Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-02-24

"Tarika" Piotr Ibrahim Kalwas

PATRONAT MEDIALNY
Tak naprawdę na temat każdego z dziesięciu opowiadań Piotra Ibrahima Kalwasa, które składają się na jego nową książkę, można by napisać osobne omówienie. Dlaczego? To są teksty, które rozsadzają swe krótkie formy. To, co autor wyczynia ze słowami, ucieka jakiejkolwiek próbie klasyfikacji. Te teksty żyją naprawdę. W niesamowity sposób łączą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, wskazując ich wzajemne relacje. Do tego w groteskowy (a czasami śmiertelnie poważny) sposób łączą rozważania o literaturze, myślach filozoficznych czy kulturze lub religii z dosadnymi, czasem wulgarnymi, zwyczajnymi epizodami, o których Kalwas pisze kwieciście i pasjonująco.

„Tarika” to w języku arabskim droga. Autor odbywa ją wielokrotnie i za każdym razem inaczej. Mamy tu do czynienia z oczywistym sensem podróżowania w przestrzeni, ale jest przecież sens ważniejszy – magiczny, symboliczny nawet. To droga poznawania świata poprzez kontakt z różnymi ludźmi, kulturami, zdarzeniami czy lekturami. A także, a może przede wszystkim, przez kontakt z własną pamięcią, dzięki której lata dzieciństwa i młodości Kalwasa urastają w jego prozie do rangi zdarzeń mitycznych, od których nie sposób się oddzielić.


„Tarika” jest metafizyczna w tym sensie, że autor dotyka w różny sposób Absolutu, by czym prędzej orientować się, że wędrówka zachodzi tylko w jego wyobraźni. Myślę, że równie ważne, choć mniej wzniosłe, są rzeczy opisywane w tych opowiadaniach. Szafa, którą autor dźwiga z kolegą. Egipskie i polskie truskawki. Zrolowana gazeta, którą jako siedmiolatek zabija muchy. Ale także deszcz na granicy Ghany i Togo, skarb Gombrowicza wykradziony z francuskiego Vence, skręty i winko pite w parku latem 1985 roku… „Każda rzecz jest określona przez życie, o każdej można coś powiedzieć, każda wpływa na strumień świadomości, pamięci, wspomnień…”. Autor "Drzwi" stwarza swoją własną biografię w bardzo misterny sposób. Sacrum miesza się z profanum. Lekkie narracje o Polsce czasów PRL przeplatają chwilami symboliczne, czasami oniryczne wyznania filozofa i bibliofila. Gdzie znajduje się złoty środek, dzięki któremu będziemy mogli właściwie odczytać tę książkę? Prawdopodobnie go nie ma, zaś Kalwas z pewnością w niejednym tekście bawi się sam ze sobą jako pisarzem oraz ze swoimi czytelnikami.


Ciekawe są odniesienia do literatury w tych opowiadaniach, chociaż czasami odnieść można wrażenie, iż wciskane są w fabułę nieco na siłę, przez co są tam sztywne, niewiele znaczą. Myślę też jednak, że tylko „Tarika” pozwala zrozumieć pozorny absurd obecności Becketta w mieszkaniu przygłuchej ciotki przyjaciela Kalwasa czy myśli Schulza w czytanej gdzieś w Maroku książce. To także Gombrowicz obecny w kilku innych tekstach na różnych poziomach interpretacji, ale i Wittgenstein, którego znajomością wykazuje się Hindus w Czennaju. Dołóżmy do tego płonącego na paryskiej ulicy Cortázara czy Szekspira i jego „Burzę”, gdy nabiera nowego znaczenia w afrykańskiej wiosce.


Domem Kalwasa wydaje się być Aleksandria. To tam budzi go poranny telefon od historyka, doktora Asada. Tam też, czekając na spóźniający się tramwaj, wspomina gorące lato 1978 roku i smak polskich truskawek. Trudno jednak orzec, gdzie on sam jest w stanie się zadomowić. Z pewnością dużo mówią o nim opowiadania rozgrywające się w Polsce jak choćby „Warszawa” czy „Lipcowa niedziela”. Tyle tylko, że obrazy w nich zawarte, wywołuje już coś innego, nie typowo polskiego, coś ponadczasowego i ponadwymiarowego. Myślę, że właśnie to coś każe Kalwasowi jechać gdzieś na granicę dwóch afrykańskich państewek, gdzie podobno niczego nie ma do zobaczenia, a gdzie autor przeżyje coś na kształt duchowego katharsis, biorąc udział w oczyszczającym obrzędzie… Kurwy.


„Deszcz” to chyba najważniejsze z opowiadań, najbardziej reprezentatywne dla tego zbioru. Porusza zagadnienia bytu – ziemskiego i metafizycznego. Opowiada o dwóch krainach – Zawsze i Wszędzie. Mówi o specyficznej jedności poza czasem i o czasie, dzięki któremu możemy osiągnąć jedność z tym, co nas otacza.


„Tarika” to książka o wielu drogach i o bardzo różnorodnych podróżach. Choćby ta do Indii, o której opowiada „Rozmowa przed katedrą”. Gorzkie to i bezkompromisowe rozprawienie się z cywilizacją zachodnioeuropejską, z jej pustką, śmiercią metafizyki i religii. Dżinista ubrany w powietrze okazuje się świetnym znawcą różnych pomnikowych dzieł obcej mu cywilizacji. Tymczasem ci, którzy chcą „cywilizować” Wschód, nie starają się nawet go zrozumieć. Takie zderzenie kultur jest obecne nie tylko w jednym opowiadaniu. Dodatkowo wplatane są w narracje słowa lub cytaty w mniejszym lub większym stopniu wskazujące na to, że kultura i świat, z którego wywodzą się tacy ludzie jak autor, toczona jest przez wewnętrzny nowotwór, który uniemożliwia pełne poznanie – siebie i świata.


Na koniec warto zwrócić uwagę, że w mniemaniu autora jego proza ma pewne kwestie zaciemniać, nie rozjaśniać. Tak też się dzieje w wielu opowiadaniach, które wychodzą od dość wyraźnie opisanego szczegółu, sytuacji, dialogu, a potem prowadzą ścieżkami, które nijak już mają się do tego, co czytaliśmy na początku. „Tarika” zatem pozornie nie ma zwartej konstrukcji. Warto jednak spojrzeć na te opowiadania jak na dziesięć fascynujących sposobów wyrażenia siebie przez pełnego empatii inteligenta, który wie, że w słowie kryje się moc i że słowem można zmienić więcej, niż nam się wydaje.


Wydawnictwo JanKa, 2012

Brak komentarzy: