Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-07-25

„Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” Małgorzata Budyta-Budzyńska

Wydawca: Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR

Data wydania: 5 czerwca 2017

Liczba stron: 302

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Migracja peryferii

Rozprawa naukowa Małgorzaty Budyty-Budzyńskiej stanowi interesujący wyłom w licznych tegorocznych publikacjach na temat Islandii. Badaczka podejmuje się trudu przeanalizowania kondycji islandzkiej Polonii. Problem polega na tym, że nie dowiedziałem się z tej książki ani tego, dlaczego tak naprawdę Polacy emigrują na północną wyspę (względy zarobkowe to oczywistość niewymagająca badań naukowych), ani jak im się tam żyje, ani również tego, co decyduje o pozostaniu w Islandii oraz jak – szczegółowo – wyglądają codzienne warunki społeczno-bytowe. W książce o Polakach na Islandii… mało jest samych Polaków, którym głos autorka oddaje dopiero w drugiej części książki. Jej pierwsza połowa – obrazująca Islandię w wymiarze lokalnym i globalnym oraz przedstawiająca genezę kryzysu z 2008 roku opisaną już przejrzyście choćby w „Islandii. Przewodniku nieturystycznym” – to po pierwsze: zbiór wyników badań, które nie interesowałyby większości badanych potem Polaków, a po drugie: rzecz niewiele mająca wspólnego z samym tytułem publikacji. Samo zaś przybliżanie wypowiedzi rozmówców trąci jakąś nieznośną wyższością badawczą, skoro w cytatach nie zastosowano elementarnej korekty językowej, jak choćby usunięcie nadużywanych zaimków. Zdaję sobie sprawę, że tak to ma wyglądać w publikacji naukowej, ale otrzymujemy w ten sposób bolesną dychotomię – pewność sądów i wieloaspektowość tez badaczki zestawione z kaleką polszczyzną rozmówców opowiadających o życiu na Islandii i refleksjach z nim związanych.

Mimo pewnego rozczarowania czytałem tę narrację z dużym zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że podoba mi się ta naukowa ciekawość peryferii i decyzja o tym, by badać dość młodą społeczność emigrantów, szukając podobieństw w jej strukturze do emigracji w innych miejscach Europy. Budyta-Budzyńska – gdy już przejdzie do tematu książki – bardzo wnikliwie analizuje postawy kraju przyjmującego wobec emigracji oraz różnorodność postaw przybyłych, wpadających w pułapki stereotypowego spojrzenia na kraj, o którym już coś słyszeli, ale dość szybko pozbywają się stereotypów, przejmując od Islandczyków przede wszystkim wszechogarniające poczucie swobody i brak trosk stygmatyzujących życie Polaków przed emigracją.

Autorka podkreśla, że w przypadku Polonii na Islandii nie będziemy mieli raczej do czynienia ze społecznością, lecz ze zbiorowością. Analizowana grupa jest bardzo różnorodna. Ci, którzy mieszkają na wyspie od wielu lat – i ich opowieści brakło mi szczególnie – dostrzegają każdy pozytywny aspekt życia na wyspie i potrafią dążyć do tego, by jeszcze bardziej integrować się z Islandczykami. Są i tacy, którzy tworzą absolutnie zamknięte grupy, odtwarzając na emigracji wspólnotę kraju pochodzenia, nie otwierając się na nowe warunki życia. Publikacja w miarę dokładnie analizuje zwłaszcza socjalne aspekty pobytu na Islandii, podkreślając obecność wygodnego systemu zasiłków i te elementy opiekuńczego państwa, które niejednokrotnie są wykorzystywane przez przyjezdnych. Zaznacza jednocześnie, że Islandia jest chętna do przyjmowania kolejnych emigrantów, ale stawia im pewne warunki. Jednym z nich jest znajomość języka islandzkiego, z czym Polacy nierzadko nie są w stanie sobie poradzić. Budyta-Budzyńska podkreśla, że status polskiej emigracji na wyspie waha się między separacją a adaptacją, a nie jest na pewno pełną integracją. Jak trudno zintegrować się w pełni z narodem islandzkim, zaznaczają pierwsze rozdziały publikacji. W nich wyspa portretowana jest jako miejsce ze wszech miar niezależne. Takie, które wypracowało sobie skuteczny model demokracji bezpośredniej i które wykształciło państwowość oraz tożsamość narodową o bardzo silnym i czytelnym charakterze.

Momentem zwrotnym w analizach jest oczywiście rok 2008 i islandzka kreppa, czyli kryzys dotykający całą wyspę i tylko częściowo przebywających na niej Polaków. Czas przed kryzysem nie jest dla polskiej emigracji czasem wartym szerszego badania, albowiem jest to ledwie kilka lat, gdyż wielu Polaków przyjechało na wyspę dopiero wówczas, gdy Islandia w maju 2006 roku otworzyła rynek pracy dla pracowników z Unii Europejskiej. Książka opiera się na technice „zdjęcia socjologicznego” i odnosi do wyników badań oraz ankiet przeprowadzonych najpierw w 2010 roku, a następnie cztery lata później. Czy to właściwy materiał badawczy, by opowiadać o strukturze islandzkiej Polonii i jej możliwościach? W ciągu tych kilku lat po badaniach sporo się zmieniło. „Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” stara się jednak pokazać dynamikę zmian w okresie między badaniami. Jednocześnie nie tylko określa status polskiego emigranta zarobkowego, ale stara się go usytuować w kulturze, społeczności i polityce kraju, do którego przybył. Bardzo ciekawe są rozważania o tym, jakim zaskoczeniem dla pracujących Polaków są realia, w których pracuje się na Islandii. Inna kultura pracy to pochodna wielu składowych – zależna od mentalności Islandczyków, a tę ukształtowało wszystko, o czym Budyta-Budzyńska pisze w pierwszych rozdziałach książki.

Podoba mi się również to, że autorka unika poprawności politycznej, punktując sprawy drażliwe i niewygodne. Czy część Islandczyków to skryci rasiści? Czy grupa Polaków przybywa tam tylko po to, by uciec od problemów polskich, wpadając w szpony nałogów albo wykorzystując hojne islandzkie rozdawnictwo zasiłku dla bezrobotnych? Sporo w tej publikacji punktów newralgicznych – obrazujących zarówno polską niechęć do integracji, jak i islandzkie poczucie, że polscy pracownicy są jednak kimś gorszym. Małgorzata Budyta-Budzyńska barwnie opisuje miejsca prawdziwego kontaktu dwóch różnych mentalności, pokazując – a oddaje przy tym głos rozmówcom – czego obie nacje mogłyby się od siebie nauczyć.

Badaczka podjęła się trudnego zadania analizy społeczności, która od niedawna znajduje się na Islandii. To nie jest jeszcze pokoleniowa emigracja Polaków, gdyż dopiero teraz dorastają dzieci tych, którzy przybyli na wyspę najwcześniej. Ważne jednak, że w tak krótkim czasie status Polaków na Islandii zmieniał się i autorka pokazuje dynamikę tych przemian. Jednocześnie sporo mówi o istocie samej Islandii, wyróżniając ją spośród innych europejskich krajów, z którymi na przestrzeni wieków wyspa układała sobie relacje bardzo różnie. Ta narracja to rzecz o różnorodności i interesująco sportretowanych punktach zetknięcia się z tym, co odmienne i niekiedy fascynujące. Myślę, że ta publikacja to świadectwo uważności i konsekwencji w działaniach badawczych. Budyta-Budzyńska udowadnia, że można napisać książkę o polskich emigrantach na peryferiach, komponując te peryferia z szerokimi kontekstami rozważań.

2017-07-23

„Echo słońca” Waldemar Bawołek

Wydawca: Czarne

Data wydania: 12 lipca 2017

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W bezruchu

Waldemar Bawołek proponuje kameralną narrację o problemach męskości tak zwanego wieku średniego. Nie będzie to jednak zbiór wtórnych refleksji spod znaku Krzysztofa Vargi czy Jerzego Pilcha. Nie chodzi tylko o to, że tutaj jest bardziej czule, introwertycznie, z wrażliwością niemal kobiecą i wyczuleniem na każdy niuans. Bawołek w książce o dość pretensjonalnym tytule bardzo wnikliwie analizuje taki typ męskości, który w powieści egzemplifikuje określenie „bezbronny, były mężczyzna”. Narracja się broni, choć wchodzi w bardzo różne rejestry – czasem naiwne, niekiedy wtórne. Całość wypada świetnie, bo mimo wszystko jest spójna. Krajobraz duszy pięćdziesięciolatka, który opiekuje się matką i mieszka z nią w domu z ogródkiem, tocząc niespieszne życie na jego peryferiach, na bezpiecznym i przewidywalnym marginesie, tworzy historię o zastygnięciu. O tym, że jest oswojone i znane, choć wywołuje frustracje i lęki – innej formy (nie)gotowości na życie nie będzie. „Echo słońca” opowiada o dwojgu ludzi zdanych na własne ułomności. O tej najważniejszej w życiu relacji, która w przypadku narratora prowadzi do zwrotnej formy opiekuńczości, ale nie tylko. Matka i syn mają własną tożsamość, którą starają się podzielić. Bawołek teatralizuje te próby, ale jednocześnie zaznacza czasem bolesną symbiozę dwojga. Obok nich przemijanie, czasami rozpad (ścięta akacja), niekiedy śmierć kogoś, z kim do niedawna piło się piwo i rozmawiało o bzdurach.

Jak czytać tę powieść? Przede wszystkim z dużym otwarciem, bo nie jest tak, że autor zaznacza jakieś istotne tezy już we wstępie. Nazywa swego mężczyznę Skrytkiem, ale czytelnik dostaje się tam, gdzie nie ma wstępu nawet matka. Może przede wszystkim ona. Obok opisów codziennego życia, gdzie z kolegami w podobnych sytuacjach można poutyskiwać na świat w ogrodzie botanicznym czy na chyboczącej się werandzie, otrzymujemy kilka sennych nieco, ale bardzo sugestywnych wizji. Bawołek portretuje życie wewnętrzne mężczyzny, który wypadł z wielu ról i nie spełnił społecznych oczekiwań. Pozostaje matka, której jest wierny do końca. Ze świadomością, że ona go przeżyje, że jej wieczne narzekanie i próby sterowania dawno dorosłym synem dają pewne pokłady energii, dzięki którym to ona jest wiecznie górą, a on musi się podporządkować. Z bolącym sercem, którego kawałek jest martwy. I z niepokojem o to, że można odejść nagle, niespodziewanie.

Śmierć ujawnia swe oblicze w sposób dosłowny i fasadowy. Można odnieść wrażenie, że cała ta opowieść jest jakby o powolnym umieraniu, bo wszystko, co dotyczy życia, to sfera przeżyć, refleksji i faktów z czasu przeszłego. Oddech śmierci bohater Bawołka czuje na karku zarówno wtedy, gdy opisuje, co się wokół niego dzieje, jak i w intymnych fantazjach dotyczących możliwości, wobec których jest się często bezradnym. Rozprawiając się z własną przeszłością, Skrytek pragnie – na przekór śmierci – nadać sens tym resztkom egzystencji, o których można myśleć, bo dobrze się je pamięta. Wtedy szorstkość opowieści o tym, jak jałowe jest życie, przemienia się w specyficzną czułość. Bohater odnajduje siebie tam, gdzie nigdy nie poszukiwał odpowiedzi na pytanie o to, co dalej. „Dalej” chyba nie istnieje. Jest matka i nią trzeba się zająć. Kilka ulic w znanej okolicy. Spotkania ze znajomkami. Marzenia o czymś innym i utyskiwanie na oblicza polskości. W tym wszystkim człowiek o wrażliwej duszy, którego nieprzystawalność do świata obrazuje umiarkowana niepełnosprawność, ale myślę, że chodzi tu o pokazanie, czym jest niepełnosprawność społeczna. Ta emocjonalna nie ma miejsca, bo portretowany człowiek ma swą przestrzeń bogatych doznań. „Echo słońca” jest zatem opowieścią o emigracji wewnętrznej. Dlaczego wyróżniającą się? Ze względu na stylistykę, nieustanne zmiany w narracji, łączenie konwencji i zdań w zaskakująco dobrze funkcjonujących symbiozach.

Bawołek zręcznie łączy nostalgię z tragikomizmem, choć w niektórych fragmentach potrafi być irytująco pretensjonalny. Ale tak to jest z człowiekiem, który odsłania nam się w takim stopniu, w jakim nigdy nie śmiałby pokazać się światu. Oczywiście, że jest to kolejna gorzka opowieść o tym, jak trudno jest żyć w Polsce i jak niebywale trudno jest Polsce zaufać. To jednak kameralna historia. Przychodzi mi na myśl sugestywna „Zmarzlina” Tomasza Białkowskiego obrazująca to, co toksyczne w relacji dorosłego syna z matką. Bawołek wszystko łagodzi, nie stosuje jakichś wyraźnych kontrastów, nie odwołuje się do ludzkich atawizmów, nie gra na emocjach czytającego. Matczyna bliskość jest trudna i obwarowana pewnymi zobowiązaniami. Nie można porzucić, zostawić matki. Nie można starzejącego się rodzica w naszym kraju i naszej kulturze oddać instytucjom, które mogłyby się nim zaopiekować. „Echo słońca” to zatem nie tylko intymna historia. Znajomi bohatera są w podobnych sytuacjach – matka, ta zawsze potrzebna i kochana matka, staje się swoistym balastem i nikt nie ma żadnego moralnego prawa, by zacząć na ten balast narzekać. Utyskuje się zatem na system, na okoliczności, na codzienne przeszkody i drobne złośliwości każdego kolejnego dnia. Patrząc w ten sposób na tę niewielką powieść, można odnieść wrażenie, że tkwi w niej pewien publicystyczny nerw. Dorosłe dzieci obarczone opieką nad rodzicami. W tej narracji nie pada to stygmatyzujące słowo. Niepokój i rozdrażnienie widoczne są od początku do końca, ale nie ma zasadniczego diagnozowania problemu. A może jednak się pojawia?

Czymkolwiek jest powieść Waldemara Bawołka, to niewątpliwie świadectwo dużej wrażliwości w obserwacjach codziennego życia. To też historia o tym, jak można zbierać i utrwalać w sobie opowieści innych. Jak czuje się człowiek świadomie spowolniony w świecie tak dziko pędzącym do przodu. Swoisty eskapizm Bawołka to nie tylko środek do zdefiniowania tej wstydliwej męskości, wobec której narasta wiele tematów tabu. „Echo słońca” to książka z wydźwiękiem społecznym i egzystencjalnym. Bardzo dynamiczna, bo na przemian ujmuje i wywołuje pewien rodzaj irytacji. Myślę, że to książka– będąca świadectwem tych mężczyzn, których istnienie warunkują sprawy niedające im być do końca sobą. A mężczyzna niewpisujący się w kodeks oczekiwań względem niego będzie mężczyzną marginalizowanym. Autor niezwykle dokładnie portretuje ten margines, gdzie nikt już nie chce zaglądać. Gdzie mężczyzna to opiekun, który z trudem opiekuje się samym sobą. Warto przeczytać.

2017-07-20

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingólfsson

Wydawca: Editio Black

Data wydania: 19 lipca 2017

Liczba stron: 252

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Księga i wyspa

Viktor Arnar Ingólfsson musiał czekać kilkanaście lat na spotkanie z polskim czytelnikiem i znakomite tłumaczenie, którego autorem jest niezastąpiony Jacek Godek. Islandczycy w zalewie nowości wydawniczych nie rozmyślają już może o „Tajemnicy wyspy Flatey”, ale to książka warta uwagi nie tylko dlatego, że portretuje idylliczne i enigmatyczne jednocześnie środowisko tej części kraju, która kiedyś była znaczącym punktem na mapie Islandii, a dziś jest tylko atrakcją turystyczną podczas rejsu promem po zatoce Breiðafjörður. Chodzi także o specyficzną niespieszność fabuły i dbałość autora, by oferować nam niekonwencjonalne rozwiązania i nietuzinkowych bohaterów. Kryminalna historia, która toczy się w 1960 roku, obrazuje nie tylko islandzką prowincję lata przed tym, gdy przestała ona istnieć (powieściowy wójt jest przekonany, że wyspa ma przyszłość, dziś jest już praktycznie niezamieszkana na stałe). Jej niemym bohaterem staje się ważna księga, Flateyjarbók. Ten średniowieczny manuskrypt działać będzie na wyobraźnię i poczujemy przez chwilę wpływy Dana Browna, ale Ingólfsson nie idzie w stronę efekciarskiej sensacyjności. Snuje rozważania o tym, w jaki sposób wierzenia, legendy, islandzkie sagi i pełne okrucieństwa narracje wpływają na ugodowych, pogodnych i przyjaźnie nastawionych do świata Islandczyków. Autor dyskretnie zaznacza granice między własną fikcją literacką a tym, o czym donosi księga. Flateyjarbók funkcjonuje jako punkt odniesienia w dwóch znaczeniach – to źródło ważnej do dziś obyczajowości, która kształtowała ludzi, i świadectwo bezwzględności w egzekwowaniu niepisanych nieraz praw. Właśnie wedle niepisanych praw każdy, kto wyniesie z biblioteki fragmenty księgi zawierające enigmatyczne zapisy, będzie musiał zmierzyć się z klątwą. Ze śmiercią, która nie nadejdzie nagle i w jakiś przewidywalny sposób. „Tajemnica wyspy Flatey” to historia niezwykle spokojnego miejsca, które ogniskuje w sobie mroczne wspomnienia, demony i ludzi przekonanych o żywotności zapisów z XIV wieku. Rozmowie o strukturze manuskryptu połączonej z odkrywaniem kolejnych kart zagadki towarzyszy główna narracja. Historia niekoniecznie przykuwająca uwagę od samego początku. Mająca jednak specyficzny klimat. Większość tego, co islandzkie, jest bowiem specyficzne.

Pewnego czerwcowego dnia mężczyźni trzech pokoleń przybijają do wyspy Ketilsey, by zastawić sieci na foki. Najmłodszy z nich odnajduje zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu. Ktoś został przywieziony na wyspę i pozostawiony samemu sobie. Nie wiadomo, jak długo trwała jego samotna męczarnia, ale denat zginął w konfrontacji z siłami natury. To jednak zagadkowa śmierć. Zmarłym jest znany duński profesor, którego historię stopniowo poznamy. Okazuje się, że na odległej islandzkiej wysepce byli ludzie mu bliscy. Pośród tych wszystkich, którzy nie wiedzieli nawet o jego istnieniu. Profesor usiłował rozwiązać zagadkę skrytą między stronami Flateyjarbók. Podróżował incognito, a jego związki z Islandią są silniejsze, niż na początku można przypuszczać. Co się wydarzyło? Dlaczego pozwolono temu człowiekowi umrzeć w trudnych warunkach przyrody?

Do Flatey z równie prowincjonalnego Patreksfjörður przybywa człowiek, któremu lokalny prefekt wyznaczył zadanie rozwikłania tajemniczej sprawy. Kjartan nie ma żadnych ku temu predyspozycji ani kompetencji. Nie jest policjantem, nigdy nie prowadził śledztwa, na Flatey miał w zasadzie załatwić kilka niezbędnych formalności. A jednak sprawa śmierci profesora staje się mu bliska. Z kilku powodów. Kjartan – modelowo stworzony przez autora przykład antybohatera – nosi w sobie mroczną tajemnicę, czym zaskakuje czytelnika. Nie tylko on skrywa niewygodne fakty z przeszłości. Także inny człowiek, który przybędzie z Reykjaviku, by na własną rękę węszyć, burząc spokój miejscowych. Ekscentryczny alkoholik w krótkim czasie dopiecze wielu mieszkańcom wyspy. Kim jest i dlaczego znalazł się na Flatey?

Ingólfsson wprowadza jeszcze jednego ważnego bohatera. Mało atrakcyjnego dla czytelnika stołecznego policjanta, którego zmuszono do prowadzenia odrębnego dochodzenia. Otyły, niezgrabny, skłonny do kompromisów, mało lotny. A jednak zaskakuje. Tak jak cała powieść, w której bohaterowie odsłaniają się stopniowo, tworząc barwną galerię postaci mimo wszystko mocno zdystansowanych do czytelnika. To taki islandzki dystans, ale też nie do końca. Chodzi o sprawienie wrażenia, że wewnątrz opisywanej historii po prostu nie można być. Można jedynie obserwować ją z oddalenia – dotykać faktów, ale nie emocji. Tych jest niewiele. Mieszkańcy Flatey nie rozmawiają o tym, co czują. Na wyspie w harmonii żyją ze sobą ci, dla których Flatey jest miejscem ucieczki od problemów i wyzwań cywilizacji. Kościelny, nauczyciel, wspomniany wcześniej wójt czy lokalna lekarka – każde z nich to potencjalny morderca. Ludzie doskonale się znają, a jednocześnie żyją we własnych światach. Solidarnie odwracają się od śmierci, albowiem ma moc przyciągania. Czy zgon duńskiego profesora, którego zwłoki przetransportowano na wyspę, przyniesie jeszcze inne ofiary śmiertelne? „Tajemnica wyspy Flatey” zmierza w pozornie przewidywalnym kierunku, ale islandzki autor zaburzy poczucie komfortu czytelniczego, proponując nam narrację dość zaskakujących rozwiązań finałowych.

To książka o ludzkiej naturze i ciekawości. Mówi pozornie o sprawach oczywistych, ale buduje na tych truizmach interesującą historię. O czym jeszcze jest ta powieść? O tym, że tajemnica przenoszona z pokolenia na pokolenie urasta do rangi czegoś legendarnego nawet wówczas, gdy jest zwykłym wymysłem. Może nawet zawsze wtedy, gdy nim jest, i nigdy nie jesteśmy w stanie odkryć, co było początkiem pierwotnej historii. Islandzki manuskrypt, wokół którego koncentrują się wydarzenia, to namacalny dowód na to, iż ludzie wciąż potrzebują opowieści sprzed lat, by w ich zawartości szukać ścieżek do porządkowania swojego życia. Zagadkowość tej powieści to nie tylko łamigłówka z Flateyjarbók. To także dość wyraźne sugestie mówiące nam o tym, że każdy człowiek jest dla drugiego zagadką. Każdego można podejrzewać o niecne czyny albo uznać, iż nigdy nie był nam bliski. To taki sztorm na oceanie spokoju, który tak cenią mieszkańcy islandzkiej prowincji. Ład ukształtowany przez powtarzalność i odcięcie od świata zaskakująco łatwo zniszczyć. Flatey jest centrum wszystkiego, bramą początku i końca świata. Malowniczo oddany nastrój codzienności wyspy sugestywnie konfrontowany jest z lękiem, jaki niesie ze sobą coś niezrozumiałego.

2017-07-17

„Świat dla ciebie zrobiłem” Zośka Papużanka

Wydawca: Znak

Data wydania: 22 maja 2017

Liczba stron: 224

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: O nas samych

Warto czasem zaskoczyć i zrobić coś innego, by ujrzeć, w jakim kontekście sytuują nas media. Zośka Papużanka po dwóch dobrze przyjętych powieściach zdecydowała się na opublikowanie opowiadań. Zebrało jej się za rzekomy spadek formy, literacką mieliznę, brak pomysłów na dalszy twórczy rozwój czy pójście na łatwiznę. Z tego, co zdążyłem zauważyć, autorka musiała się nawet tłumaczyć z tego, dlaczego to tym razem opowiadania. A przecież taka forma wyrazu zdaje się dużo bardziej intymna niż w przypadku dłuższej narracji. Odnoszę wrażenie, że „Świat dla ciebie zrobiłem” to zbiór dwunastu tekstów ujawniających wrażliwość autorki w dużo większym stopniu niż powieści. Opowiadania mają inną strukturę i domagają się czego innego – zarówno w procesie pisania, jak i potem, gdy podgląda się te obrazki namalowane słowem. Bo tak to chyba jest z tym zbiorem. Zestawem pejzaży emocjonalnych, które wydobyły się przede wszystkim z obserwacji życia. Udowodniły, że nie przekuwa się jego prozy na siłę w literaturę i niekoniecznie literacki ma być opis czegoś, co stawia na ulotność oraz sugestywność. Papużanka opowiada o różnorodności świata oraz tego, jak skomplikowane bywają relacje ludzi zasiedlających ten świat – przypadkiem, stanowczo, na długo, z determinacją, z obojętnością, ze strachem albo potrzebą zbliżania się do kogoś drugiego. Istotne jest tu opowiadanie o drugim człowieku z bardzo różnych perspektyw. Najbardziej przejmująco dzieje się to w opowiadaniu „212”, które jak żadne inne pokazuje, jakim wyzwaniem może być dla nas druga osoba w otoczeniu. Papużanka ponownie portretuje rodzinne relacje, ich złożoność i wyjątkowość w formach zachowań, jakie dobrze znamy. Może to być portret rodzinny z zaznaczeniem istotności czasu przyszłego jak w opowiadaniu „Daleko”. Może to być też intrygujące archaizowanie jak w „Śladach”, w których najważniejsze jest chyba to, co niedopowiedziane, i gdzie kryje się zagadka błyskotliwego tytułu.

Można sobie wydobywać z tej książki najbardziej zapadające w pamięć historie, można też podejmować się krytycznej analizy tego, co może być zbędne. Dla mnie słabością zbioru są miniatury literackie takie jak „Stracciatella” czy „Spotkałem opowiadanie”, które wydobywają się z niczego i zmierzają donikąd. Pozostaje jednak dziesięć naprawdę interesujących tekstów. Językowy nerw Zośki Papużanki każe jej tworzyć w różnych konwencjach, bawić się składnią, nurtować kierunkiem łączenia fraz. Bywa lekko, bywa też nieznośnie patetycznie jak w „Ursa maior”. Jest przede wszystkim przewrotnie i niejednoznacznie. Takie opowiadanie o kocie sąsiadów, z którym mają nie lada problem ci, co zdecydowali się na opiekę nad zwierzęciem pod nieobecność właścicieli. Jak dla mnie genialny tekst o tym, w jaki sposób stwarzamy względem siebie pozory, jak możemy być dla siebie fasadowi i co skrywamy za codziennymi uśmiechami. Nawet tymi z windy, rzekomo przelotnymi. Dla bohaterki „Szkody” ta sąsiedzka sympatia w zamkniętej przestrzeni podążającej w dół będzie początkiem małego prywatnego piekła. Tak, „Szkoda” czy „Każdy kot” to teksty trochę tragikomiczne, trochę groteskowe, bardzo jednak zapadające w pamięć. W tym zbiorze jest dużo więcej takich obrazków. Podglądania ludzi z bezpiecznej perspektywy, ale jednocześnie opowiadania o ich troskach nierzadko w odważnej pierwszoosobowej narracji.

Najważniejsze u Papużanki jest to, kim jesteśmy dla siebie samych. Jak bardzo możemy być zagadkowi, ale także jak oswojeni – we własnych neurozach, przyzwyczajeniach, potrzebach i oczekiwaniach względem innych. Otwierające zbiór opowiadanie snuje fantazje na temat niegotowości przeżywania intensywności świata w pojedynkę. Związek traktowany jest przez autorkę jako przestrzeń, w której coś nieustannie iskrzy. Bolesny brak interakcji obrazuje bohaterka wzruszającego tekstu „Trudno”. Pozostała sama. Bez dzieci mogących przypominać o ważnych chwilach w związku nawet wówczas, gdy trzeba już żyć w pojedynkę. Bohater „Kaprysu” – świetnego otwarcia zbioru – musi właśnie w pojedynkę przeżyć ten wolny czas, który był zarezerwowany dla niego i dla niej. Czy drugi człowiek jest specyficznym lustrem, w którym możemy się przejrzeć? A może jednak unikamy spoglądania w to lustro, bo bliska nam osoba wie więcej, czuje bardziej intensywnie i zwyczajnie przeraża nas fakt, że każdą słabość i ułomność jest w stanie akceptować?

Autorka „Szopki” zamyka książkę tekstem, w którym stałość i niezmienność przekazywanych sobie przedmiotów skonfrontowane są z upływem czasu oraz tym, jak my na ten upływ czasu reagujemy. „Cykady” dość wyraźnie zaznaczają, że związek uznawany za pewnik i punkt odniesienia jest na mapie mijającego czasu niczym, a nasze próby wrośnięcia w drugiego człowieka i relację z nim mogą być jedynie fasadowe – stają się ledwie marnymi próbami zatrzymania dla siebie czegoś, co nigdy nie będzie na stałe. Myślę, że „Świat dla ciebie zrobiłem” to taka książka koncentrująca się na bolesnym zderzeniu spraw zdałoby się pewnych i niezmiennych z innym kontekstem spojrzenia na nie. Papużanka opowiada o wszystkim, co nas dręczy i zachwyca, ale jednocześnie wtłacza to w obraz czegoś szerszego, niezwracającego uwagi na nasze prywatne dramaty i radości. Okazuje się czasem – jak w „212” – że bardzo chcemy być osobni, gdyż wówczas łatwiej nam znieść świadomość tego, iż wcale nie jesteśmy wyjątkowi. I wszyscy, w związkach i zatomizowani, naprawdę na chwilę. W świecie, który czasami ktoś inny musi dla nas zrobić.

Myślę, że należy czytać opowiadania Papużanki przede wszystkim ze świadomością tego, iż autorka niczego nie chce nam narzucać. Nikogo ani niczego w tych prozach nie krytykuje. Nie ocenia, nie stygmatyzuje, nie interesują jej frustracje i złości, a jedynie dynamiczne zderzenia ludzi sfrustrowanych i czasami złych – na samych siebie. Świat dla ciebie zrobiłem” to zbiór literackich prób opowieści, które nie stawiają sobie za zadanie definiowania przedstawianych zjawisk. To zbiór obrazków z naszego życia tak ujętych, żeby trochę ujrzeć w nich siebie, a trochę ten świat w szerszym kontekście. Słowo tłumaczy, ale wywołuje też poczucie zagubienia. Papużanka jest swobodna, bezpretensjonalna i uczciwa w tym, co nam opowiada. To jej punkt widzenia i jej perspektywy. Sugestywne i bez narzucanej tezy. Przyjemna książka o czasami nieprzyjemnych sprawach. O człowieku, którego się podgląda, podsłuchuje, staje obok niego, traktując z empatią. Warto!

2017-07-09

„Koala” Lukas Bärfuss

Wydawca: Wydawnictwo Ossolineum

Data wydania: 27 czerwca 2017

Liczba stron: 176

Przekład: Arkadiusz Żychliński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Cywilizacja wobec samobójstwa

Książki Lukasa Bärfussa nie są prezentowane polskiemu czytelnikowi przez wydawnictwa głównego nurtu, ale cieszę się, że są tłumaczone i się ukazują. Szwajcarski pisarz jest ważny nie tylko dlatego, że jego literatura sytuuje się w iskrzących kontekstach społecznych i pokazuje, w jakim kierunku podąża cywilizacja europejska. Bärfussa charakteryzuje także wyjątkowa stanowczość w stawianiu wielu mrocznych pytań retorycznych. Obserwując kierunek rozwoju bliskiego nam świata, odwołuje się do jego peryferii. Tak było w „Stu dniach” analizujących kwestię ludobójstwa w Rwandzie przez pryzmat człowieka z cywilizacji, która chciała, ale nie mogła zapobiec rzezi. „Koala” – druga powieść – ucieka w zupełnie inny wymiar peryferyczności. Chodzi o ten egzystencjalny margines, na którym ludzkość mierzy się z aktami samobójstw. Autor wskazuje nie tylko tę niewygodną nieprzystawalność owych aktów, ale analizuje także kondycję społeczeństw, które problem odbierania sobie życia uznają za temat tabu. Samobójca nie jest człowiekiem, którego czyn – być może jedyny egzemplifikujący możliwość wolnego wyboru – podlega jakimkolwiek analizom. Samobójcę grzebie się poza przestrzenią cmentarza. Odsuwa się go pośmiertnie od pozostałych, którzy przecież nie przegrali własnego życia, bo przeżyli je do końca. Czy akt samobójstwa staje się automatycznie świadectwem zmarnowanego istnienia? Czy samobójcy to ci, którzy nie sprostali wymogom społeczeństwa, nie poddali się dyktatowi świata działania, wybierając pewien rodzaj bierności, nie tworząc swym nagle przerwanym istnieniem prawdziwej biografii? To tylko kilka z pytań stawianych w „Koali”. Powieści pełnej niepokoju, pewnego rodzaju stanowczości, ale ukazującej także ludzką bezradność. Bezradność wobec świadomego wyboru końca. Czy witalizm społeczeństw, które takiego wyboru nie akceptują, to świadectwo dojrzałości i odwagi?

Narrator książki przyjeżdża w rodzinne strony, by wygłosić wykład o von Kleiście. Nie spodziewa się, że kwestia samobójstwa zaabsorbuje go w innym wymiarze niż ten, w jakim opowiada o niemieckim twórcy. Spotyka się z bratem, który w przeciwieństwie do narratora nigdy nie opuścił rodzinnych stron. Kiedy brat żegna się i odjeżdża na błękitnym rowerze, to ostatni moment, w którym opowiadający historię widzi go żywego. Rzeczy po mężczyźnie szybko znajdują nowych właścicieli. Niczego innego po sobie nie zostawił. Wszystko przed śmiercią rozdysponował. Może poza bezdomnymi, osobnymi i dramatycznymi wątpliwościami. Pytaniami, wobec których jest już obojętny. Co następuje potem? Brak poczucia tęsknoty czy werbalizowania jakiejkolwiek formy braku. Kompulsywna potrzeba poradzenia sobie z zaistniałą pustką, którą nie tyle należy wypełnić treścią, ile najlepiej jak najszybciej się jej pozbyć. Pewna złość na człowieka, który tak metodycznie zaplanował swoje odejście, że zadbał również o to, by jego ciało nie sprawiało żywym większych problemów. Zaczyna się proces szukania odpowiedzi na pytania o to, co się naprawdę stało. Bardzo mi ta narracja przypomina powieść Grega Baxtera „Lotnisko w Monachium”, w której brat staje wobec podobnej zagadki, gdy siostra głodzi się na śmierć, pozostawiając go w kręgu wielu pytań bez odpowiedzi. Bärfuss i Baxter portretują ludzką samotność w podobnym tragicznym wymiarze. Żywi muszą walczyć z wątpliwościami, które rozwiali już martwi, decydując się na odejście. Pozostają niepokój i poczucie, że żyło się w wyraźnym oddaleniu od tych, których już nie ma. Że atomizowanie jest cechą dystynktywną współczesnych społeczeństw i dopiero akt autoagresji zakończony śmiercią każe na ten stan spojrzeć z nieco innej perspektywy.

Narrator „Koali” szuka perspektyw opisu i wyjaśniania. Niewiele daje mu wspominanie wspólnego życia z bratem i szukanie tych momentów, w których decydował o przeciwstawieniu się wszelkim nakazywanym formom życia społecznego. Zmarły zawsze był cieniem aktywnego brata, który podjął wyzwanie cywilizacyjne i stał się trybikiem w mechanizmie wiecznej pracy, zdobywania, osiągania sukcesów i stawiania sobie kolejnych celów. Samobójca Lukasa Bärfussa odpuszcza to wszystko. Dla społeczeństwa jest niewygodny. Niekompatybilny z dynamiką codzienności, która każe intensywnie żyć. Czym jest ta intensywność? Czy jest jakikolwiek powód, dla którego można byłoby odmówić jej człowiekowi decydującemu się żyć inaczej, wbrew wszystkiemu, na przekór wszystkiemu? Kiedy wspomnienia okazują się niewystarczające, narrator powieści podejmuje się trudu sięgania do historii, literatury oraz filozofii. Chce odkryć, dlaczego brata nazywano koalą. Konstruuje pewien mit o zwierzęciu, sięgając w przeszłość, obrazując szaleńczą ludzką gonitwę zwykle zakończoną śmiercią. Tą śmiercią akceptowalną, bo wytłumaczalną. Zmienia się tonacja książki. Czytamy o historii ludzkości, która w swych podbojach, wojnach, okrucieństwach i bezrefleksyjnym zdobywaniu świata zapomina, że stabilność istnienia to czasem bierność, wycofanie i trwanie w opozycji. Bo takie jest zwierzę, którego kolonizatorzy Australii określają mianem futrzanego dziwaka – warto go zbadać bliżej, ale nie można zrozumieć. Czym są opowieści z przeszłości i jaką diagnozę stawiają wobec tego, co teraźniejsze? Wobec ludzkich wyborów dyktowanych czymś innym niż konteksty i oczekiwania społeczne?

Zbudowana dychotomia przejawów życia koali i ludzkości brzmi o tyle zastanawiająco, że wcale nie przybliża do zrozumienia zagadki śmierci pojedynczego, bliskiego narratorowi człowieka. Znaczące jest zakończenie powieści, ale dużo istotniejszy cały proces mierzenia się z niezrozumiałym. Czy Lukas Bärfuss opowiada o katastrofie samobójcy czy o katastrofie cywilizacji, która w tak zaskakujący sposób kazała mu istnieć na swych peryferiach? „Koala” to nie tylko egzystencjalna rozprawa ze światem, którego dynamika wciąż na nowo piętnuje różne formy pasywności. To także opowieść o świecie, w którym ludzkie wyobcowanie nie jest stygmatem, lecz przejawem pewnego rodzaju odwagi. „Koala” opowiada o zniewoleniu cywilizacji i o społecznych aspektach poczucia własnej wolności. O granicach między istnieniem a wegetacją ludzką, które domagają się pytań, określania na nowo. Bärfuss prowokuje i przygnębia. Z drugiej strony dzięki tej powieści wyraźnie sygnalizuje wstydliwe momenty w życiu człowieka, które zmuszają go do głębszej refleksji o życiu. Zwykle w konfrontacji z jego końcem.