wiodących swoje proste i nikomu niewadzące życie, pośród zwyczajnych problemów i z daleka od nurtu Historii, która coraz silniej zaznacza się w życiu Ciotuchny w 1986 roku, bo właśnie wtedy decyduje się ona pomoc pięknemu Carlosowi „z kurtyną rzęs”. A wraz z nim do jej mieszkania wkracza uczucie. Jednocześnie z zimnym powiewem tego, o czym jedynie w tle informuje ulubione radio Ciotuchny. Przez lata nie zgorzkniała, starała się żyć twórczo, widzieć twórczo świat i zachwycać się nim zgodnie z tym, co uważa za estetycznie właściwe. Kiedyś była tylko „pedalskim odpadem” swojego ojca, od którego opresji musiała uciec. Dziś staje wobec nowego wyzwania. Wszystko, co w niej samej składa się na życiowe rozczarowanie i melancholię, zamieni się w nowy rejestr emocji. Bo Ciotuchna pokocha Carlosa. Ona jego, a on swoją ojczyznę. Ta nietuzinkowa znajomość zaowocuje przemianą, jakiej Ciotuchna nie mogłaby przewidzieć. A może będzie zwyczajną konsekwencją tego, że za uczuciem idzie także zmiana patrzenia na świat, w którym obiekt miłości walczy o zmianę.

Bohater Lemebela nie ma wcale wielu lat. Postarza się mentalnie przez to, co o sobie mówi, w jaki sposób mówi, jak separuje swoją tożsamość od innych jemu podobnych. Bo nie jest przecież zwyczajnym homoseksualistą, który w Chile poszukuje jedynie seksualnego spełnienia w mrocznych zaułkach. Jego miłość nie jest brudnym instynktem mającym za cel tylko zaspokojenie żądzy i wydobycie z siebie kilku naiwnych fantazji o tym, co mogłoby za tym jeszcze stać. A taką miłość Lemebel też opowiada. Ciotuchna chce pokochać w sposób nietuzinkowy. Szuka w swojej miłości czegoś doskonałego. Nic jednak takie nie jest, z czego zdaje sobie doskonale sprawę. Ale idealizacja rodzącego się uczucia ujawni także specyficzną wrażliwość bohatera. Lemebel pięknie opisuje pragnienie, pożądanie, tęsknotę czy fantazję o spełnieniu skrytych gdzieś głęboko oczekiwań. Jego język jest soczysty, bujny przymiotnikowo, a fraza zawikłana, niespokojna jak emocje Ciotuchny. Z tym, jak subtelnie ukazywany jest krajobraz emocjonalny, zderza się jednak bezkompromisowość oblicza ulicy. Im delikatniej Lemebel opowiada o uczuciach, tym brutalniej w świat tych opisów wdziera się to, czego doświadcza główny bohater dostający na ulicy policyjną pałką – terror i przemoc usiłujące wtargnąć ponownie do świadomości kogoś, kto latami uciekał od piekła przemocowego świata, który nie akceptował jego tożsamości.

„Drżę o ciebie matadorze” nie jest historią społecznego i politycznego dojrzewania do tego, co można zrobić dla wolności kraju i jak o tę wolność walczyć. Mimo że chilijski autor dosadnie pokazuje drogę Ciotuchny: od zupełnej obojętności na to, co ze stanem kraju, po rodzącą się świadomość buntu egzemplifikowaną przede wszystkim przez scenę wyjścia z domu swojej pracodawczyni z kręgu rządowego, która oczekuje na pięknie haftowany obrus. Postać Carlosa nie jest tutaj wizerunkiem gotowego do bezkompromisowej walki partyzanta – to raczej suma projekcji Ciotuchny, człowiek uosabiający w sobie wszystkie jej tęsknoty. To nie tylko „dzikość samca”, to również fantazja o byciu tak doskonałym jak on sam. Carlos portretowany jest fragmentarycznie, natomiast cały złożony świat emocji starszego od niego geja, dla którego młody człowiek jest furtką do uwolnienia latami tłumionych tęsknot, Lemebel odsłania bez wstydu, pruderii i z lirycznym wręcz pięknem. Ale związek między prywatną sferą oczekiwań wyobcowanego człowieka a gotowym do walki o lepszy kraj młodzieńcem rysuje się tu nie mniej wyraźnie niż opozycja tego, co prywatne i intymne, z tym, co ogólnokrajowe, bolesne i domagające się zmian.

Polityczna opowieść o ofiarach pięknej miłości? Trudno określić tę narrację inaczej niż jako pamiętnik metamorfozy. Pozornie konwencjonalnej i przewidywalnej, ale jednocześnie opisywanej w wyjątkowy sposób. Ciotuchna z Naprzeciwka osiadła w znanym jej rytmie działań i poglądów na życie. Wezbrana fala goryczy i nienawiści wobec świata, który oferował tylko krzywdę, stała się już zagojoną raną. Bezpiecznie jest żyć tak, by przejawy tego życia manifestować tylko w gronie podobnych ludzi. Bo środowisko „kokoszek kumoszek”, czyli podstarzałych przyjaciółek Ciotuchny, które tak jak ona wciąż balansują między rozpaczą a melancholią niespełnienia, jest tu równie istotne jak fragmentarycznie portretowany Carlos. Pedro Lemebel opowiada tym samym o silnych więzach zbudowanych na poczuciu odrzucenia oraz o nowej więzi dającej nadzieję na to, że siła działania będzie jednocześnie siłą akceptacji i szacunku.

Pięknie to wszystko jest napisane. Świetnie wyważona harmonia między świadomie portretowanym kiczem a okrucieństwem świata pełnego przemocy i politycznej walki. To powieść o intymnym doświadczeniu i jednocześnie społeczna rozprawa z tym, w jaki sposób system dusi emocje. Miłość w tej powieści to w gruncie rzeczy piękna fantazja o spełnieniu. Ale jest to także mądra książka o bolesnym obliczu tożsamości, która musi stanąć na granicy płci – stygmatyzującej, lecz dającej również nowe wyzwania. Lemebel nie stara się być ani kontrowersyjny, ani tym bardziej oryginalny. Opowiada ludzki świat deficytów i potrzeb, w którym projekcje marzeń mogą się spełniać. A w tle spełnia się społeczne oczekiwanie walki. Intymność i publiczny gniew – nikt chyba ciekawiej tego nie sportretował. Pełna poetyckiej niejednoznaczności książka o tym, że z bezkompromisowością życia można wygrać za pomocą czułości. I że każdy ma prawo do marzeń. Niektórzy także do ich spełnienia.

2020-10-28

„Rytuał” Greta Drawska

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 2 września 2020

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Pośród kłamstw

Nowa debiutantka chyba skryła się za pseudonimem artystycznym – wnioskuję tak, biorąc pod uwagę lokację tego kryminału i nazwisko pisarki. To nie jest jedyne wyróżniające ją posunięcie, o ile to rzeczywiście pseudonim. Bardzo podoba mi się w „Rytuale” innowacyjne wykorzystanie motywu małej społeczności. Drawska nie będzie jej opisywać z detalami, lecz przedstawi raczej jako groźne tło wydarzeń ze swojej powieści. Społeczność małej miejscowości będzie zatem poniekąd figurą stylistyczną, za którą skryje się symbolika groźby i mrocznej atmosfery. Bo tak naprawdę odczytuję tę książkę przede wszystkim jako ciekawy moralitet o ludzkiej chciwości. Taki trochę staroświecki, lecz bardzo wymowny. Poza tym „Rytuał” jest ciekawą opowieścią o ludziach z pasją, dla których pasja staje się obsesją, a za tym stoi już przekraczanie granicy dobra i zła ze wszelkimi konsekwencjami tego przekraczania. Greta Drawska proponuje także historię o kłamstwie. Najpierw jest ono definiowane na kilka sposobów, a potem obserwujemy, co się dzieje, gdy w matni kłamstw znajdą się osoby pozornie dla siebie najbliższe. Całość w dosyć sennej konwencji, bez epatowania brutalnością. Autorka stawia na bardzo mocny punkt wyjścia, a potem skupia się przede wszystkim na budowaniu wiarygodności psychologicznej swoich bohaterów.

Jeśli ma to być pierwsza część cyklu, sylwetka prokuratorki Wandy Just zaprezentowana została adekwatnie do oczekiwań. Poznajemy ją w chwili, kiedy powraca w rodzinne strony, gdzie będzie starała zacząć życie na nowo. Tajemnice jej młodości i motywacje do opuszczenia prowincji zarysowane są w taki sposób, że w kolejnych powieściach możemy liczyć na więcej. Na razie widzimy, że szkolny czas był dla bohaterki okresem kilku traum i niektóre z nich przeniosła do swojego dorosłego życia. Między innymi komplikacje w relacji z Piotrem Dereniem – policjantem, z którym musi prowadzić śledztwo. Z człowiekiem starającym się nie pamiętać o tym, jak kiedyś upokorzył Wandę. A ta wie, że musi trzymać dystans wobec wszystkich ludzi, którzy ją otaczają. Tyle tylko że morderca ten dystans skraca. Albo ktoś, kto dużo wie na temat morderstwa i przesyła Just enigmatyczne wiadomości tekstowe.

Zostaje brutalnie zamordowany miejscowy stomatolog. Drawska stawia na wyrazistość i oryginalność zbrodni. Mężczyźnie ktoś odcina głowę, którą młodzi ludzie znajdują przybitą do dębu za pomocą kopii włóczni Świętego Maurycego. Wszystko wygląda na morderstwo rytualne. Wyjątkowo silnie oddziałuje na wyobraźnię i równie silnie skłania do najbardziej nawet szalonych fantazji o tym, co naprawdę się wydarzyło. Z tytułowym rytuałem związany będzie wątek starosłowiańskich wierzeń, co dodaje tej narracji kolorytu, bo autorka w dużym stopniu na poważnie bierze te fragmenty polskiej historii i kultury, które odegrają tutaj ważną rolę. W symultanicznie prowadzonej narracji Drawska zabiera nas do początku XVIII wieku. Tam bowiem kryje się zagadka zgonu człowieka, któremu ktoś wyznaczył tak brutalną i tak jednocześnie wymowną śmierć. Zdarzenia koncentrujące się wokół adresów Pojezierza Drawskiego stworzą jednocześnie pasjonującą opowieść o regionie. Rzadko w konwencji kryminału pojawia się tyle ukrytej autorskiej czułości oraz sentymentu do małej ojczyzny. W „Rytuale” jedno i drugie ujawnia się bardzo mocno. Zwłaszcza że Greta Drawska potrafi w malarski sposób prezentować piękno otoczenia, w którym kryją się mroczne ludzkie sprawy.

Podoba mi się wykorzystanie motywu chciwości, który połączony tu został z zagadką pewnego obrazu oraz skarbu. Drawska nawiązuje do powieści przygodowych i sensacyjnych, jednak bliżej „Rytuałowi” do solidnej historii obyczajowej o nienawiści między rodami, które wciąż na nowo tworzą sytuacje niebezpieczne, nieprzyjemne i w kontekście intrygi kryminalnej również tajemnicze. Śledzenie powiązań między bohaterami, którzy w jakimś stopniu mogą być odpowiedzialni za śmierć stomatologa, odsłania sieć niejednokrotnie toksycznych powiązań, które rodziny starają się skryć. W tym znaczeniu „Rytuał” opowiada o hipokryzji zderzonej z uczuciami, ale również o tym, co się dzieje, kiedy ktoś gotowy jest opuścić prowincjonalną społeczność i ma w sobie naprawdę wiele determinacji, aby to zrobić.

„Rytuał” to też ciekawa opowieść o małżeńskich dysfunkcjach. Drawska fantazjuje o tym, co związek dwojga ludzi scala, a co czyni go niemożliwym do utrzymania. W tym wszystkim Wanda Just uciekająca od widma byłego już męża. Przekonana, że mężczyzna wciąż ma nad nią kontrolę. Że chce nadal stosować notoryczną przemoc, która kazała Wandzie zrezygnować z tego małżeństwa. Greta Drawska sugeruje, na jak kruchych fundamentach buduje się związek małżeński, w którym żadne z małżonków nie jest w stanie zaspokoić oczywistych potrzeb tego drugiego. Ale „Rytuał” jest też intrygującą historią o tym, co stoi za powolną erozją bliskiej relacji. Co powoduje, że najbliżsi sobie ludzie mogą stać się dla siebie wrogami. Czasami śmiertelnymi.

Świetne jest połączenie historii i teraźniejszości, w którym odbijają się ponadczasowe lęki i pragnienia nas wszystkich. Drawska sugeruje, że na każdym etapie życia jesteśmy częścią większej społeczności, która potrafi wydać wyrok, jeżeli wypadniemy z reguł, jakie akceptuje. Ale to też fascynująca rzecz o tym, jak bardzo na przestrzeni wieków portretowane okolice były nękane przez animozje i podziały historyczne. Bohaterowie „Rytuału” starają się wrosnąć w otoczenie, często jednak nie są świadomi trudu wrastania w ziemie tak mocno na przestrzeni wieków doświadczone przez przemoc z zewnątrz. Jako historia o przemocy ta powieść również się broni, proponując kilka niebanalnych pytań retorycznych o jego istotę. Z pewnością „Rytuał” to kryminał dla uważnego czytelnika, dla którego ważne są konteksty i pejzaż otoczenia, nie tylko oczywisty wyścig z czasem urządzany przez mordercę i stróżów prawa. Tu autorka koncentruje się przede wszystkim na ukazaniu, w jaki sposób zdarzenia z historii mogą zdeterminować aktualne myślenie o miejscu i jego mieszkańcach.

Jak wspomniałem, jest to też świetnie zbudowana pierwsza część cyklu. Drawska pozostawi nas z pytaniami bez odpowiedzi dotyczącymi głównych bohaterów, ale również w zdziwieniu – jak pięknie i jednocześnie groźnie można opowiadać o związkach ludzi z historią. To wszystko powoduje, że mamy do czynienia z oryginalnym debiutem kryminalnym. A takich jest już coraz mniej, bo i w gatunku coraz mniej do odsłonięcia i coraz mniej zaskakuje.

2020-10-26

„Człowiek, który znał mowę węży” Andrus Kivirähk

 

Wydawca: Marpress

Data wydania: 2 października 2020

Liczba stron: 412

Przekład: Anna Michalczuk-Podlecki

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Baśń o przemianach

Spektakularna i malarska powieść Andrusa Kivirähka przemówi do wyobraźni wielbicieli legend, baśni czy powieści z szerokiego pojętego nurtu fantasy, ale narracja estońskiego pisarza nie powinna być odczytywana w tym oczywistym, nazwijmy to: przygodowym, wymiarze. Splecenie symboli stanowi tutaj wyjątkową gratkę, bo w części z nich doskonale odnajdzie się polski czytelnik, część zaś będzie mieć bardzo uniwersalne znaczenie. Odczytując tę książkę jako powieść inicjacyjną, wydobędzie się z niej chyba najwięcej. „Człowiek, który znał mowę węży” opowiada bowiem o całym życiu wyobcowanego mężczyzny: od pierwszych świadomych chwil na świecie po czas, w którym najchętniej zapomniałby o tym, kim jest, a może – co bardziej niebezpieczne – sam nie może określić swojej przynależności i kompulsywnie zbliża się do pewnej legendarnej postaci. Jakkolwiek czytać tę fascynującą książkę, widać w niej nietuzinkową wyobraźnię twórczą, która największy nawet tragizm (postaci i sytuacji) zręcznie łączy z poczuciem humoru. Czyta się też Kivirähka z zachwytem między innymi dlatego, że tak doskonale – choć za pomocą prostych formalnie środków – opowiada, w jak odwiecznej zależności tkwią przemoc, rewolucja i przemiana. To historia tożsamości Estończyków portretowanych w średniowiecznych czasach, ale równie dobrze ponadczasowy obraz ludzkich dualizmów, osadzania się w skrajnych postawach, które wygodnie tłumaczyć kulturą i tradycją. A także o tym, jakim dramatem jest każda metamorfoza społeczna. Zwłaszcza ta okupiona rozpaczą i nienawiścią.

Leemet od małego mieszka z rodziną w lesie. Ten wybór niesie ze sobą wiele konsekwencji. Między innymi odium innej społeczności – ludzi, którzy zamiast towarzystwa drzew i leśnych zwierząt wybierają życie na wsi, funkcjonujące wedle innych zasad. Ci z lasu stają się gorsi, a ich eskapizm jest w oczach pozostałych niebezpieczny. Żyć w lesie to także rozumieć tytułowy język – narzędzie archaiczne, trochę metafizyczne, magiczne, pozwalające znaleźć porozumienie i harmonię w świecie natury. Opozycja dwóch porządków życia, wokół których koncentrują się ich wierzenia oraz tradycje, staje się coraz bardziej widoczna. Z czasem leśni ludzie tracą prawdziwy kontakt z tymi z wioski. Przemianę opartą na zapominaniu i wypieraniu siebie obrazuje wątek utraty przez Leemeta najlepszego przyjaciela. Ale las przestaje być bezpieczny. Powoli rozpada się w nim tradycyjny spokój oparty na przewidywalnym rytmie symbiozy ze środowiskiem. W jednej i drugiej przestrzeni pojawiają się niebezpieczne wierzenia. W lesie prowadzą do chęci mordowania. W wiosce zaczynają być tłumaczeniem dla przemocy. Oba światy Kivirähka zaczynają płonąć. Pośród nich zagubiony Leemet, który najpierw jest symbolem wewnętrznego rozdarcia i niepewności, a potem zaczyna nim kierować gniew na chaos obu porządków świata niedającego mu możliwości odnalezienia swojego miejsca.

Plastycznie nakreślona rzeczywistość Estończyków to albo wybór religii kojarzonej z oświeceniem, albo bezkompromisowa próba zerwania z tym, co nowoczesne. Każda droga jest drogą egzystencjalnych poszukiwań. W powieści Kivirähka rozsądek i samodzielne myślenie jest wypierane przez coraz bardziej toksyczną wiarę. Leśny szaman staje się niebezpiecznym psychopatą, a wierzący chrześcijanie gotowi są splamić ręce krwią, bo tak nakazywałby im Jezus. Jeden z bohaterów mówi, że należy bać się ludzi wiary. Tymczasem strachu jako takiego w tej wielopłaszczyznowej powieści o niepokoju właśnie nie ma wcale dużo. Bohaterowie działają, nie analizując swoich poczynań. Kierują nimi atawizmy, a ten ukryty przekuwają w określone postępowanie, za którym kryją się mroczne konsekwencje. U Kivirähka bać się to znaczy działać – czasem po omacku, czasem z perfidną formą wściekłości, która zamienia się w okrutną przemoc. Dużo zresztą okrucieństwa jest w tej opowieści o tym, w jaki sposób porządki religijne, społeczne i kulturowe nie mogą znaleźć dla siebie przestrzeni do równoległego bytowania. To, co nowe, wciąż nie jest odpowiednio nazwane. W Estonii Kivirähka należy mówić po niemiecku, wierzyć w Boga, jeść chleb i pracować w polu. Kim lub czym stają się Estończycy, którzy świadomie sprzeciwiają się narzuconemu modelowi życia społecznego?

W oddali, na drugim planie, kryją się dwa pozostałe statusy społeczne. Poza chłopem, dla którego marzeniem jest bycie sługą lepszego pana, przedstawieni są rycerze oraz mnisi. To stany bez określonej w powieści właściwości, ale również ludzie wywierający wpływ, kształtujący wyobraźnię, korzystający z jej niezdrowego formowania się. Dla Leemeta podział społeczny oraz zasady warunkujące na przykład życie rodzinne są abstrakcjami, w których nie jest w stanie dojrzeć oczekiwanego przez innych porządku. Bohater Andrusa Kivirähka społecznie jest nikim – człowiekiem z lasu, prostakiem, oskarżanym o konszachty z siłami szatana. Tymczasem to w biografii tego specyficznego everymana zawrze się opowieść o tęsknocie za przynależnością, o braku tej przynależności i rozpaczy utraty wszystkiego, co buduje uporządkowany świat. A w nim – poczucie sensu, które człowiek próbuje na siłę określić, często w oderwaniu od prastarych tradycji, do jakich w powieści uciekają się (skądinąd najbardziej oryginalne) postacie małpoludów.

„Człowiek, który znał mowę węży” to nie jest powieść łatwych i czytelnych dychotomii. Na pewno przyjrzeć się jej można jako paraboli przemiany losu i człowieka – ze wszystkimi bolesnymi i trudnymi do uniesienia konsekwencjami tego procesu. Ale to również opowieść o tym, w jaki sposób ludzką świadomość kształtuje język, a za nim – określanie i nazywanie spraw najważniejszych. Andrus Kivirähk unika portretowania stanów emocjonalnych swoich bohaterów. Widzimy bardziej konsekwencje tego, co dzieje się w kontekstach narzuconych albo przez społeczność, albo przez tradycję. Język staje się narzędziem nie porozumienia, lecz konfliktu. Coś nowego rodzi się z przemocy. A wobec całej spektakularnie zarysowanej katastrofy pozostaje tylko niemoc nazwania tego, co zrujnowało rzeczywistość. Ale czy ta książka jest naprawdę fatalistyczna? Warto przyjrzeć się także temu, z jaką drobiazgowością wyobraźnia autorska stwarza nam rzeczywistość, w której proste działania stają się skrycie symboliczne, a świat porządku jest tylko pozornie rzeczywistością, do jakiej można przywyknąć. Bardzo ciekawie zarysowane są nie tylko główne postacie. Kivirähk dba, by w jego średniowiecznym lesie oraz wiosce czytelnik odnalazł wszystko, o co pytałby, rozglądając się wokół. Dlatego estoński pisarz zajmuje uwagę nie tylko w egzystencjalnym wymiarze, ale również jako znakomity bajarz. Człowiek, który potrafi opowiedzieć o największych ludzkich emocjach – od miłości po nienawiść – w taki sposób, by było to oryginalne i zajmujące.

To również książka o tym, jak i dlaczego umieramy w imię idei, ale także o ideach powodujących, że zbiegi okoliczności kierują nas ku śmierci. Jest trochę tak, jakby autor pomieszał archetypiczne wizerunki piekła i nieba, dodając do tego stopniowany niepokój, kiedy coraz więcej oczywistych rzeczy staje się bardzo nieoczywistymi. Kivirähka czyta się z ogromną przyjemnością i równie ogromnym niepokojem. To taka literatura, która w fantastycznym kostiumie przypomina nam o mrocznych sprawach, które wciąż się dzieją, wciąż ich doświadczamy.

2020-10-22

„Taki właśnie jest grudzień” Donal Ryan

 

Wydawca: Relacja

Data wydania: 21 października 2020

Liczba stron: 224

Przekład: Ewa Pater-Podgórna

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W samotności

Donal Ryan doskonale wie, że najpiękniejsze opowieści powstają z niewypowiedzianego smutku. Irlandzki fatalista pięknie opowiada o ludzkich ułomnościach, ale tak naprawdę snuje wciąż na nowo narrację o tych ludziach, dla których pozostał już tylko margines – społeczności, miejsca urodzenia, świata. W „Dwudziestu jeden uderzeniach serca” przedstawiał panoramicznie losy tych, którzy z różnych powodów znaleźli się na tym marginesie. Zbędni, niezauważalni, cierpiący do wewnątrz, a w tym wszystkim również niezdolni do tego, by wyjść poza uwarunkowania – poza to, kim się urodzili, w jakich rodzinach. W „Taki właśnie jest grudzień” Ryan skupia się na kameralnym ukazaniu losów człowieka będącego wstydem, kompleksem i nieporadnością, ale tworzy taki rodzaj antybohatera, którego mimo wszystko chciałoby się mocno przytulić. Jest to jednak historia bezkompromisowa. O ile „Dwadzieścia jeden uderzeń serca” cechuje się dużą różnorodnością, niesie w sobie dużo więcej niejednoznacznego przekazu, o tyle nowa powieść Donala Ryana jest bardzo dosadna. Nie jednowymiarowa. Mówiąca o życiu niespełnionym, w którym ma się ze sobą tylko miłość oraz troskę rodziców. Nic ponad to, co przygotowywałoby do tak zwanego dorosłego odpowiedzialnego życia.

Dlatego jest to książka pełna melancholii i można by powiedzieć, że mnogość zarysowanych nieszczęść doświadczanych przez głównego bohatera manipuluje emocjonalnie czytelnikiem. Myślę, że autor nie miał tak niskich pobudek. Chodziło mu chyba bardziej o zintensyfikowanie cierpienia. Cierpisz nie tylko wtedy, gdy odczuwasz ból. Cierpisz, kiedy mimo wielu prób nie jesteś w stanie niczego odczuwać, z niczym się związać. A jeśli już podejmiesz taką próbę – los uzna, że nie warto było ryzykować. Dlatego Ryan pisze o spokoju samotności. Ale też o przejmującym paraliżu emocjonalnym, kiedy wrastanie w samotność oznacza bycie odmieńcem szykanowanym przez małą społeczność.

Irlandzka wieś nie lubi Johnseya Cunliffe’a. Nazywa go nieszkodliwym kretynem. Kimś, kto zawsze był ofiarą i nie umiał w żaden sposób pożegnać się z tą rolą. Wiejski głupek. Istota, którą kochali tylko jego rodzice. Dziś Jonhsey ma dwadzieścia cztery lata i nie ma ich już z nim. Tatuś był prawy, prawdomówny, on stwarzał świat, jego pojęcia, jego rytm i wrażliwość syna. Nawet seksualność stała się czymś ulotnym i nieistotnym, jeśli tak uznał człowiek, którego bohater wspomina z niebywałą czułością. W samej nomenklaturze widzimy, jak bardzo Johnsey chciał być tym, co mówił i robił jego ojciec. Tatuś stoi tu w opozycji do Matki. To ona zajmowała się synem dłużej. Ona miała pewnie większe nadzieje na to, że uda się mu wyjść poza ograniczenia, że będzie kimś lubianym, zauważanym i szanowanym. Ale oboje odeszli. Pozostała pustka i poczucie, że sens życiu młodego bohatera może nadać tylko przewidywalna rutyna. Johnsey wywodzi się ze społeczności w dużej części patologicznej, gdzie niewielu ma jakieś perspektywy życiowe. Irlandzka wieś przynosi jedynie pustkę i rozczarowania, nie pozwala marzyć, nie pozwala mieć planów. A nade wszystko jest przestrzenią, od której nie można się uwolnić. Bohater Ryana nie uwolni się przede wszystkim od swojej bezradności wobec życia.

Rozpisana na dwanaście rozdziałów historia nawiązuje do astronomicznego rytmu, ale też do cyklu natury, w której na wszystko jest właściwy czas. Także na śmierć. Z nią Johnsey konfrontuje się po raz pierwszy, kiedy widzi umierającego krowiego wcześniaka. Potem sam staje się zabójcą królika. Ostatecznie po pożegnaniu rodziców myśli o tym, by popełnić samobójstwo, ale wie, że nie może nikomu stwarzać problemów. Nie chce, by ktokolwiek pomyślał, że żyje po to, aby szkodzić. Tymczasem jemu szkodzi otoczenie. Klaustrofobiczna atmosfera tkwienia w czymś, co nigdy nie odejdzie, skonfrontowana jest ze smutkiem społeczności, która wrosła w niepowodzenia przynoszone przez kolejne pokolenia i pogodziła się z tym, że niczego poza prostotą życia pełnego kompleksów nie otrzyma od losu. Los jest tu bowiem pochodną życiowego pecha oraz trudności w podejmowaniu decyzji. Bohater irlandzkiego pisarza zapada się w sobie, bo nikt nie nauczył go nigdy tego, jak wychodzić sobie naprzeciw. Nie mówiąc o tym, że można stawić czoła życiu. Johnsey musi pogodzić się z tym, co niemożliwe do zmiany, i z pewną cyklicznością rzeczy przyjemnych i nieprzyjemnych. Jego życie definiuje grudzień. Poruszający finał tej historii jest potwierdzeniem autorskiej tezy, że z nieszczęściem niektórzy się rodzą i nigdy się z nim nie rozstają.

A jednak pojawiają się szanse, drobne możliwości. Poza przemocą bohater doświadczy też przyjaźni, także czegoś na kształt uczucia ze strony płci przeciwnej. Wszystko jednak w bardzo ponurym krajobrazie. W miejscu, domu i gospodarstwie, które wciąż są w żałobie, wciąż są śladami po nieobecnych. Donal Ryan konfrontuje swojego bohatera ze stereotypowymi wzorcami męskości, które dodatkowo blokują go w działaniach. Johnsey chciałby być mężczyzną, ale wciąż jest porzuconym przez rodziców chłopcem. Człowiekiem, którego tożsamość to suma przykrych doświadczeń. Odrzucania na wielu różnych poziomach, którego nie może zatrzeć nawet ogrom rodzicielskiej miłości. Dlatego to opowieść o mężczyźnie z różnych powodów niedoskonałym. O symbolice niedoskonałości, w którą wdziera się dodatkowo melancholia. Naprawdę sugestywnie Ryan portretuje emocje kogoś, kto w gruncie rzeczy nigdy nie miał okazji, by te emocje wyrazić albo samemu dla siebie nazwać. A przecież ta narracja sama w sobie jest niezwykle emocjonalna. Rzeczywiście chwilami manipuluje czytelnikiem, ale nie zawęża mu oglądu tego, kim próbuje być nieszczęśliwy bohater tej powieści.

Donal Ryan opowiada przejmującą historię o tym, że aby być gotowym na doświadczenie czegoś wzniosłego, trzeba przede wszystkim pożegnać poczucie niegotowości, przekonanie o byciu egzystencjalnym nieszczęściem, pomyłką czy nawet błędem genetycznym. To książka o tym, że gdzieś tam daleko może istnieć przyjaźń czy miłość, ale z różnych powodów próby zbliżenia się do jednego lub drugiego mogą kończyć się fiaskiem. Są momenty, w których ta opowieść odbiera dech i wywołuje łzy. Ale Ryanowi nie chodzi o proste wzruszenia. To kronikarz irlandzkiego życia, o którym nikt nie chce słuchać i niewielu chciałoby się nim przejmować. Portretując proste ludzkie tęsknoty, buduje wzruszającą symboliczną opowieść o tym, jak wiele znaczeń może mieć niemoc. I jak niewiele z tą niemocą możemy zrobić.

To jedna z książek doskonale wpasowujących się w jesienny klimat, a najbardziej ujmuje w niej to, że bezkompromisowość przekazu łączy ze specyficznym liryzmem. Natura zmienia się, ewoluuje, ale i powtarza wszystko w kolejnych miesiącach. To rzecz o niepowtarzalności trudnych przeżyć, które mimo wszystko są częścią cyklicznej melancholii. Niełatwa w odbiorze, ale naprawdę piękna powieść o smutku i wyobcowaniu. Jedna z tych, które pozostawiają ślad, bo uczą empatii. Bohaterom Ryana brakuje jej bardzo mocno. Irlandzki pisarz pokazuje, że niewiele trzeba, aby pozornie nieistotny człowiek stał się kimś przekazującym ważną i mądrą historię.

2020-10-20

„Na pół” Jasmin B. Frelih

 

Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 21 października 2020

Liczba stron: 512

Przekład: Marlena Gruda

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: W kakofonii

Jasmin B. Frelih odważnie wpisuje się w nurt apokaliptycznej literatury przenoszącej nas w przyszłość. W tej powieści nawet nie futurologia jest najważniejsza. „Na pół” świadomie i przewrotnie prowokuje językiem. Ta narracja musiała być niewątpliwym wyzwaniem dla tłumaczki i będzie nim dla czytelnika, bo opowiadając o świecie Wielkiej Kakofonii jako następstwie szumu informacyjnego technologii komunikacyjnej minionego stulecia, dopasowuje sposób opowiadania o tym świecie do jego charakteru. Frelih będzie zatem momentami świadomie grafomański, chwilami absurdalnie barokowy w swych groteskowych opisach, ale z równą dezynwolturą przejdzie w rejestr zasadniczych zdań pojedynczych, pozbawionego znaków interpunkcyjnych strumienia świadomości czy też najciekawszych tu chyba surrealistycznych opisów, także relacji międzyludzkich. Zmienny puls tej książki nie pozwala zbliżyć się do niej od razu. Kiedy jednak przyswoimy ogólny zarys trzech pozornie odmiennych historii tworzących tę powieść, znajdziemy się w przestrzeni, w której język – przez swoje pozorne szaleństwo i narzucane jednocześnie ograniczenia – będzie opowiadał świat przemocy, opresji, emocjonalnych tęsknot za spokojem i dezintegracji osobowości, która w nieodległej przyszłości usiłuje ponownie nadać sobie znaczenie. Jest to wszystko wyborne i pasjonujące – zwłaszcza że po jakimś czasie trójdzielna kompozycja książki zaczyna składać się w całość. Jeszcze bardziej przerażającą niż historie trójki ludzi w różnych częściach świata.

Evan jest reżyserem rezydującym w japońskim mieście. Swoje chwilowe szczęścia i uniesienia uzależnia od środków, których zdobywanie staje się jego priorytetem. Evan to „depresyjna łupina”, człowiek uświadamiający sobie pustkę, w której nie ma już nikogo bliskiego. Pozostaje forma artystycznego wyrazu niekoniecznie zgodna z zamysłem twórcy spektaklu, za którego reżyserowanie Evan bierze się z konieczności wzięcia udziału w czymś nadającym sens jego ponurej egzystencji. Dużo więcej witalizmu ma w sobie Zoia, awangardowa poetka, wyklęta w Europie, świętująca triumfy w amerykańskiej metropolii. Zoia otacza się ludźmi, którzy tak jak ona poszukują wewnętrznej wolności. A jednak utknęli w świecie sterowanym i symulowanym odgórnie. Tkwią w systemie deprawującym indywidualizm. W świecie, w którym uniform narzuca sposób myślenia i kategoryzowania. W miejscu, gdzie ktoś chce sprzedać uniform naprawdę nadający człowieczeństwo. Ale też w miejscu, w którym życie tętni mimo wszystko w sposób toksyczny. Inny rytm życia narzuca słoweński adres, a tu poznajemy Krasa, pięćdziesięcioletniego ministra wojny otoczonego rodziną. Frelih bardzo się stara, by ta rodzina była nietuzinkowa, a pośród jej ekscentrycznych członków wciąż unosi się atmosfera jakiegoś fatalizmu i zagrożenia.

Tę trójkę słoweński pisarz opowiada przy użyciu bardzo wielu technik narracyjnych. Celowo tworząc kakofonię narracyjną, wprowadza nas w świat, który widzimy panoramicznie, a jednak niewystarczająco. To wyzwanie dla wyobraźni. Zaglądamy do życiorysów ludzi, którzy pozornie nie mają znaczenia dla opisywanych wydarzeń. Jesteśmy tylko przez chwilę skonfrontowani z dramatami, po których nie pozostaje później żaden ślad. Obserwujemy większą zbiorowość, dołączamy do surrealistycznych czasem wydarzeń, ale stale mamy poczucie wyobcowania. Tak jak bohaterowie, którzy szukają zasadniczego sensu swojego istnienia i mierzą się ze strachem. W tej walce o egzystencjalną wolność ich orężem może być przebiegłość (Kras), niefrasobliwość (Evan) i nagość własnego ciała (Zoia). Ale wszystkie te trzy historie łączy motyw stosunku jednostki do opresyjnego systemu. I tu należy wrócić do kwestii przemocy, cały czas obecnej w tej książce – na różnych poziomach interpretacji.

Połączmy choćby seksualność z działaniami przemocowymi. Intymne zbliżenie staje się u Freliha przestrzenią bezpardonowej walki. Zdobywanie ciała drugiego człowieka (zresztą nie tylko człowieka) staje się czymś na kształt ruszania na łowy. To zdobywanie drapieżne, zachłanne. W innych, coraz bardziej publicznych rewirach systemowa przemoc doświadczana jest w tak zapamiętywany sposób, że bohaterowie stają się już zaprogramowani, by nie tyle bać się, ile przede wszystkim czujnie rozglądać wokół. Porządek świata gwarantuje przetrwanie ludziom bez przekonań. Bezpiecznie jest nie rozpoznawać wzajemnie swoich potrzeb i skoncentrować się na zaspokajaniu własnych. Ale przecież do tego doprowadza Wielka Kakofonia – nie jesteśmy już dla siebie podmiotami, które wyrażają komunikaty zrozumiałe dla innych. Miejsce odbiorców i nadawców zajął porządkujący myśli i działania reżim. Przemoc staje się codziennością. W przemoc się wrasta. A unikając jej, można wieść życie gdzieś na marginesie. Półżycie. W półsłowach i półemocjach.

Ale Jasmin B. Frelih fantazjuje także o radykalizacji działań oraz postaw. Czy w tej mrocznej przyszłości bunt ma być tylko reakcją obronną wobec zniewolenia? „Na pół” jest też książką o tym, w jaki sposób buntują się artyści. O tym, jak bywają w tym bezradni, ale także o tym, jaką formą odskoczni jest uprawiana przez nich sztuka. Tymczasem słowa prawdziwej sztuki się kończą. Prawdziwi intelektualiści są już wiekowymi starcami (Slavoj Žižek obok Zoi). Frelih ustami swoich bohaterów pyta o to, czym są w przyszłości moralność, tożsamość, czym są etyka i polityka międzynarodowa. To też historia tego, czym może stać się społeczeństwo, jeśli ludzie przestaną rozumieć komunikaty kierowane do siebie. Przestaną im wierzyć albo nie zobaczą w nich treści. To wszystko staje się bardzo groźne i wyjątkowo mroczne. Futurystyczne obrazy – przede wszystkim z historii Evana – obrazują świat całkowitych przewartościowań. Czas chaosu potęgowany przez dyktaturę. Czas naprawdę nieodległy, w którym człowiek urodzony w dniu ataku terrorystycznego na World Trade Center ma zaledwie trzydzieści pięć lat.

„Na pół” to także opowieść o tym, czym jest dom. Jeden z bohaterów twierdzi, że ma go każdy. Tymczasem widzimy poszukiwania przestrzeni realnej i symbolicznej, którą można byłoby nazwać właśnie domem. To, co najbardziej go przypomina w opowieści o rodzinie Krasa, staje się pułapką i miejscem niedomówień. Evan stoi na rozdrożu – opuścił jakieś bezpieczne miejsce i szuka kolejnego. Zoia tylko pozornie jest we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Świat opowiedziany przez historię tej trójki jest miejscem, które już za życia ludzie mogliby nazwać opresyjnym piekłem. W tym wszystkim pewna zuchwałość i nietuzinkowość opowiadania, jak różne są to przestrzenie i jak niejednorodnie rozwinęła się rzeczywistość, w której wszędzie istnieje deficyt człowieczeństwa. Fantazja Freliha – jakkolwiek skomplikowana formalnie – pozostawia niezatarty ślad i dręczy. Myślę, że to jedna z ciekawszych europejskich fantazji o świecie, o jakim większość z nas woli nie myśleć, bo boi się choćby ułamka tego, co sportretował słoweński pisarz. Bardzo oryginalna książka.

2020-10-16

„Bezwład” Louise Boije af Gennäs

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 14 października 2020

Liczba stron: 512

Przekład: Agata Teperek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Strach i odwaga

Świetna jest druga część trylogii Louise Boije af Gennäs i piszę to nie bez pewnego zdumienia, bo bardzo rzadko zdarza się, by kolejna powieść tryptyku była jeszcze lepsza niż ta pierwsza; zazwyczaj – jeśli już – ma to miejsce w przypadku trzeciej części. Szwedzka znajoma, która czytała „Bezwład” w oryginale, zapewniała, że jest mocniejszy niż „Krwawy kwiat”. Sprawdziłem to i potwierdzam. O ile czytelnik pierwszej części mógł być przekonany, że szwedzka pisarka wytoczyła najcięższe działa, by demaskować hipokryzję swoich rodaków i punktować największe problemy rzekomo najlepszego kraju na świecie, o tyle „Bezwład” jest trochę kontrapunktem do pierwszej części, bo portretuje i demaskuje grzechy Szwecji, o jakich nie opowiadał tak dosadnie „Krwawy kwiat”. Ważne jest również to, że tym razem główna bohaterka Sara zostanie naprawdę wyjątkowo straumatyzowana, zatem Louise Boije af Gennäs udowadnia, iż ma jeszcze niejednego asa w rękawie, potrafiąc zaskoczyć swoich pierwszych czytelników.

„Bezwład” jest misternie skonstruowaną opowieścią o strachu i o odwadze. Jedno z drugim tkwi mocno w Sarze, która usiłuje dojść do siebie po wydarzeniach, jakich doświadczyła wcześniej, i zacząć w Sztokholmie nowe życie. Podejmując przede wszystkim nową pracę. Ta książka wnikliwie przeanalizuje wszelkie aspekty pracowania, wskaże niebezpieczeństwa pracoholizmu, ale jednocześnie da do myślenia w kwestii tego, czy działalność zarobkowa człowieka bardzo wpływa na jego mentalność. Follow the money – ten zwrot powtarzany jest tu w nieco innym kontekście, natomiast szwedzka pisarka chce nas przenieść w ten wymiar przyziemny. Sara angażuje się w pracę, która zabiera mnóstwo czasu oraz energii. Obserwuje ludzi podporządkowanych biurokratycznym wymogom i opresji stawiania pracy ponad wszystko. A za tym idzie chęć zarabiania ponad potrzeby, zdobywania coraz większego majątku i podążania niekiedy równią pochyłą, kiedy stan konta idzie w parze z emocjonalnym i egzystencjalnym jałowieniem.

Wokół kwestii dominacji pracy nad ludzkim życiem Louise Boije af Gennäs snuje rozważania o tym, co warunkowało i warunkuje współcześnie szwedzki dobrobyt. Bohaterowie „Bezwładu” są częścią jakiejś toksycznej machiny, za którą stać mogą manipulacje i nadużycia. Sara – jakkolwiek zmotywowana do ciężkiej pracy – chce w tej nowej sytuacji postawić przede wszystkim na relacje z ludźmi, nie nadmiar obowiązków. Zwiąże się z kimś, kto staje na jej drodze w najbardziej oczywisty sposób. Ale anatomia tego związku i jego konsekwencje nie będą już oczywiste. Nie tylko praca zawłaszcza i determinuje do działań na granicy wstydu. Dużo gorsza jest łatwość, z jaką poddajemy się złym wpływom. I lekkość, z którą Szwecja przyjęła rozmaite formy uległości, a za nimi – misternie skonstruowane rodzaje korupcji. Matka Sary mówi: „Żyjemy w Szwecji. My nie popełniamy błędów”. Boije af Gennäs pokaże, jak naznaczona błędami jest szwedzka tkanka społeczna. Z jak wieloma nieprawidłowościami natury gospodarczej, politycznej czy społecznej miało do czynienia państwo, w którym zbłądzono wielokrotnie.

Koncentrująca się wokół historii ojca Sary dramatyczna opowieść o tym, jak można być prawym i uczciwym w świecie przeżartym korupcją i hipokryzją, odsłania kolejne wstydliwe karty z historii Szwecji. Jest ich bardzo wiele, a każda dodatkowo rezonuje wówczas, gdy Sara za wszelką cenę chce zrozumieć, kim naprawdę był ojciec i co takiego mu się przytrafiło. Szybko okaże się, że pokłosie jego śmierci to wciąż zagrażający jej życiu aparat opresji. Pojawiają się enigmatyczni „oni”. Tak jak w „Krwawym kwiecie” ingerujący w każdy aspekt życia głównej bohaterki. Znowu – jak w części pierwszej – zaczynają się dziać niepokojące zdarzenia. Sara znajduje się w wyjątkowej opresji. Na jej rodzinę spadają niejasne dla czytelnika konsekwencje tego, kim była głowa tej rodziny. I coraz mocniej zaciska się na szyi pętla, którą Sara usiłuje zerwać.

Znakomicie przedstawiona bohaterka tutaj zyskuje w oczach czytelnika jeszcze bardziej. Mija niewiele czasu od przejmujących zdarzeń, w których centrum się znalazła, a życie zastawia na nią kolejne pułapki. Tym razem będzie się rozpaczliwie miotać w przestrzeni między rodzinnym Örebro a pełną kolejnych wyzwań stolicą. I choć przemierzać będzie wielokrotnie trasę kolejową między tymi miastami, tym razem jej oswojone strony nie będą miejscem, w którym Sara złapie oddech i będzie mogła choć na chwilę oderwać się od opresji.

Kluczowym słowem dla zrozumienia „Bezwładu” jest tortura. Autorka w bardzo oryginalny sposób poszerza pierwotne znaczenie tego słowa. Wiemy z „Krwawego kwiatu”, że ojciec Sary był prawdopodobnie torturowany przed śmiercią. O ile wtedy były to tylko niepokojące sugestie, o tyle tutaj ich wyobrażenie staje się bardziej konkretne, dużo bardziej mroczne. Doświadczenia Sary stają się bolesne na kilka sposobów, a zamykający się wokół niej klaustrofobiczny i niebezpieczny świat Sztokholmu odbierać będzie dech czytelnikowi. Louise Boije af Gennäs opowie także o tym, co znaczy zerwać z dynamicznym i często opresyjnym światem. Pojawiająca się na kartach tej powieści charyzmatyczna staruszka wybrała specyficzne życie na marginesie. Nie spodziewa się konsekwencji tego, że zwykła życzliwość wobec Sary może jej brutalnie przypomnieć o tym, od czego uciekała. Bo „Bezwład” jest powieścią portretującą tętniącą życiem metropolię, w której ukryły się największe koszmary uciekających od myślenia o samym sobie. Torturą może być samo egzystowanie w Sztokholmie. Ale także oczekiwanie. Znakomicie zbudowany klimat tej książki obrazuje, że Sara ma się na baczności niemal całą dobę. Gotowa na przyjęcie ciosu od przeciwnika, choć nie jest pewna, kim ten przeciwnik jest naprawdę.

Dawna obsesja ojca prowadzi bohaterkę ku sprawom, które Szwecja nad wyraz łatwo i z niebywałą lekkością zamiotła pod dywan. Obrazowanie tego, co w Szwecji dysfunkcyjne, zaczyna się od opowieści o poczynaniach państwa w czasie drugiej wojny światowej. Potem w tle pojawiają się kolejne sprawy pokazujące, jak bardzo ten doskonale w oczach świata funkcjonujący kraj nie miał zwyczajnie wstydu i poddawał się hipokryzji. To nie jest łatwa do uniesienia społecznie powieść. Ale poza tym książka z naprawdę dynamicznym rytmem, bardzo spójnie uporządkowana, umiejąca stworzyć granicę między tym, co okrutne, a tym, co może stwarzać przeciwwagę dla okrucieństwa. Czyta się „Bezwład” z przekonaniem, że jest to rzecz chwilami przejaskrawiona, lecz jednocześnie widzi się sens niektórych hiperboli. Louise Boije af Gennäs jest groźna, prowokująca, ale przede wszystkim dba o detale. Dlatego z powieści przypominającej chwilami polityczny thriller tworzy również przejmującą historię przyjaźni oraz więzi rodzinnych, dla których nie ma granic ustanawianych przez oprawców. Ciemną stronę będą tu miały państwo, miasto, instytucje i obywatele. Ale nie ma w tym porażającego mroku. Jest za to nadzieja, że trzecia część tej trylogii przyniesie wreszcie odpowiedzi na najważniejsze pytania stawiane tu ponownie, lecz w nowych kontekstach.

2020-10-14

„10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie” Elif Shafak

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 14 października 2020

Liczba stron: 446

Przekład: Natalia Wiśniewska

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Przyjaźń i śmierć

Tęskni się dzisiaj trochę za takimi narracjami jak ta Elif Shafak. Opowiadającymi pełnokrwiste historie, obrazującymi sugestywnych bohaterów. Takimi, których plastyczne opisy uwodzą, nie nudzą. Ale „10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie” to przede wszystkim baśniowa wręcz opowieść o mieście. Autorka wpisuje się w nurt historii gloryfikujących Stambuł i robi to w taki sposób, że inne książki uzupełnia, stwarzając integralną i pasjonującą opowieść o miejscu między dwoma kontynentami, między malkontenctwem a marzycielstwem, gdzie głównej bohaterce pisany jest przede wszystkim upadek. Czy aby na pewno? Narracja Shafak inaczej niż „Rosso Istanbul” Ferzana Özpetka opowiada o mieście inicjacji – nie przez pryzmat osobistego wspomnienia, ale dzięki panoramicznej koncepcji doświadczeń bohaterów, którzy z różnych powodów znaleźli się w przestrzeni nowych dla nich możliwości. Autorka prezentuje ludzi kryjących się na miejskich marginesach – jest ich świetną kronikarką i w tym znaczeniu zbliża nas do opowieści o mieście, którą proponuje Sasha Marianna Salzmann w powieści „Poza siebie”. Ale jest to również metropolia będąca pułapką i więzieniem. Takie postrzeganie miasta łączy Shafak z wstrząsającą powieścią „Stambuł, Stambuł” Burhana Sönmeza. Jakkolwiek spojrzeć na miasto portretowane w tej powieści, dostrzegamy jego niepowtarzalny koloryt. Czujemy puls tego miejsca i widzimy, że idzie za nim witalizm postaci. Miejsce i ludzie mają niebywały apetyt na życie. A Stambuł wiedzie od symbolicznych narodzin (nowe życia bohaterów w tym mieście) do bezkompromisowości i samotności śmierci (druga część powieści koncentrująca się na pewnym cmentarzu zapomnianych). Jeśli to za mało, by dać się uwieść książce Elif Shafak, warto przyjrzeć się jej wymiarowi społecznemu.

Bo „10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie” to poruszająca opowieść o kobiecej opresji. Zbudowana na jej dwóch filarach. Pierwszym jest tradycyjny muzułmański dom – duszny od patriarchalnego porządku, zmuszający kobietę do posłuszeństwa religii, narodowi i swojemu ojcu. Z takiego miejsca wyruszy w świat Leila. Ponownie stygmatyzowana w wielkomiejskim nurcie życia, w którym wybiera rolę prostytutki. A może to nie wybór, lecz konieczność podyktowana tym, że okoliczności wciąż się bohaterce komplikują. Leila rodzi się jako istota, której nie chcą pożegnać anioły. Nie chce krzykiem i płaczem afirmować gotowości do życia. Potem staje się już tylko sumą ojcowskich rozczarowań. Do momentu, w którym podejmie decyzję, że to nie ojciec będzie kreślił scenariusz jej istnienia. Leila dorasta w hipokryzji domu, gdzie mężczyzna radykalizuje się religijnie i przenosi schemat działań przemocowych przede wszystkim na kobiety. Potem Leila doświadcza innej formy przemocy. Jest poddana męskim instynktom i pożądaniu. Ma im ulegać. Znowu ma być posłuszna, choć w innym wymiarze. Próby zerwania z opresyjnymi okolicznościami są trudne, ale bohaterka je podejmuje. Aż do dnia, w którym wszystko się kończy.

Tak naprawdę ostateczny koniec jest prawdziwym początkiem opowieści Elif Shafak. Kończy się coś, co nie zostało opowiedziane. Snucie opowieści będzie tu dramatyczną walką z czasem – by przeszłość nie stała się nią, nie zastygła na zawsze. Bo Leila zawsze była czasem teraźniejszym. Miała możliwość wydobyć się z nieprzychylnych jej zbiegów okoliczności, ale los jej nie sprzyjał, gdyż męża usiłującego dać jej nowe życie i możliwości zabiera przemoc historii. Pozostała tym, kim była. W takich, a nie innych uwarunkowaniach. Tymczasem już na wstępie dowiadujemy się, że pozostało jedynie jej ciało. Nie do końca tak jest. Ale to ciało będzie znaczące. Wokół niego skoncentruje się inna narracja – przedstawiona za pomocą czarnego humoru i niebywałej czułości opowieść o przyjaźni, która musi skonfrontować się ze śmiercią.

Shafak barwnie opisuje to życie, które właśnie się zakończyło. Ale w swojej książce kreśli także losy tych, którzy wciąż walczą o samostanowienie. Dramatyczne bądź tragiczne historie piątki ludzi, którzy byli bliscy zmarłej, to uzupełnienia historii Leili – opowieści o dramatycznych wyborach i konsekwencji buntu wobec tradycji odbierającej możliwości wyboru. Postacie drugiego planu zbudują spójną opowieść o tym, jak tworzą się relacje zastępujące rodzinę. Lepsze od tego, co proponuje rodzina, bo nieodbierające oddechu, dające możliwości, a nie proponujące opresję i kary. Na kartach tej książki spotka się zatem afrykańska prostytutka, która widzi kolory duszy, z kobietą uwięzioną w ciele chłopaka z rolniczej Anatolii. Shafak zbliży do siebie libańską religijną wizjonerkę niskiego wzrostu z mężczyzną, który był za mało odważny, by zaproponować Leili szczęśliwe małżeństwo. Pośród nich także piosenkarka z nocnego klubu, która – jak Leila uciekająca od rodziny – porzuciła swojego przemocowego męża, by w Stambule szukać szansy na spełnienie i szczęście.

Ci bohaterowie, mający przecież jeszcze wybór i gotowi do podejmowania wyzwań w przeciwieństwie do martwej Leili, stanowią kontrapunkt niezwykle barwnej opowieści o tym, jak siła życia i samostanowienia została zniszczona przez tragiczny przypadek. Elif Shafak konfrontuje swoich bohaterów z życiem, które w muzułmańskiej Turcji w różny sposób stygmatyzowało inność. Życie domagało się świadomego buntu, by nie być pasmem powtarzalnych i tragicznych doświadczeń. Kim są ukazani przyjaciele Leili? To poszukiwacze tożsamości w ciele, którego nie akceptują, albo chcący pozbyć się mentalności zabranej ze sobą z prowincji, która wciąż na nowo daje im do zrozumienia, że nie są godni żyć tak, jak pragną. Ale „10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie” to także pełna przejmującego żaru opowieść o tych kobietach, którym świat nie zaproponuje wielu możliwości. Tych łykających prezerwatywy, których nie chce założyć mąż. Tych zabierających do komunikacji miejskiej agrafki, by bronić się przed molestowaniem. Tych, dla których życie będzie pasmem uległej udręki – w imię tradycji, religii, innej idei uznawanej za świętą. Dlatego można odczytać tę powieść jako historię ucieczki i ekspiacji. W mieście ciągłych metamorfoz dochodzi do przemian rewolucyjnych dla bohaterów. Są to małe dramaty i ogromne sukcesy.

Shafak pisze o wolności w Stambule, łącząc historie bohaterów z ponad czterema dekadami tej wielkiej historii i tego, w jaki sposób zmieniała miasto. Widzimy, jak XX wiek zmienia ludzi i miejsca. Mnogość odczytań tej książki idzie w parze z tym, że jest ona po prostu pasjonująca. Cokolwiek zwróci w niej naszą uwagę, niewątpliwie Shafak chciałaby tę uwagę zatrzymać na dłużej, nie tylko na czas lektury. Piękna powieść o tym, że codziennie odkrywamy coś nowego i nazywamy swoją tożsamość jako sumę bólu, ale także radości.

2020-10-12

„Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia” Ewa Winnicka, Dionisos Sturis

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 września 2020

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Zło wyspy

Ta książka to doskonały przykład tego, że temat sam może znaleźć reportera. Dionisios Sturis i Ewa Winnicka wybrali się na wyspę Jersey, aby zebrać materiały do opisu sprawy morderstw Damiana Rzeszowskiego. Powstałe w ten sposób „Głosy” nie mają jednak takiej siły wyrazu jak „Władcy strachu”. Kiedy autorzy zamierzali już opuścić Jersey, pojawiły się szokujące doniesienia o masowym wykorzystywaniu nieletnich na wyspie. Raport obrazujący niewyobrażalną skalę zjawiska przykuł ich uwagę. Wrócili na Jersey. I na bazie wspomnianego raportu stworzyli przerażającą opowieść o istocie ludzkiego zła, mechanizmach jego wypierania, ale przede wszystkim historię obrazującą niezwykle trudne konfrontacje – katów i ofiar, które po latach muszą mierzyć się z obojętnością, czasem cynizmem, niekiedy z lekceważeniem krzywdy, jaka naznaczyła je na zawsze. Nie wiem, co bardziej podnosi tętno przy lekturze „Władców strachu” – wstrząsające relacje molestowanych seksualnie i bitych dzieci, które usiłują stworzyć normalne dorosłe życie, czy też może opis tego, w jaki sposób ich traumy były bagatelizowane, odsuwane w czasie do rozpatrzenia, czasami racjonalizowane albo uznawane za szaleństwa. Ta dwuznaczność emocji czytelnika podkreślana jest przez przemyślaną strukturę książki – bezkompromisowe świadectwa krzywdy przeplatają się z opowieściami o ludziach, którzy z różnych powodów i na przestrzeni wielu lat chcieli doprowadzić do ich zadośćuczynienia. Bo ten reportaż jest przede wszystkim poruszającą historią tego, że niemożliwy jest prawdziwy rozrachunek, jeżeli ból i cierpienie nie zostaną nazwane, określone i połączone z ich sprawcami.

Sturis i Winnicka są w tej książce bardzo dyskretni. Pojawiają się jedynie na marginesach narracji. Całość robi tym większe wrażenie, że autorzy – inaczej niż w przypadku „Głosów” – starają się pozostawiać fakty bez znaczących komentarzy. Wspomniany już porządek w tej opowieści bardzo silnie związany jest z upływem czasu. Krzywdzone, gwałcone, pozostawione samym sobie ze swoim bólem dzieci są już dorosłymi ludźmi, niekiedy w jesieni życia. To, co działo się latami na Jersey, jest już mroczną przeszłością, ale to wciąż przeszłość nierozliczona. „Władcy strachu” obrazują przede wszystkim to, jak trudno jest o konfrontację i przypominanie. Na wyspie, która wypracowała sobie swój własny model funkcjonowania, daleki od brytyjskiego. Na wyspie z jednej strony pięknej i kuszącej jako raj podatkowy, z drugiej jednak – przerażającej, niebezpiecznej.

To miejsce, w którym rozwinęła się i ukonstytuowała chyba na stałe tak zwana „kultura strachu”. W niej żyły latami krzywdzone dzieci, a później dorośli ludzie z niemożliwym do uniesienia bagażem wspomnień. Ale dużo bardziej przejmujące uczestnictwo w tej kulturze to wszyscy ludzie, którzy z różnych powodów postanowili milczeć – lata temu, kiedy opisywane zdarzenia się działy, i długo po nich, by nie nazwać, nie określić, nie zaznaczyć w hermetycznie zamkniętej społeczności tego, jak bardzo blisko zła ta społeczność funkcjonowała. Co więcej: w jaki sposób je sankcjonowała. Bo myślenie o idyllicznej z pozoru Jersey może się po tej lekturze bardzo zmienić. Warto jednak pamiętać o tym, że Sturis i Winnicka przedstawiają mroczne mechanizmy obrony i powrotu zła, które są bardzo uniwersalne. Pokazują, ile krzywdy człowiek może wyrządzić, jak również to, w jaki sposób z tą krzywdą musi żyć. Siłą tego reportażu jest dyskretne, ale stanowcze kierowanie naszej uwagi na to, że z równie silną determinacją walczyli na wyspie ludzie chcący ujawnienia prawdy i ukarania przestępców, jak i skrzywdzone dzieci z własną pamięcią. Z pamiętaniem niewyobrażalnej niesprawiedliwości, jaka je dotknęła. Równie wielkiej jak to, że po latach oprawcy uniknęli konsekwencji albo otrzymali niewspółmierne do wagi przestępstw wyroki.

Dynamiczny rytm reportażu mówi o ludziach, którzy przybywali na Jersey z zewnątrz i konfrontowali się ze sposobem myślenia oraz działania społeczności, w której niejednokrotnie stróż prawa stawał w kontrze do tego prawa. Właściwie obraz wyspy staje się naprawdę jak z horroru. Przymykanie oczu na systemowe okrucieństwa wobec dzieci potrzebujących wsparcia i opieki dorosłych, kiedy wydostały się z dysfunkcyjnych domów. Piekło ma tu swój konkretny adres – Haut de la Garenne. Ośrodek w założeniu pomagający młodym na zakręcie będący jednocześnie miejscem ich codziennej kaźni. Miejscem, które stawało się rajem dla pedofilów. Terenem eskalacji przemocy nabierającej coraz bardziej wysublimowanych kształtów. Bo krzywdzić dzieci nauczono się w taki sposób, by nie było to oczywiste. By młode ofiary nie mogły się skarżyć. Dla czytelników o mocnych nerwach znajdą się tu fragmenty ich tortury, która później była bagatelizowana. Dlatego to reportaż, którego nie da się czytać bez emocji. Jednocześnie studium człowieczego bestialstwa, które wciąż kryje się przed naszymi oczyma, a mimo upływu lat ma się wyjątkowo dobrze. Bo nazwać zło i określić jego konsekwencje to czasem dwie zupełnie nieprzystające do siebie sprawy. Dlatego ta książka bulwersuje, a ten wstrząs pozostaje z nami na dłużej. Przerażające historie z Jersey to czas przeszły. Ale prawdopodobnie tylko pod tamtym adresem, skoro ludzie – kaci, wspierający ich bliscy, przyjaciele, znajomi – potrafią w krótkim czasie w każdej chyba lokacji stworzyć warunki do tego, by zło rozwijało się dzięki ludzkiemu strachowi.

Właśnie anatomia strachu jest tu najważniejsza i ona porządkuje prezentowane historie. Z jednej strony jest to egzystencjalny strach przed samym sobą, gdy krzywdy zakwestionowały poczucie własnej wartości. Z drugiej jednak – to krążący latami w zamkniętej społeczności lęk przed tym, by ujawnić skazę, pokazać palcem ludzkie potwory, uznać ich okropności, ale przede wszystkim mentalnie zaakceptować, że były częścią pozornie szczęśliwego ładu na małej wyspie. Jersey nie miało latami problemu z pamięcią, bardziej z przypominaniem sobie i nazywaniem krzywd. Jednocześnie Sturis i Winnicka opowiadają o tym, jak trudno było zdefiniować istotę zaznanej krzywdy, jak piekielnie trudno było ją wyłonić z odmętów przeszłości i zapomnienia. Po to, by po latach stoczyć jeszcze jedną batalię z katami – skonfrontować się z rozmiarem krzywdy, której nie pomniejszył upływ czasu.

„Władcy strachu” to bezkompromisowy reportaż o tym, że jakkolwiek plugawe może być samo zło, z równą łatwością formują się okoliczności, w których może zostać zbanalizowane. A wszystko w rękach i sumieniach złych ludzi. Gdzie kryje się okrucieństwo naszego gatunku? W jego bezpośrednim ataku na bezbronną drugą istotę czy w wieloznaczeniowym odwracaniu wzroku od tego ataku? Myślę, że autorzy tej książki chcą pokazać, że przemoc ma się znakomicie w małych przestrzeniach i równie małych społecznościach. Przeszłość bólu i wstydu jest tu wciąż odbierającym dech czasem teraźniejszym. Doświadczone krzywdy pozostały śladami na całe życie. W tym życiu pojawiło się zaś zbyt wiele szokujących okoliczności łagodzących dla dręczycieli. A może to historia o tym, że wciąż na nowo stajemy bezradni wobec faktu, jakimi potworami potrafimy być, działając, ale również odmawiając działania? Wstrząsająca, dobrze napisana i zajmująca rzecz. Jedna z tych książek, po których nie zaśnie się spokojnie, ale także drobiazgowa wiwisekcja tego, jaki związek ma strach z zapominaniem.

2020-10-09

„Cudze słowa” Wit Szostak

 

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 14 października 2020

Liczba stron: 280

Oprawa: twarda

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Melancholia wątpliwości

Określeniem, że Wit Szostak pisze wciąż na nowo tę samą książkę, chcę tu wyrazić ogromny komplement. Pomimo stale poruszanej tej samej tematyki w ani jednej publikacji nie jest wtórny. A po lekturze „Cudzych słów” mam wrażenie, że przeniósł do tej najnowszej powieści wszystkie trudne zagadnienia z poprzednich. Pytania, na które nie było odpowiedzi, nie zyskują ich także w tej nowej narracji. Rezonują w niej za to pytania retoryczne, które Szostak stawiał wcześniej, a jeśli już padają odpowiedzi na kilka egzystencjalnych zagadek, wydobywa się z tego wszystkiego piękny smutek, taki pogodny, trochę jak z wiersza Staffa. A jednocześnie melancholia niewiedzy, którą prezentują świetnie skonstruowani bohaterowie tej książki, czyni z „Cudzych słów” rzecz, która w moim odczuciu wyjątkowo wchodzi pod skórę i do serca. Trudno jest mi uporządkować mnogość przemyśleń po lekturze, ale wiem jedno: takie książki zostawiają trwały ślad i choć jest on trudny do uniesienia, bo Szostak podgląda życie jako pasmo utrat, niemożliwości, trudności oraz żalu, z pewnością „Cudze słowa” to jedno z najważniejszych wydarzeń literackich tego roku.

Autor potrafi być zabawny („Sto dni bez słońca”), analityczny i twórczy („Zagroda zębów”), ale również pięknie sugestywny, kiedy pisze o tym, co na co dzień tracimy i jak niewiele z tego możemy odzyskać („Wróżenie z wnętrzności”). W nowej książce łączy wszystko, oddając w nasze ręce zazębiające się narracje o człowieku, który od początku jest wielką tajemnicą, właściwie nawet pewną ideą tajemnicy. Benedykt to charyzmatyczny chłopiec, który swą charyzmę przenosi w wiek męski. Coraz mocniej przykuwa do siebie uwagę tych, którzy znajdą się zbyt blisko niego. Sam niekoniecznie pragnie bliskości. Genialny student filozofii, który rezygnuje z udowadniania swego geniuszu za pomocą naukowych publikacji czy podjęcia się pracy na uniwersytecie. Skupiający uwagę słuchaczy bóg – tak nazywany przez jedną z narratorek – który w swej boskości wprowadza pewien ontologiczny niepokój. Zostaje zapamiętany w bardzo różny sposób. A potem znika. I tu rozpoczyna się opowieść Szostaka o tym, czym są utraty – jak bardzo różnorodnie nas bolą i jak wprowadzają w trudny do zniesienia dyskomfort psychiczny.

O pustce i rozmaitych deficytach egzystencjalnych „Cudze słowa” opowiadają w bardzo różny sposób. Czasem w konwencji słowotwórczego rozkładu wyrazów – jak w przypadku Magdaleny, której narracja jest tu najbardziej specyficzna przynajmniej z kilku powodów. Czasem zupełnie wprost – w żałobnym i emocjonalnym tonie ojca, który musi się odnaleźć w sytuacji utraty syna. Ale Szostak niczego nie upraszcza. Pustka i utrata towarzyszą między innymi przyjacielowi z dzieciństwa Benedykta, który ukryje się przed nami w bezpiecznej narracji trzecioosobowej, najbardziej sugestywnej, takiej staroświeckiej, z przestawną składnią. Ten bohater wyrasta z pustki i utraty, do których potem niebezpiecznie się ponownie zbliża. Ale największą stratę – intelektualną przede wszystkim – wyraża Paweł, wykładowca Benedykta, wielbiciel jego talentu i nietuzinkowości. Starszy człowiek, który zmuszony jest do konfrontacji z tym, jak widział i jak oceniał kogoś, kto zawsze się mu wymykał.

Tu należy choć w kilku zdaniach wspomnieć o tym, z jaką lekkością i uważnością jednocześnie Wit Szostak przenosi się między różnymi rejestrami narracyjnymi. Wszyscy portretujący Benedykta przez pryzmat własnych przemyśleń i kontaktów z nim opowiadają jeden świat, jedną rzeczywistość i jednego człowieka za każdym razem inaczej, choć w gruncie rzeczy tak samo – to samo ich bowiem niepokoi, to samo wzbudza niepewność, te same zachowania danego człowieka wywołują napięcie, bo wciąż są niezgodne z oczekiwaniami albo nie przystają do tego, jaki kształt ma świat, jak należy się w nim osadzić. Od naiwnej i trochę egzaltowanej narracji Szymona, przyjaciela ze studiów, po pełną przewrotności i niezwykłego uroku opowieść o życiowych dylematach i doświadczeniach Jakuba. Wszystkie te głosy się uzupełniają, a jednocześnie wszystkie naraz budują coraz większą zagadkę. Magdalena zapisuje, że myślenie jest mitem i staje się opowieścią o słowie. W tym znaczeniu następuje mitologizacja postaci w pierwszych czterech częściach tej powieści i bezkompromisowa dekonstrukcja mitu w tej ostatniej, najbardziej przejmującej.

Szostak nasuwa kilka prostych skojarzeń, ale również zmusza do myślenia o nieoczywistych tropach w biografii Benedykta widzianej z tak różnych perspektyw. Bohater podejmuje się przedsięwzięcia, które ma ukonstytuować „dobre miejsce” dla każdego. Ale stworzona restauracja, której status i kształt ewoluują w nieoczywistym kierunku, nie są spełnieniem marzeń o dobru i pojednaniu. O byciu człowiekiem, który jest w stanie wpłynąć na społeczność, dać jej pewien rodzaj wiary, upewnić w charakterystycznym rodzaju wyjątkowości. Coś pęka, coś dzieje się inaczej, w niezaplanowany sposób. A jednocześnie zbliżamy się do prawdy o Benedykcie. Tylko czy użyte do jej wyrażenia słowa nie są czymś w gruncie rzeczy zużytym? Czy filozofia – tak tu przecież obecna, kształtująca postawy od początku do końca – nie jest, jak rozważa Paweł, niczym innym niż wtórnością odbijania się od słów, które ktoś już wypowiedział czy zapisał?

Przypomniałem sobie swoją rozmowę z autorem, która ukazała się drukiem w zbiorze „Poza napisanym”. Tam padły słowa, które mogłyby być autorskim komentarzem do światów zbudowanych w opowieściach, jakie tworzą jego nową książkę. „Boję się łatwości, z jaką odpowiadamy sobie na najtrudniejsze nawet pytania, i samozadowolenia, które towarzyszy kolekcjonowaniu odpowiedzi”. Bohaterowie konfrontują się z najprostszymi i jednocześnie najtrudniejszymi emocjami, które wydobywają się z niewiedzy, rozczarowania, niepewności – takiej ujawnianej stopniowo i trudnej do zniesienia. Dlatego „Cudze słowa” to nie tylko nietuzinkowa opowieść o tym, kim stajemy się w relacjach i w jaki sposób na te relacje wpływa opowiadanie świata spoza nich. To książka pełna nieoczywistych i boleśnie brzmiących pytań, dla których nie będzie odpowiedzi. Ale to też książka o przemierzaniu drogi – w kilku znaczeniach – wraz z opisem doświadczeń czyniących nas filozoficznie bardziej niepewnymi. W tym wszystkim pojawia się także ciekawa opozycja starości i młodości, a także pewien ślad pozostawiony po sobie w Biblii przez drugoplanową bohaterkę i mający w rozumieniu tytułu ogromne znaczenie. Zestawienie opowieści to też wykluczanie ich przez siebie. Pozbywanie się słów, które są w dużej mierze obce. Cudzość jest kategorią poznawczą, ale również problemem do rozpatrzenia w przypadku opowieści. A „Cudze słowa” to opowieść o głodzie ludzkiej bliskości, ale także o tym, jak poszukujemy pojednania z samym sobą – w świecie, do którego opisu odwiecznie brakuje słów.

2020-10-06

„Wirusolodzy” Mira Suchodolska

 

Wydawca: Wydawnictwo Czerwone i Czarne

Data wydania: 16 września 2020

Liczba stron: 300

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Świat zakażony

Nie ma chyba dzisiaj bardziej aktualnej książki. Ta jest jeszcze dodatkowo mądra i potrzebna. Dlaczego? Dlatego że w dobie szaleństwa medialnego wokół wirusa SARS-CoV-2 rozwiewa wątpliwości, bezlitośnie rozprawia się z mitami i obala każdą zmyślaną na jego temat bzdurę. Dodatkowo daje poczucie pewnego komfortu, kiedy informuje o tym, że sytuacja pandemiczna, w jakiej się znaleźliśmy, ani nie jest niczym nowym, ani też nie musi być postrzegana jako przerażające zagrożenie. Bo Suchodolska wraz ze swoimi rozmówcami stara się uzmysłowić czytelnikom, że życie i wirusy to odwieczny związek. Koronawirus pojawił się w czasie i przestrzeni, w których prędkość rozchodzenia się wszelkich, najbardziej nawet absurdalnych informacji jest błyskawiczna. W związku z tym stał się wydarzeniem  medialnym jak chyba żaden z poprzednich wirusów. Ta książka pozwala spojrzeć na świat – zagrożony wirusami, ale i zabezpieczany przed nimi – z szerokiej, a przede wszystkim obiektywnej perspektywy. Naukowcy wypowiadający się w „Wirusologach” ważą każde słowo, nie bojąc się niemocy i mówienia „nie wiem”. A jednocześnie porządkują świadomość tego, czym jest wirus, jaka jest jego rola w przyrodzie, w jaki sposób pozwalamy mu na szerszą obecność, zaburzając ekosystem, i przede wszystkim mówi o tym, że dzisiejsza pandemia jest sytuacją bardzo rozwojową, o której finale nikt nie śmie się wypowiadać. O ile odwaga wyrażenia naukowej niewiedzy jest tu częścią składową pracy, o jakiej opowiadają Mirze Suchodolskiej rozmówcy, o tyle w rozmowie kończącej książkę słowa człowieka, który widział, jak chorują Bergamo, a potem Stany Zjednoczone, dość groźnie brzmi „nie wiemy, co nas czeka”. „Wirusolodzy” to jednak opowieść o tym, na czym opieramy pewność działań w konfrontacji z wirusami. Jest tu dużo naukowego obiektywizmu, ale również dostrzec można, jak logiczne i uporządkowane argumenty świadczą o wieloaspektowości problemu współistnienia świata z wirusami.

Warto zacząć od pytań, na które odpowiedzi mogą się wydać najciekawszą stroną tej publikacji. Czy wiecie, jak kiedyś podczas śmiertelnych pandemii traktowano osoby, które łamały przepisy pandemiczne? Jaki związek z zagrożeniem nowymi wirusami może mieć ocieplanie się klimatu? Jak groźna dla naszego mózgu może być odra? Jakie warunki muszą zostać spełnione, by wirus zwierzęcy zaczął atakować organizm człowieka? I czy powszechnie wiadomo, czym są dobre i pożyteczne wirusy zwane bakteriofagami? Podoba mi się sposób, w jaki Mira Suchodolska prowadzi swoje rozmowy, uzyskując tyle wyczerpujących odpowiedzi. Z jednej strony jest bardzo przygotowana do każdego z wywiadów. Z drugiej zaś – ujmuje i bawi niektórymi naiwnymi bądź zwyczajnie zabawnymi pytaniami. Autorka dba o to, by poważna rozmowa nie przeszła w sferę patosu i brzmiącego groźnie ostrzeżenia. Znajduje balans w opowiadaniu o trudnych problemach rodzących się w laboratoriach, kiedy na przykład na wstępie mówi o zwiedzaniu ich w tonie podekscytowanej nastolatki ze szkolnej wycieczki.

Ale dzięki temu jest nietuzinkowa i bardzo ciekawie prowadzi wywiady, w których dowiadujemy się nie tylko o codziennej pracy wirusologów, ale również o tym, co konieczne jest, by ich praca była efektywna. „Wirusolodzy” to jednak książka odrobinę nierówna. Największym rozczarowaniem, a może bardziej niedosytem czytelniczym, jest rozmowa z jedynym tutaj rozmówcą spoza kręgu medycznego, doktorem nauk humanistycznych Adamem Tyszkiewiczem. Ma się wrażenie, że spójny temat narracji naukowców ściśle związanych z laboratoriami i medycznymi badaniami zostanie przełamany ciekawym rysem socjologicznym, w którym będzie można przyjrzeć się temu, jak pandemie wpływają na kształt świata oraz stosunków społecznych. Nie za wiele się jednak dowiemy. Mocną za to stroną książki jest jej końcówka, ostatnia rozmowa. Suchodolska wysłuchuje relacji wojskowego doktora nauk medycznych Jacka Siewiery, który w marcu był w Bergamo i widział przerażający obraz tego, jak atak koronawirusa może być intensywny, bezkompromisowy i bardzo złowrogi. Ten żołnierski i sprawozdawczy styl opowieści robi tu bardzo duże wrażenie. Bo na koniec warto zasugerować, że bez względu na to, jak bardzo zdystansowani możemy być wobec poczynań SARS-CoV-2 z naszą populacją, nie powinniśmy lekceważyć jego zabójczego oblicza.

„Wirusolodzy” to wieloaspektowa opowieść o tym, jak na przestrzeni wieków dawaliśmy sobie radę z różnymi wirusami, ale też historia tego, że ludzkość wciąż na nowo powiela błędy, kiedy dochodzi do konfrontacji z patogenami. Wirus jako naczelny temat rozważań staje się punktem wyjścia do opowieści o pełnych pasji zajęciach wirusologów i o tym, że prowadzone przez nich badania mają i będą miały wpływ na codzienność ludzkiego życia – nawet tych ludzi, którzy ich wiedzę oraz ostrzeżenia ignorują. W końcu sam wirus jest tu najbardziej frapującym bohaterem. Podkreślony zostaje paradoks jego siły – jest martwy, a przecież nieśmiertelny. Kiedy dowiemy się, że na świecie istnieje dwieście wirusów oddechowych, a SARS-CoV-2 wymusza na ludzkości te same, odwieczne i atawistyczne wręcz formy walki lub bezradności wobec niego, zrozumiemy, że zglobalizowany świat jest jednocześnie sumą doświadczeń dziesiątek pokoleń, w której powtarzamy to, co sprawdzone. Dzięki technologiom wcale nie jesteśmy bliżsi zrozumienia tego, kim stajemy się wobec zagrożenia epidemicznego. Dzięki kolosalnemu rozwojowi medycyny mamy często komfort, by nie musieć tego rozumieć.

„Wirusolodzy” to też dwie ciekawe rozmowy o związkach wirusów z chorobami nowotworowymi czy o zasadności szczepień. Ale także o tym, jak mało zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz układ immunologiczny bardzo często bez naszej świadomości toczy ciężkie batalie. Suchodolska jest dociekliwa, kiedy stara się, by rozmówca opowiadał o strukturze wirusa i jego właściwościach w jak najszerszych kontekstach. Ta książka jest dzięki temu ciekawsza i silniejsza faktograficznie. Poza wszystkim jednak opowiada nam o świecie, w którym wirusy nie tylko kształtują zwyczaje obronne ludzi i zwierząt, ale także wyostrzają lub czasem osłabiają czujność i gotowość do obrony. Ciekawa jest zatem opowieść o tym, że wciąż na nowo trzeba walczyć z czymś, co jest w zasadzie nieodłącznym elementem środowiska naturalnego. A w tym wszystkim duże zaangażowanie Miry Suchodolskiej w temat. Dzięki temu te rozmowy wyjaśniają, porządkują i przede wszystkim przekonują. „Wirusolodzy” to książka o specyficznych zależnościach między organizmami żywymi a martwymi patogenami, które swym jedynym przejawem życia, czyli chęcią reprodukcji, doprowadzają do trudnych sytuacji, w których niekoniecznie tylko stan chorobowy jest tym, co najbardziej doskwiera. Budujące jest, że opowiadają swoje historie ludzie z pasją, niesamowicie zaangażowani w to, co robią. Pozwalają zdemaskować nasz lęk wiedzą, a jednocześnie uczynić nas świadomymi przez akceptację tego, co zaakceptować należy. Jedna z tych książek, które ukazują się we właściwym czasie. Dobrze, że jest.